Book: Panna Mloda




Panna Mloda


Copyright © Nike Farida, 2014


Projekt okładki

www.studio-kreacji.pl


Zdjęcie na okładce

Fot. zurijeta/Depositphotos.com


Redaktor prowadzący

Anna Derengowska


Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska


Korekta

Mariola Będkowska


ISBN 978-83-7961-885-9


Warszawa 2014


Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl








Dla Prawdziwych Libijczyków – Moich Rodziców








Jeszcze nigdy tak wiele

nie zostało zrobione przez tak niewielu.

A w zasadzie przez jedną.

Dziękuję, J.




Rozdział I

Kronika zapowiedzianej śmierci



Giza−Nowy Jork, 11 września 1971

Karen spojrzała na budzik. Dochodziła czwarta rano, było jeszcze ciemno.

− Allachu akbar, Aszhadu ana la ilaha illa’llah. − Z oddali dochodził rwący się głos muezzina, który wzywał wiernych do modlitwy.

Podeszła do hotelowego balkonu i otworzyła szeroko okiennice. Do pokoju, wraz z upalnym żarem, który szybko objął całe jej ciało, wdarł się hałas kairskiej nocy.

Czy to miasto nigdy nie śpi?, pomyślała.

Słyszała teraz bardzo wyraźnie głosy muezzinów wykrzykujących czterokrotne Allachu Akbar, dochodzące z różnych stron. Miasto budziło się do życia, czemu towarzyszyły nieustające klaksony rzeki samochodów, pokrzykiwania roznosicieli gazet czy odgłosy otwierających się kafeterii i sklepików. Z półmroku wyłaniały się piramidy, potężne, wyniosłe i nieodmiennie idealne. Budziły zachwyt Karen i upajały historią zaklętą w ich legendę. Kleopatra. Faraon − ulubiona książka dzieciństwa mamy.

Czterdzieści wieków patrzy na nas.

O, Boże, kto to powiedział?

Wróciła do łóżka, ale nie mogła już zasnąć, mając przed sobą czterdzieści wieków, Sfinksa i podświetloną piramidę Cheopsa.

I to, co się stało wczoraj.

Robiła jednak wszystko, by odsunąć myśli o TYM.

Imponujące, wróciła do podświetlonych piramid. Wielkie. Ponadczasowe. Czy zawsze wobec takich widoków musimy być na kolanach? Kompletnie nie zgadzała się w tej kwestii z mamą, która mawiała: „Karen, jak każda nastolatka, przechodzi okres buntu wobec rzeczy uważanych za piękne i wzorcowe”. Mama… Walcząc z ogarniającym ją znużeniem, przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego dnia.


Wielki zegar w hali przylotów wskazywał dokładnie dwunastą, gdy stały z mamą przy taśmie kairskiego lotniska w oczekiwaniu na bagaż. Miały już przy sobie dwie walizy Pollini, ale ciągle czekały na wielki kufer, który zawierał ich największe skarby − suknie specjalnie uszyte na kairskie wesele Jackie, siostry ojca. Mimo że przyjechały tylko na kilka dni, wzięły ze sobą tony bagażu.

− Musimy być przygotowane na wielokrotne zmiany kreacji, niczym arabskie panny młode − śmiała się dzień przed wylotem mama, dopychając do walizek kolejne suknie.

Karen pomyślała wtedy, że to miłe patrzeć, jak mama się śmieje; ostatnio nie zdarzało się to często. Jaka ona jest ciągle piękna, zauważyła w duchu. Jej matka − z długimi, rudymi włosami i głęboko zielonymi oczami, niewysoka, o wyraźnie zarysowanej kibici, w typie Rity Hayworth – ciągle przykuwała spojrzenia, i to nie tylko mężczyzn.


Podczas podróży do Kairu mama była milcząca, dopóki ona i jej współpasażerka, nobliwie wyglądająca Angielka w podeszłym wieku, nie wpadły w lekką panikę podczas turbulencji, tak częstych na trasie do Egiptu. Starsza pani pogładziła wtedy mamę Karen po ręce i powiedziała:

− To normalne, proszę się nie bać. − Mama Karen uśmiechnęła się z wdzięcznością. − Angela Jones − przedstawiła się kobieta. Współpasażerka ich krótkiego lotu była wiekową, ale żwawą Angielką. Wyglądała jak Mrs Marple ze Śmierci na Nilu − całości dopełniały krótkie włosy, pomarszczona twarz o niebieskich oczach i jasnobeżowy kostium. Na jej kolanach leżała książka Agathy Christie.

− Barbra Robinson − odwzajemniła się mama Karen i rozpoczęły żwawą pogawędkę. − Lecimy na wesele szwagierki. To dużo młodsza siostra mojego męża, w zasadzie dziewczynki dzieli niewielka różnica wieku.

Dziewczynki, pomyślała z irytacją Karen, nadymając usta. Czy ona nie widzi, że już nie jesteśmy dziewczynkami?!

− A ja wybieram się do Syrii, do Damaszku, by odwiedzić nowo narodzonego wnuka. Wie pani, to ciekawe, mój mąż, Panie świeć nad jego duszą, był lekarzem, ale obaj nasi synowie nie poszli w jego ślady; są inżynierami, jeden pracuje w rafinerii w Libii, a drugi w Syrii.

− O, to tak jak mój mąż, Jeremy − ucieszyła się Barbra. − On też jest inżynierem, specem od pól naftowych. Wiele państw w tym rejonie ceni jego ekspertyzy. My też znamy Syrię. W Damaszku szesnaście lat temu urodziła się Karen. − Wskazała na córkę. − Mieszkaliśmy też w Bejrucie, Arabii Saudyjskiej, Tunezji i w Kuwejcie. Teraz nasz dom to Marsa Brega, amerykańska baza naftowa położona pomiędzy Benghazi a Trypolisem. Mamy tam piękny dom.

− Marsa Brega... − Angielka zastanowiła się. − Słyszałam o tym miejscu. Syn wspominał, że to największa i najbardziej strategiczna baza w Libii. Opowiadał mi, że w Libii odkryto ogromne złoża ropy, czyniąc kraj drugą potęgą naftową na świecie. To ściągnęło tu wielu obcokrajowców.

− Tak, ja jestem Polką, mój mąż Amerykaninem, pani syn Anglikiem, ale są tu też Włosi, Niemcy, Bułgarzy, Palestyńczycy, Żydzi, Filipińczycy, Hindusi. Są głównie lekarzami albo inżynierami, przywieźli ze sobą całe rodziny.

− No proszę, jeszcze Amerykanin i Polka. − Angielka uśmiechnęła się życzliwie. − Jak się państwo poznali?

Karen westchnęła i przewróciła oczami. No nie, nie wytrzymam tego cukierka po raz setny, pomyślała, patrząc na dywan chmur za oknem. A mama szczebiocze − tak, dokładnie − szczebiocze! Zaraz powie „Och–to–by–ła–taka–roman–tyczna”…

Barbra spojrzała na pierzaste chmury. Niebo nad nimi było zupełnie czyste..

− Och, to bardzo romantyczna historia − zaszczebiotała z entuzjazmem. I dodała, marszcząc czoło: − W Londynie, gdzie studiowałam, mieszkałam u mojej matki chrzestnej, Lali, która jak wielu Polaków po wojnie została w Anglii na stałe. A z Jeremym, hmm... − Barbra przerwała na chwilę. − Spotkaliśmy się w pubie, jednym z najstarszych w Londynie. Siedział pod takim edwardiańskim lwem. Weszłam tam, choć miałam pójść do innego pubu. W środku było wielu mężczyzn, wszyscy patrzyli na mnie z uznaniem; wtedy byłam ładną kobietą, nie taką grubą jak dziś. W głębi po lewej stronie siedział blondyn. Tak jakoś na mnie spojrzał. I strzelił piorun... No tak. − Barbra zamyśliła się na chwilę, uśmiechając się do swoich wspomnień. − Potem stałam z piwem w ręce i rozglądałam się. Akurat zwolniło się miejsce obok tego mężczyzny, więc usiadłam. Niby siedzieliśmy obok, ale cały czas na siebie spoglądaliśmy. Wyjęłam Sto lat samotności. Spojrzał na książkę, gwizdnął z uznaniem. Odwrócił się do mnie i powiedział: „To moja ulubiona książka”. I już. Nie wiem, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o książkach, sztuce, literaturze, życiu. Lubiliśmy tych samych autorów, malarzy, mieliśmy podobne poglądy. Jeremy rozpytywał mnie ze śmiechem: „Czy to prawda, że w Krakowie święty Jerzy pokonał smoka?”, „Czy można żyć w komunizmie i być wolnym?”. A moja mama działała w opozycji, przepisywała na maszynie książki zakazane przez cenzurę − Miłosza, Mrożka, Hłaskę. Wie pani, dla niego, jak dla każdego Amerykanina, najważniejsza jest wolność. Pamiętam, jak w pubie wybiła jedenasta, a my nie mogliśmy się rozstać. Po zamknięciu usiedliś­my przed tym pubem, na St Martins Lane, i rozmawialiśmy do rana, a potem w porannej mgle Jeremy odprowadził mnie do domu. To był taki, jak mawiała ciocia Lala, coup de foudre. − Mama Karen zarumieniła się. − Po kilku tygodniach szaleńczych spacerów, rozmów i seksu w moim maleńkim pokoiku na poddaszu u ciotki − Jeremy musiał się wspinać po rynnie, nocami, Karen zakryj uszy – miałam wracać do Polski. W ostatni wieczór siedzieliśmy w naszym pubie, smętnie sącząc piwo. Mogliśmy się już nigdy nie spotkać. Jeremy nalegał, żebym została dłużej, ale zadeklarowałam już w biurze paszportowym, że wrócę i oddam paszport. I tak miałam ogromne kłopoty z otrzymaniem paszportu i przyjazdem tutaj ze względu na to, że ciotka Lala została w Anglii. „Jak to oddać paszport? Przecież to twój dokument, twoja własność, paszport należy do człowieka”, Jeremy nie mógł się nadziwić. Nie rozumiał, że w moim kraju paszporty się oddaje, trzeba pójść na milicję, czasem złożyć wyjaśnienia. Jak im się coś nie spodoba, to już nie można wyjechać. Jeremy przecierał oczy ze zdumienia na wieść o tym, że w Polsce mieszka dwadzieścia pięć milionów ludzi. „To wasze KGB chyba buduje jakieś osiedla dla tych paszportów. To szaleństwo!” Roześmiałam się wtedy gorzko: „Osiedla dla paszportów...” Ale musiałam już wracać, bo jak przedłużyłabym pobyt, na pewno zabraliby mi paszport, a wtedy już nigdy byśmy się nie zobaczyli.

− To niesamowite... − westchnęła Angielka. − Jak więc znów się spotkaliście?

− W dzień wyjazdu Jeremy przyszedł do ciotki bardzo elegancki − podjęła Barbra. − „Nie możesz wracać do Polski”, powiedział. „Muszę cię uwolnić od reżimu. Po to się spotkaliśmy. Byłem w konsulacie amerykańskim. Opowiedziałem o waszych osiedlach, gdzie mieszkają paszporty, powiedziałem też, że twoja mama to opozycjonistka. Możemy błyskawicznie się pobrać. Jako moja żona dostaniesz amerykański paszport. To będzie już zawsze twój paszport. Nikt nigdy nie zabroni ci nigdzie wyjechać. Nikt mi ciebie nie zabierze”. Ukląkł przede mną i wyjął z kieszeni małe pudełeczko. W środku był sygnet z napisem z rubinów In God We Trust. „To mojego taty, ale nie mam nic innego. Kiedyś kupię ci najpiękniejszy pierścionek zaręczynowy, jaki sobie zamarzysz”, obiecał. „Wyjdziesz za mnie?” − Barbra westchnęła. Sięgnęła do torebki, pochyliła się, tak by nie było jej widać, i pociągnęła łyk z brezentowej torby. Elegancka Angielka udała, że nic nie widzi. Karen widziała, jak zawsze. Dziewczyna uśmiechała się zdawkowo, jednak pogryzione do krwi palce nie świadczyły o wesołości.

Idiotka! krzyczała w duszy. Naraża mnie i siebie. Jak ci Libijczycy zauważą, to po nas! Zawsze gryzła palce do krwi. A potem udawała, że nic się nie dzieje. I wszystko wracało do „normy”.

Jak zawsze.

Usłyszała głos starszej pani:

− Co za piękna historia, Barbro! Nie wiedziałam o tych paszportach, że to aż tak. A on cię uwolnił od jarzma komunizmu. To takie romantyczne!

− Zaraz po studiach Jeremy dostał posadę w Arabii Saudyjskiej − kontynuowała Barbra. − Potem były kolejne placówki na Bliskim Wschodzie, aż osiedliśmy w Libii, tu chyba jest nas, obcokrajowców, najwięcej.

− Tak − potwierdziła starsza pani − do Libii w poszukiwaniu własnej ziemi obiecanej przybyły rzesze specjalistów, często z rodzinami, z wielu zakątków świata. Mieszkają tu, tworząc z rdzennymi Libijczykami wielobarwną mieszankę kulturową i narodowościową.

Czy ona pisze podręczniki o krajach arabskich, zastanowiła się z rozbawieniem Karen. Ale mama potakiwała głową, wyraźnie pochłonięta rozmową.

− Och tak, ale co tam − machnęła ręką w stronę córki. − Dla nas najważniejsze jest, że codziennie możemy pływać w turkusowym, najpiękniejszym i najcieplejszym morzu na świecie − w Morzu Śródziemnym. Mamy do niego kilka kroków z tarasu. Zajmujemy rozległą willę na terenie kampusu amerykańskiego w Marsa i mamy piękny taras z widokiem na morze oraz pobliską wyspę. A kiedy mamy ochotę, wsiadamy w jeepa i jedziemy na pustynię. Tak, amerykański paszport otworzył nam drzwi do raju.

− Bajkowo... − westchnęła Angielka, a  mama Karen dodała:

− Najbardziej lubię to, że nasza egzystencja płynie w typowym dla basenu Morza Śródziemnego leniwym, przyjemnym rytmie. Jesteśmy jak na nieustających wakacjach, w zasadzie mieszkamy na plaży. Rano morze, potem leniwe śniadanie, czytamy książki, jedziemy − tak jak wczoraj − po bakłażany, pomidory i jagnięcinę. Zawsze wpadamy najpierw do sklepiku z przyprawami, to taki nasz rytuał. Obłędny zapach kurkumy, kolendry zwanej tu kusburem, kardamonu i harissy miesza się z wonią mięty, cynamonu i papryki. Lubię je dotykać, wąchać, nabierać w garście. Stary zaprzyjaźniony Arab, właściciel sklepiku, parzy nam w małym tygielku upojną kawę z potłuczonymi ziarnami kardamonu. − Ściszyła głos: − To poezja patrzeć, jak robi kawę. Stawia na małym palniku gazowym miedziany tygielek, a gdy woda się zagotuje, dodaje ze trzy łyżki świeżo zmielonej kawy i tyle samo łyżek cukru. Miesza i stawia na palniku. Gdy wrze, zdejmuje ją z palnika, a po chwili znowu stawia z powrotem. I tak kilka razy. Lubię na to patrzeć i zawsze zastanawiam się, czy kawa wykipi. Ale nigdy mu się to nie zdarzyło. Potem rozlewa kawę do takich małych porcelanowych czarek. Siadamy na dywanie i raczymy się smakiem i aromatem. Za tę kawę dałabym się pokroić − rozmarzyła się Barbara. − Potem wracamy do domu, coś ugotujemy, zjemy i sjesta. Znowu idziemy nad morze popływać. Potem się przebieramy, malujemy − tak jak nauczyły nas Arabki. I albo kino, albo jakieś party.

Starsza pani pokiwała głową.

− Tak, życie w Libii to nieustające wakacje.

− Jestem historykiem sztuki i Libia mnie fascynuje − dodała Barbara po chwili namysłu − bo jest jednym z najmniej poznanych, a najbardziej zasługującym na poznanie krajów. Czy zna pani Sabratę, Angelo?

− O tak! To jedyny zachowany na świecie w całości amfiteatr z czasów rzymskich. Syn zabrał mnie tam na przedstawienie Aidy. Nie wyobrażam sobie lepszej scenerii do opery Verdiego. − Kobieta uśmiechnęła się i wygładziła spódnicę.

Karen musiała przyznać matce rację. Życie w pobliżu zjawiskowego morza, bezkresnych piasków Sahary i bogactwa − bodaj najlepiej na świecie zachowanych − antycznych miast i osad, powodowało, że funkcjonowało się tu jak na nieustających wakacjach. Ale mama nie mówi całej prawdy. To tylko lukier. I dlaczego wciąż powtarza: my to, my tamto? Kiedyś tak było, ale od dawna wszystko robimy osobno. I jeszcze ojciec − nawet nie pofatygował się, by tu przyjechać.

A na głos powiedziała, mrużąc oczy:

− Szkoda, że tatusia, tego ze ślicznej londyńskiej opowieści, nie będzie na weselu jego ukochanej siostry.

− Karen! − krzyknęła Barbara z wyrzutem i spojrzała na współpasażerkę, uśmiechając się przepraszająco.

Starsza pani zaczęła czegoś szukać w torebce, a Karen znowu pogrążyła się w myślach.

Jadąc poprzedniego dnia na lotnisko w Benghazi, wygarnęła ojcu: „Wiesz, tato, to kompletnie nie fair, że nie będziesz na ślubie swojej ukochanej małej siostry. Od zeszłych wakacji nie widziałeś się też ze swoimi rodzicami, którzy specjalnie przylatują z San Francisco. I będzie mnóstwo członków naszej wielkiej amerykańskiej rodziny!”. Przyjazd potwierdziła też babcia Krysia, choć niełatwo przyjechać tu z Krakowa. Pół roku czekała na paszport. Najpierw jej odmówili, ze względu na ciocię Lalę. Gdyby tylko wiedzieli o prawdziwej pracy skromnej maszynistki z Biblioteki Instytutu Filozofii. Ale nie wiedzieli. Nawet cioci Lali udało się przylecieć z Londynu. „Wszyscy jakoś to udźwignęli. Tylko ty − jak zwykle nie! Mogłeś to przecież jakoś zaplanować!”, wykrzyczała ojcu przed wyjazdem. „Wiesz, córeczko, że moja praca wymaga ciągłej gotowości do wyjazdów służbowych. Macie dzięki temu wszystko, czego zapragnie każda wschodnia księżniczka”. Rzeczywiście Karen miała pełne szafy dżinsów i błyskotek, ale wolałaby mieć normalną rodzinę. „Wiesz co? Mam w nosie życie księżniczki − i tak wolę książki, a chciałabym mieć czasem prawdziwego tatę”. Chłodno pożegnali się z ojcem, który za kilka godzin miał lot, jak twierdził, do Tunisu.

Z zamyślenia wyrwał ją głos pilota, oznajmiający, że schodzą do lądowania.

Kair powitał je czterdziestostopniowym upałem. Spoceni celnicy uwijali się pomiędzy pasażerami − na lotnisku nie działała klimatyzacja. Karen spojrzała na matkę, która stała obok i czekała z wzrokiem utkwionym w wylot taśmy, skąd wyłaniały się bagaże. Wyglądała jak prawdziwa podróżniczka z epoki wiktoriańskiej w swoim beżowym spodniumie i małym słomkowym kapeluszu z granatową wstążką. „Moja Basia z Avonlea”, mawiała czasem czule babcia Krysia, gładząc córkę po włosach. Rzeczywiście, Barbara, zwana przez ojca Barbrą, rudowłosa, zielonooka, z płomienną burzą włosów okalających porcelanową buzię, przywodziła na myśl kultową bohaterkę powieści ukochanej przez wszystkie dziewczynki świata. Chociaż także wszyscy mężczyźni świata, gdziekolwiek pojawiała się Barbara, patrzyli na nią z podziwem i zainteresowaniem.

„Kiedy cię poznałem, wyglądałaś jak Rita Hayworth w Gildzie albo jak Lilith na obrazie Rossettiego − ikona prerafaelitów”, tak jeszcze kilka lat temu mawiał do żony Jeremy. Ale już dawno Karen nie słyszała ani tych słów, ani tej czułości w głosie ojca. Wracał ze swoich rozlicznych podróży służbowych i zamykał się w swoim pokoju, słuchając Doorsów albo wychodził na karty do kantyny.

Nieustające wakacje nad Morzem Śródziemnym to było miłe życie, pod warunkiem że nie miało się akurat kilkunastu lat i nie obserwowało rozpadu rodziny. Oddalanie się rodziców od siebie, coraz częstsze awantury, płacz mamy nocami i rosnący stos butelek po alkoholu w jej garderobie − to nie było miłe, to był ciężar znacznie ponad siły szesnastoletniej dziewczyny.

Mama, marszcząc czoło i ściskając niecierpliwie torebkę, oczywiście też Polliniego, z jej ulubionej kolekcji, wpatrywała się nerwowo w pas bagażowy. Kiedy denerwowała się, tak jak teraz, co chwilę poprawiała włosy, zakładając je za uszy, a piegi na jej nosie bledły.

− Bomba! Jeeest! − krzyknęła rozradowana, gdy na taśmie pojawił się wielki brązowy kufer z charakterystycznym złotym „P”.

− Szinu bomba, łejn bomba − jaka bomba, gdzie jest bomba?! − Natychmiast zjawili się przy niej oficer i celnik, obaj wyraźnie zdenerwowani. Lotnisko w Kairze, jak w każdym kraju arabskim, w każdej chwili mogło być obiektem zamachu odwetowego ze strony Izraela. „Odkąd Palestyńczycy porwali samolot lecący z Rzymu do Tel Awiwu w sześćdziesiątym ósmym, rozpoczęła się era terroryzmu”, mawiał tata.

Jeden z mężczyzn, młodszy, grubawy, był kompletnie łysy. Miał pourywane guziki koszuli i widać było, jak po brzuchu spływa mu pot.

Wyciągnął przed siebie spoconą rękę.

− Passaports minfatlak − zażądał.

Na szczęście Karen chodziła do arabskiej szkoły i szybciutko, najczystszą arabszczyzną wyjaśniła groźnym mundurowym:

− Mama używa takich słów, by okazać radość, że znalazła się walizka. Przyjechałyśmy na ślub ciotki z mężczyzną z Al-Senussich. − Nazwisko libijskiej rodziny królewskiej, a ponadto rodu, co powszechnie wiadome w krajach arabskich, pochodzącego wprost od proroka Mahometa, uspokoiło oficerów. Ten, który wziął paszporty Karen i Barbary, podszedł do budki celników i gdzieś zadzwonił. Rozmawiając, ciągle kiwał głową. Wrócił, oddał im dokumenty i z nieukrywanym zachwytem spojrzał na Barbarę.

− Meszi − rzucił, pozwalając im odejść.

Na parkingu czekał już kierowca z tabliczką Mrs & Miss Robinson.

Jechały w milczeniu. Karen czuła, jak sukienka oblepia jej ciało. Marzyła tylko o prysznicu. Mogło być groźnie z tą nieopatrznie wykrzyczaną „bombą”.

− Jak dobrze, córeczko, że tak sprawnie posługujesz się arabskim. Uratowałaś nas. − Matka dotknęłą jej ramienia.

− Nie przesadzaj, mamo. Po prostu czasem uważaj, co mówisz przy Arabach. − I nie pij w samolocie, dodała w myślach. Jak zwykle zawahała się, nie umiała rozmawiać z mamą o jej alkoholizmie.

Patrzyły przez okno taksówki, gdy nagle, ponad gajem palmowym, wyłoniły się ostre kanty potężnych budowli. Barbara znów zacisnęła dłoń na dłoni córki. Auto jechało szybko, a piramidy jawiły się i znikały pomiędzy palmami jak filmowe stop-klatki. Obie patrzyły jak urzeczone.

− Jak obuchem w głowę... − westchnęła Barbara. − Czasem myślę, że to jest znak, iż właśnie zetknęłaś się z cudem świata. Czy to Akropol, czy piramidy, czy miejsce, gdzie stała latarnia w Faros. Nieważne, ile razy to widzisz, czujesz się, jakbyś dostała obuchem po głowie.

Gdy dojechały przed hotel, drzwi taksówki otworzył smagły, wysoki portier.

− Witamy w Egipcie, panie − rzekł po angielsku, powoli i uroczyście. Karen wyszła z taksówki i jej oczom ukazały się nos Sfinksa oraz fragment piramidy Cheopsa.

Podbiegł boy w beżowym mundurku z lampasami i zajął się ich bagażami. Mama podała mu kilka piastrów.

− Miłego pobytu, madame − rzucił grzecznie chłopak, zanim odszedł.

− Inshalla − odpowiedziały niemal jednocześnie najbardziej powszechnym na Bliskim Wschodzie powiedzeniem. Jak Bóg da.

Weszły do ogromnego westybulu hotelu urządzonego z przesadnym przepychem − wszędzie były złocenia i arabeski. Po żarze dnia zastał je tutaj przyjemny chłód. Gdy tylko przeszły pod kolumnadą z różowawego marmuru, rozpoczęły się okrzyki i powitania − wszyscy padali sobie w ramiona, ściskali się i całowali.

− Karen, jak ty wyrosłaś! Jakie masz piękne włosy! Wyglądasz zupełnie jak twój tata w czasach college’u − cieszyła się babcia Frances.

Fakt, że była bardziej podobna do ojca niż do matki, nie był dla Karen powodem do dumy.

− Ale te oczy, piękne i zielone, ma po mamie. − Babcia Krysia uściskała wnuczkę. − A najważniejsze, że jest mądra i kocha książki − dorzuciła dumnie, patrząc na Karen.

− Ale nie jest taka piękna jak Basia − stwierdziła ciotka Lala. − Chociaż Basia musi schudnąć − wyszeptała scenicznym szeptem do babci Krysi. Ciotka Lala była znaną londyńską elegantką. Krótka fryzurka à la Chanel pasowała do jej stalowoszarych włosów. Delikatny makijaż, ostra szminka. Zawsze w idealnie dopasowanej do figury małej czarnej lub ciemnym garniturze. Zawsze w sznurze pereł. Ciocia, śpiewaczka w armii Andersa, przeszła szlak bojowy od Zaleszczyk do Monte Cassino. Jej mąż był Francuzem i ciotka Lala lubiła nadmiernie i z manierą wtrącać francuskie słówka. Dla babci Krysi i dla Barbary była wyrocznią w sprawach mody i urody. Miała obsesję na punkcie szczupłej sylwetki i czasem, gdy dzwoniła do mamy, a była jej chrzestną, pytała: „Czy Karen ciągle taka krągła? Uważaj, bo nie polubi jej żaden chłopiec. Zobacz, Jeremy też jest już tobą mniej zainteresowany, odkąd zrobiłaś się gruba po porodzie”. Nic nie dawało tłumaczenie, że w krajach arabskich krągłe kształty to ideał urody kobiecej. Ciotka nie dawała za wygraną „Ona jest taka poważna. Nie interesuje się chłopakami, tylko ciągle czyta i czyta, zresztą jest zbyt dorosła na swój wiek. I… jest raczej obserwatorem niż mówcą. Tak uważnie dobiera każde słowo, a mężczyźni tego nie lubią. Ubiera się też tak, ma cherie, bez wyrazu. Zawsze jakiś prosty strój, no i te półdługie zaczesane do tyłu włosy. Czy to ma świadczyć o jej pozornie spokojnym charakterze. To niedobrze. Kobiety muszą mieć to coś, no wiesz… Ty to masz… To esprit…

Karen jednak miała w nosie mężczyzn. Serdecznie też nie znosiła ciotki Lali − za jej wieczne krytykanctwo, wyrzucanie urojonej tuszy i niemądre rady. Ale teraz dygnęła przed nią grzecznie, dzielnie znosząc kościsty uścisk starej ciotki i jej odwieczne: Ma cherie, czy ty przypadkiem nie utyłaś od ostatniego spotkania? Zamiast choćby: Czy dobrze zniosłaś podróż, moje dziecko?

Karen spojrzała w lustro i zobaczyła niezbyt szczupłą, właściwie dość krągłą, niewysoką zielonooką szatynkę z nielicznymi piegami na nosie. Zmarszczyła się, poprawiając włosy. I jeszcze ta niesforna grzywka z kosmykami niepoddającymi się żadnym zabiegom!

Teraz jednak uwagę wszystkich zajęło przybycie do lobby rodziny Hassana, pana młodego. Na przedzie szedł Mahdi, wysoki, dostojny Arab, o ostrym, jakby orlim nosie i wysokim czole, dość smagły, wręcz ciemny. Był ubrany w długą kremową galabiję. Kilka kroków za nim w złotej chuście na głowie i długiej turkusowej szacie kroczyła Paola. Matka Hassana była Włoszką, ale w kraju arabskim stosowała się do tradycji. Jak każda bogata Arabka (i Włoszka) otaczała się pięknymi dodatkami. Miała torebkę od Polliniego z najnowszej kolekcji, okulary i apaszkę od Gucciego.

