home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate | ВЕСЕЛКА

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
А Б В Г Д Е Ж З И Й К Л М Н О П Р С Т У Ф Х Ц Ч Ш Щ Э Ю Я


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | форум | collections | читалки | авторам | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

реклама - advertisement




III

Tak zyje sie w tym mie'scie i czas uplywa. Wieksza cze's'c dnia przesypia sie, i to nie tylko w l'ozku. Nie, nie jest sie zbyt wybrednym na tym punkcie. W kazdym miejscu i o kazdej porze dnia got'ow jest czlowiek ucia'c sobie tutaj smaczna drzemke. Z glowa oparta o stolik restauracji, w dorozce, a nawet na stojaczke po drodze, w sieni jakiego's domu, do kt'orego wpada sie na chwile, azeby ulec na moment nieodpartej potrzebie snu.

Budzac sie, zamroczeni jeszcze i chwiejni, ciagniemy dalej przerwana rozmowe, kontynuujemy uciazliwa droge, toczymy naprz'od zawila sprawe bez poczatku i ko'nca. Skutkiem tego gubia sie kedy's po drodze mimochodem cale interwaly czasu, tracimy kontrole nad ciaglo'scia dnia i w ko'ncu przestajemy na nia nalega'c, rezygnujemy bez zalu ze szkieletu nieprzerwanej chronologii, do kt'orej bacznego nadzorowania przywykli'smy ongi's z nalogu i z troskliwej dyscypliny codziennej. Dawno po'swiecili'smy te nieustanna gotowo's'c do zlozenia rachunku z przebytego czasu, te skrupulatno's'c w wyliczaniu sie co do grosza z zuzytych godzin — dume i ambicje naszej ekonomiki. Z tych kardynalnych cn'ot, w kt'orych nie znali'smy ongi's wahania ani uchybienia — kapitulowali'smy dawno.

Pare przyklad'ow niechaj posluzy za ilustracje tego stanu rzeczy. O jakiej's porze dnia czy nocy — ledwo widoczna niuansa nieba odr'oznia te pory — budze sie przy balustradzie mostku prowadzacego do Sanatorium. Jest zmierzch. Musialem, zmorzony senno'scia, dlugo bezwiednie wedrowa'c po mie'scie, nim dowloklem sie, 'smiertelnie zmeczony, do tego mostku. Nie moge powiedzie'c, czy w drodze tej towarzyszyl mi caly czas Dr Gotard, kt'ory stoi teraz przede mna, ko'nczac jaki's dlugi wyw'od wyprowadzaniem ostatecznych wniosk'ow. Porwany wlasna wymowa, bierze mnie nawet pod ramie i pociaga za soba. Ide z nim i nim jeszcze przekroczyli'smy dudniace deski mostku, juz 'spie na nowo. Przez zamkniete powieki widze niejasno wnikliwa gestykulacje Doktora, u'smiech w glebi jego czarnej brody i staram sie na darmo poja'c ten kapitalny chwyt logiczny, ten ostateczny atut, kt'orym na szczycie swej argumentacji, nieruchomiejac z rozlozonymi rekami, triumfuje. Nie wiem jak dlugo jeszcze idziemy tak obok siebie pograzeni w rozmowie pelnej nieporozumie'n, gdy w pewnej chwili ocykam sie zupelnie, Doktora Gotarda juz nie ma, jest calkiem ciemno, ale to tylko dlatego, ze trzymam oczy zamkniete. Otwieram je i jestem w l'ozku, w moim pokoju, do kt'orego nie wiem jakim dostalem sie sposobem.

Jeszcze drastyczniejszy przyklad:

Wchodze w obiadowej porze do restauracji na mie'scie, w bezladny gwar i zamet jedzacych. I kog'oz spotykam tu na 'srodku sali przed stolem uginajacym sie od potraw? Ojca. Wszystkie oczy skierowane na niego, a on blyszczac brylantowa szpilka, niezwykle ozywiony, rozanielony do ekstazy, przechyla sie z afektacja na wszystkie strony w wylewnej rozmowie z cala sala od razu. Ze sztuczna brawura, na kt'ora patrze'c nie moge bez najwyzszego niepokoju, zamawia wciaz nowe potrawy, kt'ore pietrza sie stosami na stole. Z lubo'scia gromadzi je dookola siebie, chociaz nie uporal sie jeszcze z pierwszym daniem. Mlaskajac jezykiem, zujac i m'owiac jednocze'snie, markuje on gestami, mimika najwyzsze ukontentowanie ta biesiada, wodzi wielbiacym wzrokiem za panem Adasiem, kelnerem, kt'oremu z rozkochanym u'smiechem rzuca wciaz nowe zlecenia. I gdy kelner, wiejac serweta, biegnie je spelni'c, ojciec apeluje blagalnym gestem do wszystkich, bierze wszystkich na 'swiadk'ow nieodpartego czaru tego Ganimeda.

— Nieoceniony chlopak — wola z blogim u'smiechem, przymykajac oczy — anielski chlopak! Przyznacie panowie, ze jest czarujacy!