Za nimi szły cztery siostry Hassana − wszystkie wystrojone w intensywnie kolorowe suknie. Najstarsza, Mabrouka, czyli Szczęśliwa, była bliską koleżanką Karen.

Wyglądają jak różnobarwne rajskie ptaki, pomyślała Karen. Ale zaraz, gdzie jest Farag?

Obie z Barbarą spoglądały na arabską grupę, wypatrując starszego brata pana młodego. Jak w każdym arabskim domu po Mahdim to Farag był najważniejszą osobą w rodzinie, jako pierworodny syn, opiekun rodziny i następca.

Był częstym gościem w ich domu w Bredze. Za częstym, pomyślała Karen, a głośno powiedziała:

− Farag nie był zwolennikiem tego ślubu, ale w końcu i on uległ miłości brata do „niewiernej”.

− Potem już był. − Barbara zarumieniła się nieoczekiwanie. − Ale czy przyjedzie?

− Nie ma go… Ale zobacz, mamo, są bliźniaki.

Za Marią Krajewską, siedzącą w głębi na skórzanej sofie, stali jej dwaj synowie, piętnastoletni bliźniacy, wysocy rudzielcy o intensywnie zielonych oczach, podobni do siebie jak dwie krople wody. Jacek i Andrzej byli Polakami. Karen pamiętała rozmowę rodziców na ich temat: „Maria, matka bliźniaków, zrobiła nieprawdopodobną karierę w Libii. Wszak przyjechała jako osoba towarzysząca dla Romana, a dostała propozycję pracy w projekcie rządowym”, powiedział ojciec, a matka dodała: „Pełni funkcję visiting professor na Wydziale Transformacji Roślin Uniwersytetu w Benghazi. Mamy tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty pierwszy rok i Libia jest pierwszym arabskim krajem, w którym dopuszczono kobiety do nauki. Mogą studiować”.

Bliźniacy podeszli do Karen i jej matki.

− Ciao, bellissima − rzucił Andrzej i cmoknął dziewczynę w policzek.

− Hej. − Jacek skinął głową.

Byli o rok młodsi od Karen i mieszkali w Benghazi. Jacek był poważnym okularnikiem i strasznie przynudzał, Andrzej był wesoły, wygadany i wiecznie uśmiechnięty − bardzo się jej podobał.

− To co, zatańczymy na weselu twojej ciotki Jackie, darling? − zagadał teraz.

− Kysz, wariacie! − roześmiała się Karen. − Przecież wiesz, że to niemożliwe, bawimy się osobno.


* * *

Uroczystość weselną urządzono na modłę arabską, co było ukłonem w stronę rodziny pana młodego. Arabskie wesele. Karen była na wielu podobnych, wszak większość życia spędziła w tych krajach. Siedziała teraz z bliźniakami i popijała sinalco colę.

− Państwo młodzi są cały czas osobno, spotykają się dopiero pod koniec − uświadamiała towarzystwo.

− Jak to? − zdziwił się Andrzej.

− Normalnie − rzucił z powagą Jacek. − Państwo młodzi całą ceremonię ślubną obchodzą w osobnych wielkich namiotach, zbudowanych na potrzeby wesela − jeden dla kobiet, drugi dla mężczyzn. Usadawia się ich na tronach, gdzie przez wiele godzin są jakby obserwatorami własnego święta.

− Patrz, Karen, jaki ekspert − roześmiał się Andrzej, po czym złapał dziewczynę za rękę i pociągnął w kierunku westybulu. Gdy stanęli przy wyjściu, Andrzej pochylił się nad nią i zapytał: − To co, kochasz mnie, miła?

− Wariat! Kompletny wariat − śmiała się Karen.

− No wiesz, miła, jesteśmy świadkami, że chcieć to móc. Zobacz, Hassan i Jackie jednak doprowadzili do tego dnia.

To fakt. Przez ostatni rok Karen często słyszała strzępki rozmów rodziców na temat tego związku. „Oni są za młodzi”, mawiała mama. „Hassan nigdy nie zaakceptuje jej lewicowych poglądów”, wyrokował ojciec. „Amerykanie nigdy się nie zgodzą, aby zamieszkali w Libii”. „Libijska rodzina nigdy nie zaakceptuje, jeśli urodzi się pierwsza dziewczynka”. Jackie i Hassan musieli pokonać wiele przeszkód, by doprowadzić do swojego ślubu. Ale dopięli swego i różnorodna mieszanka gości z całego świata zajęła tego wrześniowego dnia cały hotel położony u stóp piramid. Kobiety przeszły do swojej części, a mężczyźni do swojej. W męskiej części głównie rozmawiano, jedzono i palono − nie tylko papierosy.



− Czuć tu opium − stwierdził Jacek, wchodząc do namiotu mężczyzn. − Tu musimy się rozstać. Do zobaczenia, Karen.

Karen pomachała do niego i weszła do namiotu kobiet. Natychmiast ogarnął ją harmider rozmów. Na malutkich bębenkach darbuki wybijano ekstatyczną muzykę.

− Habibi, habiiiiiibiiii − śpiewała najpopularniejsza piosenkarka krajów arabskich Um Kathloum.

Woń piżma i patchouli mieszała się z zapachem kardamonu, wanilii i cynamonu. Wszystko się złociło: pęki dekoracji na ścianach namiotu, tron oblubienicy stojący na podeście na środku, stroje kobiet. Wszędzie stały tace z jedzeniem i miedziane dzbany z wodą. Muzyka mieszała się z gardłowymi okrzykami i piskami zachwytu nad kreacjami panny młodej.

− Która to już suknia dzisiaj? − Karen zwróciła się do babci.

− To chyba siódma kreacja panny młodej − odparła Krysia. − Jestem pod takim wrażeniem! Suknie są coraz to wymyślniejsze! I każdej towarzyszy inny garnitur biżuterii!

− Hojny ten pan młody − mruknęła Karen.

− Oj hojny, hojny. − Barbara pokiwała głową. – To ród Senussich. Najbogatszy ród Libii, królewski. − Matka Karen siedziała na stole, machała nogami i zajadała się orzechami nerkowca i ciastkami z daktyli. − Arabki lubią przepych − ciągnęła. − Suknie ślubne, których potrzebują na wesele, od kilku do kilkunastu, w zależności od zamożności rodziny, kupują i szyją w najlepszych włoskich lub francuskich domach mody.

− Mama zapomniała dodać, że byłyśmy z „ciocią” Jackie na zakupach w Paryżu, Rzymie i w Londynie − roześmiała się Karen.

Kilka dziewcząt, w tym siostry pana młodego, Chałła i Mabrouka, zaczęło wyginać się zmysłowo w tańcu brzucha. Karen dołączyła do nich, ubrana w arabską suknię, z wyszywaną cekinami chustą zawiązaną na biodrach.

Barbara zeskoczyła ze stołu, zdjęła sandałki, zabrała Karen chustę i też zaczęła wirować w tańcu. U wejścia do namiotu stanął Farag, starszy brat pana młodego. Patrzył na przemian to na Barbarę, to na Jackie, która szła powoli w stronę tronu, prezentując kolejną kreację ślubną − kremową suknię wyszywaną różowymi perłami. Szminka w odcieniu ostrej czerwieni kontrastowała z jej alabastrową cerą. Gdy usiadła, otoczyły ją kobiety, szczypiąc poły sukni i szarpiąc za biżuterię.

− Piękna!

− Mabrouk!

− Ale ciężki naszyjnik! − dochodziło zewsząd.

Jedna z kobiet, trzymając się lewą ręką za tył głowy, zawodziła smętną pieśń o doli żony. Kiedy skończyła, reszta zaczęła miarowo klaskać. Niektóre kobiety krzyczały przy tym, wydając gardłowe okrzyki. Pobladła panna młoda wstała, by dokonać kolejnej prezentacji. Pomachała do zebranych i kolejny aplauz gardłowych okrzyków sięgnął zenitu.

Zaczerwieniona Karen nie mogła złapać tchu.

− Muszę wyjść − rzuciła do Mabrouki. − Strasznie rozbolała mnie głowa. Przejdę się, żeby nieco ochłonąć.

Opuściła namiot i ruszyła przed siebie. Szła zadbanymi alejkami hotelowego ogrodu, a muzyka i odgłosy wesela cichły z każdym krokiem. Słychać było teraz wyraźnie cykady, wieczór był gorący.

Oddaliła się znacznie od weselnych namiotów, aż dotarła do miejsca, gdzie stały kontenery ze śmieciami. Wtedy ich zobaczyła.

Tuż obok wysypiska Barbara całowała się z Faragiem, bratem pana młodego.

Karen usiadła na ścieżce, skronie jej pulsowały. Spojrzała w niebo, każda gwiazda była rozmyta od łez. Były ich miliardy, jakby niebo miało zaraz spaść.

Ale nie spadło.


Kilka tygodni temu Karen słyszała ich rozmowy o planowanym przez Faraga wyjeździe do Polski. Matka zawsze się do niego okropnie mizdrzyła. „Dokąd zamierzasz jechać?”, spytała, wyginając się, by pokazać swoją piękną − jak jej się wydawało − łabędzią szyję. „Do szkoły pilotów w Dęblinie”. „Koniecznie musisz zwiedzić Kazimierz Dolny. To perła polskiego renesansu, oddalona jakieś dwadzieścia kilometrów od Dęblina”, mówiła, kręcąc na palcu pukiel rudych włosów.


Karen przyciskała dłonie do skroni, czuła się tak, jakby głowa miała jej eksplodować. Barbara, nie bacząc na to, że Farag był kilkanaście lat od niej młodszy, że był Arabem, a przede wszystkim nowym członkiem rodziny − właśnie w najlepsze oddawała się namiętności na tle piramid.

Nie był to pierwszy raz, kiedy Karen nakryła matkę w takiej sytuacji.


Karen miała dziewięć lat. Była bejrucka, parna noc. Wiał akurat wiatr od pustyni, nazywany tutaj gibli. Mimo klimatyzacji, marmurowych ścian i podłóg upał był nie do wytrzymania. Pomyślała o lodówce. Tata zawsze dbał o to, aby była pełna wody, a zamrażarkę wypełniały kostki lodu.

Postanowiła zejść do kuchni po zimną wodę. Po drodze usłyszała dźwięki muzyki i jakieś szmery.

− Chodź, no chodź tu do mnie... − rozległ się męski głos, nie był to jednak głos ojca. Za to kobiecy chichot stanowczo należał do mamy.

− Och, przestań, przestań, nie, nie − uważaj!

Co jest?! Złodziej?, pomyślała Karen. Ale dlaczego mama się śmieje? Dochodziła druga nad ranem, a ojciec przebywał w podróży służbowej. Karen zeszła kilka stopni niżej, usiadła na ostatnim i zerknęła do lustra, w którym odbijał się salon.

Na białej skórzanej kanapie siedziała mama w czerwonej sukni. Przed nią klęczał sąsiad z głową wtuloną w jej kolana. Barbara gładziła jego włosy.

Karen kurczowo zacisnęła palce na poręczy. Chciała krzyczeć, ale nie umiała wydobyć z siebie żadnego, nawet najmniejszego dźwięku. Popatrzyła na rękę, na której odcisnęły się ażurowe ślady poręczy, aż do krwi.

Wstała i uciekła do sypialni.


Wiał gibli i wszystko za oknem wirowało. „Ludziom miesza się w głowach, kiedy wieje ten paskudny wiatr”, mawiał starzec przesiadujący zawsze w budce wartowników przy wejściu na kampus, gdzie mieszkali. Mama regularnie zostawiała mu kilka piastrów.

Wiatr przewracał drzewa i wzniecał tumany kurzu tańczące w świetle latarni. Głowę Karen rozsadzał chichot mamy. Do rana leżała, patrząc na łamiące się za oknem palmy i płakała bezgłośnie. Gryzła palce do krwi. Przed oczami wciąż miała czerwoną plamę sukni na białej kanapie.

Ranek wstał już bezwietrzny.

− Obudź się, córeczko − rozległ się głos matki. − Przed nami piękny bejrucki dzień. Pospiesz się, idziemy na souk z panem Adamskim. Pracuje razem z tatą i obiecał, że się nami zaopiekuje. Obok stał mężczyzna, z którym nakryła matkę ostatniej nocy.

Karen odwróciła się do ściany i wybuchnęła płaczem.

− Nigdzie nie idę − oświadczyła. − Nigdy nie opuszczę tego pokoju! Niech on stąd wyjdzie! Gdzie jest mój tata?!

Zatrwożona Barbara stała nad nią, nic nie rozumiejąc.

− To pewnie wpływ tego okropnego gibli − westchnęła w końcu i zawołała do mężczyzny: − Idź do domu, Franek.


Przez cały tydzień Karen nie wychodziła z pokoju, uskarżając się na bóle głowy. Wezwany kilkakrotnie lekarz stwierdził, że nic się nie dzieje, ale widząc apatię dziewczynki i jej świecące niezdrowym blaskiem oczy, zalecił dużo odpoczynku w ciemnym pomieszczeniu, czyli dokładnie to, czego Karen pragnęła najbardziej.


Zatroskana Barbara napisała list do swojej krakowskiej przyjaciółki:


Kochana Beato,

bardzo boję się o Karen. Źle się czuje i źle wygląda, to trwa już niemal od tygodnia. Nie wiem, co jej dolega. Tej nocy, kiedy to się zaczęło, wiał gibli, a Arabowie mówią, żeby się wtedy nie denerwować i nie kłócić, bo gibli wysysa z ludzi duszę, można nawet umrzeć. Bardzo tęsknię za rodzinnym Krakowem. Nie mam jednego domu, tak często się przeprowadzamy, już nie wiem, w ilu krajach mieszkałam.

Czuję się samotnie i źle.

Kiedyś miałam jeszcze wsparcie w Jeremym, ale teraz, gdy wreszcie wraca do domu, natychmiast wychodzi i spotyka się z kolegami w kantynie lub idzie na bilard. Wiesz, kiedyś czekałam na niego z utęsknieniem, teraz jednak więcej mnie łączy z Kilitajmestrą, która zbyt długo czekała na Agamemnona. Obie wiemy, co z tego wynikło. Trzymaj kciuki i módl się za mnie, proszę, aby to wszystko jakoś się uspokoiło. Idź do naszej patronki od rzeczy niemożliwych, św. Rity, i pomódl się za zdrowie Karen i za moje małżeństwo.

Twoja Baśka


Barbara nie wspomniała przyjaciółce, że od kilku lat pije. Coraz więcej i coraz częściej. Nie napisała też, że kiedy jest pijana, łatwo ulega słodkim słówkom i komplementom mężczyzn, których tabuny zawsze czyhały na samotne, zbyt dużo pijące mężatki przebywające na placówkach. I że to zwykle nie kończyło się dobrze.

A tata Karen powtarzał: „Picie alkoholu w krajach muzułmańskich objętych prohibicją grozi ukamienowaniem, karą śmierci lub − w najlepszym razie − wyrzuceniem nas z placówki”.

Na szczęście nic tak niebezpiecznego nigdy się nie wydarzyło. Może dlatego że Barbara i Jeremy często pili z Arabami, choć ci, zgodnie z religią, w ogóle nie mieli prawa dotykać alkoholu. Ale, co częste na kontraktach w krajach arabskich, pili tak, że tracili granice.

Tak jak teraz.

Barbara była zbyt pijana, by dostrzec córkę, ale Farag od razu zobaczył Karen. Nie przerwał jednak.

Dziewczyna, zawstydzona i oszołomiona, wstała ze ścieżki, ale straciła równowagę i zachwiała się niepewnie. Nieoczekiwanie ktoś ją podtrzymał. Podniosła wzrok i zobaczyła Jacka, jednego z bliźniaków.

− Wracasz do namiotu? − zapytał, biorąc ją za rękę.

− Tak − odparła po dłuższej chwili.

Jacek odprowadził Karen do namiotu kobiet, skąd dobiegał już krzyk Mabrouki:

− O, teraz czas na finał! Patrzcie, to już ostatnia suknia! Tradycyjny strój arabski z kwefem przetykanym srebrną i złotą nicią.

Karen i Jacek przez chwilę stali przy wejściu do namiotu i przyglądali się uroczystości. Akurat nadchodził kulminacyjny moment wesela − połączenie oblubieńców. Kobiety obwieszczały to głośnymi, gardłowymi okrzykami i klaskaniem w rytm szaleńczej arabskiej muzyki.

− Okej? − zapytał chłopak po kilku minutach. Cały czas trzymał Karen za rękę.

− Okej − powiedziała i weszła do namiotu.

Amerykańska panna młoda w arabskim stroju była prowadzona do sypialni, gdzie zgodnie ze ślubnym obyczajem mąż miał dokonać próby dziewictwa. Otwarto wejście i wprowadzono pana młodego.

Hassan również ubrany był w tradycyjny strój − śnieżnobiałą galabiję ze złotym wyhaftowanym brzegiem. Przywiedziono go do zaróżowionej i przejętej Jackie, złączono ich ręce i świadkowie poprowadzili ich do sypialni. Tu, w Kairze, próba dziewictwa była spektaklem na potrzeby wesela, Jackie i Hassan spędzili ze sobą już tę noc, której się poznali.


Na wielu weselach, na których była Karen, od Bejrutu po Damaszek i Maghreb, świadkowe wychodziły do zebranych, pokazując zakrwawione prześcieradło. Wszystkich to radowało − kobiety piszczały szaleńczo, a mężczyźni strzelali ze strzelb na wiwat. Jako dwunastolatka Karen była z mamą na weselu w Arabii Saudyjskiej. Po tym, gdy kobiety zaprowadziły bladą i zmęczoną pannę młodą do sypialni, Karen zdziwiło, że nikt nie wyszedł z prześcieradłem. W pierwszej chwili nawet się ucieszyła − ten widok zawsze napawał ją i przerażeniem, i obrzydzeniem − ale wtedy zamiast wiwatu padł tylko jeden strzał. Potem rozpętało się wielkie zamieszanie, do sali kobiet wbiegł ojciec i złapał matkę za rękę; zwykle opanowany, teraz był bardzo zdenerwowany.

− Do domu, Barbra! Weź Karen, pośpiesz się! Jedziemy! − krzyczał.

− Co się stało? − zapytała Karen.

− Wypadek − rzuciła matka, patrząc badawczo na ojca.

Karen dopiero dwa lata później od swojej arabskiej koleżanki Fatimy dowiedziała się, że pan młody − jeśli żona nie okazałaby się dziewicą − według muzułmańskiego prawa szariatu może ją zabić. Dziewczyny nie rozmawiały o tym, co by się stało, jeśli brak dowodu byłby po prostu absolutnym przypadkiem, tak jak zawsze może się zdarzyć. Ale Karen myślała o tym. Często.

Teraz przyłączyła się do tańczących kobiet, klaskała, śpiewała i wirowała w tańcu derwiszy, zajadała się weselnym kuskusem, ulubionymi brakami, czyli gołąbkami w liściach winogron z dodatkiem sosu tzatziki i arcysłodkimi ciastkami z daktylami. Zachowywała się tak, jakby wcześniej nie spotkała matki w tamtej ciemnej alejce.


Dochodziła szósta rano. Karen stała na balkonie z widokiem na podświetlone piramidy, chłonąc dźwięki kairskiego poranka.

Patrzyła na resztki nieco jarmarcznej weselnej dekoracji − na lampki zapalające się co chwilę na czerwono lub zielono, ułożone w zabawny zarys piramid gdzieś ponad tymi prawdziwymi. Obraz piramid był tak odmienny od powszechnego wizerunku magicznych ostrosłupów leżących na piaskach pustyni, że aż komiczny.

Karen zostawiła otwarte drzwi balkonowe i wróciła do łóżka.

Muszę spać, muszę! – zaklinała się w duchu, ale przed oczami ciągle miała obraz swojej pijanej matki

Poranna mgła zasłoniła najmniejszą piramidę. Teraz widać było tylko dumnie stojące dwie pozostałe. Wyglądały jak bliźniacze wieże.

− Jacek i Andrzej u wrót Nilu... − Uśmiechnęła się do siebie.

Karen ogarniało coraz większe zmęczenie, a wraz z nim nareszcie przyszedł sen. I jeszcze na jego granicy, w takim momencie, kiedy człowiek nie wie, czy śni, czy myśli na jawie, i czy to, co się właśnie dzieje, jest realne, spod wpółprzymkniętych powiek zauważyła dwa myśliwce lecące nad piramidami. Samoloty leciały tak, jakby chciały się wbić w piramidy, by nagle, w ostatniej chwili, poderwać się w górę.

Musi mi się to śnić, pomyślała. Przecież to niemożliwe, by jakikolwiek samolot próbował wbić się w jakąkolwiek wieżę. Zagrożenie wojną wydawało się tak odległe i nierealne.

Ukołysana szumem kairskiego poranka, w pokoju z widokiem na piramidy, których nie oświetlało już sztuczne światło, ze wspomnieniem pijanej matki pod powiekami Karen usnęła jeszcze na kilka godzin.


Wstawał poranek jedenastego września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku. Tego dnia młoda para w towarzystwie weselnych gości miała wsiąść na statek, by odbyć podróż Nilem, poprzez Luksor i Edfu, do otwartej kilka miesięcy wcześniej tamy w Asuanie.




Rozdział II

Żydowska narzeczona



Nowy Jork, 11 września 1971

W tym samym niemal momencie, gdy Karen usypiała w Kairze, jej ojciec, któremu wybaczono absencję na ślubie siostry w związku z ważnymi sprawami służbowymi na Bliskim Wschodzie, stał w oknie hotelu Marriott Resort na Manhattanie i patrzył na rozświetlone Twin Towers. Czekał, aż z pracy wróci jego „służbowy obowiązek” − Esther, którą kilka miesięcy wcześniej poznał w jednym z samolotów.


Oboje bali się latać, więc nad kolejnymi porcjami podwójnego ginu z tonikiem szybko zawarli tajemne porozumienie. Esther miała założoną nogę na nogę i Jeremy pomyślał, że są bardzo zgrabne. Jedno z jej pierwszych zdań brzmiało: „Pochodzę z rodziny tradycyjnych nowojorskich Żydów i bardzo staramy się przestrzegać szabasu”.

Żarliwa wiara nie przeszkadzała jej w intensywnym i pełnym namiętności związku z żonatym mężczyzną.


Wymyśliła, że dziś zaprosi go na kolację i poprosi: „Rozwiedź się, zostaw Bliski Wschód, tę wiecznie odętą nastolatkę oraz żonę alkoholiczkę. Mam dla ciebie propozycję pracy tu, w Nowym Jorku!”.

Esther od kilku miesięcy pracowała w Twin Towers. Jej biuro znajdowało się w Północnym Bliźniaku. Była bardzo dumna, że przyjęto ją do tej prestiżowej kancelarii, choć pracowała zbyt długo, co nieustannie krytykowała jej matka. „Esther, kiedy będzie czas na wnuki, skoro ciągle siedzisz w tej pracy?”, pytała, a Esther odpowiadała tylko: „Oj, dobrze, dobrze, mamuś, dobrze”.

Niedawno na imprezie dla najemców urządzonej z okazji otwarcia TT Esther spotkała starego przyjaciela rodziny Mosze Janovitza, który miał biuro na siedemnastym piętrze i rozkręcał naftowy biznes z Arabami.

− Szukam dobrych ekspertów do spraw bliskowschodniej ropy.

− Znam kogoś takiego − odparła bez chwili wahania. − Był na placówkach w kilkunastu krajach arabskich. Zna perfekcyjnie arabski i hebrajski.

Janovitz z podekscytowania aż zaczął szybciej oddychać.

− Czy możesz zaaranżować spotkanie z nim? Zatrudniłbym go natychmiast. Dam mu pokaźną pensję, apartament na Manhattanie i pakiet medyczny. Chcę, by twoje biuro prawne dokonało błyskawicznej transakcji w pozyskaniu tego człowieka do współpracy.

Esther szła i podśpiewywała z radości. A więc nareszcie! Mogli być razem! Zamierzała powiedzieć o tym Jeremy’emu na kolacji. Na miejsce spotkania wybrała modną ostatnio libańską knajpkę na rogu 13th Street na Dolnym Manhattanie.

Spojrzała na zegarek. Była dwudziesta pierwsza. Pracowała już od dwunastu godzin! Od ponad półtorej godziny powinna być u Jeremy’ego. Zawsze zatrzymywał się w hotelu Marriott położonym naprzeciwko Twin Towers. „Nie lubię tej sieci. Mam stałą zniżkę w innych hotelach na całym świecie, ale tu chcę cię mieć zawsze na oku”, wyszeptał jej do ucha podczas ich pierwszej wspólnej nowojorskiej nocy.

Powiem mu to dzisiaj na kolacji. Esther uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze windy w Twin Towers. Jedenasty września to właściwy dzień na załatwianie spraw amerykańsko-arabskich.

Szła rozświetlonym dziesiątkami latarni Dolnym Manhattanem. Mimo że było już dosyć późno, otaczał ją tłum wracających z pracy białych kołnierzyków. Pracoholicy tacy jak ja, pomyślała i nie było to optymistyczne stwierdzenie.

Wiedziała, że spędza zbyt wiele godzin w biurze, co było nieustannym źródłem uszczypliwych komentarzy ze strony matki. Choć znacznie więcej uwagi matka poświęcała temu, że Esther ma już trzydzieści lat i ciągle nie ma męża, nie mówiąc o dzieciach.

Matka Esther miała wiele przyjaciółek z fundacji charytatywnej, gdzie pracowała. Z niektórymi znajomymi, które miały synów, od lat planowały wspólną przyszłość dla swoich dzieci. Esther była jednak uparta i nie zgadzała się na kolacje „z planem małżeńskim”. Evelyn dałaby sobie z nią radę, ale za córką zawsze murem stawał ojciec.

Przyspieszyła kroku. Jestem spóźniona, jestem taka spóźniona, a Jeremy tego nie znosi.

Postanowiła, że do niego zadzwoni i spotkają się od razu w tej libańskiej restauracji. Stanęła pod automatem telefonicznym, czekając, aż wysoki niemłody już Murzyn przestanie rozmawiać. Konwersacja jednak wyraźnie się przedłużała, a wściekły mężczyzna walił ręką w telefon.

Esther zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu innego automatu, ale obok stał tylko sprzedawca z hot dogami. Och, zjadłabym jednego, od rana nie miałam nic w ustach. Zerknęła pożądliwie w kierunku budki. Nie mogę, postanowiła. Muszę trzymać linię. Jeremy nie lubił krągłych kobiet i kilkakrotnie − między słowami, ale jednak wyraźnie − usłyszała, że ma o to pretensje do Barbary, która jak mówił, nie wygląda już tak jak przed urodzeniem Karen.

Wreszcie Murzyn skończył rozmowę i z wściekłością kopnął drzwi, które uderzyły Esther. Nie przeprosił, a gdy jeden z kołnierzyków zwrócił mu uwagę, rzucił tylko w jego kierunku wiązankę niewybrednych wyzwisk.

− Walcie się, ty, wy i reszta waszej białej hołoty! Właśnie się dowiedziałem, że szef wyrzucił mnie z roboty. Pracowałem w ochronie TT, a po godzinach jako taksówkarz. Dzisiaj mój zmiennik zachorował i muszę jeździć do rana. Zadzwoniłem do szefa w TT, a on mnie wywalił! Co ja powiem żonie i szóstce moich dzieci?!

Esther, zdenerwowana tą sytuacją, szybko podziękowała obcemu mężczyźnie za pomoc.

Skądś go znam, przemknęło jej przez myśl. Podniosła słuchawkę automatu i drżącymi palcami wykręciła numer do hotelu.

Jeremy nie odbierał. Zadzwoniła do swojego domu − Jeremy miał swój komplet kluczy i Esther wielokrotnie prosiła go, aby zatrzymywał się u niej podczas swoich nowojorskich wizyt, ale on uparcie meldował się w tym samym hotelu.

Gdzie on jest? A może czeka już w umówionym miejscu?, pomyślała, pełna nadziei.

− Taxi! Taxi! − Próbowała zatrzymać Yellow Cab, co jak zwykle podczas deszczu w Nowym Jorku wydawało się nierealne. Zrezygnowawszy z taksówki, szybko pobiegła do oddalonej o kilkanaście przecznic restauracji.

− Dobry wieczór, pani Robinson − powitał ją właściciel, przystojny, około pięćdziesięcioletni wysoki Libańczyk.

Esther bardzo lubiła, gdy witano ją tu w ten sposób. Często jadali w tej restauracji, bo Jeremy uwielbiał kuchnię arabską i zawsze brakowało mu jej w Nowym Jorku. Czasem ją to bawiło, bo przecież nigdy nie zostawał tu dłużej niż na jeden, dwa dni, po czym wracał do Libii albo do innego kraju na Bliskim Wschodzie. W tej restauracji wszyscy uważali ich za małżeństwo, a przynajmniej Esther tak sądziła, i dlatego był to jej ulubiony lokal.

− Witam cię, Mohammed. Czy jest tu już może mój mąż? − zapytała, zdyszana.

− Był, ale niedawno wyszedł. Zostawił dla pani wiadomość − powiedział Arab, podając Esther zaklejoną kopertę.

− Mówił, dlaczego wychodzi?

− Nie, chociaż był dość wzburzony. − Mohammed patrzył na nią z niepokojem.

− Pewnie wkrótce wróci...

− Czy chce pani usiąść przy państwa ulubionym stoliku, czy może na zewnątrz? Po deszczu orzeźwiło się, chyba już nie będzie padać. Mamy piękny, ciepły wieczór.

− Usiądę na zewnątrz − zdecydowała. − Ale trzymaj nasz stolik, proszę. Usiądziemy przy nim, gdy wróci mój mąż. − Esther sprawiało wyraźną przyjemność podkreślanie w każdym zdaniu, że Jeremy to jej mąż. − Dziękuję, Mohammed.

− Zaraz podam przystawki i kieliszek pani ulubionego wina.

To Jeremy wprowadził zwyczaj rozpoczynania każdego posiłku w tej restauracji od wielkiego talerza arabskich różności, na którym królowały humus, dolma, czyli gołąbki w liściach winogron, pasta z jogurtu i pieczonych bakłażanów oraz ulubione danie Esther − znakomity kebab kofta, serwowany z pachnącym sosem pomidorowym, mocno przyprawionym kolendrą. Zawsze podawano do tej potrawy gorące podpłomyki.

Właściciel restauracji odprowadził kobietę do stolika na dworze. Zanim usiadła, szybko rozerwała kopertę. W środku był krótki list od Jeremy’ego, napisany jego starannym, pięknym charakterem pisma.


Esther,

nie znoszę, jak się spóźniasz. Nie wiem, dlaczego ciągle to robisz, przecież wiesz, że nie akceptuję spóźnialstwa! A ty − co gorsza − nawet nie dzwonisz, żeby mnie uprzedzić! To się musi zmienić, zresztą inne rzeczy również. Całe popołudnie spędziłem, leżąc na łóżku, patrząc w okna Twin Towers i dzwoniąc do restauracji, by przedłużać rezerwację naszego stolika. To nieporozumienie! Dzisiaj jest ślub mojej siostry i powinienem być z moją rodziną, a nie z Tobą. Natychmiast jadę na lotnisko, by szukać najbliższego połączenia do Kairu. Nie zdążę już na wesele, ale może jeszcze zdołam uściskać Jackie przed jej podróżą poślubną. Powinienem tam być z Barbrą i Karen, z Jackie i rodzicami.

Twój J.


PS. Ostatnia noc była cudowna, ale może powinna być ostatnia. I niech Ci nie przyjdzie do głowy, by jechać za mną na lotnisko, jeśli oczywiście nie zamierzasz nocować w swoim biurze!


Esther cały czas stała. Nie zauważyła kelnera, który przyniósł w międzyczasie jedzenie i wino.

Przeczytała list jeszcze kilka razy. W pierwszym odruchu chciała natychmiast brać taksówkę i pędzić za Jeremym, ale powstrzymał ją jego wyraźny zakaz.

W końcu opadła na krzesło i wybuchnęła płaczem. Była bezradna. Nie wiedziała, co dokładnie znaczą jego słowa − dla jej życia, dla jej planów.

Siedziała przy stoliku kilka godzin, nie tknąwszy jedzenia. Ciągle płakała. Nie zauważyła nawet, że niedaleko siedzi ten sam mężczyzna, który wcześniej pomógł jej podczas sceny z Murzynem przy budce telefonicznej, i się jej przygląda.

John Anderman, pracujący w Twin Towers w firmie brokerskiej, był ze swoją narzeczoną Kerstin w restauracji libańskiej i przez cały wieczór patrzył na Esther. Widział, jak siedziała na brzeżku krzesła, z nogami wyciągniętymi przed siebie, z ręką złożoną na brzuchu. Widział, jak zamawia i wypija kolejną butelkę wina.


Przypomniał mu się słynny obraz Rembrandta Żydowska narzeczona, który widzieli z Kerstin w zeszłym roku w Amsterdamie, kiedy zrobili sobie wycieczkę po Europie. Wracali wtedy od jej rodziców ze Sztokholmu, z przerwami na Londyn, Amsterdam, Paryż i Barcelonę. To była trasa wokół ulubionych malarzy Kerstin − Gainsborough, Rembrandta, Leonarda i Goyi.

John znał Esther z widzenia. Chodził do klasy z Jakubem, jej starszym bratem. Widywał ją też często w TT, gdzie sam pracował. Ich matki również razem pracowały.

To, co tu widzę, nie spodobałoby się mamie Esther, pomyślał.




Rozdział III

Kain i Abel



Warszawa, 11 września 1956

Bliźniaki przyszły nas świat w dżdżysty dzień, w warszawskiej klinice na Karowej. Maria patrzyła na dwa metalowe łóżeczka przyciągnięte przez pielęgniarkę do jej łóżka w porze karmienia i nie czuła żadnej miłości − tylko strach i złość.

Urodzenie dzieci, i to dwoje, przeraziło ją; zaskoczył brak macierzyńskich uczuć, które miały przyjść natychmiast. Dokonanie tego odkrycia, o którym nie mogła nikomu powiedzieć, pogrążyło ją w stanie bezmiernych wyrzutów sumienia i poczucia winy − z czasem, gdy stało się to widoczne dla otoczenia − utwierdzanego przez teściową, a potem także przez męża. Maria nigdy nie zapomni chwili, kiedy okazało się, że jest w ciąży. Stało się to po dwóch dniach od ogłoszenia, że otrzymała wymarzoną Pracownię Fotosyntezy, i pamiętnych słów dziekana: „Pani Mario, jest pani jedną z najmłodszych osób w historii uczelni, którą spotkał taki zaszczyt”.

Wtedy był piękny marzec, bardzo powoli pojawiały się pierwsze sygnały wiosny, przyroda budziła się do życia. Maria czuła się najszczęśliwsza, gdy wchodziła do pokoju „swoich roślinek” w Pracowni Fotosyntezy na warszawskiej SGGW. Ósmego marca jako nowa szefowa pracowni otrzymała od studentów i współpracowników dużo czerwonych goździków, a od dziekana wyhodowaną w jego Pracowni Nowych Roślin odmianę pąsowej róży. „Nazwałem ją Różą Wiosennej Odwilży”, powiedział, czerwieniąc się.

Dwa dni później Maria dostała porannych mdłości. Cały dzień czuła się bardzo źle. Patrzyła na swoje odbicie w łazienkowym lustrze. Była blada, na jej czoło wystąpiły maleńkie kropelki potu. Półdługie jasne włosy starannie zaczesała do tyłu. Jak przystało na naukowca, nosiła okulary. Poprawiła sznur białych perełek i strzepnęła niewidzialny pyłek z szarej szmizjerki.

To z powodu nadmiernego stężenia chemikaliów podczas popołudniowego doświadczenia, gdy ze studentami tropiliśmy przemianę chlorofilu pod działaniem światła i odczynników. Bo chyba nie... Jej ładną buzię wykręcił grymas. Nie, nie, to nie może być to. Nie teraz, kiedy moja kariera nabiera tempa.

Poranne nudności utrzymywały się jednak przez kilka następnych dni, Maria poszła więc do pobliskiej poradni w szpitalu na Karowej. „Jest pani w ciąży”, oznajmił młody lekarz. „Ósmy tydzień”. Maria utkwiła wzrok w obdrapanej lampie i rozpłakała się. „Kobiety często płaczą ze wzruszenia. Wszystko będzie dobrze, pani Mario”, pocieszał mężczyzna, wypisując recepty.

Wyszła z poradni i stanęła na pobliskim brzegu rzeki. Na Wiśle topiły się ostatnie kry, świeciło piękne wiosenne słońce, a ona ciągle płakała. Była zrozpaczona. Nie chciała tego dziecka i i nie chciała mieć dziecka z Romanem.

Przeszła na Krakowskie Przedmieście do Bristolu. Usiadła w kawiarni, w ulubionym miejscu − pod portretem z dedykacją jednej z wielu słynnych mieszkanek hotelu Marleny Dietrich. Zamówiła napoleonkę i czajnik herbaty uhlung. Patrzyła przez wielkie okno kawiarni na Wizytki, gdzie odbył się ich ślub. To był zimny, mroźny dzień trzy lata temu. Maria miała na sobie kusy biały płaszczyk. Miała też okropną wyfiokowaną fryzurę − pomysł teściowej.



Po godzinie na marmurowym blacie stolika stało wciąż nietknięte ciastko. Maria z westchnieniem sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła świstek papieru. „Obywatelka Krajewska otrzymuje powołanie na Kierowniczkę Zakładu… w związku z pracą w niebezpiecznych warunkach (praca z odczynnikami chemicznymi, doświadczenia) obywatelka musi odznaczać się wzorowym stanem zdrowia, nie może być w ciąży”.

Do zimnej herbaty kapały jej łzy. Zmięła kartkę i rzuciła na podłogę.

Czas do domu, pomyślała, wstając. Czas zanieść wieści do Ochotnika.

Ochotnikiem Maria nazywała mieszkanie teściowej w okolicach placu Narutowicza. Mieszkali kątem u matki Romana. Nigdy by tam nie zamieszkała, ale w listopadzie 1954 niespodziewanie umarł teść. Zimny, pochmurny dzień na Powązkach zgromadził niemałą grupę żałobników. Od szarości dnia odcinały się ustrojone lampkami i kwiatami groby − niedawno było Święto Zmarłych. „Zawał. Skończył rysować projekt wnętrz Pałacu Kultury. Odłożył ołówki, zamknął szuflady. Powiedział do mnie: ‚Nie będę temperował ołówków na jutro − chyba umrę’. I umarł”, opowiadał nad grobem kolega z pracy, a inny dodawał: „Był bardzo dobrym człowiekiem”. Rzeczywiście był, czego Maria nie mogła powiedzieć o teściowej.

Tuż za dębową ciemną trumną szedł Roman, wspierając matkę. Miejsce Marii było przy nich, ale szła kilka kroków dalej. Wdowę w kapeluszu, w czarnej sukni do kolan, w czarnym futrze prowadził Roman ubrany w jasnoszarą kurtkę, nieco niestosowną na taką okazję. Teściowa przez wiele lat będzie wypominać Marii, że nie zadbała wtedy o ubiór swojego męża.

Gdy odchodzili od grobu, teściowa zatrzymała się, jakby miała upaść. Złapała kurczowo za rękę syna i wyszeptała: „Romuś, będę się czuła samotna w tym olbrzymim mieszkaniu. Zamieszkajcie ze mną”. Oboje z matką spojrzeli wyczekująco na Marię. Zasnute szarą kurtyną niebo rozdarł krzyk ptaków, które zerwały się z pobliskiego grobu. Skinęła głową, choć jej serce krzyczało „nie!”. W kieszeni miała chusteczkę, którą podarła na kilkanaście kawałków.

I tak „na ochotnika” zamieszkali na starej Ochocie w apartamencie pełnym książek i bibelotów. W ich życie wdarła się narzucona przez teściową rutyna − kolacja zawsze musiała być o dziewiętnastej, Maria nie mogła szykować Romanowi kanapek do pracy, bo teściowa codziennie skoro świt chodziła do odległej piekarni po ulubione rogaliki syneczka. W niedzielę musiał być rosół, a w sobotę brydż. Niektóre z tych zwyczajów byłyby całkiem miłe, gdyby nie przymus. Teściowa miała piękne mieszkanie, meble. Maria lubiła duży przedwojenny stół, przy którym jedli posiłki, oświecony tylko rozproszonym światłem pięknej lampy w stylu art déco ze znanej w latach trzydziestych eleganckiej Pracowni Żyrandoli Elektrycznych inżyniera Marciniaka.

Tego dnia jedli kolację w milczeniu. Słychać było tylko odgłosy stukających łyżek i tykanie zegara.

W końcu Maria nabrała głęboko powietrza i powiedziała:

− Będziemy mieć dziecko, Roman.

Zapamiętała z tamtej chwili przerażenie i radość w oczach męża oraz nieodgadniony uśmiech teściowej. Myślała, że Roman podejdzie do niej i ją uściska. Podniósł się nawet, ale gdy spojrzał na matkę, opadł z powrotem na krzesło.

Maria bardzo szybko przybierała na wadze i wciąż czuła się źle. W pracy nie powiedziała nikomu, że jest w ciąży. Gdy po jakimś czasie poszła na kontrolne badania na Karową, siwowłosy lekarz oznajmił z serdecznym uśmiechem: − Musi pani dbać o siebie, ciąża jest bliźniacza i zagrożona. Leżeć, leżeć i jeszcze raz leżeć. − Kiwał głową, pisząc coś w notesie. − Najlepiej, jeśli weźmie pani zwolnienie. Po co pracować, kiedy zaraz będzie w domu hasać dwójka urwisów.

Dwójka urwisów... − Marii pociemniało przed oczami. Czuła, że zaraz upadnie.

Tego dnia jak zwykle jadła kolację z mężem i teściową. Wciąż pomna ich reakcji na wieść o ciąży, wstała i podeszła do okna. W oddali migał sklepowy neon. Jedna litera była wypalona.

– Sożywczy − mruknęła pod nosem, po czym wciąż patrząc na neon, powiedziała nieco głośniej: − Będziemy mieć bliźniaki, Roman.

Odwróciła się powoli. Roman zerwał się, zrzucając ze stołu filiżankę.

− Bliźniaki? Ależ to niemożliwe! − Zaczął się szczypać po nosie, co oznaczało u niego najwyższe zdenerwowanie. − Przecież nie mamy w najbliższej rodzinie żadnych bliźniaków.

− Moja matka urodziła bliźniaki − powiedziała cicho Małgorzata. − Ale umarły tuż po porodzie.

− Widzisz? Umarły tuż po porodzie! − wykrzyknął Roman z niezrozumiałą radością.


Maria dopiero po tygodniu poszła do dziekana i z płaczem wyjaśniła, dlaczego nie może kierować dalej Pracownią Fotosyntezy. Tego samego dnia przy kolacji oznajmiła, że nie będzie chodziła do pracy aż do porodu. Wszystko ją przerażało − poród, brak instynktu macierzyńskiego, wizja Romana w poczekalni z podwójnym wózkiem. I teściowa. Nawet gdy już urodziła, cały czas tęskniła za swoimi roślinkami, jak nazywała je w myślach. Wiedziała, że gdyby nie ciąża, którą w większości spędziła w łóżku, byłaby obecnie szefową Pracowni Fotosyntezy. Często łapała się na tym, że niegdyś czulej przemawiała do roślin podlegających eksperymentom i jej laboratoryjnym badaniom niż teraz do nieustannie rozwrzeszczanego Jacka i pochlipującego cichutko Andrzejka.

Gdy chłopcy mieli kilka tygodni, Marię odwiedził dziekan. Wszedł nieśmiało do pokoju i popatrzył na łóżeczka. Położył na małym stoliku pakunek zawinięty w szary papier.

− Na fali odwilży gomułkowskiej udało mi się uzyskać od rektora uczelni zapewnienie, że etat w Pracowni Fotosyntezy będzie czekał na panią do powrotu z urlopu macierzyńskiego − powiedział, pocierając brodę.

Wyszedł, nie tknąwszy herbaty. Maria pomyślała, że przeraziły go rozwrzeszczane dzieci, jej strój, jej tusza.

„Odwilż”, „Gomułka” − te słowa coraz częściej pojawiały się w prasie. Był październik tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku. Po słynnym przemówieniu Chruszczowa nastąpiła odwilż, teraz − podobno − mówiono prawdę. Ta „prawda” objawiała się w emitowanych w telewizji wielogodzinnych przemówieniach Gomułki.

Wygląda jak Filutek − śmiała się teściowa.

Przy kanapie stała lampa z małym stolikiem. Na nim w równym stosiku wyłożony był jej ulubiony „Przekrój” − od pierwszego do najnowszego numeru. Za kanapą stała nowoczesna jasnobeżowa etażerka z plecioną półką, a pod nią radio − duże, masywne, w ciemnym orzechu, z wielkimi metalowymi gałkami. Kiedy je włączano albo gdy podgłaśniano telewizor, słychać było, jak „Filutek” mówił: „Towarzyszki i towarzysze, ludu pracujący miast i wsi... i wsi... i wsi...” − niosło się po pokoju. Teściowa, Roman i Maria śmiali się wtedy.

Tu, w domowym zaciszu, można było się z tego śmiać się, ale czuło się też niepokój, czytając cytowane przez partyjną „Trybunę Ludu” kwieciste przemowy Gomułki, pełne zdań typu „towarzyszki i towarzysze najwyższego urodzenia proletariackiego”, „dla wyjaśnienia syjonistycznych powiązań”, „wobec jedynej racji stanu władzy ludu wsi i miast”.

Przedwojenne radio Siemens służyło do słuchania jednej stacji. Kiedyś, latem, kiedy otwarte były wszystkie okna, tak że było widać, co robią sąsiedzi, z niemal każdego mieszkania dolatywał charakterystyczny dźwięk i sygnał: „Tu Radio Wolna Europa”. To ten sygnał zapowiadał prawdę, był jak powiew rzetelnej informacji o tym, co naprawdę działo się w świecie. Zwielokrotniony poprzez zamknięte z każdej strony podwórko w formie studni − sprawiał niezwykły efekt. Wszyscy mieli poczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Zwłaszcza że słuchanie nadawanego z Monachium radia było oficjalnie zabronione. Groziło Rakowiecką.


Przez pierwsze lata Maria nie mogła wrócić do pracy. Chłopcy na przemian chorowali, najwięcej problemów było z Jackiem, miał astmę, często też zapadał na zapalenie oskrzeli. Dopiero, gdy bliźniacy poszli do pierwszej klasy, Maria wróciła do pracy − najpierw na pół, a potem na cały etat. Nie otrzymała już Pracowni Fotosyntezy, ale coraz więcej czasu spędzała ze studentami na wykładach.

Każdego dnia przez całe lata wychodziła do pracy i podśpiewując, zakładała płaszcz. Gdy z niej wracała, zdejmowała go z zaciśniętymi ustami. „Maria bardziej zajmuje się karierą naukową niż synami. Za bardzo angażuje się w tę pracę. A oni już za rok idą do liceum, potrzebują matki, a nie profesorki od roślin!”, wyłapywała czasem słowa teściowej kierowane do Romana.


Pierwsze wspomnienie Jacka − Liwiec, senne letnisko pod Warszawą, upalne lato. On i Andrzej mają cztery lata. Brodzą w płytkiej rzece.

− Andrzejku, uważaj na kamienie w rzece! Andrzejku, czy chcesz pić? Andrzejku, chodź do cienia.

− Mamo, a czy ja..

− Nie przeszkadzaj, Jacek. Nie widzisz, że smaruję plecki twojego brata? Ma takie wrażliwe, czerwone.


Cztery lata później, w grudniu, byli z babcią w Żelazowej Woli. Za namową Andrzeja oddalili się od grupy zwiedzających dom Chopina i pobiegli do parku. Andrzej, jak zwykle niezbyt posłuszny, wstąpił na lód i zaczął się ślizgać.

− Wracaj!! − krzyczał Jacek. − Wracaj, proszę cię, to niebezpieczne!

I stało się. W mgnieniu oka cienka pokrywa lodowa pękła i Andrzej stanął po pas w lodowatej wodzie. Jacek bez zastanowienia podbiegł, podał bratu szalik i wyciągnął go na brzeg.

Tylko nic nie mów mamie, tylko nie mów mamie! − krzyczał Andrzej.

Gdy wrócili do babci zaniepokojonej przedłużającą się nieobecnością chłopców, gdy płacząc, opowiedzieli jej, co zaszło, Małgorzata złajała Andrzeja, a Jacka uściskała i ucałowała w oba policzki.

− Mój bohater − szepnęła z dumą.

Po powrocie do Warszawy, gdy sprawa jednak wyszła na jaw, Maria wpadła w złość.

− Jacku, jak mogłeś do tego dopuścić! − krzyczała. − Jesteś starszy i znowu nie umiałeś powstrzymać brata? − Spojrzała z wyrzutem na Jacka i przytuliła Andrzeja.

− Mario, przestań − upomniała ją Małgorzata. − On jest starszy od niego tylko o jedenaście minut, a ty traktujesz go tak, jakby był starszy kilka lat! Poza tym Jacek to bohater − dodała twardo. Babcia Małgosia − obok taty − była najukochańszą osobą w życiu Jacka.

Mama rzadko czytała im do łóżka, przeważnie robił to ojciec, ale kiedy miał dyżury, to babcia czytała im na dobranoc. Andrzej szybciej usypiał, a babcia ciągle siedziała przy Jacku, wprowadzając go w tak ważny dla każdego dziecka świat bajek Andersena czy braci Grimm. Dużo też rozmawiali. O historii rodziny, o książkach, o bohaterstwie powstańczej Warszawy.

− Tylko nie mów o tym w szkole, Jacku. To grozi Rakowiecką − uprzedzała babcia.

Kiedyś razem pojechali tramwajem na Mokotów. Wysiedli na przystanku przy kinie z dwoma wielkimi lwami. Babcia wzięła Jacka za rączkę i przeprowadziła na drugą stronę ulicy. W pewnym momencie zatrzymali się, a babcia mocniej ścisnęła rękę Jacka. Podjazdem wjeżdżała właśnie ogromna ciężarówka.

− Ta brama prowadzi na Rakowiecką. Może w tej ciężarówce są ludzie, którzy słuchali Radia Wolna Europa, i już nigdy nie wrócą do domu.

Później przy kolacji Maria spytała:

− Dlaczego Jacek ma takie niezdrowe wypieki, odkąd wróciliście ze spaceru, mamo? − Po czym zwróciła się do Andrzeja, gładząc jego czoło: − Nie pójdziesz jutro z bratem do szkoły, na wszelki wypadek zostaniesz w łóżku.


Maria i Roman już od dawna spali wyłącznie odwróceni do siebie plecami. We wszystkich sprawach bieżących Roman częściej radził się mamy niż żony.

− Mamo, czy sądzisz, że to ma sens, by chłopcy po raz kolejny spędzali lato nad Liwcem?

− Mamo, czy wiesz, dlaczego pani Stasia zapomniała odłożyć nam „Przekrój”?

− Mamo, czy sądzisz, że chłopcy powinni chodzić spać po „Wieczorynce” czy po „Dzienniku Telewizyjnym”?

Maria coraz częściej wyrzucała stosy podartych chusteczek. I tak mijał dzień za dniem.

Codzienność upływała na wydarzeniach osadzonych pomiędzy szkołą chłopców a dyżurami Romana. Święto to była kawa w Bristolu. Regularnie spotykała się tam ze Stefą, najlepszą przyjaciółką ze szkolnej ławki. Razem chodziły do Rejtana. Razem wyjeżdżały na obozy harcerskie. Maria znała największy sekret Stefy − jej rodzina była żydowska.

− Coraz mniej kłócę się z teściową, przywykłam już do ciasnoty mieszkania. Na własne, jak wiesz, podobnie jak większość polskich rodzin nie mam szans − żaliła się Maria, pijąc kawę ze śmietanką.

Stefa nerwowo stukała łyżeczką w spodeczek.

− Rodzice zastanawiają się, czy nie wyjechać − powiedziała w końcu. − To, o czym mówi Gomułka, narasta. Boimy się.

Przez chwilę siedziały w przygnębiającym milczeniu.

− Boże, nie mogę cię stracić, Stefa − szepnęła w końcu Maria. − Wiesz, jak nie znoszę mojego męża.

− To po co w ogóle za niego wyszłaś?

Maria zamyśliła się, patrząc przez okno na Wizytki.

− Wiesz przecież, że moi rodzice zginęli podczas wojny. Mieszkałam w internacie. Nie miałam nikogo na świecie. Poznaliśmy się na jakiejś potańcówce i on mnie zaprosił do domu, a tam był jego ojciec, taki miły, szarmancki. Był rosół na obiad i szarlotka, a w internacie codziennie tylko marmolada i suchary... Ale po ślubie jakoś szybko okazało się, że nie mam nic do gadania w domu. On ze wszystkim zwraca się tylko do mamusi. Ciągle tylko „Mamusiu, czy powinienem starać się o awans, przecież lubię operować. Mamusiu, czy dobry ten krawat?” − przedrzeźniała męża. − Lubię tylko nasze wspólne soboty. Małgorzata zajmuje się wtedy chłopcami, a my chodzimy na Bruna, do Pawłów na brydża. Paweł jest takim przystojnym chirurgiem. Zosia, jego żona, śmieje się, że wszystkie pielęgniarki z Lindleya podzieliły się na dwa obozy − zwolenniczek Romana i Pawła.

− I nie jesteś zazdrosna? − zdziwiła się Stefa.

− Nie, wręcz przeciwnie. − Maria wyjęła papierosa ze srebrnej papierośnicy. Kelner natychmiast podbiegł z zapałkami. − Całe szczęście, że niedługo lato. Wyjeżdżamy jak zwykle z chłopcami na letnisko pod Warszawę, nad Liwiec, do rodziny pacjentki Romana, pani Maliniakowej. Lubię to miejsce, chłopcy mają tu od lat swoje wakacyjne towarzystwo i poza porami posiłków i snu w zasadzie ich nie widuję. Całymi dniami będę siedzieć na leżaku, patrzeć na Liwiec, na obłoki, tak szare jak oczy dziekana, i oddawać się marzeniom, wyobrażać sobie swój awans i...

− Nie jesteś najlepszą mamą − przerwała jej ze śmiechem Stefa.

− Nie jestem − przyznała Maria. − I to cudowne mieć ten komfort, że znamy swoje największe tajemnice i nie musimy się ich wstydzić. − Znów spojrzała w kierunku Wizytek. − Wiesz, czasem żałuję, że w ogóle pojawiłam się wtedy w tym kościele. Byłabym dziś najmłodszym profesorem w SGGW w pracowni roślin.

− Przestań, nie jest tak źle. − Przyjaciółka pogładziła ją po dłoni.

− Chodź, zamówimy sobie jeszcze po jednej wuzetce. Zobacz, jaki wielki kleks bitej śmietany położył dziś cukiernik. I może wiśniówkę do tego.

− To jak z tym awansem? − drążyła Stefa, kiedy przyniesiono zamówienie.

Maria westchnęła.

− Kilka dni temu odbyłam na ten temat wielce obiecującą rozmowę z dziekanem. − Maria z zapałem zlizywała krem z ciastka. − I wiesz, dziekan, gdy żegnał się ze mną, życząc dobrych wakacji, o chwilę za długo trzymał moją rękę. − Upiła łyk wiśniówki z małego kryształowego kieliszka i zachichotała. − On jest taki wysoki, szpakowaty i miał serdeczny uśmiech. Znad srebrnych oprawek patrzyły na mnie wesołe, szare oczy.

Stefa spojrzała na nią czujnie.

− On się chyba w tobie kocha, Marysiu.


Wieczorem Maria długo nie mogła usnąć. Leżała z wzrokiem wbitym w ścianę, myśli kotłowały się w jej głowie.

Nie będę tolerować tego potępiającego spojrzenia Małgorzaty, kiedy wracam ze spotkań ze Stefą. I jeszcze te jej głupie komentarze. „Zakochane oczy”.

Awans, awans, awans, pracownia fotosyntezy podśpiewywała w rytm Frere Jacques.

Nadchodzące wakacje zapowiadały się naprawdę miło. Maria nie mogła się już doczekać i odliczała dni. Będę siedziała na werandzie i patrzyła na leniwie wijącą się rzeczkę Liwiec. Będę dużo rozmyślać o tym, że może się ziścić moje największe marzenie − powrót do zarządzania Pracownią Fotosyntezy. W końcu obecna szefowa odchodzi na emeryturę, tak powiedział dziekan.

Ale podczas kolejnej kolacji Roman oznajmił:

− Mario, zaproponowano mi kontrakt życia! Miałbym podjąć pracę w Libii, w szpitalu Jala w Benghazi. W ramach kontraktu zaoferowano nam piękny kilkupokojowy apartament z widokiem na Morze Śródziemne. To byłoby nasze pierwsze własne mieszkanie! − Był szczerze uradowany. − Zmiana klimatu na pewno służyłaby zdrowiu Jacka, poza tym chłopcom opłacano by czesne w polskiej szkole.

Nie, nie, nie! − krzyczała dusza Marii. I teściowa, i Roman wiedzieli od kilku lat, że Marii dużo bardziej zależy na pracy ze studentami niż na życiu rodzinnym.