Wycofuje sie z sali pelen niesmaku, nie zauwazony przez ojca. Gdyby byl umy'slnie dla reklamy nastawiony przez zarzad hotelu dla animowania go'sci, nie m'oglby bardziej prowokujaco i ostentacyjnie sie zachowywa'c. Z glowa 'cmiaca sie od senno'sci zataczam sie ulicami, zdazajac do domu. Na skrzynce pocztowej opieram chwile glowe i robie sobie kr'otka sjeste. Wreszcie domacuje sie w ciemno'sci bramy Sanatorium i wchodze. W pokoju jest ciemno. Przekrecam kontakt, ale elektryczno's'c nie funkcjonuje. Od okna wieje zimnem. L'ozko skrzypi w ciemno'sci. Ojciec podnosi znad po'scieli glowe i m'owi: — Ach, J'ozefie, J'ozefie! Leze tu juz od dw'och dni bez zadnej opieki, dzwonki sa przerwane, nikt do mnie nie zaglada, a wlasny syn opuszcza mnie, ciezko chorego czlowieka, i wl'oczy sie za dziewczetami po mie'scie. Popatrz, jak mi serce wali.

Jak to pogodzi'c? Czy ojciec siedzi w restauracji, ogarniety niezdrowa ambicja zarloczno'sci, czy lezy w swoim pokoju, ciezko chory? Czy jest dw'och ojc'ow? Nic podobnego. Wszystkiemu winien jest predki rozpad czasu, nie nadzorowanego nieustanna czujno'scia.

Wiemy wszyscy, ze ten niezdyscyplinowany zywiol trzyma sie jedynie od biedy w pewnych ryzach dzieki nieustannej uprawie, pieczolowitej troskliwo'sci, starannej regulacji i korygowania jego wybryk'ow. Pozbawiony tej opieki, sklania sie natychmiast do przekrocze'n, do dzikich aberracji, do platania nieobliczalnych figl'ow, do bezksztaltnego blaznowania. Coraz wyra'zniej zarysowuje sie inkongruencja naszych indywidualnych czas'ow. Czas mego ojca i m'oj wlasny czas juz do siebie nie przystawaly.

Nawiasem m'owiac, zarzut rozwiazlo'sci obyczaj'ow uczyniony mi przez ojca jest bezpodstawna insynuacja. Nie zblizylem sie jeszcze tu do zadnej dziewczyny. Zataczajac sie jak pijany od jednego snu do drugiego, ledwo zwracam uwage w trzezwiejszych chwilach na tutejsza ple'c piekna.

Zreszta chroniczny zmrok na ulicach nie pozwala nawet dokladnie rozr'oznia'c twarzy. Co jedynie zdolalem zauwazy'c, jako mlody czlowiek majacy jeszcze na tym polu bad'z co bad'z pewne zainteresowania — to osobliwy ch'od tych panienek.

Jest to ch'od w nieublaganie prostej linii, nie liczacy sie z zadnymi przeszkodami, posluszny tylko jakiemu's wewnetrznemu rytmowi, jakiemu's prawu, kt'ore odwijaja one jak z klebka w ni'c prostolinijnego truchciku, pelnego akuratno'sci i odmierzonej gracji.

Kazda nosi w sobie jakie's inne, indywidualne prawidlo, jak nakrecona sprezynke.

Gdy tak ida prosto przed siebie wpatrzone w to prawidlo, pelne skupienia i powagi, wydaje sie, ze przejete sa jedna tylko troska, aby nie uroni'c nic z niego, nie zmyli'c trudnej reguly, nie zboczy'c od niej ani na milimetr. I wtedy jasnym sie staje, ze to, co z taka uwaga i przejeciem niosa nad soba, nie jest niczym innym, jak jaka's idee fixe wlasnej doskonalo'sci, kt'ora przez moc ich przekonania staje sie niemal rzeczywisto'scia. Jest to jaka's antycypacja powzieta na wlasne ryzyko, bez zadnej poreki, dogmat nietykalny, wyniesiony ponad wszelka watpliwo's'c.

Jakich mankament'ow i usterek, jakich nosk'ow perkatych lub splaszczonych, jakich pieg'ow i pryszczy nie przemycaja z brawura pod flaga tej fikcji! Nie ma takiej brzydoty i pospolito'sci, kt'orej by wzlot tej wiary nie porywal ze soba w to fikcyjne niebo doskonalo'sci.

Pod sankcja tej wiary cialo pieknieje wyra'znie, a nogi, ksztaltne istotnie i elastyczne nogi w nieskazitelnym obuwiu, m'owia swym chodem, eksplikuja skwapliwie plynnym, polyskliwym monologiem stapania bogactwo tej idei, kt'ora zamknieta twarz przez dume przemilcza. Rece trzymaja w kieszeniach swych kr'otkich, obcislych zakiecik'ow. W kawiarni i w teatrze zakladaja nogi wysoko odsloniete do kolan i milcza nimi wymownie. Tyle mimochodem tylko o jednej z osobliwo'sci miasta. Wspomnialem juz o czarnej wegetacji tutejszej. Na uwage zasluguje zwlaszcza pewien gatunek czarnej paproci, kt'orej ogromne peki zdobia flakony w kazdym tutejszym mieszkaniu i w kazdym lokalu publicznym. Jest to niemal zalobny symbol, funebryczny herb tego miasta.



предыдущая глава | Цинамонові крамниці. Санаторій Під Клепсидрою | cледующая глава