− Benghazi, nigdy nie słyszałam... − szepnęła Maria.

− To portowe śródziemnomorskie miasto, w starożytności nazywane Berenicze, a położone na wysokości Wysp Jońskich − wyjaśniła teściowa szybko − o wiele za szybko!

− Marysiu, czy zgodzisz się na nasz wyjazd? − zapytał błagalnie Roman. − Wiem, musiałabyś znowu zrezygnować z pracy, ale to będzie bajka naszego życia. Chłopcy będą mieli prawdziwe śródziemnomorskie dzieciństwo! I zdrowie. Wiesz przecież, że nie ma lepszego klimatu dla dzieci niż śródziemnomorski.

W pokoju zapanowała cisza zakłócana jedynie bzyczeniem muchy. Z podwórka dobiegał śmiech sąsiadki.

Na Marię patrzyły badawczo cztery pary oczu: męża, teściowej i bliźniaków.

− Oczywiście, że się zgodzę, Roman − odpowiedziała tak szybko, jak tylko mogła, aby nie zdążyć powiedzieć nic innego.

Zaczęła pospiesznie zbierać naczynia po kolacji, tak by nikt nie widział łez, które spływały po jej policzkach. Nikt poza teściową nie zwrócił na to uwagi − przy stole rozmawiano o tragicznej śmierci Marka Hłaski, dalekiego krewnego Stefy. Na stole leżał paszkwil z datą: 15 czerwca 1969 roku − opublikowany w komunistycznej prasie.

Roman czytał o „żydowskim zdrajcy ideałów polskiego państwa”, państwie, które „go wykarmiło”, zdrajcy, który „wybrał wolność” w Berlinie Zachodnim. Czytał, że jak ktoś tak „skacze na kwiatek z kwiatka, czy te kwiatki to są Izrael, Ameryka czy Niemcy”, że jak ktoś „nie może się zdecydować na związek z jedną kobietą na całe życie, ale − o zgrozo − przyjaźnił się nawet z byłą żoną”, no i że jak ktoś „tyle pije, że nawet spycha śmiertelnie w przepaść najlepszego przyjaciela”, no to taki ktoś to całe życie „pisze sobie receptę na samobójstwo”.

Maria zmywała naczynia po kolacji i ciągle płakała.

Wszyscy siedzieli odwróceni.




Rozdział IV

Noc pułkowników



Benghazi, 2 kwietnia 1970

Zanim wsiedli do samolotu lecącego do Benghazi, na Okęciu uściskali babcię Małgosię.

Jacek zagryzał górną wargę i skubał pasek od chlebaka.

− Nie martw się, jedziesz do ukochanego taty i będziecie tam jakby na nieustających wakacjach − powiedziała babcia. − By odsunąć od siebie strach przed lataniem, myśl o tym, co miłe. Na przykład o wakacjach.

Ledwo wystartowali, Jacek, zgodnie z jej radą, zaczął wspominać swoje dotychczasowe wakacje. Były to głównie stałe wyjazdy nad Liwiec, których nie lubił. Poza mamą patrzącą w siną dal lub czytającą książki pamiętał ciągłe: „Andrzejku, zjadłeś coś? Andrzejku, uważaj, tu głęboko”. Najbardziej lubił wieczory w domu, z babcią Małgosią. Andrzej szybko się nudził i usypiał, a babcia prawie codziennie opowiadała Jackowi na dobranoc bajki i rodzinne historie. Jacek często prosił, po raz kolejny, aby opowiedziała o swojej mamie.

„Jakkolwiek wydawało się to nieprawdopodobne, wasza prababcia − a moja mama, Roksana − była tatarską księżniczką. Pradziadek porwał ją i przywiózł do Lwowa, gdzie się urodziłam. Mój ojciec Jan studiował w Petersburgu na politechnice, gdy wybuchła rewolucja październikowa. Jako przedstawiciel znanego rodu arystokratycznego Krajewskich zaciągnął się do wojska zwolenników zabitego cara Mikołaja. Wraz z białą gwardią tuż po rewolucji trafił na tatarskie stepy. Zostali schwytani w zasadzkę współpracujących z czerwonoarmistami Tatarów. Mój tata z kompanami trafili do więzienia, mieli zostać rozstrzelani. Stali przed plutonem na małym placyku. Naprzeciwko pięciu żołnierzy z wycelowaną w nich bronią. Wokoło tłum gapiów − niecodziennie w tatarskiej okolicy zjawiało się tylu oficerów, i jeszcze ta egzekucja. Nagle usłyszał dźwięk dzwoneczków. Narastał i narastał. Zatrzymał nawet pluton, wszyscy obrócili się w stronę, z której dochodził dźwięk. Tłum rozstąpił się. Na lektyce wniesiono na placyk kobietę. Postawili lektykę na ziemi, a kobieta wstała, obeszła pluton i podeszła do mojego taty. Zobaczył piękną dziewczynę o smutnych wielkich skośnych oczach, miała taki charakterystyczny tatuaż z jakimiś arabskimi literkami na brodzie. I wtedy poczuł taki wielki, prawdziwy żal. Zamknął oczy i czekał”. − Tu babcia zawsze zawieszała głos. − „A potem nagle poczuł, jak jego twarz oblepiła jakaś miękka tkanina. I kiedy wiedział i czuł, że to już, że zaraz nie będzie już nic, ogarnęły go czyjeś ramiona. I trzymały mocno. Miękka dłoń zdjęła tkaninę z jego oczu. A tata zobaczył te piękne skośne oczy i tatuaż. Myślał, że umarł i że to anioł, ale usłyszał słowa dowódcy plutonu: «Nu, tawariszcz. Musimy słuchać obyczaju tej ziemi. Tu gdy kobieta nakłada chustę z wyhaftowanymi słowami: Allach jest wielki, salwuje tę osobę od śmierci. Ta córka lokalnego władcy, tatarska księżniczka, przejmuje twój los». A potem podszedł do mojego ojca i uwolnił go. A on przejął jej los. Pokochał ją na ten moment śmierci. I do śmierci.

Gdy odchodził, wybrzmiała salwa.

Zamieszkał w jurcie, z rodziną księżniczki. Uratowała go i obowiązkiem jej ojca było udzielenie mu schronienia i strawy. Ale on nie chciał znać wybranka swojej córki, więc pod osłoną pewnej zimnej nocy, za zgodą Roksany, tata porwał ją i przywiózł do Lwowa. Ale nie była w Polsce szczęśliwa, o nie”. − Babcia płakała, gładząc chustę swojej matki. Pożółkła i zabrudzona, z wyhaftowaną arabską inskrypcją Allach jest jeden, Allach jest wielki była jedną z największych pamiątek rodzinnych.

„Wiesz, podobna scena, kiedy zakochana dziewczyna ratuje rycerza, narzucając mu szatę na twarz, jest w Krzyżakach. Przeczytam ci ten fragment, przynieś mi tylko książkę z biblioteki”.

Kiedy opowieść do snu toczyła się w domu, Jacek natychmiast biegł do biblioteki. Uwielbiał myszkować wśród tysięcy książek zajmujących wiele półek w starym mieszkaniu babci. Czasem miał potem ataki astmy. Wtedy babcia oklepywała go lub prowadziła do łazienki, by ratować wnuka inhalacją. Albo wzywała pogotowie i potem długo trzymała go za rękę.

Babcia Małgosia czytała im opowieści Szklarskiego − te o przygodach Tomka, a także powieści Sienkiewicza. Ale Jacek najbardziej lubił słuchać o dziejach własnej rodziny.

Z wypiekami słuchał, jak opowiadała o rodzinie uwikłanej w historię Polski:

„Mój tata wychował się w majątku Złoczów pod Lwowem. Obok stał zamek należący do rodu Sobieskich, twój przodek zginął pod Wiedniem, chroniąc przyjaciela króla. Tak, nasz ród to ród wojowników. Jan, twój protoplasta, zginął w obronie Rzeczypospolitej. Nasi mężczyźni zawsze byli gotowi oddać krew za przyjaciela. Legenda domowa głosi, że Jan osłonił swoją piersią króla, gdy dosięgała go karabela Turczyna. Nieraz przyszło nam oddać krew w dobrej sprawie. Kiedy mój dziadek był mały, jego ojciec wziął udział w powstaniu styczniowym. Mawiał, że najgorszy dzień jego dzieciństwa to ten, kiedy nocą zapukali carscy żołdacy i kazali rodzinie wynosić się z domu. Potem spalili obejście. Jak wiele polskich rodzin, i nasza straciła rodzinne gniazdo przez carskie represje. Rodzice zamieszkali we Lwowie. To było najpiękniejsze wtedy polskie miasto. Niektórzy mówili, że piękniejsze od Krakowa”.

Jacek zawsze wtedy kręcił głową z niedowierzaniem. „Babciu, piękniejsze od Krakowa?”.

„Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką, chodziłam z mamą do kościoła św. Marii Magdaleny. Mama lubiła ten kościół, mówiła, że Wschód spotyka się tam z Zachodem. Wymalowani święci wyglądali jak wschodni magowie”.

„Jak to, babciu, Wschód z Zachodem?”, Jacek znów nie mógł się nadziwić. „Naprawdę prababcia Roksana była muzułmanką?”.

„Tak, i po tym, jak przyjechała do Polski, bardzo tęskniła za rodziną, której już nigdy nie zobaczyła. Pieczenie i gotowanie stało się główną pasją jej życia, doszła w tym do absolutnej perfekcji”.

Jacek znał na pamięć wykaligrafowane starannym, nieco chwiejnym charakterem pisma słowa: Lwowski tort orzechowy (bez mąki). Na biszkopt potrzebuję: mały garniec orzechów włoskich drobno zmielonych. 9 żółtek miksuję z garncem cukru pudru. Białka biję na sztywno. Do kogla-mogla dodaję orzechy i powoli mieszam z pianą. Dodaję lekko startą skórkę cytrynową. Tortownicę muszę wysmarować masłem, posypać bułką, piekę w gorącym piecu godzinę. Tu babcia Małgosia dopisała swoim charakterem pisma: Piec w 180 stopniach 40 minut. I dalej Roksana: Sprawdzać trzeba wystruganym patyczkiem! Jak suchy odchodzi, ciasto jest dobre. Po upieczeniu studzę biszkopt i biorę się za masę. Ubijam 16 gramów cukru pudru z kwaśną śmietaną i utłuczoną laską wanilii. Dodaję orzechy − te zmielono na miałko. Masa powinna być gęsta. Potem przekładam masą. Zdobię połówkami orzechów włoskich.

Roksana miała nawet wydać książkę kucharską, zachęcona sukcesem wydawniczym dalekiej kuzynki męża Wincentyny Zawadzkiej.

„Mama chodziła do drewnianego meczetu przy Dolnym Zamku, jednego z najstarszych w Polsce, był wybudowany w siedemnastym wieku”, opowiadała dalej babcia Małgosia. „Wiesz, we Lwowie mieszkali razem wyznawcy różnych wyznań, w zgodzie − a nie co teraz ten Filutek”. W tym momencie babcia zwykle chlipała, a Jacek tulił się do niej i prosił o więcej opowieści.

Opowiadała więc. O przygodach przodka w Armii Białogwardzistów. O życiu we Lwowie, gdzie spędziła dzieciństwo. O jej bracie, który był Orlęciem Lwowskim. O siostrze ojca − ciotce Lali, która śpiewała razem z Hanką Ordonówną dla żołnierzy w armii Andersa. Ciotka nie wróciła do Polski po wojnie, mieszkała w Londynie. O tym, jak dziadek został zabity w Katyniu.

Zastrzegała jednak, że nie wolno było o tym wszystkim rozmawiać poza domem. „Za takie rozmowy można trafić do więzienia”.

Jacek kiwał głową z najwyższą powagą. Nie od babci, ale od taty dowiedział się o starszym bracie ojca, który zginął razem ze swoim kolegą z harcerstwa Krzysztofem Kamilem Baczyńskim w czasie powstania warszawskiego.

„Nasza rodzina teraz to taka typowa, warszawska rodzina naznaczona bólem”.

Babcia Małgosia często też czytała Jackowi Biblię.


Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować”. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go. Wtedy Bóg zapytał Kaina: „Gdzie jest brat twój, Abel?” On odpowiedział: „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” Rzekł Bóg: „Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!”


„Babciu, jak to możliwe, aby brat zabił brata?”, dziwił się Jacek.

„Wiesz, w każdym z nas tkwi diabeł i anioł − zło i dobro. I walczą o naszą duszę”, mówiła babcia Małgosia.

„A od czego zależy, kto zwycięża?”, pytał Jacek.

„Od tego, kogo mocniej posłuchamy”, odpowiadała, a później dodawała: „Ale świat jest tak dziwnie urządzony, że czasem trudno nam określić, kiedy ulegamy podszeptom diabła, a kiedy anioła, i czy wtedy, kiedy wydaje nam się, że czynimy dobro, nie wyrządzamy zła. Świat nie jest sprawiedliwy. A teraz już śpij, Jacku”.


* * *

Od kilku tygodni Jacek nie mógł spać. Właśnie kończył się drugi semestr siódmej klasy. Tak bardzo lubił swoją warszawską szkołę i siedzące przed nim warkocze. Był też silnie związany z babcią, a już niedługo mieli dołączyć do ojca, który od kilku miesięcy przebywał w Libii i przygotowywał się na przyjazd rodziny. W euforii nikt nie zdawał się zauważać przygnębienia Jacka.

Ostatniego dnia, kiedy chciał się w sposób szczególny pożegnać − myślał nad tym przez wszystkie bezsenne noce − warkocze były chore i nie przyszły do szkoły.

Wrócił do domu przygnębiony i babcia Małgosia, która zawsze miała czas dla wnuków, a zwłaszcza dla Jacka, bez słowa podała mu pomidorową. Babcia Małgosia robiła najlepszą zupę pomidorową z domowymi kluseczkami albo ze słonymi diablotkami. Jacek lubił gotować z babcią. Zaglądali wtedy do książki kucharskiej, gdzie pięknym wykaligrafowanym pismem prababci Roksany spisano rodzime przysmaki.

„Dom to rosół z własnej roboty kluseczkami”, mawiała babcia. Jacek czytał głośno przepis, a ona zagniatała kluseczki według rad swojej matki: Na rosół biorę głowę kury albo koguta, szpondra kilo, nogę indyczą. Gotuję na wolnym ogniu, aż szumy się pokażą. Zbieram je cedzakiem i dodaję marchwi, pietruchy, selera. Dolewam wodę, by wszystko zakryło. Dodaję kilka bobków laurowych, garść ziela angielskiego i ziaren pieprzu. Pyka gdzieś z godzinę na ogniu. A tak robię makaron: na stolnicę wysypuję 5 łyżek mąki. Robię dołek. Tam daję 2 jajka. Wyrabiam ciasto, aż „odchodzi od ręki”. Jeśli za mokre, podsypuję mąką, jeśli za suche − dodaję wody, a najlepiej mleka. Potem formuję kulę. Wkładam ją do miski. Przykrywam serwetką, czekam gdzieś pół godziny, by ciasto odpoczęło. Potem dzielę kulę na mniejsze kawałki. Każdy wałkuję jak najcieniej. Cały czas podsypuję odrobiną mąki. Zwijam każdy płat jak rulon naleśnikowy. Tnę makaron ostrym nożem. Gotuję wodę i wrzucam makaron na wrzątek, na 5 minut. Koniecznie potem trzeba zahartować makaron zimną wodą. Rosół jest daniem królewskim, więc doń służy najlepsza waza Rosenthala. Na każdy talerz wykładam makaron, sypię natkę i zalewam wrzącym rosołem.


Nazajutrz babcia Małgosia obudziła Jacka słowami:

− Dziś wasz wielki dzień. Kolację będziecie już jeść z tatą. − Ze wzruszenia aż drżał jej głos. − Przygotowałam mu kilka jego ulubionych smakołyków. Zapakowałam do menażki lwowski tort orzechowy prababci Roksany. − Przepis na ten specjał był rodzinnym skarbem i pochodził z pożółkłych kart zeszytu z recepturami, który babcia odziedziczyła po swojej mamie. − Zapakowałam też kilka książek. Hłasko, Stendhal, Hemingway i poezje Norwida. I jeszcze Baczyński. Mam też coś dla ciebie. − Wyraźnie wzruszona podała Jackowi chustkę tatarskiej księżniczki. − Niech cię chroni. Bóg jest jeden, nieważne, czy ten, w którego wierzą muzułmanie, czy katolicy. I uważaj na siebie, Jacusiu. Niech Bóg cię chroni.

Jacek popatrzył na arabski napis na chustce i dotknął srebrnego krzyżyka na piersi − pamiątce pierwszej komunii.


Po kilku godzinach lotu − a był to pierwszy lot w życiu bliźniaków − Jacek zauważył nieomylne znaki, że niedługo będą lądować w Afryce. W dole widać było spienione fale Morza Śródziemnego, wyglądającą jak kratery na Marsie czerwoną spękaną ziemię oraz żółte piaski Sahary.

− Andrzej, zobacz! − Zaczął szarpać za ramię pogrążonego we śnie brata. Podczas lądowania obaj przyklejali nos do szyby małego okienka.

Po wylądowaniu okazało się, że jak na wielu arabskich lotniskach po pasażerów nie podjeżdżają autobusy, lecz do hali przylotów idzie się pieszo. Szli więc w tłumie kobiet, otoczonych wianuszkiem dzieci i podążających kilka kroków za mężczyznami. Ci zaś poruszali się leniwie, w białych płóciennych spodniach, których krok umieszczony był gdzieś na wysokości kolan. Tu i ówdzie dało się też dostrzec kobiety w wełnianych czadorach. Jak one wytrzymują ten upał?! − pomyślała Maria.

W pochodzie podróżnych wyróżniały się eleganckie Włoszki z torbami od Gucciego, było też wiele Amerykanek w białych tenisówkach. Idąc przez rozgrzaną płytę lotniska bliźniaki wraz z matką podeszli do hali przylotów, gdzie ze ściany witała wszystkich wielka, naturalistycznie wymalowana głowa uśmiechającego się do tłumów pułkownika Kaddafiego. Wielki zielony napis głosił: „First September Revolution Will Change The Desert into Green Grass”.

Kaddafi. To on siedem miesięcy temu przejął władzę w Libii. Babcia czytała Jackowi list od ojca, kiedy szykowali się do podróży: „Czekam na rodzinę, mamo. Czuję się samotny. Ale to taki kolorowy i piękny kraj o niezwykłej historii. Zaprzyjaźniłem się z Mahdim, pochodzi z rodu proroka Mahometa al-Senussiego. Jego stryj był królem Libii. Król Idris I musiał niedawno abdykować. Był bardzo kochany, w wigilię tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego uwolnił Libię od zaborów włoskich i została wpisana na mapy świata. Pułkownik Kaddafi miał dwadzieścia dziewięć lat, a król Idris I, pierwszy i ostatni król Libii − siedemdziesiąt dziewięć, kiedy pewnej nocy, podczas wakacji króla w Turcji pułkownik i jego towarzysze przejęli władzę. Stało się to pierwszego września tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku, na jeden dzień przed tym, gdy tron miał objąć kuzyn Hassan. Idris był zmęczony i chciał przekazać koronę bratankowi. Mahdi wspominał, że przewrót był pozornie bezkrwawy. Pewnej nocy niemal cała jego rodzina wsiadła do autokaru. Jechali w stronę wolności. Na kilkumetrowym pasie ziemi niczyjej, pomiędzy Libią a Tunezją, nadleciały helikoptery i zbombardowały autokar. Do dziś przejeżdżający widzą spalony autokar i ziemię z krwawymi śladami po egzekucji. Kaddafi nie pozwolił niczego ruszać. Wszędzie też w Libii wiszą portrety jego oraz jego duchowego autorytetu − Gamala Abdela Nasera, który wyswobodził Egipt od okupacji brytyjskiej i głosił hasło Afryka dla Arabów! Mahdi mówił, że w oficjalnych urzędach zastąpiono portrety króla z Naserem na Kaddafiego. Powiedz Marii i chłopcom, że to też jest kraj terroru, uprzedź, że o tym, co napisałem, nie można mówić. I żeby Maria pamiętała, że tu kobiety, gdy wychodzą na ulicę, mają zakryte ramiona, długą spódnicę lub spodnie. I nie może palić publicznie, bo ją ukamienują”.

− Witamy w Libii − powiedział miły urzędnik, leniwie sprawdzający paszporty.

Na lotnisku czekał już ojciec. Był bardzo wymizerowany, jego poszarzałą twarz pokrywał dwudniowy zarost. Uściskał szybko chłopców i mocno przytulił Marię.

− To jest Anwar, nasz kierowca. − Wskazał na pochmurnego, wyniosłego Araba. − Zabieramy bagaże i w drogę! Pojedziemy nieco dłuższą trasą, chcę wam pokazać, jak tu jest pięknie. Musicie wiedzieć, że Polacy budują w Libii świetne autostrady, między innymi tę, która prowadzi z lotniska do nas. Jeszcze wczoraj w nocy urządzałem wasze pokoje. Z okazji waszego przyjazdu wziąłem kilka dni urlopu.

Droga wiodła przez zielone wzgórza Afryki, które tak pięknie opisał niegdyś Hemingway − przez gaje pełne palm, uginających się pod ciężarem daktyli. Mijali oliwkowe drzewa i murki ułożone z cegieł. W pewnym momencie samochód stanął przy drzewie z pomarańczami, tuż przed rozległą doliną. Ojciec wyszedł, zerwał trzy pomarańcze i podał jedną Marii.

− Witaj w raju, kochanie − powiedział, a potem pochylił się nad żoną i szeptem dodał: − Dziękuję, że się zgodziłaś. Obiecuję, że nie pożałujesz!

Chłopcy natychmiast zjedli swoje owoce, głośno wyrażając zachwyt nad ich niezwykłym smakiem. Ostatnio jedli pomarańcze kilka miesięcy temu, po gwiazdkowym przyjęciu u mamy w pracy, a i tak nie były tak dobre jak te. Wszystkie dzieci, zgodnie z tradycją wspólną dla gwiazdkowych przyjęć w całym bloku, otrzymywały paczki świąteczne, w których były po dwie pomarańcze na głowę. Dla wielu była to jedyna okazja, by zjeść cytrusy, i niektórzy niecierpliwie czekali na ten moment.

− Teraz codziennie będę wam wyciskał świeży sok z pomarańczy − obiecał tato. Maria nadal trzymała w ręku swoją pomarańczę. Nie zjadła jej.

Samochód znów ruszył. Roman nie przestawał mówić:

− Libia to kraj niemal sześć razy większy od Polski a mieszka tu tylu ludzi, co w Warszawie. Określa ich islam i święta księga Koran, którą ponoć podyktował Mahometowi archanioł Żibril, czyli biblijny Gabriel.

− Babcia mówiła, że w islamie i w naszej religii jest dużo podobieństw, że obie opierają się na Biblii − wtrącił Jacek.

− Tak, jest wiele podobieństw, które wywodzą się ze wspólnych korzeni − przyznał ojciec. − Ale teraz, chłopcy, czas na piknik! Cieszę się, że smakują wam pomarańcze zerwane prosto z drzewa. Możecie zacząć się do tego przyzwyczajać. − Znów się zatrzymali, tym razem przy zboczu góry w wąwozie. − To wadi. Podczas pory deszczowej służy jako koryto dla rzeki. Tu rzadko pada deszcz, za to ciągle świeci wspaniałe słońce i panuje przyjemny upał. Czyż to nie wspaniałe miejsce? − Roman był dumny, że dzięki niemu jego rodzina jest w Libii, i wzruszony, że wreszcie ma ich przy sobie.


* * *

Jacek był podniecony faktem, że od kilku godzin przebywa na pachnącym i egzotycznym afrykańskim lądzie. Jako fan Tomka i innych bohaterów awanturniczych lektur, wyobrażał sobie, że zastanie tu krajobraz sawanny i więcej czarnych osobników. Dookoła rozpościerał się jednak lasek, pełen pinii oraz karłowatych małych drzewek. Wyżej, na wapiennych skałkach pasły się kozy.

Gdy poprosił ojca o krótki spacer, Roman z radością przystał na propozycję. Wspięli się ostrym zboczem pod górę, skąd widzieli nagie białe skały. W pewnym momencie Jacek potknął się, a ojciec go podtrzymał. A potem, tak jakby chłopak nie był dumnym nastolatkiem, ojciec trzymał go za rękę, tak samo jak wtedy, gdy Jacek był mały i chodzili na lody na Starówkę.

Jacek rozglądał się z zaciekawieniem. Stali przed wielką białą wapienną skałą, u góry której dostrzegł olbrzymią jaskinię. Przed nimi rozciągały się czerwone pola, poniżej szumiało morze. Ojciec wskazał ruiny antycznego miasta po lewej stronie.

− To Tolmeita, miasto Ptolomeuszy, z których wywodziła się Kleopatra − powiedział.

− Mieszkała tu?! − Jacek z wrażenia aż podniósł głos.

− Tak. Prawdopodobnie żyła gdzieś tam, przy tamtych kolumnach. Tam był jej dom, w którym żyła z Markiem Antoniuszem. Zresztą nie tylko Kleopatra mieszkała w Libii. W starożytności była to kraina ciągnąca się od Egiptu do dzisiejszego Maroka. O Libii i jej herosach pisali najwięksi starożytni: historyk Herodot, poeta Owidiusz i filozof Platon. To tu, w pobliżu mitycznej Trytonii, z głowy Zeusa wyskoczyła Atena, a w Jalu, podczas ofensywy mieściła się główna siedziba Aleksandra Macedońskiego. Będziemy zwiedzać te wszystkie miejsca.

Jacek uśmiechnął się. Przypomniała mu się babcia Małgosia i jej opowieść o największych kochankach starożytności, o ich miłości i uwikłaniu w losy cesarstwa rzymskiego i Egiptu. Babcia czytała mu o tych dziejach, a tu, proszę, dom Kleopatry.

Ostry chrzęst spadających kamieni gdzieś powyżej przerwał jego słowa. Jacek spojrzał w górę. Wydawało mu się, że widzi wchodzących do jaskini ludzi ubranych tak samo jak Arabowie na lotnisku.

Dziwnie wyglądają ci pasterze, pomyślał.

Na górze skały zauważył ogromną, powstałą chyba z serii z karabinu maszynowego literę „J”.

− Tato, co oznacza to litera?

− Szła tędy armia Andersa. Dzielni Karpatczycy. Pod Tobrukiem w Libii stoczyli jedną z największych bitew drugiej wojny światowej. Pewnie te same góry i ten spektakularny widok na morze widziała ciotka Lala. Mnie też zawsze zastanawia ten inicjał, kiedy tędy przejeżdżam. Myślę, że to „J” zostawił jako znak dla świata umierający polski żołnierz. Janusz? Jerzy? A może Jacek, jak ty, synku? − Tata z dumą popatrzył na ukochanego pierworodnego. − Wiesz, wyobrażam sobie zawsze, jak szli tą drogą niewiele od ciebie starsi polscy chłopcy, z których potem wielu poległo pod Tobrukiem. Jednego z nich zastrzelił jakiś włoski lub niemiecki snajper ukrywający się w jaskini na górze. A ten polski żołnierz z jakiegoś ówczesnego magnum 21 − zawsze myślę, że to on − w ostatnim tchnieniu wystrzelał ten inicjał swojego imienia. − Ojciec westchnął z przejęciem. − Wracajmy, synku. Nie podoba mi się ten tłum u góry. To nie są pasterze, zobacz, mają broń. To podobno nowe bojówki Kaddafiego. Nie powinni nam nic zrobić, swoich nie ruszają, a ja jestem już znanym w okolicy lekarzem.

Mocno uścisnął rękę syna i trzymał ją przez całą drogę powrotną. Dopiero gdy zbliżali się do Marii i Andrzeja, Roman, jakby zawstydzony, puścił dłoń syna, i przyspieszył kroku, zostawiając go nieco w tyle.

− Nie będziemy tu jeść − zdecydował. − Pojedziemy prosto do domu, to już niedaleko.

− Gdzie wy chodzicie? − zapytała z pretensją Maria. − Przestań męczyć tatę, Jacek. Nie widzisz, że źle wygląda? Poza tym Andrzejek musi coś zjeść. Nie jadł od kilku godzin. Andrzejku, na co masz ochotę? Na kanapkę z serem czy z tuńczykiem? Pewnie jesteś zmęczony po podróży. Słyszałeś? Tata mówi, że to już niedaleko. Wkrótce dojedziemy i odpoczniesz. − Przytuliła syna i pocałowała go w policzek. Andrzej jednak żachnął się tylko, otarł niedbale twarz i wrócił do samochodu.

Nie pamiętam, kiedy mama mnie pocałowała czy przytuliła, westchnął w duchu Jacek.

Nic się nie zmieniło, pomyślał w tym samym momencie Roman, z troską marszcząc czoło.

− Szybko, chłopcy, jedziemy! − zawołał głośno, wyraźnie zdenerwowany. − Do samochodu! Jacek, szybko.

− Do auta, Andrzejku − powiedziała jednocześnie Maria.

Jacek i Andrzej. Tata i mama. To było jasne. Ten podział. Wielka miłość ojca do Jacka. I ogromna troska mamy wyłącznie o Andrzeja, zwanego przez nią Andrzejkiem. Tak jakby każdy pobyt Jacka w szpitalu − jako kolejny powód odsuwający Marię od powrotu do Pracowni Fotosyntezy − musiał zostać spłacony z nawiązką.

Wjechali do Benghazi od strony morza. Główna droga była upstrzona nieco podniszczonymi dekoracjami, pełnymi szyldów z arabskimi napisami i portretów Kaddafiego w mundurze. Przypominały o hucznych obchodach pierwszego półrocza od czasu wrześniowego przewrotu pułkowników, kiedy Kaddafi przejął władzę w Libii.

Po jakimś czasie Jacek stanął w swojej sypialni wyłożonej marmurami. Za oknem widział pustą plażę i spienione wody Morza Śródziemnego. Z promenady uśmiechały się, szczerząc zęby, znajome już portrety.

W nocy śniła mu się krwawa ziemia zniszczona przez samoloty.




Rozdział V

Śniadanie u Tiffany’ego



Nowy Jork, wrzesień 1971

Esther obudziła się później niż zwykle.

O Boże, zaspałam, a mam takie ważne spotkanie!

Od razu wykręciła numer asystentki szefa.

− Lauro, coś mi wczoraj zaszkodziło. Zaspałam. Proszę, aniele, wymyśl coś i wytłumacz moje spóźnienie! Zaraz doprowadzę się do ładu i pędzę do pracy − powiedziała służalczym tonem.

Laura była kobietą absolutnie wyniosłą i nieprzyjemną. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak ważna jest dla Michaela, managing partnera w znanej kancelarii Gottlieb, Cohen & Jones. Esther pamiętała, co sześć lat temu, w pierwszych dniach jej pracy, mówiła o niej Myra, asystentka asystentki szefa. „Wszyscy się boją Laury, a Laura korzysta z tego z dziką satysfakcją. Pierwsza przychodzi i ostatnia wychodzi z pracy. Jest przy swoim biurku od pierwszego dnia istnienia kancelarii. Zna tu niemal wszystkie tajemnice. Pamięta o ważnych dniach, urodzinach dzieci i żony Michaela. Zamawia dla nich dentystę i dostawy serów z małego francuskiego sklepiku w Saint Martha’s Vineyard. Planuje weekendy i pilnuje kalendarza. Jest niezastąpiona. Sama nie mając rodziny, od ponad dwudziestu lat pełni rolę perfekcyjnej asystentki. Michael nie dostrzega, że uśmiech i miłe słowa są zarezerwowane wyłącznie dla niego i jego partnerów zarządzających”.

− Dobrze, Esther − odparła sucho Laura.− Ale daję ci godzinę. Potem naprawdę będziesz musiała sama sobie radzić z gniewem Michaela.

− Dziękuję, jesteś kochana! − zaświergotała Esther.

Jesteś kochana! − pomyślała natychmiast. Czy ja to powiedziałam? Jak mogłam upaść tak nisko?

Wstając z łóżka, spojrzała na ścianę, z rozpaczą przypominając sobie ubiegły wieczór. Tym razem nie powiedziała do swoich ukochanych zdjęć na ścianie: „Good morning A”. To wymyślił Jeremy. W tym powitaniu „A” przechodziło w „E” i na odwrót − to był taki ich mały rytuał, który Esther kultywowała codziennie, nawet gdy Jeremy był bardzo daleko. Duże czarno-białe fotogramy były prezentem od Jeremy’ego. Zdjęcia jej ukochanej gwiazdy − Audrey Hepburn. Audrey w Rzymskich wakacjach wkładająca rękę do paszczy lwa, podczas gdy kłamie, że nie kocha Pecka − Bradleya; Audrey idąca przez ulice Nowego Jorku z wielką torbą I‘m not a plastic bag i wreszcie jej ulubione − Audrey z nosem przyklejonym do witryny znanego jubilera. Obok zdjęcie kobiety łudząco podobnej do Audrey − samej Esther. Zrobił je Jeremy podczas ich pierwszej tajemnej nowojorskiej randki. Umówili się właśnie pod Tiffanym. Esther pokazała Jeremy’emu obrączkę, która bardzo jej się podobała. Potem szli Piątą Aleją, Jeremy coś jej opowiadał, a ona szła wyprostowana, uśmiechając się szerzej niż zwykle. Czuła się tak, jakby była w środku swojego ulubionego filmu.

Podczas jednego z wielu kolejnych spotkań Jeremy zaprosił Esther na śniadanie, niedaleko jej pracy. Gdy przyszło do płacenia, zaczął gorączkowo szukać drobnych na napiwek. Wyrzucił całą zawartość portfela na stolik. Przy okazji na blat wypadły jakaś spinka od mankietu i mała agrafka. „Kochanie, możesz sprawdzić, czy masz bilon?”, zapytał, zakłopotany. „Nie mam”, odpowiedziała Esther. Zaczerwieniła się przy tym, bo wiedziała, jak Jeremy’ego drażniło, że zawsze wrzucała resztę luzem do torebki. Pół roku temu, gdy byli w Paryżu, dostała śliczny mały portfelik Vuittona, ale robiła to nadal, chociaż bardzo się starała wrzucać pieniądze tam, gdzie powinny się znajdować. Tego dnia miała nową torebkę. „Esther, nalegam, żebyś sprawdziła. Masz przy sobie swój portfel?”. Jeremy patrzył na nią badawczo i z lekkim rozbawieniem.

W końcu Esther niechętnie sięgnęła do torebki. Wyjęła portfel i potrząsnęła nim. Rzeczywiście coś w środku brzęczało. Zdumiona otworzyła portmonetkę i wysypała drobne na rękę. Część malutkich dziesięciocentówek spadła na talerz. Wśród nich była obrączka. Ta sama − od Tiffany’ego. Jeremy wstał, pocałował ją i powiedział: „Wszystkiego najlepszego, kochanie. To już rok”.

To był jeden z najszczęśliwszych dni w jej życiu. Oczywiście bawiła dosłowność symbolicznego śniadania u Tiffany’ego, choć osobiście wolałaby kolację przy świecach, najlepiej w Paryżu.


Paryż. Spędzili tam trzy dni. Mały hotelik nad Sekwaną, na tyłach Notre Dame, wspólne wyprawy do Luwru, romantyczne śniadania, gdy Jeremy karmił Esther croissantami i marmoladą z limetek, robioną przez właścicielkę hotelu madame Boudin, kolacje przy świecach u Fouqueta i smak foie gras w Brasserie Lipp. Za namową Jeremy’ego jadła je po raz pierwszy. Pomyślała wtedy: Nie znoszę gęsi w wydaniu kuchni mojej matki, żal mi tych biednych ptaków, które musiały znosić takie męki, by stać się słynną przystawką, ale Jeremy’emu się nie odmawia. „Pycha”, powiedziała, oblizując wargi. „Pycha to będzie, jak popijesz sauternes. To wino najlepiej pasuje do foie gras”.

Jaki on jest światowy, zachwyciła się Esther. Wie wszystko. I jest mój. Postanowiła też, że poprosi madame Boudin, by nauczyła ją robić ten pyszny dżem z limetek, którym Jeremy tak się zajadał.

Rano, gdy jeszcze spał, zeszła do hotelowej kuchni. W niedużym pomieszczeniu pełnym półek z talerzami i szkłem nad piecem wisiały srebrne i żeliwne rondle.

Madame Boudin paliła papierosa. Na elegancką granatową sukienkę zarzuciła śnieżnobiały fartuch.

„To bardzo proste” − powiedziała, gdy tylko Esther wyjawiła jej swoją prośbę. „Najpierw bierzemy spory rondel, musi się ogrzać kilka minut na piecu. Madame Robinson, proszę podejść do zlewu i dokładnie wyszorować i wyparzyć cytryny i limonki. Żółtą i zieloną skórkę trzeba otrzeć tarką i odłożyć na potem. Obieram też białą skórkę, o tak, starannie, cieniutko, inaczej będzie gorzka. Proszę pokroić cytrusy w kostkę. Z cytryn trzeba bardzo dokładnie wybrać pestki. Najlepiej robić to już nad rondlem, żeby nie marnować soku. Teraz wsypiemy cukier, wlejemy wodę i zamieszamy. Liście mięty trzeba włożyć do sitka do zaparzania herbaty i zanurzyć w cytrusach”. Madame Boudin roztarła miętę i podała Esther do powąchania. Kuchnia wypełniła się ostrym, świeżym zapachem, przywodzącym na myśl pola gdzieś pod Jerozolimą.

„Boskie. Przypomina mi dzieciństwo”, zachwyciła się Esther, a madame Boudin mówiła dalej: „Musimy teraz doprowadzić naszą marmoladę do wrzenia, co jakiś czas mieszając. Następnie zmniejszyć ogień i gotować − też mieszając − przez około godzinę, przy czym po upływie połowy czasu wyjmujemy miętę. Voilà! Mamy godzinę. Siadaj”. Madame Boudin rozłożyła przed Esther gazety: „Marie Claire”, „Cosmo” i nastawiła mały minutnik. Cykał a Esther czytała. „Podaj mi miód, będę gotować dalej, aż piana zniknie, a kolor nabierze głębszego burszytnowozłotego odcienia”.

Jeremy był taki wzruszony, kiedy Esther ostatniego dnia w Paryżu postawiła przed nim na śniadanie słoiczek z karteczką Pour Jeremy. Tak mu smakowała ta marmolada, tak jej dziękował...

Dwie noce i trzy dni w Paryżu, wspominała teraz, myjąc zęby. Chyba będą następne? Chyba nie obraził się na mnie na wieki? Jeszcze będziemy w Paryżu, jeszcze czeka nas niejeden miesiąc miodowy. Z lekko mokrymi jeszcze włosami wybiegła do taksówki.

− Twin Towers − rzuciła do kierowcy, potężnego Murzyna. − Płacę podwójnie, jeśli będziemy na miejscu za osiem minut!

Udało się jej zdążyć i ku jej zdziwieniu taksówkarz nie chciał przyjąć podwójnej zapłaty. Koło windy natknęła się na mężczyznę, którego skądś znała.

− Dzień dobry, Esther. Jak się czujesz? − zapytał, patrząc na nią badawczo i nieśmiało się uśmiechając. Pocierał przy tym zabawnie brodę.

− To my się znamy? − zastanowiła się chwilę. − Ach! To ty pomogłeś mi wczoraj przy tym automacie!

− Znamy się − odparł mężczyzna. − Chodziłem do klasy z twoim bratem, Jakubem, a potem byliśmy razem w kibucu. A z tobą, no... Pracujemy tu razem. Mam na imię John. John Anderman − dodał z wyraźnym zakłopotaniem.

− Ach tak? To świetnie, John − powiedziała pospiesznie Esther. − Ale wiesz, nie mam teraz czasu. Dziękuję za wczoraj! − I wbiegła do windy.

− Miłego dnia − rzucił mężczyzna cicho w stronę zamkniętych już drzwi.




Rozdział VI

Kora i Persefona



Benghazi, 7 maja 1971

Pierwszy rok w Libii Maria żyła jak w letargu mimo setek nowych, pięknych doznań − słońca, soczystości pomarańczy jedzonych wprost z drzewa, pachnących cynamonem arabskich souków i ilości złota, jaką obrzucił ją mąż.

Po roku, podczas przyjęcia wydawanego z okazji święta 1 maja przez polskiego dyplomatę Jakuba Jabłońskiego w konsulacie w Benghazi, poznała wiceministra libijskiego rolnictwa.

− Ma pani piękny naszyjnik. To ręka Fatimy, córki Mahometa − zagadnął i dodał: − Moja mama ma taki sam. Ma na imię Aisha, jak ukochana druga żona proroka.

Hamida Al-Maourziego bardzo zainteresowała wiedza Marii na temat przemiany roślin pod wpływem słońca. Kilkugodzinna rozmowa Marii z wysoko postawionym, a do tego przystojnym Libijczykiem, oczytanym i rzucającym co chwilę błyskotliwe uwagi była niezwykle inspirująca. Wyraźna atencja Hamida, charyzmatycznego, wysokiego mężczyzny o muskularnej budowie ciała i krótko ostrzyżonych włosach, sprawiała Marii wielką przyjemność. Do tego był bardzo władczy, nawet nieco wyniosły, choć nie wobec Marii.

− Libia jest taka piękna wiosną − zachwycała się Maria. − Wielobarwne dywany intensywnego kwiecia odbitego w kolorze morza. Wiosna to moja ulubiona pora roku.

− Moja też − ucieszył się Hamid. − A kiedy mówiła pani o kwiatach, przypomniała mi się moja ulubiona powieść, którą zaczytywaliśmy się na kampusie − studiowałem rolnictwo na Harvardzie. − Spojrzał na Marię ze sztubackim uśmiechem. − To Wiosenna bujność traw Salingera.

− To również moja ulubiona powieść!− zakrzyknęła Maria, zaróżowiona z emocji.

Hamid, nie przestając się uśmiechać, zmienił temat:

− Ach, cóż za zapachy! Czy to pizza?

− Tak, chyba tak. Konsul postanowił urządzić ucztę ze specjalnościami kuchni wszystkich gości − wyjaśniła Maria.

− I teraz czas na Włochy. Jak pani zapewne wie, byliśmy w Libii do początku dwudziestego wieku pod okupacją włoską, aż nasz wielki bohater narodowy Omar Mukhtar stanął na czele powstania przeciwko najeźdźcy; został przywódcą ruchu oporu. Uwięziony przez Włochów i skazany na śmierć przez powieszenie...

Ale Maria, jakby go nie dosłyszawszy, rzekła:

− Bardzo lubię kuchnię włoską. Opiera się na darach ziemi. Weźmy na przykład pesto − z szyszek pinii wyjmuje się orzechy, nieco oliwy, dużo bazylii, tłuczemy w moździerzu i najlepsza pasta gotowa. Tak samo pomidory − zbieramy z grządek, obieramy ze skórki...

Hamid oniemiał. On, członek rządu, mówi o bohaterze narodowym, a dama o włoskiej paście?

− A lubi pani pływać w masce? − zapytał, skonsternowany.

− Nie, lubię mieć bezpośredni kontakt wzrokowy z murenami − odparła Maria.

Ich śmiechom nie było końca. Zatopieni w rozmowie, nie zwracali uwagi na pełne pogardy uśmiechy Polek i Amerykanek ani na niesmak rysujący się na twarzach mężczyzn. Nie dostrzegali też wściekłej miny Romana.


Rozmowa z ministrem rolnictwa Libii szybko zaowocowała zaproszeniem do odwiedzin w jego resorcie. Maria i Roman, zaskoczeni, oglądali list z pieczęcią Ludowego Biura Dżamahiriji.

− Nie możesz nie iść − oznajmił Roman. − Mam tylko nadzieję, że tym razem nie będziecie tak chichotali!

− Przestań − żachnęła się Maria. − Zobacz, napisali, że przyślą kierowcę.

Rzeczywiście, we wskazanym dniu po Marię podjechał wojskowy land rover z kierowcą. Maria ubrała się starannie, ale skromnie. Zatrzymali się pod budynkiem, którego fasadę wypełniały dwa naturalnej wielkości malowidła. Na pierwszym, większym, Kaddafi zamieniał pustynię w pola. Obok Gamal Abdul Naser ściskał rękę Kaddafiego. Maria przypomniała sobie, co mówił Roman, kiedy chciał przybliżyć jej Libię: „Gamal Abdul Naser to pierwszy prezydent Egiptu po obaleniu króla Farouka w 1951. W świecie arabskim to postać kultowa, uznawany był za przywódcę wszystkich Arabów. Jest największym autorytetem dla Kaddafiego. On też obalił monarchię. Kaddafi, tak jak Naser, chce być przywódcą wszystkich Arabów i zjednoczyć ich w jednej krainie”.

Weszła do budynku. Powitał ją wysoki młody człowiek w mundurze. Miał szramę na lewym policzku i zjawiskowo białe zęby, które pokazał w serdecznym uśmiechu.

− Jestem Amir, sekretarz Hamida Al-Maourziego. Szef przeprasza, wczoraj okazało się, że musi wyjechać z wodzem Muamarrem Kaddafim do Tunezji na szczyt arabski dotyczący zagospodarowania Sahary. Sama pani rozumie. − Maria skinęła głową. Młody człowiek przeszedł się kilka kroków po pokoju, stanął przed nią wyprostowany, przełknął ślinę i powiedział: − Otrzymałem upoważnienie, by przedstawić pani, co następuje: Jak pani wie, nasz wódz postanowił dokonać tego, co niemożliwie, co nie śniło się największym filozofom − poprowadzić na Saharze rzekę i zazielenić pustynię. Celem jest wyrwanie pustyni piasków i zamienienie ich w żyzne i urodzajne ziemie. Mój szef jest pod wrażeniem pani osiągnięć naukowych w dziedzinie transformacji roślin i pyta, czy zgodzi się pani pokierować tym specjalnym projektem? Jest on priorytetowy i realizowany pod okiem samego Kaddafiego. Ale to nie wszystko. Jak pani wie, od tego roku kobiety mogą studiować, otwarto dla nich kobiecy wydział i poszukujemy na europejskich uczelniach kobiety − visiting professor. A pani jest tu, na miejscu. No więc: czy podjęłaby się pani także nauczania studentek na wydziale rolnictwa na uniwersytecie w Benghazi?

Maria otworzyła usta ze zdumienia. Jej radość była tym większa, kiedy sekretarz przedstawił warunki pracy. Pensja, którą jej zaoferowano, niemal dwukrotnie przekraczała wynagrodzenie męża. Miała też dostać auto służbowe, peugeota kombi. Dodatkowo jej nowy protektor zadeklarował pomoc w zapisaniu chłopców do najlepszej arabskiej szkoły w Cyrenajce.

Przez kilka kolejnych tygodni Maria prosiła Romana o zgodę na podjęcie tej pracy. Ostatecznie przekonał go argument, że chłopcy będą chodzić do znakomitej szkoły, która realizuje bogaty międzynarodowy program edukacyjny i do której uczęszczają chłopcy z wielu szanowanych europejskich i amerykańskich rodzin; dzieci konsulów, lekarzy, inżynierów.

− Zgoda więc − powiedział w końcu. − Ale pamiętaj, żadnych zbyt długich rozmów z Hamidem, jasne?

Natychmiast po tej rozmowie Maria napisała do przyjaciółki.


Stefa,

a więc znowu idę do pracy! A chłopcy do arabskiej szkoły. Jestem taka szczęśliwa! Jak dobrze, że Roman nie konsultował pomysłu posłania chłopców do arabskiej szkoły z innymi polskimi rodzinami mieszkającymi na zamkniętym, nadmorskim osiedlu apartamentów (nazwałam je naszym gettem).

Spośród mieszkających tu rodaków tylko ja i Roman bierzemy udział w międzynarodowym koktajlu towarzyskim, „bratamy” się z Arabami i innymi nacjami; każdą wolną chwilę spędzamy, zwiedzając ten absolutnie niezwykły i oszałamiający kraj. Arabowie są bardzo przyjacielscy. Poznałam bliżej kilka rodzin. Tutejsze kobiety, wbrew powszechnym opiniom o świecie arabskim, są bardzo cenione i szanowane. Lubię wizyty u nich, ich domy są podzielone na część męską i kobiecą. W części kobiecej głównie się gotuje. Sama wiesz, że w Polsce nigdy nie lubiłam gotować, ale tutaj chyba zacznę. Arabowie są bardzo gościnni, lubią długo ucztować, a w ich domach zawsze są tłumy rodziny − i nic w tym dziwnego, przeciętna rodzina ma tu około ośmioro dzieci. A kiedy kobieta zostaje wdową albo się rozwodzi, wraca z dziećmi do rodzinnego domu. Kobiety siedzą na materacach, śpiewają, gotują, ostatnio uczyły mnie robić braki − danie tak dobre, jakiego jeszcze nigdy nie jadłam. Po jedzeniu zapraszają mnie do swoich sypialni, gdzie przymierzam ich stroje. Jestem pod wrażeniem ich szaf i szkatułek wypełnionych tonami złota. Będziesz się śmiała, ale czuję się coraz lepiej jako kobieta. Tu jest tak zmysłowo.

Ten upał, bogactwo, ubrania i lekkość życia. Nieodmiennie się dziwię, że większość mieszkających tu polskich rodzin niemal nie opuszcza terenu „getta” poza wyjściami do pracy, na zakupy, na pocztę, piątkowymi wypadami nad morze i niedzielami we włoskim kościele. Polacy najwięcej czasu spędzają tu we własnym gronie. Co oczywiście nie przeszkadza nikomu w uprawianiu ulubionego zajęcia rodaków na obczyźnie pod tytułem „obmawiaj bliźniego swego − nie jak siebie samego”. W Libii fakt uwikłania Polaków w mocniejsze „niż należy” relacje arabskie (czyli jakiekolwiek poza pracą i sklepem) jest nieodmiennie wyszydzany. Z kpinami, z niewybrednymi żartami omawia się takie sytuacje przy kolacji z dziećmi i przy wieczornych rodaków rozmowach nad bimbrem. No, ale ja będę już od tego daleko, znowu będę uczyć, znowu będę pracować! I jeszcze ten Hamid... Ale o nim kiedyś napiszę Ci więcej.

Twoja M.

PS. Dołączam przepis na braki, czyli najlepsze na świecie gołąbki:

Mięso mielone, ryż, drobno pokrojoną cebulę wymieszać w misce. Dodać świeżą miętę, natkę, sok z cytryny. Sparzone liście winogron nadziewać (na każdy liść nałożyć łyżką kulkę farszu, złożyć boki, potem górę i dół, wcisnąć kciukiem końce. Na dnie garnka ułożyć ciasno liście, a na nie układać warstwami gołąbki, każdą warstwę przełożyć liśćmi. Zalać wodą, gotować na małym ogniu około pół godziny. Wariacją są dolmades − tylko z orzechami włoskimi, miętą i cytryną. Dolmades świetnie smakują z gęstym jogurtem.


I tak Maria została kobietą − prawie − udomowioną i − czasem − gotującą oraz szefową Wydziału Transformacji Roślin Pustyni na uniwersytecie w Benghazi! Obcięła włosy, a na szyi zaczęła nosić perełki. Codziennie po wydaniu śniadania i odwiezieniu chłopców do arabskiej szkoły jechała do oddalonego od centrum nowo wybudowanego gmachu uniwersytetu.

Stojąc w korku na wysadzanym palmami corniche’u, tchnęła charakterystyczny słony zapach typowy dla każdego śródziemnomorskiego portu. Dużo później miała odkryć, że tak samo upojnie pachną corniche w Nicei, Palma de Mallorca, Livorno czy w Barcelonie.

Myślała wtedy często o ulubionym starożytnym reliefie, którego mitologiczną historię uczyniła lejtmotywem swojej pracy magisterskiej na temat odrodzenia roślin pod wpływem słońca, ze szczególnym uwzględnieniem fotosyntezy. Demeter żegna swoją córkę Korę, która jako Persefona będzie przez pół roku rządziła Hadesem − krainą ciemności. Ziemia, pokryta śniegiem, pogrąża się w smutku i wszystkie rośliny zamarzają. Na wiosnę bogini płodów wita ukochaną córkę, która wraca jako Pani Wiosny i Radości. Świat cieszy się słońcem i upaja zapachem obłędnie kwitnących kwiatów.

Tak, Maria ostatnio coraz częściej była Korą. Znowu czuła się kobietą szczęśliwą i spełnioną. Czas uniesień pomiędzy nią a Romanem wprawdzie nie wrócił, ale było znośnie. Chętniej też poświęcała czas chłopcom. Próbowała zbliżyć się do Jacka, pragnąc zagłuszyć ostre słowa wielokrotnie powtarzane przez teściową w Warszawie, a tu raz po raz przebąkiwane przez Romana: „Nie jesteś dobrą matką dla bliźniaków, ale dla Jacka nie jesteś właściwie żadną matką”.

Jechała nadmorską promenadą.

− Raindrops keep falling on my head... − nuciła do płynącej z radia piosenki.

Wiosna w pełni objęła ziemię, ścieląc się różnobarwnym dywanem kwiecia odbijającego się w słonecznym morzu.




Rozdział VII

Purpurowa róża z Kairu



Kair, 11 września 1971

− Szybko, szybko jedzcie śniadanie, chłopcy, czeka na nas taksówka! − krzyknęła podekscytowana Maria. − Dziś specjalny dzień, wasze urodziny! A do tego imieniny Jacka!

Znajdowali się w hotelowej restauracji i słuchali anglojęzycznego radia, nadającego głównie piosenki Toma Jonesa. Nagle przerwano audycję, by podać informację, która wstrząsnęła światem: „Dziś w Moskwie umarł Nikita Chruszczow, którego historyczne przemówienie zmieniło bieg historii. On jako pierwszy użył publicznie określenia kult jednostki i wyjawił okrucieństwo czasów stalinizmu w Rosji oraz w krajach podzielonych układem jałtańskim”. Słowa przejętego spikera, wszak Egipt uznawał Związek Radziecki za „bratnie państwo”, zagłuszyło wejście do restauracji większej grupy ludzi.

Maria nic sobie nie robiła z radiowej informacji, snuła plany na dalszą część dnia.

− Chłopcy, teraz pojedziemy na kairski souk Al Chalili. Mówiłam wam już, że to największe takie targowisko na świecie? W nowej części z elektroniką z Dalekiego Wschodu wybierzecie sobie, co dusza zapragnie, ale zastrzegam − do stu funtów. A wieczorem − zwróciła się do przybyłych gości − zapraszam wszystkich na urodzinowo-imieninową kolację w obrotowej restauracji na szczycie wieży telewizyjnej. − Maria, choć nie przepadała za Barbarą (Barbrą − jak mówił o żonie Jeremy Robinson) i jej córką Karen, zaprosiła je do spędzenia tego dnia wspólnie.

− Czy to nasza mama? − szepnął Andrzej do brata. − Gada jak nawiedzona, to zupełnie do niej niepodobne.

Przed hotelem czekały już dwie czarno-białe taksówki; do pierwszej wsiadły Maria z Barbarą, a do drugiej Karen z bliźniakami. I w jednej, i w drugiej taksówce nie rozmawiano zbyt dużo, Maria starała się zagadywać Barbarę, ale ta poza wymianą ogólnych uwag na temat wesela i zachwytów nad sukniami panny młodej wydawała się jakby nieobecna.

− Barbaro, dobrze się czujesz? − Maria zapytała w końcu wprost, udając szczerą troskę. − Nie wyglądasz najlepiej.

− Coś mi musiało wczoraj zaszkodzić, ale będzie dobrze.

− Może poproszę taksówkarza, żeby ściszył muzykę? − Jak w każdej kairskiej taksówce rozbrzmiewała głośno arabska muzyka. Za każdym razem, gdy kierowca stawał obok innej taksówki, co zdarzało się dość często, jeszcze podkręcał gałkę radia, tak jakby taksówkarze uczestniczyli w swoistych zawodach.

− Nie. − Barbara pokręciła głową. − Naprawdę wszystko w porządku. − Uśmiechnęła się smutno.

Reszta drogi upłynęła im w ciszy. Każda przez swoją szybę, kobiety patrzyły na dziesiątki stojących przy drodze z Gizy do Kairu osiedli mieszkaniowych, z charakterystycznie sterczącymi w niebo drutami. Kiedy pierwszy raz Barbara zobaczyła taki widok wiele lat temu, Jeremy jej wytłumaczył: „To typowe dla wielu arabskich domów na całym Bliskim Wschodzie. Oszczędni Arabowie nie muszą dzięki temu płacić podatku od nieruchomości. Ich prawo budowlane nakłada podatek na właściciela domu, dopiero gdy budowa zostanie ukończona”.

W drugiej taksówce Jacek siedzący z przodu wymieniał z kierowcą uwagi na temat zbliżających się pucharów piłki nożnej ligi arabskiej. Chłopcy, tak jak Karen, bardzo dobrze znali arabski. Chodzili co rano do libijskiej szkoły − taka była decyzja ich matki, a po południu, na co z kolei nalegał ojciec, uczęszczali do szkoły polskiej przy konsulacie w Benghazi. Większość ich rówieśników, którzy przebywali z rodzicami na placówce, chodziła tylko do polskiej szkoły.

Andrzej i Karen, siedzący na tylnym siedzeniu, nie zamienili ze sobą ani jednego zdania. Gdy byli już prawie na miejscu − taksówki zatrzymywały się tuż przy zachodniej bramie najstarszego uniwersytetu matematycznego świata przed Al Chalili − Andrzej dotknął lekko opartej na skórzanym rozgrzanym siedzeniu ręki Karen. Nie odwracając głowy, dziewczyna odwzajemniła uścisk z taką mocą, że Andrzej aż syknął z bólu. Usłyszawszy to, Jacek odwrócił się w ich stronę z ukłuciem zazdrości.

No tak, mój brat ma zawsze wszystko to, czego ja nie mogę mieć, pomyślał.

Jacek kilka miesięcy temu napisał list do pewnych warkoczy w Polsce, ale nie otrzymawszy odpowiedzi, porzucił wspomnienie pięknych splotów i zakochał się w niesfornej grzywce Karen − od pierwszego wejrzenia. Wczorajsza sytuacja na weselu, w której poczuł się jak romantyczny bohater, obudziła w nim pewne nadzieje. Ale jak widać − były one płonne.

Po uregulowaniu opłat za taksówki całe towarzystwo wtopiło się w ocean pełen kupujących ludzi, zwiedzających turystów i nachalnych sklepikarzy krzyczących raz po raz: Halo, one dolar! Halo, one dolar, mister!

Zewsząd dobiegała arabska muzyka w trzystu wydaniach jednocześnie, śmieci były wszechobecne, a nad wszystkim tym dominował zapach będący mieszaniną orientalnych perfum, odpadków, mięty i arabskich przypraw.

− Zostanę w tej części z jedzeniem − zdecydowała Barbara. − Nie czuję się najlepiej. Będę się raczyć orzeźwiającą miętową herbatą i spróbuję odpocząć w zaciszu najstarszej części souku.

− Dobrze, dołączymy do ciebie po zakupach − odparła Maria.

Chłopcom szybko udało się znaleźć wymarzone prezenty na Al Chalili. Jacek wybrał aparat fotograficzny Minolta, a Andrzej radiomagnetofon Toshiba. Maria poszła z Andrzejem kupić jeszcze kilka rzeczy − dżinsy, kilka T-shirtów i ultrasłodkie arabskie baklavy.

Gdy krążyli pomiędzy barwnymi stoiskami, Andrzej zauważył:

− Mamo, od dłuższego czasu nie widzieliśmy Jacka i Karen. Pójdę ich poszukać.

− Dobrze, a ja wrócę do Barbary − zdecydowała Maria. − Ale uważaj na siebie, synku. − Próbowała swoim zwyczajem pogładzić go po policzku, ale Andrzej szybko uciekł.


Idąc w kierunku starej części souku, Maria ze złością napominała się, że miała zrobić coś specjalnego dla Jacka, a jak zwykle spędziła czas głównie na zakupach z Andrzejkiem. Z każdym krokiem było coraz ciszej i chłodniej, choć arabska muzyka wciąż jej towarzyszyła. Ja habibi, habibi − uniwersalne słowa wszystkich arabskich piosenek dochodziły jednak poprzez mury nieco słabiej. Zatrzymała się i z zachwytem spojrzała w górę, na XIX-wieczne sklepienia souku − ozdobione arabeskami i wyłożone azulejos tworzyły wielobarwny korytarz. Poprzez otwory w dachu wpadało światło dnia, a w barwnej słonecznej plamie tańczyły drobinki kurzu niczym złoty singerowski pył. Poczuła, jak ogrania ją szczęście. Po prostu.

Maria była ostatnio bardzo szczęśliwa. Praca nad tym rządowym projektem dawała jej dużo radości. Musiała też przyznać, że jest jej dobrze w Kairze i była zadowolona, że Roman nie dostał na ten czas urlopu. Myślała też, jak bardzo lubi wizyty Hamida.

W ostatnim liście pisała do Stefy: Wszyscy na uczelni nie mogli wyjść z podziwu, że sam libijski wiceminister rolnictwa osobiście przyjeżdża na uniwersytet w każdy czwartek o dwunastej, a czasem nawet częściej. Ale w końcu zdano sobie sprawę, że projekt wyrwania piasków pustyni i zalesienia Sahary zieloną roślinnością jest osobistym pomysłem Kaddafiego. O nic więc nie pytano. Nikt by się zresztą nie odważył.

Oczywiście Hamid miał pięciu asystentów, którym mógł powierzyć kontrolę nad rozwojem projektu pod kierownictwem Marii. Ale przyjeżdżał sam. I to coraz częściej. Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak mówi do niej „Marijia”.

Dopiero po dłuższej chwili, napawając się atmosferą i ciepłymi wspomnieniami, Maria przypomniała sobie, że przyszła odnaleźć Barbarę. Poszła w stronę małego barku, gdzie miała nadzieję ją spotkać.

Weszła do charakterystycznie ozdobionej sali, ze ścianami pełnymi granatowych arabeskowych azulejos. Westchnęła z ulgą, gdy zobaczyła Barbarę. Oprócz niej w barze siedziało jeszcze dwóch starych Arabów.

Maria usiadła przy znajomej, ale tamta w ogóle nie zwracała na nią uwagi, zupełnie jakby spała. Przed nią na blacie stała puszka sinalco coli. Mężczyźni siedzieli w kucki i pili herbatę; jeden z nich, uśmiechnięty, z oczyma zaszłymi bielmem, palił sziszę.

− Fascynuje mnie rytuał parzenia herbaty − ni stąd, ni zowąd odezwała się Barbara, wskazując na jednego z Arabów. − Najpierw przelewa się czajniczek wrzątkiem, bo wtedy lepiej rozwijają się liście herbaty. − Do drugiego parzenia mężczyzna dosypał garść orzeszków ziemnych i kilka roztartych liści mięty. Jeszcze raz, ostatni zagotował herbatę i rozlał ją do maleńkich filiżanek, które podał kobietom. W kawiarni rozszedł się zapach zioła, rosnącego na słonecznych zboczach tutejszych gór, ostry i wonny.

− Nie przypomina zapachu naszej mięty − zauważyła Maria. − Jest dużo ostrzejszy. Wiesz, że mięta to najstarszy znany afrodyzjak? Arabowie wiedzą, co dobre w łóżku − szepnęła ze śmiechem, a jej ciałem wstrząsnął nieznany dotąd dreszcz.

Muezzin wołał właśnie na pierwszą popołudniową modlitwę. Dołączyli do niego kolejni i kolejni − i po chwili zdawało się, że cały świat dudni zwielokrotnionym pogłosem krzyku: Allachu Akbar Allachu Akbar.


W tym samym czasie Andrzej szukał Jacka i Karen. Obszedł całą część z elektroniką, gdzie mama kupiła im prezenty, ale nigdzie ich nie spotkał. W ulicznym barku kupił shorbę i zachwycając się jej smakiem, stanął u wylotu uliczki pełnej sklepów ze złotem. Przy wejściu do jednego z nich w końcu dostrzegł brata. Karen była w środku, widział ją przez szybę, razem z dziewczyną były tam jeszcze dwie kobiety − młodziutka i starsza.

Szyję młodej Arabki zdobił naszyjnik, taki sam jaki wczoraj miała Jackie. Klientki wybierały biżuterię stosowną do oprawy weselnej. Karen z zachwytem wpatrywała się w niewiele starszą od niej dziewczynę. Od wczorajszego wesela, pomimo traumatycznego przeżycia z matką, też chciała być arabską panną młodą, wszak tu już jej rówieśnice, a nawet młodsze dziewczyny zostawały żonami.

Wszystkie trzy stały obok siebie przed wielkim lustrem. Widząc zachwyt w oczach Karen, młoda Arabka zdjęła ciężki naszyjnik składający się z wizerunków ryb − symbolu wierności i poddania się woli przyszłego męża − i założyła go Karen, która z zachwytem zaczęła przeglądać się w lustrze.

W tym momencie, niewiele myśląc, Jacek szybko wszedł do sklepu i ku osłupieniu Arabek pocałował Karen.

− Zaraz wezwę policję! − wrzasnął czerwony z oburzenia sprzedawca. − Wymierzą zuchwalcowi karę za naruszanie dobrych obyczajów!

Już łapał za telefon, ale starsza Arabka zaczęła go błagać, by tego nie czynił. Jeszcze chwilę, już raczej dla spektaklu niż naprawdę, jubiler się mitygował, ale wreszcie odłożył słuchawkę. Karen zdjęła naszyjnik. Nie wydawała się oburzona zachowaniem Jacka. Wręcz przeciwnie − razem, trzymając się za ręce, wyszli ze sklepu.

Na zewnątrz wpadli prosto na Andrzeja, który stał przy witrynie i wszystko widział. Karen szybko wyrwała rękę z dłoni Jacka.

− Chodźcie poszukać naszych mam − powiedziała. − Wkrótce musimy iść na waszą kolację urodzinowo-imieninową.


W milczeniu wjechali windą na szczyt wieży telewizyjnej, do najmodniejszej ostatnio restauracji na Bliskim Wschodzie, opisywanej nawet przez „New York Times”. U dołu szarą wstęgą rozpościerał się Nil. Zachodziło słońce.

Maria z dumą zaprowadziła gości do dużego stołu. Szybko przyniesiono talerze przekąsek.

− Takie jak lubi Jeremy − westchnęła Barbara. − Są nawet moje ulubione kebab kofta z sosem pomidorowym przyprawionym kolendrą. I shorba, którą przyrządzam według przepisu Fatimy.

Przez całą kolację Jacek ciągle robił zdjęcia, Andrzej wpatrywał się w Karen, a Karen uparcie wpatrywała się w swój talerz, dłubiąc widelcem w kuleczkach kofty.

Nagle pojawili się klauni z balonikami.

− Mamo, przecież kończymy piętnaście lat, a nie osiem − syknął wyraźnie niezadowolony Andrzej.

Wybuch jego złości przerwało wejście Jackie, jej matki i nowo poślubionego męża. Przybył też Farag. Od razu rzucił czujne spojrzenie na Barbarę, a zaraz potem przeniósł wzrok na Karen.

− Barbara! − zawołała od progu Jackie. − Jeremy przysłał mi telegram, że jutro rano będzie z nami!

− To wspaniała wiadomość, prawda? − ucieszyła się Ann, matka Jackie i Jeremy’ego. − Muszę z nim porozmawiać. Wytłumaczy mi, co tak ważnego się zdarzyło, że nie było go wczoraj z nami. Skąd był telegram?

− Z Rzymu.

− A co on robi w Rzymie? Przecież lata wyłącznie po krajach Bliskiego Wschodu? − zdumiała się pani Robinson.

− Nie. − Barbara uśmiechnęła się słabo. − Bywa też często w Rzymie, Atenach, Londynie i na Malcie. − I w Nowym Jorku, dodała w duchu.

Farag spojrzał na nią przeciągle, ale ona uparcie wpatrywała się w widoki z wieży.

Kelnerzy wnieśli torty. Odśpiewano chłopcom Sto lat − w wersji polskiej i angielskiej.

− Mamo, ten tort − choć dużo słodszy i miodowy − przypomina w smaku nasz rodzinny smakołyk, który na specjalne okazje szykuje babcia Małgosia − zawołał Andrzej, wciąż pamiętając o orzechowym torcie prababci Roksany.

Maria z uśmiechem obserwowała przebieg spotkania, zewsząd dochodziły radosne głosy i żarty. Z wieży w resztkach zachodzącego słońca widać było bezkresny Nil, z małymi żagielkami feluk, uprawne pola, rzędy sterczących niczym anteny drutów ponad domami, a co jakiś czas nawet piramidy w Gizie.

Do stolika podszedł kelner i podał Marii telefon. Niemal od razu oddała słuchawkę Jackowi.

− To do ciebie. Tata dzwoni złożyć ci życzenia imieninowe. To pierwsza część niespodzianki dla ciebie, synku.

Synku, zdumiał się Jacek. Ostatni raz mama mówiła tak do mnie jakieś dziesięć lat temu.

Bliźniacy, jeden po drugim, zajęli się rozmową z ojcem. Gdy skończyli, Maria z uśmiechem pochyliła się nad „synkiem”.

− Jacku, wiem, jak fascynuje cię historia starożytnego Egiptu − powiedziała, wzruszona. − I dlatego, choć nie było to łatwe, prosto z przyjęcia pojedziemy na specjalny pokaz pod piramidami Światło i Dźwięk − czyli historia Tutenchamona. To jest twój dodatkowy prezent z okazji imienin. Mamy bilety w pierwszym rzędzie, a na pokazie będzie znajomy taty Karen − attaché amerykański w Egipcie oraz jego gość specjalny, ambasador Izraela.

Wszyscy byli pod wrażeniem, a Maria czuła satysfakcję, że udało jej się zrobić niespodziankę synowi.

Jacek był zafascynowany losami władcy Egiptu, zwłaszcza odkąd odwiedził salę Tutenchamona w muzeum kairskim podczas wycieczki do piramid. W głębi duszy już od wtedy marzył, by zobaczyć ten pokaz. Pochłonął też kilka książek o odkryciu Howarda Cartera. Z wypiekami czytał o skarbie znalezionym w tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku, czyli grobowcu młodego faraona, którego najprawdopodobniej zamordowano, gdy miał dziewiętnaście lat. Zajmowała go też sprawa zagadkowej serii śmierci niemal wszystkich, którzy dokonali odkrycia grobowca Tutenchamona.

Gdy dwa dni temu przybyli do hotelu w Gizie, Jacek natychmiast pobiegł do recepcji, by zapytać o bilety na to widowisko, ale dowiedział się, że od miesiąca wszystkie są wyprzedane. Z tym większą wdzięcznością spojrzał teraz na mamę, a potem zrobił coś, czego nie robił od lat − przytulił ją i pocałował.

− Dziękuję, mamo − szepnął czule.

Maria uśmiechnęła się i poklepała go po ramieniu.

− Cieszę się, syneczku − powiedziała, po czym zwróciła się do pozostałych: − To Barbara zadzwoniła do ambasady i poprosiła o specjalne wejściówki. Jeszcze raz chciałam ci za to podziękować, Basiu. − Podała jej rękę, a potem spontanicznie nachyliła się i pocałowała Barbarę w policzek.

Po kolacji i obejrzeniu dookoła jakieś cztery razy panoramy Kairu towarzystwo zjechało windami na dół. Farag cały czas starał się trzymać blisko Barbary, jednak bez skutku.

W taksówce Andrzej usiadł obok Karen. W pewnym momencie sięgnął pod bluzę i wyciągnął białą różę, którą położył na kolanach dziewczyny. Ich dłonie zetknęły się delikatnie i tak już zostało do końca podróży.


Po niedługiej jeździe za oknami pojawiły się piramidy − znak, że zbliżają się do Gizy. Ponieważ do pokazu zostało niewiele czasu, towarzystwo zrezygnowało z powrotu do hotelu.

Na wprost nich, na wyciągnięcie ręki, dumnie pre­zentował się Sfinks. Zachodzące słońce odbijało się w monumentalnych piramidach. U stóp Sfinksa,­ na sporej powierzchni ustawiono rzędy krzeseł. Na środku rozwinięto czerwony dywan. Bileterzy w tradycyjnych strojach podprowadzili ich do pierwszego rzędu, w którym siedziało dwóch mężczyzn w strojach wojskowych.

− John, jak miło cię widzieć − Barbara przywitała się serdecznie z dobrym znajomym Jeremy’ego, wojskowym attaché amerykańskim. − To moi znajomi. Jak już wspominałam, wszyscy przyjechaliśmy tu na wesele siostry Jeremy’ego.

− Ashante­ − powiedział John i dodał: − Tak, pamiętam. Libijczyk i Amerykanka. No, no. − Uśmiechnął się. − A dla nas to wielki dzień. Moim specjalnym gościem jest ambasador Izraela.

− A my obchodzimy dziś urodziny chłopców Marii. − Barbara odwzajemniła uśmiech.

− L’chaim − ambasador przekazał im typowe izraelskie pozdrowienie.

Zapadła ciemność i po chwili piramidy rozjarzyły się światłem. W tej pięknej scenerii rozbrzmiała podniosła muzyka. Odbijając się zwielokrotnionym pogłosem, rozległ się głos narratora. Na tle piramid zgodnie z opowieścią widać było przesuwające się slajdy z historycznymi egipskimi bohaterami. Miało się wrażenie, że freski i hieroglify nagle ożyły.

Narrator zaczął opowieść o dzieciństwie Tutenchamona:

− Podróż przyszłego faraona do stolicy Teb, by objąć tron władcy Egiptu, rozpoczęła się w rodzinnym Ter Amarna. W kolorowym orszaku towarzyszyli mu dostojnicy.

Następna scena przywołała wielką kłótnię pomiędzy młodocianym władcą a jego macochą, słynącą z urody Nefretete. „Jestem królem i panem Egiptu i nie będę cię słuchał!” − krzyczał do matki młody władca głosem narratora.

− Koronacja dziesięciolatka odbyła się z wielkim przepychem i Tutenchamon został królem Egiptu. Na głowę chłopca nałożono pszent. Podano mu też insygnia władzy: nenachę i hekę.

W tym momencie pokazano Nefretete, która mówi coś na ucho swojej służącej. Jej słynny, piękny profil był wielkości niemal siedmiu metrów. Piramidy − niczym ekran dla gigantycznie powiększonych egipskich fresków − jarzyły się to czerwonym, to zielonym, to złotym światłem.

− To jest niesamowite... − Jacek złapał Marię za rękę i mocno ścisnął.

Zwielokrotnione głosy towarzyszące inscenizacji niosły się daleko w mrok pobliskiej Sahary. W tle wybrzmiewała poruszająca muzyka. Ożyły obrazy, znane z grobowca Tutenchamona − wcielenie pana niebios Horusa, syna boga Re, przedstawianego w postaci sokoła z rozpostartymi skrzydłami, Teby i tradycyjną procesję opet z Karnaku do Luksoru.

Jacek obserwował pokaz z wypiekami na twarzy, lecz kątem oka zauważył różę leżącą na kolanach Karen. Nie umknęło też jego uwadze, że od czasu do czasu Andrzej dotykał ręki dziewczyny, a ona tej ręki nie cofała. Teraz jednak był za bardzo pochłonięty przedstawieniem, żeby się nad tym zastanawiać − w przeciwieństwie do Barbary i Faraga, którzy bacznie obserwowali relacje między parą młodych ludzi.

Po ponad pół godzinie spektakularnego widowiska światła zgasły. Feeria barw, muzyki i głosów nagle umilkła. I nagle w tej absolutnej ciszy rozległy się strzały. Najpierw wszyscy myśleli, że to część przedstawienia, lecz ciemność przedłużała się, a w niej słychać było podniesione głosy. Potem znowu padły strzały.

− Na Boga! − krzyknął amerykański attaché. − Przecież w czasach Tutenchamona nie było broni palnej! Ochrona!

Ale było już za późno.

Do amerykańskiego dyplomaty i specjalnego wysłannika Izraela podbiegli dwaj zamaskowani osobnicy i oddali strzały. Krew rozbryzgnęła się na boki.

− Karen! − krzyknęła przerażona Barbara, widząc krew na białej sukience córki i na białych płatkach róży. Okazało się jednak, że jest to krew rannego Amerykanina.

− Uwaga, uwaga − rozległy się komunikaty po angielsku i arabsku. − Przerywamy przedstawienie. Dokonano zamachu. Prosimy o jak najszybsze oddalenie się zgodnie z instrukcjami i rozkazami policji.

Barbara ze zdumieniem spostrzegła, że jeden z zamaskowanych osobników podbiegł do Faraga i zamienił z nim kilka zdań. Na palcu zamachowca dostrzegła charakterystyczny sygnet z wygrawerowanym na seledynowym polu napisem Allach Akbar.

Przypomniało jej się, jak poprzedniego dnia w hotelowej recepcji siedzieli z Faragiem na sofie i pili drinka. Do Faraga nagle podeszło kilku Arabów z długimi brodami i zażarcie o czymś dyskutowali. Jeden z nich miał taki sam sygnet. Barbara, o czym Farag wiedział, nie znała i nie chciała poznać arabskiego, więc nie rozumiała ich rozmowy.

To niemożliwe, żeby Farag miał coś z tym wspólnego, pomyślała, zaniepokojona. Ale przecież sama mu powiedziałam, że pomogłam Marii załatwić te wejściówki i kto miał być gościem specjalnym na pokazie! A teraz o mało nie zabili Karen!

Na sygnale podjechały trzy ambulanse i cztery wozy policyjne, w pobliżu wylądowały też dwa helikoptery. Wszędzie biegali przerażeni ludzie, nikt nie wiedział, czy atak nie będzie miał ciągu dalszego.

Do Marii i reszty towarzystwa podszedł młody porucznik.

− Sytuacja opanowana − oznajmił. − Agresywne bojówki, zapewne związane z Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny, dokonały tego zuchwałego zamachu. Na szczęście ambasadorom ani nikomu innemu nic się nie stało. Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny to bojówka OWP, niezgadzająca się na pokojowe rozwiązania pomiędzy Egiptem a Palestyną, działająca w opozycji do Arafata, który jest wielkim przyjacielem naszego prezydenta Sadata − wyjaśnił, po czym powiódł wzrokiem po zebranych. − Czy ktoś z państwa ma z nimi coś wspólnego? − zapytał z powagą

Barbara usiadła na ziemi.

− Słabo mi... − wyjąkała.

Porucznik przyjrzał jej się podejrzliwie.

− Dorośli wkrótce zostaną wezwani na przesłuchania − powiedział, po czym zasalutował i odszedł.

Wszyscy wracali do hotelu w huku latających nad piramidami helikopterów. Karen przyciskała różę do zakrwawionej sukienki. Barbara próbowała wziąć ją za rękę, ale dziewczyna wyszarpnęła się i nie bacząc na nic, złapała za rękę Jacka.




Rozdział VIII

Śmierć na Nilu



Egipt, wrzesień 1971

Jeremy siedział przy śniadaniu w hotelowej restauracji. Wszystkie gazety były pełne zdjęć i wiadomości o zamachu podczas pokazu pod piramidami. Na jednej z fotografii widać było zakrwawioną Karen przyciskającą do piersi białą różę.

Boże, pomyślał z rozpaczą. Przecież powinienem być z nimi! Ja chyba oszalałem! Muszę to zakończyć. Dokąd to zaprowadzi? Moja córeczka mogła zginąć. Moja mała córeczka! I moja kochana Jackie. I Barbra. Jeremy uświadomił sobie, że nie zniósłby śmierci Barbary. I choć od jakiegoś czasu myślał o rozstaniu z żoną i o rozwodzie, te zdjęcia uświadomiły mu, że wcale tego nie chce. Kochał Esther. Ale za żadne skarby nie chciał rozstania z Barbarą. I z Karen.

Zamach go zdumiał. Od wojny sześciodniowej pomiędzy Izraelem i Egiptem minęło już kilka lat, a przez ostatni rok po śmierci Nasera nowy prezydent Sadat utrzymywał wyjątkowo poprawne stosunki arabsko-żydowskie, tak mówiono często podczas spotkań służbowych. Prawdziwych spotkań służbowych, pomyślał, pocierając czoło.

Rozmyślania Jeremy’ego przerwało pojawienie się Barbary. W milczeniu usiadła po przeciwnej stronie długiego stołu. Daleko od niego. Nie powiedziała ani słowa, nie przywitała się. Patrzyła tylko tępym wzrokiem w obrus przed sobą.

Jeremy wstał i podszedł do niej. Chciał ją przytulić, ale siedziała sztywno, nie zmieniając pozycji.

− Cześć, kochanie − powiedział łagodnie. − Tak mi przykro... Musiałyście tu przejść prawdziwe piekło!

Barbara ledwo skinęła głową. Zapadła niezręczna cisza.

Na szczęście zaraz pojawiła się Jackie z matką i z mężem. Za nimi weszła jeszcze spora grupa osób. Powitalnym okrzykom i uściskom nie było końca.

Uwagę wszystkich przykuwała Jackie − w pięknej turkusowej kreacji, obwieszona złotem, u boku nowo poślubionego męża. Widać było ogromne szczęście malujące się na ich twarzach.

− Widzisz, zrobiliśmy to − szepnęła do męża rozpromieniona Jackie. − Mówiłam ci, że nam się uda. Tak oto, po roku walki, postawiliśmy na swoim, czyniąc to, co wydaje się niemożliwe.

− Tak, kochanie. − Hassan uśmiechnął się do niej. − Zobacz na ten barwny tłum naszej arabsko-amerykańskiej rodziny oraz przyjaciół z wielu zakątków świata − Polski, Izraela, Anglii, Włoch... Wszyscy zgodnie siedzą przy jednym stole.

Przysłuchująca się ich rozmowie Paola, matka Hassana, wtrąciła cicho:

− Tak, to właśnie potwierdza, że miłość potrafi zwyciężyć mrok nienawiści, zakłamania, nieporozumień i uprzedzeń. Bóg jest jeden, czy nazywa się go Jahwe, Bóg czy Allach.

− Witaj w rodzinie, Hassan − powiedział Jeremy, podając rękę szwagrowi i jednocześnie obejmując siostrę.

− Czemu nie było cię na ślubie, potworze? − zrugała brata żartobliwie Jackie.

− Synu, to było niewybaczalne − dodała matka. − Mam nadzieję, że miałeś jakiś ważny powód − dodała ciszej.

Rozmowa przy stole zeszła na kwestie związane z wydarzeniami ubiegłego wieczoru. Tylko Barbara i Farag uparcie milczeli.

− To było straszne − wspominał Hassan. − Przez chwilę myśleliśmy, że coś poważnego stało się Karen.

− A swoją drogą, gdzie jest Karen?− zainteresował się Jeremy.

− Śpi − odparła Barbara. − Lekarz, który przyjechał ubiegłej nocy do hotelu, dał jej środki uspokajające. Nie budźmy jej jeszcze.

Hassan wstał i zadzwonił łyżeczką w szklankę. Gwar rozmów ucichł.

− Mimo potwornych okoliczności ubiegłego wieczoru chcę podziękować wszystkim, naszym rodzinom i przyjaciołom, że jesteście tu z nami. Chcę też przypomnieć, że dziś wsiadamy wszyscy na Queen of the Nile i płyniemy do Luksoru i Asuanu. Jesteście naszymi gośćmi. Jeszcze raz dziękuję ci za ten podarunek, tato. − Hassan skłonił się w stronę dostojnie wyglądającego starszego Araba, Mahdiego, ubranego w tradycyjną galabiję. − I tobie też, mamo. Kocham cię. Ti amo! − Wzruszona Paola przycisnęła rękę do ust. Matka Faraga i Hassana była Włoszką i pod tradycyjnym strojem Arabki zawsze nosiła najlepsze markowe ciuchy od znanych projektantów. − Przypominam, czekamy dziś na wszystkich w porcie w samo południe. A wracając do wczorajszych wydarzeń, rozmawiałem z szefem policji i poprosiłem, by przesłuchania nastąpiły po naszym powrocie. − Hassan nie dodał, że w nocy jego ojciec skontaktował się ze swoim kuzynem, ministrem spraw wewnętrznych Libii, by ten poprosił egipskiego kolegę po fachu, żeby nie nękano teraz gości weselnych. Na koniec przemówienia Hassan spojrzał na siedzącą obok żonę. Ujął jej dłoń i dodał: − Jackie, kocham cię i zrobię wszystko, by nasze życie uczynić szczęśliwym, a niech świadkami będą wszyscy tu zgromadzeni.

− Ależ to amerykańskie − mruknął z wyraźnym niezadowoleniem Mahdi, na co Paola, nie spojrzawszy na niego, powiedziała, tak by na pewno usłyszał:

− Un amore per sempere.

Na twarzy Mahdiego pojawił się chwilowy grymas niezadowolenia, ale potem z czułością, niezwykłą u Arabów wobec kobiet na forum publicznym, musnął lekko rękę żony. Paola, tyle lat żyjąc jak przykładna Arabka, wiedziała, że z mężem się nie dyskutuje. Ale jej włoska gorąca krew, duma z pochodzenia ze starej arystokratycznej rodziny lombardzkiej, burzliwe lata studiów u boku Umberto Eco w Turynie i co najważniejsze − ogromna i odwzajemniona miłość do męża − powodowały, że pozwalała sobie na drobne przejawy buntu.

Wszyscy powoli rozchodzili się do swoich pokoi. Na sali zostali tylko Farag i Barbara. Po chwili krępującego milczenia kobieta wstała i wyszła bez słowa.


Pod hotelem czekał niekończący się sznur czarno-białych taksówek. Już niedługo wszyscy weselni goście mieli się zaokrętować na pokładzie promu płynącego Nilem. Tej nocy wypływali w rejs. Rozpoczynała się podróż poślubna Jackie i Hassana.

Na słonecznym nabrzeżu stał kilkupiętrowy luksusowy prom.

− Ale czad! Podobno na górze są dwa baseny! − krzyknął Andrzej.

− Mamo, czy możemy mieć osobne kabiny? − zapytał od razu Jacek, który ciągle robił zdjęcia.

Taksówkarze i stewardzi pomagali wnieść bagaże, a bliźniacy w towarzystwie Karen zwiedzali prom. Barbara i Jeremy zeszli pod pokład prowadzeni przez młodego boya, który miał przy koszuli plakietkę z imieniem „Ahmed”. Inny − z plakietką „Naser” − roznosił orzeźwiającą orszadę.

− To kabina młodych państwa Robinson, zapraszam − powiedział Ahmed. Barbara i Jeremy uśmiechnęli się do siebie odruchowo. − Miłego pobytu i proszę pamiętać, że jestem do państwa dyspozycji podczas całej podróży.

Kiedy już zostali sami, Jeremy podszedł do żony.

−  Barbra... − zaczął, ale przerwała mu:

−  Nic nie mów. Ja wszystko wiem.

−  Barbra, ale...

−  Jestem ciekawa, jak udało ci się tak szybko przylecieć tu z Nowego Jorku. Ale to nieistotne. Natychmiast pójdziesz do kapitana i poprosisz, by znalazł ci inną kajutę. Nie chcę spać z tobą w jednym łóżku. Rozumiesz? Nie chcę! − wykrzyczała i rozpłakała się.

Jeremy bez słowa opuścił kajutę.

Barbara przepłakała całą godzinę, aż usłyszała ciche pukanie do drzwi.

−  Proszę, otwórz − rozległ się głos Faraga.

Pukał jeszcze dwukrotnie, ale nie zareagowała.

Barbara nie pojawiła się na uroczystej kolacji rozpoczynającej rejs. Słyszała krzyki radości Karen i bliźniaków, gdy około północy prom ruszył.

Po niemal bezsennej nocy postanowiła zaczerpnąć świeżego powietrza.

Dniało już, kiedy stanęła na pokładzie królewskiego promu. Obserwowała budzące się do życia wioski położone nad Nilem. Choć byli jeszcze blisko Kairu, krajobraz był tu zgoła odmienny, pełen żyznych poletek i porozrzucanych to tu, to tam lepianek.

Barbarę dręczyły potworne wspomnienia ostatnich dni − Faraga z zamachowcami, ostatniej rozmowy z Jeremym, strzałów w Gizie, strachu o życie Karen. Czuła się winna i miała potworne wyrzuty sumienia, że o mało nie doprowadziła do śmierci córki. Wiedziała też, że Farag ma coś wspólnego z tym wydarzeniem. I że przyjdzie jej za to wszystko zapłacić.

Zawsze gdy było jej źle, jej myśli płynęły do Krakowa i Londynu. Przypomniała sobie swój krakowski tradycyjny dom, studia pełne jazzu w Piwnicy pod Baranami i wyjazd do Londynu, gdzie pracowała jako kelnerka. To tam poznała amerykańskiego turystę. A teraz ten turysta ją zdradzał, o czym dowiedziała się jakiś czas temu zupełnie przypadkiem.


Magda, jej najlepsza przyjaciółka ze studiów − po spektaklu nienawiści wobec Żydów w wykonaniu komunistycznych władz Gomułki w sześćdziesiątym ósmym − wyjechała do Nowego Jorku.

Wiosnę sześćdziesiątego ósmego Barbara spędzała w Polsce u mamy. Pojechała z Magdą do Warszawy, na Dworzec Gdański, by się pożegnać. Miała poczucie, że oto tu, na jej oczach odgrywa się biblijny exodus. Setki żydowskich rodzin żegnały się, niektóre na zawsze, z polską ziemią, ziemią, która miała być gościnną i „obiecaną”, a stała się miejscem kolejnego wygnania.

Kobiety nie mówiły zbyt wiele, od czasu do czasu przytulały się mocno. I tyle. Patrzyły na ludzi, płaczących, tulących się, zdezorientowanych.

Obok stał − na oko około ośmioletni − chłopczyk. Miał duże czarne oczy pełne łez i ciągle zarzucał swoją mamę gradem pytań: „Mamo, dlaczego nie mogę jutro pójść do szkoły? Od miesiąca robiłem zielnik, który jutro miał być oceniany, tak się starałem. Mamo, a czy ten pociąg przejedzie przez morze do Izraela? Przecież to niemożliwe?”. Matka, z pustym wzrokiem, tak jakby nie potrafiła już zdobyć się na płacz, nie na wszystkie pytania odpowiadała. W końcu wzięła synka za rękę, pochyliła się nad nim i powiedziała: „Adamie, mój synku, już tak było w naszej historii, że morskie wody rozstąpiły się, by przyjąć nas, wygnańców, więc może i teraz dobry Bóg ma plan i wody rozstąpią się po raz kolejny”.

Barbara i Magda niemo przypatrywały się tej scenie. Bez słowa uściskały się po raz ostatni i Magda odjechała.

Po kilkumiesięcznej tułaczce trafiła do Ameryki, gdzie miała sporo krewnych. Przysłała list, że osiadła na Manhattanie i udało jej się otworzyć niewielki butik z paryskimi ubraniami. Jej sklepik chętnie odwiedzali pracownicy nowej nowojorskiej mekki biznesu − Twin Towers.

Pewnego dnia, gdy Barbara była już w Marsa Bredze, otrzymała list od przyjaciółki. Magda napisała w nim szczerze i otwarcie, że kilkakrotnie w ciągu ostatniego roku widziała − w niedwuznacznych sytuacjach − Jeremy’ego w towarzystwie swojej dalekiej kuzynki.

Barbara skojarzyła, że Jeremy miał być wtedy służbowo na Bliskim Wschodzie. Czy była w szoku? Nie. Oboje od kilku lat się zdradzali. Ale że trafił aż do  Nowego Jorku... To wyglądało na coś poważnego.

Magda tłumaczyła się w liście: „Wcześniej nie chciałam Ci o tym pisać. Dziewczyna jest córką bardzo serdecznej i pomocnej mi na amerykańskiej ziemi kobiety. Ale nie mogę dłużej patrzeć na to, jak Jeremy cię zdradza. Miarka się przebrała”.

Umówiły się, że za każdym razem, gdy Magda zobaczy Jeremy’ego z kochanką, będzie przysyłać Barbrze krótkie telegramy. „Wiesz, przyda się w sądzie, jakby co...”

Ostatni telegram brzmiący: „Jest w NY” Barbara dostała, gdy już była w Gizie. Przed wyjazdem zostawiła instrukcję, aby jej pocztę przekierowywać na hotelowy adres.


Statek dopływał właśnie do miejsca na wysokości Memfis. Wierzono, że wieki temu właśnie tutaj w szuwarach znaleziono wiklinowy koszyk z malutkim chłopcem, który potem miał zasłynąć jako Ten, Który Przeprowadził Naród Przez Morze Czerwone.

Barbara wpatrywała się w brzeg Nilu. Poza szumem fal rozstępujących się przed dziobem promu i dalekich odgłosów dochodzących z pobliskiej budzącej się do życia wioski wokół panował spokój. Na pobliskim nabrzeżu zobaczyła na oko ośmioletniego chłopca, który wyprowadzał felukę. Ze zdumieniem dostrzegła, że malec podpalał sobie papierosa. W pewnej chwili, z tych samych szuwarów, w których egipska księżniczka znalazła Mojżesza, dobiegły ją krzyki. Kilku mężczyzn w tradycyjnych strojach arabskich z wyraźnym wzburzeniem wymachiwało rękami. Dopiero po chwili zorientowała się, że trzech, dwóch młodszych i jeden starszy, ciągną po ziemi młodą dziewczynę.

Dziewczyna wierzgała nogami, krzyczała wniebogłosy, błagała, by ją puścili. Mężczyźni dociągnęli ją do brzegu, najstarszy z nich zanurzył jej głowę pod wodą, podczas gdy młodsi ciągle trzymali ofiarę za ręce i nogi. Po chwili ciało dziewczyny znieruchomiało.

Barbara, zupełnie oniemiała z przerażenia, zastygła niczym żona Lota. Chciała coś zrobić, ale była jak sparaliżowana.

Dopiero po chwili zauważyła Faraga. Stał obok niej już dość długo.

−  Farag, zróbmy coś... − wyjąkała. − Proszę, spróbujmy zawiadomić kapitana, niech skontaktuje się z policją.

−  Nie, Barbaro. Każdy ci powie, że nic nie widział, nic nie słyszał. I ty lepiej myśl, że to był zły sen, dobrze ci radzę, a wręcz nakazuję − powiedział, po czym dodał dobitnie: – Pewnie to byli jej ojciec i bracia, może odkryli, że spotyka się potajemnie z kochankiem. Tak powinna kończyć każda wszetecznica, która nie przestrzega zasad Sury.

Farag odszedł, zostawiając Barbarę zupełnie zaszokowaną.

− Co się z nim stało? − szepnęła do siebie. − Jeszcze rok temu walczył o ślub Hassana z „niewierną”. Co takiego się wydarzyło?

Pokład powoli zapełniał się ludźmi.

Wkrótce podano śniadanie.




Rozdział IX

Rydwany ognia



Luksor, wrzesień 1971

Karen nie mogła się doczekać wyprawy do Doliny Królów. Wyszła na pokład. Poranne wrześniowe słońce grzało niemiłosiernie. Arabska obsługa sprawnie rozstawiała półmiski z jedzeniem. Karen podeszła do stolika, przy którym siedziała Maria z synami. Przez chwilę zawahała się, przy którym z bliźniaków usiąść. Postąpiła dwa kroki w kierunku Andrzeja, ale ostatecznie rozmyśliła się i usiadła obok Jacka.

Ostatnio nawiązała się między nimi nowa, ciepła więź. Karen miała poczucie, choć dość irracjonalne, że odkąd przedwczoraj na kairskim souku Jacek objął ją i pocałował − otoczył ją ochroną, dzięki której uszła z życiem podczas zamachu. Nie dawała jej też spokoju myśl, czy gdyby nie przyjęła róży od Andrzeja, wszyscy mogliby uniknąć tej straszliwej sytuacji w Gizie.

Oczywiście było to zupełnie irracjonalne i pozbawione uzasadnienia, ale Karen i tak unikała Andrzeja. Jacek dzielił jej pasje i zainteresowania. Już gdy prom przygotowywał się do wypłynięcia i później niemal przez całą noc, gdy posuwał się leniwie wzdłuż brzegów Nilu, rozprawiali o fascynującej ich historii starożytnego Egiptu, o mitologii i znaczeniu tajemnych hieroglifów. Wykorzystali fakt, że ich mamy poszły wcześnie spać, a Jeremy był zmęczony podróżą. Czas upłynął im w tak miłej atmosferze, że Karen niemal zapomniała o wydarzeniach, które miały miejsce podczas pokazu. Dzięki rozmowom z Jackiem i nocnym widokom wydawało jej się, że minęły lata świetlne.

Zmęczenie dopadło ich przed samym świtem, gdy z daleka widzieli już zarys ruin Memfis, pierwszej stolicy starożytnego Egiptu, miejsca, gdzie wychowywał się Mojżesz, a Święta Rodzina doznała gościny podczas ucieczki do Egiptu. Karen, patrząc na Jacka, pomyślała, że za fasadą chłodnego uśmiechu i − jak jej się wydawało „nudnego okularnika” − stoi ciekawy rozmówca, bystry i żywiołowo reagujący. I tylko Andrzej nie wyglądał na szczęśliwego.

− Jajka sadzone czy jajecznica, miss? − z zamyślenia wyrwał ją głos kelnera.

− Sadzone, poproszę − odparła Karen, po czym spojrzała z uśmiechem na Jacka. − Nie mogę się doczekać, aż dotrzemy do Teb.

− Ja też nie mogę się tego doczekać − odparł Jacek, patrząc na brata z nieskrywanym triumfem.

Później przy śniadaniu długo jeszcze śmiali się i żartowali. Maria raz po raz nachylała się nad Andrzejem i szeptała mu coś do ucha, a on tylko wzruszał ramionami.


Kolejne dni mijały na wspólnych posiłkach, rozmowach i postojach w lokalnych portach. W noc poprzedzającą przybycie podróżnych do pierwszej stolicy XI dynastii starożytnego Egiptu odbył się bal na cześć Jackie i Hassana. Wszyscy bawili się znakomicie, tylko Barbara przez ostatnie dni pozostawała w kajucie, wymawiając się silną migreną. Jeremy też rzadko pojawiał się na pokładzie, wszyscy byli jednak przekonani, że opiekuje się żoną.

Wreszcie przed południem dziewiątego dnia podróży prom zatrzymał się w luksorskim porcie. Wieże Karnaku pyszniły się niemal na wyciągnięcie ręki.

Barbara po raz pierwszy od kilku dni wzięła udział we wspólnym śniadaniu. Jak na osobę trawioną przez ostatnie dni migreną wyglądała znakomicie i była nad wyraz ożywiona.

− Słuchajcie − zagaiła − nie bądźmy leniwcami i pojedźmy od razu po obiedzie zwiedzić Karnak.

Po zacumowaniu w porcie część grupy pojechała do hotelu, a większość taksówkami udała się do świątyni w Karnaku.

Spacerowali aleją Sfinksów, gdy rozentuzjazmowana Barbara krzyknęła do Paoli:

− Wiesz, choćbym nie wiadomo który raz tędy szła, zawsze robi na mnie piorunujące wrażenie!

Kobiety już dawno się zaprzyjaźniły, łączyła je wspólnota myśli, umiłowanie do sztuki i podobieństwo przeżyć studenckich, które Włoszka rzadko mogła dzielić z kimkolwiek w Libii.

Zwiedzający rozproszyli się, podziwiając zabytki. Na ścianach świątyni Amona królowały rydwany faraonów. Na zachodniej ścianie bóg Re zaprzęgał skoro świt swój rydwan, by objechać widnokrąg i obdarzyć ziemię tym najgorętszym skarbem − słońcem. Przy obelisku, którego bliźniacza wersja stała na paryskim placu Concorde, Barbara zawołała z entuzjazmem:

− A teraz niech każdy z nas pomyśli, czego pragnie! Od czasów starożytności wierzono, że kilkunastokrotne obejście tego obelisku przyniesie zdrowie, bogactwo i spełnienie marzeń.

Niemal wszyscy poddali się jej propozycji i − choć wyglądało to nieco sztucznie − ochoczo przystąpili do odbycia rytuału.


Przy wyjściu z wykopalisk stał stary Arab z dwupalnikową maszynką; podawał tradycyjną herbatę z miętą i kawę parzoną po arabsku. Z lodówki serwował też sinalco colę i pepsi.

W końcu uradowane towarzystwo powoli wróciło do taksówek, by udać się na wczesną kolację. Następnego dnia wszystkich czekała wyprawa do Doliny Królów.

Ale jeszcze tej nocy w życiu Karen miało wydarzyć się coś ważnego. Kilka dni wcześniej na promie zwierzyła się Jackowi, że jej największym marzeniem podczas tej wyprawy jest wyjazd przed świtem do Kolosów Memnona. Miało to związek z jej ukochanym mitem o poległym podczas wojny trojańskiej królu Etiopów, synu Bogini Jutrzenki Eos. Eos, zrozpaczona śmiercią jedynaka zabitego przez Achillesa, uprosiła Zeusa, że każdego ranka właśnie tutaj będzie możliwy kontakt pomiędzy nią i Memnonem. Odtąd codziennie, gdy wschodziło słońce, a łuna rozpalana przez różanopalcą Eos rozdzierała ciemność, stanąwszy dokładnie pośrodku kolosów, można było usłyszeć tajemnicze dźwięki, niczym mistyczną rozmowę matki i syna. Trwało to zaledwie ułamki sekund. Od kiedy Karen przeczytała o tym, marzyła, żeby być tam o świcie.


Wieczorem, gdy już leżeli w łóżkach, Jacek opowiedział bratu o marzeniu dziewczyny.

Andrzej poczekał, aż bliźniak uśnie, i poszedł do kajuty Karen.

Zapukał cicho, a gdy zaspana dziewczyna otworzyła, wyznał bez wahania, że zawsze marzył o wyprawie o świcie do Kolosów Memnona.

− Proszę, udajmy się tam razem − powiedział błagalnie. − Ale to musi pozostać naszą tajemnicą.

Karen, nie okazując zdziwienia, że dzielą tak niezwykłe marzenie, zgodziła się natychmiast.

Gdy następnego ranka podczas śniadania Jacek zapytał dyskretnie o ich plany, dziewczyna odmówiła.

Zdezorientowany chłopak bez słowa wybiegł na górny pokład, gdzie wpadł prosto na Faraga.

− Wyglądasz na bardzo zdenerwowanego. − Farag uśmiechnął się ze współczuciem. − Jak wiesz, w islamie nie możemy pozwolić na to, by bliźni cierpiał. Czy mogę ci jakoś pomóc?

Długo jeszcze stali tam i rozmawiali, patrząc na uśpione Teby.


Było jeszcze zupełnie ciemno, gdy Andrzej, zgodnie z ustaleniami − o trzeciej trzydzieści − zapukał cicho do drzwi Karen.

− Wstawaj − szepnął, żeby nie obudzić nikogo więcej.

− Już, już, za pół godziny będę gotowa na dole. Zorganizuj taksówkę − odpowiedziała dziewczyna.

Jechali w ciszy dobre dwadzieścia minut, gdy z ciemności wyłonił się omieciony światłem samochodu jeden z posągów.

− Jest chyba dwa razy wyższy niż Pałac Kultury! − zawołał podekscytowany Andrzej.

Monumentalny kolos, odwrócony tyłem do Nilu, siedział na kamiennym tronie. Para opuściła taksówkę i poszła w kierunku posągów.

W pewnym momencie Karen, zbyt wzruszona, by mówić, gestem dała Andrzejowi znać, by się zatrzymał. Dalej poszła sama.

Gdy dotarła na miejsce, usiadła dokładnie pośrodku bliźniaczych posągów. Podkurczyła nogi, objęła je ramionami i położyła głowę na kolanach. Czekała.

I nagle, gdy poranna łuna rozjarzyła niebo, Karen wyraźnie usłyszała cichą rozmowę pomiędzy matką i synem, coś jakby mieszaninę powitań, zawodzenia, skarg i czułości. Drżąc na całym ciele, rozpłakała się. Nie protestowała, gdy Andrzej podszedł do niej i utulił ją w objęciach.

Oboje nie wiedzieli, że mają towarzystwo.

Za lewym kolosem stało trzech mężczyzn, którzy przyjechali tu mniej więcej pół godziny przed Karen i Andrzejem.

Byli to Jacek, Farag i kierowca − człowiek, który miał na palcu sygnet z napisem Allach Akbar.


Kolejne dni podróży upłynęły na zwiedzaniu Luksoru i miejsca wspaniałych grobowców Doliny Królów − z obowiązkowym pochyleniem się nad losami młodego Tutenchamona. W Edfu oglądali zadziwiający posąg Horusa, a w Abu Simbel zachwycali się monumentalnymi rzeźbami Ramzesa II. Tama w Asuanie na wszystkich zrobiła wielkie wrażenie. Wody wylewały się z ogromnej wysokości, by spienione, spaść do ogromnego jeziora Nasera. Barbara z zapałem pełniła rolę przewodniczki, tłumacząc grupie, że gdyby tama nie powstała, zabytki w Abu Simbel zginęłyby bezpowrotnie. Specjalny projekt UNESCO i „bratni” naród radziecki pomogły Egipcjanom uratować dziedzictwo i najważniejsze budowle przeniesiono do nowych, wyżej położonych lokalizacji, a budowa wysokiej tamy ochroniła ziemię przed potopem i okoliczne wsie przed zalaniem.

W końcu nadszedł czas powrotu do Libii. Na lotnisku Karen długo tuliła się do babci Krysi. Uciekła przed ciotką Lalą, która kiwając palcem, instruowała Barbarę:

− Widziałam, że w ogóle nie rozmawiasz z Jeremym. Opanuj się, moja miła, przecież ten mężczyzna dał ci wolność.

W Benghazi na rodzinę Karen czekał już ich kierowca, Ali. Przed nimi była kilkugodzinna podróż do Marsa Bregi.

Roman też stał przed wejściem. Uścisnął chłopców na powitanie, a Maria w locie pocałowała go w policzek.

Rodziny pożegnały się dość szybko i niezbyt ciepło; dało się zauważyć, że wszyscy byli już sobą nieco zmęczeni. Karen obiecała Andrzejowi, że niedługo się spotkają i że będzie do niego pisać. Szukała wzrokiem Jacka, by również z nim się pożegnać i przyrzec mu korespondencję, jednak drugi z bliźniaków, nie patrząc nawet w jej stronę, bez słowa wsiadł do samochodu matki.

Nigdy więcej ich nie zobaczę, pomyślała rozżalona Karen, odprowadzając wzrokiem odjeżdżający samochód.




Rozdział X

Między słowami



Nowy Jork, koniec września 1971

Od czterech dni Esther nie chodziła do pracy. Od prawie dwóch tygodni Jeremy nie dawał znaku życia.

Pierwszego dnia, kiedy poczuła, że nie ma siły wstać z łóżka, zadzwoniła do Laury.

− Bardzo źle się czuję.

− Brzmisz rzeczywiście fatalnie − odparła sucho asystentka szefa i dodała zgryźliwie: − Choć zawsze przychodziłaś do biura, nawet gdy miałaś gorączkę. Masz zwolnienie?

− Dostarczę − szepnęła słabo Esther.

− Dobra, kuruj się.

Przez następne dni Esther ciągle płakała. Prawie nic nie jadła, nie otworzyła też ani razu żaluzji. Powoli dni zlewały się z nocami. W kółko zadawała sobie to samo pytanie: Co będzie z nią i z Jeremym. I znowu płakała.

Któregoś dnia z letargu wyrwał ją dzwonek do drzwi. Początkowo nie ruszyła się z łóżka, przekonana, że ktoś się pomylił. Ale dzwonek odezwał się znowu. I znowu.

W końcu chwiejnym krokiem podeszła do drzwi i zerknęła przez wizjer.

Na korytarzu stał John.

Co on tu robi? Nie wpuszczę go, pomyślała i pokuśtykała z powrotem do łóżka. Po kilku chwilach dzwonek znowu się odezwał. Tym razem długo i natarczywie.

− Co za człowiek... − westchnęła pod nosem Esther i zrezygnowana, poszła otworzyć drzwi.

Na jej widok John nie potrafił ukryć przerażenia. Ta zawsze zadbana, zwykle uśmiechnięta kobieta wyglądała jak siedem nieszczęść. Potargane włosy, głębokie cienie pod oczami, resztki rozmazanego tuszu na policzkach, brudny szlafrok.

− Esther, słuchaj... − zaczął nieśmiało, ale przerwała mu ze zniecierpliwieniem:

− Czego chcesz? I w ogóle skąd wiesz, gdzie mieszkam?!

− Twoja mama bardzo się o ciebie niepokoi. Rzucasz słuchawkę, gdy dzwoni. Twój brat jest na wakacjach w Izraelu, a twoja mama pracuje razem z moją w fundacji. Byłem wczoraj na kolacji u rodziców i...

Esther nie potrafiła już ukryć wściekłości.

− Co to wszystko, do cholery, ma znaczyć?! Po co tu przylazłeś?!

Chciała bezceremonialnie zatrzasnąć drzwi, ale John był szybszy − wsunął nogę za próg, uniemożliwiając jej jakikolwiek manewr. Teraz on był górą. Na jego twarzy malowała się determinacja. Stali w korytarzu, bez słowa mierząc się wzrokiem.

W końcu Esther ustąpiła i wpuściła go do mieszkania.

− Słuchaj − zaczął John łagodnie, ale rzeczowo − obiecałem twojej matce, że sprawdzę, co się z tobą dzieje. I zrobię to. Ale najpierw, moja panno, marsz do łazienki. Weźmiesz długą kąpiel, a ja w tym czasie przygotuję coś do jedzenia. − Rzucił okiem na stare okruchy chleba na kuchennym stole, a Esther dopiero teraz zauważyła, że przyniósł ze sobą dużą papierową torbę. − Chyba od kilku dni nie jadłaś nic konkretnego. Aha, i nie zamykaj drzwi na klucz − dodał ciszej.

W głowie Esther kotłowało się tysiąc myśli na minutę, ale ku swojemu zdumieniu poszła grzecznie do łazienki. Najpierw długo siedziała na brzegu wanny, a ponieważ nie bardzo rozumiała, co się dzieje, odkręciła kran i patrzyła tępo, jak woda z pianą wypełnia wannę. W końcu zanurzyła się w ciepłej, relaksującej kąpieli. Leżała tak dość długo, raz po raz odpowiadając na pytania Johna, czy wszystko z nią w porządku. Po ponad godzinie, w nowym, czystym białym szlafroku, z mokrymi włosami Esther weszła boso do kuchni i usiadła przy stole. Chciała być niemiła i wreszcie powiedzieć mu, żeby sobie poszedł, jednak zerknęła na stół, na którym leżały świeże bajgle.

Moje ulubione, pomyślała. Bajgle z philadelphią i łososiem. Skąd wiedział? Mama Esther zawsze robiła bajgle w soboty. Przekrawała jeszcze gorące, smarowała każdy serkiem, przekładała plastrem pachnącego wędzeniem łososia, dodawała trochę pieprzu, cytryny, kilka liści rukoli...

− Czy wiesz, że typowo nowojorskie bajgle pochodzą z Polski? − zapytała, siląc się na uprzejmość. − Tak mówiła moja ciotka Magda, krewna mamy, która przyjechała tu kilka lat temu.

John tylko skinął głową. Kroił bajgle z zaciśniętymi ustami. Esther patrzyła, jak przekrawał bułeczki i smarował je równo. W końcu złożył bułkę i podał jej. Na stole pyszniły się też jajka, tosty, świeżo wyciśnięty sok z czerwonych grejpfrutów (Skąd on wie, że nie lubię z pomarańczy?, zastanawiała się), a w powietrzu unosił się aromat kawy.

− Dziękuję − powiedziała cicho Esther i ugryzła bajgla. Nagle poczuła wilczy apetyt.

John w ciszy obserwował, jak pochłania − dosłownie pochłania wszystko, co przygotował.

− Czy mogę wejść dalej i trochę ogarnąć pokoje? − zapytał w końcu. − Przyniosłem ci „Art and Business”, podobno lubisz.

Esther tylko skinęła głową, bo wciąż miała pełne usta jedzenia. Zaczęła przerzucać kartki magazynu i jej wzrok zatrzymał się na artykule o Caravaggio. Czytała o awanturniczym malarzu, który po prawdopodobnym zabójstwie innego malarza musiał uciec do Neapolu. Namalował tam Siedem Cudów Łaski w lokalnym kościele. Autor artykułu pytał, czy artyście wolno wszystko. Nawet zdradzić? Nawet zabić?

John tymczasem poszedł do sypialni. Otworzył okna i poprawił pościel na łóżku. Później przeszedł do salonu, gdzie z grubsza uporządkował kilkudniowy bałagan. Zauważył, że wszędzie stoją fotografie Esther w towarzystwie wysokiego, przystojnego i dużo starszego mężczyzny.

To przez niego tak płacze, przemknęło mu przez myśl.

Wyszedł na taras i spojrzał na nowojorskie ulice. W oddali widać było zatokę i wieże, w których pracowali. Zapalił papierosa, po czym wrócił do pokoju i usiadł na sofie.

Wrócił pamięcią do czasów spędzonych z Jakubem, bratem Esther.


Byli razem w kibucu, w Dalii − u podnóża wzgórz Karmelu. Pojechali tam, tak jak wielu ich amerykańskich kolegów z żydowskich rodzin, by zrobić „coś dla ojczyzny” i doświadczyć życia „prawdziwego Żyda” na „ich ziemi”. Kibuce dość często były obiektem ataków palestyńskich bojówek. W drugim miesiącu ich pobytu postrzelony został kolega, który spał na pryczy obok Johna. Robili „coś dla ojczyzny”, biorąc udział w militarnych akcjach odwetowych. Pewnego dnia pojechali do Ramallah, głównej siedziby powstałej w tym samym tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Jej lider, Jaser Arafat, zorganizował ogromny ruch oporu przeciwko Żydom. Co chwila jego bojówki dokonywały podpaleń szkół, samochody pułapki wybuchały na targowiskach, a pewnego dnia zabito kilkanaścioro dzieci w autobusie szkolnym.

− To akcja odwetowa − oznajmił nazajutrz dowódca, starszy, łysawy kapral Moritz, kiedy o świcie ładowali się na tył ciężarówki. Wyznaczono cztery opancerzone wozy, jeden szwadron wojska, by skontrolować przedmieścia miasta. Wywiad ustalił, że w jednym z tutejszych domostw mieszkał ten, którego złapano w kibucu, po postrzeleniu Żyda.

Zatrzymali się w cichej uliczce. Wokoło znajdowało się kilka ubogich domostw, a przy płocie w głębi dziedzińca pasły się dwa chudziutkie osiołki. Obok jednego z nich stała dziesięcioletnia na oko dziewczynka z włosami spiętymi w zabawne kucyki. Wiązała osiołkowi na szyi czerwoną wstążeczkę.

− Jesteś słodziutki, wiesz? − mówiła, głaszcząc go czule po pysku.

Kilka kroków dalej stała wychudzona brązowa krowa, zajadając jakieś plastikowe odpady. Na balkonach suszyło się pranie, koty wygrzewały się leniwie w słońcu, a po podwórku biegały kury.

Trzech kilkuletnich chłopców grało w nogę piłką zrobioną z gałganów.

− Kura! Kura!1 − pokrzykiwali radośnie.

John i Jakub, podekscytowani, czekali, aż wreszcie zobaczą ukrytych bojowników. Wojskowi wchodzili do każdego domu i krzycząc: jalla, jalla!2, kazali wszystkim wychodzić na dwór. Poszturchiwani przez wojskowych, mieszkańcy ustawili się rzędem na małym dziedzińcu. Wrogami okazali się zamieszkujący cichą uliczkę na przedmieściu trzej starcy, pięć kobiet i około dwadzieścioro dzieci. Bojowników nie znaleziono. To nie przeszkadzało odczytać dowódcy pisma po hebrajsku: „Wrogowie ludu izraelskiego zostaną ukarani zburzeniem domostw i odebraniem środków utrzymania”.

„Wrogowie ludu izraelskiego” stali, nic nie rozumiejąc − wszak nie znali hebrajskiego. Trzymali się za ręce i płakali, widząc, jak buldożer równa z ziemią wszystkie domy na ich ulicy. Dwóch żołnierzy bez skrupułów zastrzeliło osiołki i krowę.

Tego dnia, po powrocie do kibucu, John i Jakub zapragnęli natychmiast wrócić do Stanów.

Nazajutrz, zaraz po śniadaniu kazano im wsiąść od autokaru. Pojechali do dużej rezydencji pod Jerozolimą, gdzie skierowano ich do obszernej sali o niskim suficie. Ściany wyłożono fotografiami, setkami fotografii. Znajdowały się tam zdjęcia zabitych w kibucach ludzi, zdjęcia wiezionych do Oświęcimia, zdjęcia z warszawskiego getta, zdjęcia dzieci ze szkolnego autobusu pułapki, zdjęcia dymu unoszącego się nad Birkenau. Kiedy je oglądali, wyszedł do nich stary człowiek. Był to David Ben Gourion. Pierwszy premier Izraela miał przydomek Ojca Narodu.

W ciszy, jaka zapadła po powitalnych oklaskach, usłyszeli:

− Dążeniem każdego prawdziwego Żyda musi być powstanie i obrona państwa syjonistyczego. Będą i są ofiary, ale wypędzani od trzech tysięcy lat, wreszcie jesteśmy na ziemi obiecanej, ziemi, do której odwieczne prawa mieli Żydzi, a nie Palestyńczycy. I naszym zaszczytnym obowiązkiem jest bronić losu prawdziwego potomka ludu Mojżesza.

Burzy oklasków nie było końca. Potem „Ojciec Narodu” podchodził do „potomnych” i zadawał pytania: „Skąd jesteś? Skąd pochodzi twoja rodzina? Z Płońska? To musieli się znać z moimi dziadkami, mieszkali przy Wspólnej”. John odpowiedział:

− Monsey.

− Monsey. − Ben Gourion pokiwał głową i poklepał go po plecach.


Przy wyjściu każdy otrzymał list od Ojca Narodu, zaadresowany imiennie, a kończący się słowami: „Synu, nareszcie jesteśmy na Ziemi Obiecanej. Trzeba ją chronić. Ojczyzna liczy na Ciebie. Shalom!”. Do listów dołączonych było po kilka reprodukcji zdjęć ze ścian.


John jechał autokarem, za oknem widział przedmieścia Jerozolimy. Myślał o uścisku dłoni najdzielniejszego z żyjących Żydów. Patrzył na zdjęcia Birkenau, gdzie zginęła cała rodzina ze strony jego ojca.

Następny tydzień spędzili w nadmorskim kurorcie Ejlat. To tam, nad Morzem Czerwonym, poza życiem „prawdziwego Żyda” doświadczyli też uczuć zwykłych dla śmiertelników w ich wieku. W wakacyjnym obozie były dziewczyny.

Obaj − i John, i Jakub − próbowali poderwać najładniejszą ze wszystkich burchot. Rachela, kruczoczarna, wyniosła, pochodząca z sefardyjskiej rodziny, nigdy nie brała udziału w zabawach ani w żartach. Po codziennych zajęciach militarnych siedziała w rogu wspólnej sali, zawsze z książką w ręku. Gustowała w „poważnej” literaturze, którą zachłystywała się ówczesna żydowska elita intelektualna − na okładkach widniały nazwiska: Agnon, Czernichowski, Bialik.

Pewnego dnia, podczas pobytu na plaży chłopcy specjalnie zaaranżowali bójkę, by Rachela zwróciła na nich uwagę. Jednak John potknął się i upadł, pechowo uderzając o żelazną część ławki. Trysnęła krew. Dziewczyna, która zauważyła, że bójka miała być tylko pretekstem do zwrócenia jej uwagi, krzyknęła z oburzeniem i uciekła z sali. Po drodze zawiadomiła członka rady kibucu o wypadku, a ten wezwał lekarza.

Po tamtym zdarzeniu Johnowi została blizna. A Jakub tak długo się starał − zaczął nawet czytać te same książki i próbował o nich rozmawiać z Rachelą − aż wreszcie podczas pewnego śniadania dziewczyna uległa i zwróciła na niego uwagę.

Wybuchła między nimi prawdziwie namiętna miłość.

John słyszał później, jak mama Esther i Jakuba opowiada paniom w klubie: „Dla syna zorganizowaliśmy tradycyjny żydowski ślub w Hajfie. Po ślubie młodzi zamieszkali w kibucu, gdzie przyszedł na świat nasz pierworodny wnuk. Urodził się na ziemi Abrahama. Wkrótce Jakub i Rachela, już z malutkim synkiem, wrócili do Stanów. Regularnie jednak spędzali przełom lata i jesieni w Izraelu, częściowo w kibucu, gdzie się poznali, tam dzieci przebywały pod opieką żłobka, a częściowo w Hajfie u mojej siostry Miriam. Teraz też tam są”.

John mimo serdecznych zaprosin nie mógł wziąć udziału w ich ślubie, bo prosto z Izraela wybrał się do rodziny w Szwecji.

Tam spotkał Kerstin...

Esther zobaczył po raz pierwszy w jej rodzinnym domu, gdy przyszedł po lekcje do Jakuba. Ona miała wtedy czternaście lat, a oni szesnaście. Zbiegała po schodach, ubrana w sukienkę w grochy. Jej ciemnokasztanowe warkocze podrygiwały rytmicznie. Na jego poważne: „Brucha ha-ba’a” odkrzyknęła niedbale: „Oh, hi, hi!”.

Wybiegła z domu, zostawiając Johna rażonego strzałą Amora.

Na wieczorku zorganizowanym ku czci obchodów piątej rocznicy powstania państwa Izrael fundacja, w której pracowały ich matki, zbierała pieniądze na zasilenie edukacji małych dzieci w ojczyźnie. John usłyszał piosenkę Martina That’s Amore i chciał poprosić Esther do tańca, ale zanim się zebrał, wybrzmiały ostatnie takty. Pokonał nieśmiałość dopiero przy dźwiękach Stranger In Paradise Tony’ego Bennetta.

− Zatańczymy? − Błądził wzrokiem po lśniących puklach jej włosów. W tle słyszał chichoczące koleżanki Esther.

Zaczęli tańczyć.

I choć Bennett śpiewał Take my hand, Esther trzymała dystans, ledwo dotykając ciała Johna, jakby starała się nie zbliżyć do niego za bardzo − była między nimi znaczna różnica wzrostu.

Potem od razu pobiegła do koleżanek. Usłyszał, jak śmiała się: „Ale to dryblas! Tak zdrętwiałam, że będę chodzić przez kolejny tydzień z rękami do góry, jakbym wiwatowała na rzecz młodego państwa Izrael”.

Dziewczyny chichotały, a Johnowi pękło serce.

Po ponad piętnastu latach od tamtego pechowego wieczorka tanecznego zobaczył ją w windzie w Twin Towers.


Esther weszła do pokoju, wyrywając Johna z zamyślenia. Popatrzyła na tego zupełnie obcego mężczyznę, choć przecież znali się niemal od dziecka. Miał jasno rude włosy, zielone oczy i bliznę na czole, która przydawała mu zawadiackiego charakteru.

Usiadła obok i nagle, zupełnie niespodziewanie, położyła głowę na jego kolanach i wybuchnęła płaczem. Poczuła, że właśnie ten obcy mężczyzna zrobił dla niej coś wyjątkowego. I przez to płakała jeszcze bardziej. Ale był to oczyszczający płacz. Esther, szlochając, wyrzuciła z siebie wszystko to, co dręczyło ją od kilku dni. Żal do Jeremy’ego, smutek z powodu nagłego bolesnego rozstania − całą swoją wielką rozpacz. John gładził ją delikatnie po wilgotnych jeszcze włosach.

Esther płakała przez kolejną godzinę. W końcu John powiedział łagodnie:

− A teraz, bardzo cię proszę, idź się ubierz. Pojedziemy do twoich rodziców. Zapakuj najpotrzebniejsze rzeczy. Myślę, że będzie najrozsądniej, jeśli zostaniesz tam kilka dni.

Po dwóch kwadransach John, niosąc małą beżową walizkę Samsonite zaprowadził Esther do swojego auta.

Jechali w zupełnym milczeniu. Mijali kolejne ulice, by opuścić Big Apple i wjechać w nieco ospałe uliczki Monsey, podmiejskiej dzielnicy zamieszkałej przez bardzo bogatą społeczność żydowską. Minęli szkołę, do której John chodził z Jakubem, i zaparkowali na podjeździe rodzinnego domu Esther.

Na ganku, pomiędzy białym wieżyczkami, czekała już Evelyn. Esther wysiadła z samochodu i podeszła do matki, a ta mocno ją przytuliła. Bez słowa skinęła głową do Johna, wyrażając swoją wdzięczność.

Mężczyzna postawił walizkę na ganku, po czym zbiegł bardzo szybko po schodach, wsiadł do auta i odjechał.

Kobiety, podtrzymując się wzajemnie, weszły do domu. Esther zdziwiło nieco, że matka nic nie mówi, o nic nie pyta.

Usiadły w salonie na wielkiej czerwonej sofie.

− Przyniosę ci twoje ulubione domowe kakao z pianką − powiedziała matka i znikła w korytarzu.

Dawniej, kiedy małej Esther było smutno, mama zawsze gotowała kakao. Dodatkowo ubijała dwa białka z cukrem pudrem i z sokiem z cytryny. Kakao wlewała do najlepszej porcelanowej filiżanki, a na wierzchu lądował wielki kapelusz piany. I mijały wszystkie smutki!

Wśród znanych mebli, rodzinnych zdjęć i pamiątek Esther poczuła się dobrze i bezpiecznie. Wyciągnęła się na sofie i momentalnie usnęła. Matka, która weszła po jakimś czasie, z czułością przykryła ją kocem.

Evelyn patrzyła na córkę. Nie rozumiała jej. Jak mogła wdać się w romans z żonatym mężczyzną? W dodatku niebędącym Żydem! Polska kuzynka Evelyn, Magda, która przybyła tu w sześćdziesiątym ósmym, zadzwoniła do niej pewnego dnia i powiedziała: „Kochana, musimy spotkać się na kawę − to ważne”. Evelyn niechętnie opuszczała Monsey, ale pojechała z kierowcą na Dolny Manhattan. Zamówiły kawę w małej kawiarni na rogu Church St i Warren St, nieopodal butiku Magdy.

„Widziałam twoją córkę z o wiele starszym od niej gojem. Szli ulicą Manhattanu, trzymali się za ręce i całowali!” − te słowa zatrzęsły światem Evelyn. Przypomniała sobie swatkę i ustalenia pomiędzy tradycyjnymi rodzinami − jej i męża, jej związek został starannie przygotowany przez rodziny. Tak było dobrze i tak samo zaaranżowano małżeństwo jej młodszej siostry Gertrudy. Evelyn ogromnie wspierała swoją siostrę, gdy okazało się, że jej syn, Maurice, zaangażował się w kilkuletni związek z kobietą innego wyznania.

W zeszłym roku chłopak utopił się podczas karaibskiego sztormu. Za radą Evelyn Gertruda nie zawiadomiła o wypadku jego dziewczyny, Jennifer, która przebywała akurat w Paryżu na artystycznym stypendium.

Kilka miesięcy później Gertruda zadzwoniła do siostry i wyżaliła się, że dziewczyna przyjechała z Paryża. Podobno zanosiła się płaczem, tak bardzo chciała pożegnać Maurice’a. Wyznała nawet, że chłopak oświadczył się jej i po powrocie ze stypendium miała zostać jego żoną. Gertruda była cała w nerwach, gdyż okazało się, że zaręczynowy pierścionek to dokładnie ten sam, który dała synowi na osiemnaste urodziny, by kiedyś ofiarował go wybrance swego serca. „Bezczelna Gojka”, wyszeptała wtedy Evelyn, a Gertruda wtórowała jej z żalem: „Powiedziałam tej dziewczynie twardo: Nie jesteś członkiem rodziny i nikt nie musiał cię o niczym informować − to sprawa wyłącznie najbliższych. Nas, Żydów”.

Gertruda wyprosiła z domu narzeczoną syna, ale ta poszła prosto do rabina w Monsey, który wysłuchał jej żalów, a nawet − ku oburzeniu całej rodziny − zorganizował dla niej nabożeństwo w synagodze. Odprawiono kadisz, a potem wszyscy uczestnicy nabożeństwa składali Jennifer kondolencje − tak jakby była żoną Maurice’a i Żydówką.

Rozpamiętując to wydarzenie, Evelyn trzęsła się z oburzenia. A teraz jej własna córka obcuje z żonatym mężczyzną. Gojem! Czuła, że to jej osobista, ogromna porażka − jako matki i kobiety. I Żydówki. Dała jednak słowo Magdzie, że na razie nie poruszy z córką tego tematu.

Evelyn zabrała zimne, nietknięte kakao i po cichu wyszła z pokoju.


Po tygodniu spędzonym u rodziców Esther wróciła do pracy. Wcześniej ściągnęła lekarza, który po krótkiej rozmowie wypisał jej zwolnienie ze wsteczną datą.

Nieco zdziwił ją fakt, że w biurze Laura nie zażądała tego zwolnienia, wręcz przeciwnie − powiedziała, że wszystko jest w porządku. W ogóle asystentka szefa jakoś dziwnie szczędziła jej zwykłych uszczypliwości i kąśliwych uwag. Wokół panowało swoiste wyciszenie.

Choć specjalnością młodej prawniczki były negocjacje, po powrocie powierzano jej wyłącznie papierkową robotę związaną z przygotowywaniem umów. Esther przyjęła to z wdzięcznością. Nie miała pojęcia, że jej tata, stary znajomy ojca Gotlieba, zadzwonił kilka dni wcześniej do Johnatana. „Moja mała córeczka przeszła chorobę. Ze względu na jej dotychczasowe zaangażowanie i przyjaźń naszych domów proszę o powierzanie jej, przynajmniej na jakiś czas, zanim nie wróci do siebie, mniej poważnych zadań”.

Podczas lunchu, w kantynie, w windach i korytarzach Esther wszędzie wypatrywała Johna. Chciała mu podziękować i − czego sama nie rozumiała − pragnęła go zobaczyć. Po prostu.

Wykonywała codzienną pracę zupełnie mechanicznie. Przychodziła do biura punktualnie i wychodziła o czasie. Jeremy byłby nareszcie zadowolony, myślała gorzko. Wciąż czekała na wiadomość od niego. Jednocześnie nie mogła patrzeć na nic, co było związane z Jeremym. To wszystko tak bardzo bolało. Najpierw zdjęła z palca obrączkę od Tiffany’ego i schowała głęboko w szufladzie. Potem zdjęła ze ścian fotogramy, usunęła wspólne zdjęcia, stłukła filiżankę z obrazkiem Bejrutu. Jeremy zawsze kupował jej czarki do kawy podczas swoich podróży, miała ich pokaźną kolekcję. Po każdym jego przyjeździe brała tygielek, parzyła arabską kawę i pili ją z tych czarek. Z Bejrutu zadzwonił powiedzieć, że jest w niej zakochany, więc ta filiżanka była pierwszą w kolekcji − magiczną i specjalną. Schowała wszystkie paryskie pamiątki i książki, które od niego dostała. Taki sam los spotkał portfelik Vuittona − powędrował na samo dno szuflady.

Aż któregoś dnia, w poniedziałek, znalazła w skrzynce list zaadresowany charakterem pisma Jeremy’ego. Esther bardzo chciała, ale nie umiała go otworzyć. Przez kilka dni wracała z pracy, ale nawet nie brała do ręki koperty. Wiedziała, czuła, co jest w środku, i nie miała siły się z tym zmierzyć.

Wreszcie w piątek, po prawie tygodniu, spaliła list, wciąż zamknięty w kopercie, stojąc nad kuchennym zlewozmywakiem. Nie płakała, chociaż wiedziała, że to koniec.

Nazajutrz pojechała do rodziców i zapytała o adres Johna, tłumacząc matce, że chce mu podziękować za okazaną troskę.

Esther nigdy nie rozmawiała z mamą o tym, co zaszło. Nie miała też pojęcia, że Evelyn wie o wszystkim od kuzynki Magdy.

− John przyjechał na szabas do rodziców − rzuciła Evelyn, patrząc badawczo na córkę. − Najlepiej będzie, jak po prostu tam podejdziesz.

Padał rzęsisty deszcz, Esther czuła, że z jej serca spadł jakiś wielki kamień. Jeremy umarł, nie ma go, odszedł, powtarzała w duchu i po raz pierwszy od wielu dni poczuła się lepiej, silniej. Pomyślała, że ten rudy mężczyzna stał się jej nowym oparciem. Od brata wiedziała, że się w niej podkochiwał.

Stara miłość nie rdzewieje, pomyślała, śmiejąc się w duchu. Świat wydawał się czysty i gotowy na jej powrót. Esther przyspieszyła kroku, wręcz biegła w kierunku domu państwa Andermanów. Gdy zauważyła, że pod dom podjeżdża chrysler Johna, zatrzymała się.

Gdy wysiadł z auta, już miała go zawołać, ale wtedy on podszedł szybko do drzwi od strony pasażera i pomógł wysiąść pięknej wysokiej blondynce. Teoretycznie to mogła być jego siostra, kuzynka, ale w ich kontakcie było coś, co w oczywisty sposób potwierdzało, że są parą.

Esther stała w deszczu.

Para weszła do domu.


1 ‘Piłka’ (arabski).


2 ‘Naprzód’ (arabski).




Rozdział XI

Nemesis



Cyrenajka, lipiec 1970

Roman stał w korku. Jego garbus ugrzązł na środku wąskiej uliczki wysadzanej różowymi bugenwillami i karłowatymi palmami. Dwóch znajomych postanowiło stanąć na środku drogi, by zamienić kilka zdań, tamując cały ruch. Rozmawiali swobodnie, nic sobie nie robiąc z pokrzykiwań i trąbienia.

Roman czekał, niewzruszony. Przyzwyczaił się już do podobnych sytuacji, tak jak do tego, że tutejsi jeżdżą, kompletnie nie zwracając uwagi na przepisy ruchu drogowego, i że wszystko jest tu bukra, manana. Jutro.

Uśmiechnął się pod nosem, parkując na podjeździe blaszaka Bashira, serwującego najlepsze sandwiche na świecie.

Niemal od początku pobytu dwa razy w tygodniu Roman pracował w szpitalnej przychodni w Al Marj − miasteczku oddalonym o sto kilometrów od Benghazi. Na wysokości Tokry zawsze zjeżdżał na lokalną drogę położoną wśród palm daktylowych. Zatrzymywał się przy typowym dla krajów śródziemnomorskich murku z kamieni, gdzie stała budka z blachy falistej − przydrożny barek. Stary Arab, Bashir, przyrządzał tu znakomite chobzy z mięsem mielonym. Roman dodawał sobie dużo harissy. Pił też pepsi, ponieważ ten napój najbardziej, jego zdaniem, pasował do arabskich smaków. Na zakończenie posiłku prosił jeszcze o kieliszek herbaty lub kawy parzonej po arabsku i jechał dalej. To był jego stały rytuał w drodze do pracy.

Teraz jadł i patrzył na Tokrę, w starożytności zwaną Arsinoe.

Mama zapewne przypomniałaby mi, że tak miała na imię opiekunka Orestesa, pomyślał z czułością.

− Czy już wiadomo, kto rozbił się statkiem u wybrzeży Tokry? − zapytał właściciela o wrak, który od dawna go interesował.

Z sali natychmiast dobiegły głosy:

− To przemytnicy.

− To piraci.

− To podobno Polacy!


Pewnego lipcowego dnia, gdy Roman z kolegami jedli lunch w szpitalnej kantynie, otworzyły się drzwi i stanął w nich wysoki Arab o wyjątkowo ciemnej karnacji. Był ubrany w stylu brytyjskich właścicieli ziemskich − w zielone spodnie, długie wellingtony i kurtkę Barbour. Starannie wygolony, miał na sobie ręcznie szytą koszulę z żółtej egipskiej bawełny. Biły od niego ogłada i królewska klasa.

− Nazywam się Mahdi al-Senussi − powiedział, podchodząc do Romana. − Dziękuję za uratowanie życia mojej matce, Miriam.

− Taka praca. − Roman skłonił się skromnie, z zaciekawieniem przyglądając się mężczyźnie.

O jego rodzinie krążyły w okolicy opowieści; wywodzili się prosto od proroka Mahometa i Idris, ostatni król Libii, obalony przez Kaddafiego, również należał do ich rodu.

Ostatnio Roman skierował jedną ze swoich pacjentek w Al-Marj na pilną operację wyrostka do szpitala w Benghazi. Kobieta nie chciała się zgodzić, tłumacząc, że musi zaczekać na swojego najstarszego syna, który po śmierci jej męża jest głową rodziny, a który akurat przebywał służbowo w Europie. Roman nalegał jednak, ponieważ wiedział, że wyrostek grozi rozlaniem i kobieta może nie doczekać powrotu syna. Kobieta zgodziła się i osobiście dokonał skomplikowanej operacji, ratując tym samym życie matki Mahdiego.

Dla Romana ratowanie życia było naturalną zawodową codziennością, ale dla Arabów wdzięczność oznacza często dozgonną przyjaźń. To dlatego Mahdi zaprosił Romana na uroczystość z okazji urodzin syna Hassana do swej podbenghaskiej rezydencji − dawnej tureckiej twierdzy w okolicach Al Marj. „Roman, wpadaj, zawsze kiedy będziesz w Barce. Słyszałem, że dwa razy w tygodniu przyjmujesz w naszej lokalnej przychodni. Zapalimy dobrą fajkę, pokażę ci moje uprawy”, namawiał.

Roman szybko skorzystał z zaproszenia. Siedzieli w fotelach pod portretem króla Idrisa i Mahdi opowiadał mu o swojej rodzinie oraz życiu po rewolucji.

Przeniósł się tu, w okolice Al-Marj − starożytnej Barki, z rodziną z Jaghbubu, tuż po zamachu Kaddafiego. Początkowo, znając los kuzynów, których autokar został ostrzelany przez wojska na pasie ziemi niczyjej pomiędzy Libią i Tunezją, przez kilka miesięcy wyczekiwał, co uczyni nowy wódz Libii. Stwierdził, że w Cyrenajce będzie bezpieczniej niż w religijnym ośrodku, jakim był Jaghbub, w którym urodzili się wszyscy w rodzinie Al-Senussich − on, jego synowie Farag i Hassan, jego kuzyni oraz ich wuj, przebywający obecnie na wygnaniu w Egipcie król Idris I. Wuj wciąż żył, był na zesłaniu w pałacu w Aleksandrii. Był bardzo dobrym człowiekiem, za jego panowania nikt nie zaznał biedy. Gdy odkryli, że mają drugie złoża ropy na świecie, każda libijska rodzina otrzymała kawałek ziemi. Idris był bardzo twardym negocjatorem, jeśli chodzi o Libię. Wyrwał ją brytyjskiemu protektoratowi i ogłosił niepodległość w czasie katolickiego Bożego Narodzenia w 1951 roku.

Roman zainteresował się wtedy zdjęciem kobiety łudząco podobnej do bohaterki filmu Przeminęło z wiatrem.

− To siostra naszego przyjaciela, ostatniego króla Egiptu, Farouka − wyjaśnił Mahdi. − Czy wiesz, że król Farouk był kleptomanem? Kiedyś zwędził zegarek kieszonkowy samemu Churchillowi, była niezła afera dyplomatyczna. Niestety, nie umiał się powstrzymać przed romansami. Kochał jeść i podczas jednej z uczt we Włoszech, na wygnaniu, został otruty… Macki Nasera, który go obalił, dosięgły go nawet tam. A jego siostra to daleka kuzynki mojej mamy. Wygląda jak Vivien Leigh, prawda?

Roman kiwał głową, odnajdując w twarzy kobiety rysy swojej pacjentki, która mimo podeszłego wieku wciąż była bardzo piękną kobietą. A Mahdi ciągnął:

− Tak, jej uroda jest zjawiskowa. Przez chwilę była żoną szacha Iranu, Pahlawi. Mieszka w Londynie. Londyn zawsze był ostoją wygnanych władców, zauważyłeś? Wuj Idris przyjaźni się też z księciem Filipem.

Mahdi wskazał na zdjęcie obalonego króla Libii z królową Elżbietą i jej małżonkiem.

Roman wstał i podszedł do ściany z mapą Libii. Zbliżył palec wskazujący do obszaru Cyrenajki.

− Przybliż mi, proszę, dzieje tej niezwykłej krainy − zwrócił się do swojego towarzysza. Mahdi ochoczo podszedł do mapy.

− Tak, Cyrenajka z Benghazi to nasze gniazdo, tradycyjnie była regionem utożsamianym z największą niezależnością i wolnością. Tu właśnie ogłoszono niepodległość w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym. Zawsze rządziły tu silne plemiona i Kaddafi postanowił nie ingerować w ich własność i zająć się Trypolitanią. Libię zamieszkują plemiona arabskie. Występuje u nas system klanowy i klasowy. Historycznie, niemal od samego początku Trypolitania jest za Kaddafim, a Cyrenajka zawsze była kolebką działań separatystycznych i dążących do odzyskania wolności. W starożytności Libię zamieszkiwali Afrykańczycy, Rzymianie i Grecy. Od siódmego wieku Libię zasiedlili Arabowie. Moi przodkowie byli wśród tych, którzy podbili Jerozolimę u boku Saladyna przeciwko krzyżowcom i Ryszardowi Lwie Serce. Byliśmy w szeregach spokrewnionych z nami Ummajadów, kalifów Al-Andalus, walczyli oni z Giaurami w Hiszpanii, którą władaliśmy przez siedem wieków. Potem Arabowie zostali wchłonięci przez cesarstwo otomańskie. Przez wiele stuleci panowali tu Turcy, później Anglicy, Włosi − aż w końcu mój wuj odzyskał dla nas niepodległość. Mój pustynny dom to dawna turecka twierdza. Kaddafi nie zamierzał nic odbierać naszej rodzinie królewskiej oraz libijskim oligarchom − nic, co znajdowało się w żyznej Cyrenajce. Pilnuje swojej Trypolitanii.

Roman był poruszony tym, że arabski arystokrata rozmawia z nim tak szczerze i otwarcie. Bardzo też odpowiadała mu brytyjska atmosfera obejścia libijskiego arystokraty. W młodości zaczytywał się w książkach Byrona, Thackeraya i Dickensa. Zawsze chciał być członkiem klubu, a tu miał swój klub z Mahdim, potomkiem Mahometa i członkiem królewskiego rodu.

Roman wpadał do Mahdiego coraz częściej. Chodzili po polach, wspólnie jeździli konno − Mahdi użyczał mu wellingtonów i stroju do jazdy. Któregoś dnia stanęli na wzgórzu, a Mahdi pokazał mu swoje ziemie.

− Moja rodzina osiadła w tej twierdzy położonej na olbrzymiej farmie, rozpościerającej się od zielonych wzgórz Afryki aż do Morza Śródziemnego. Po powrocie ze studiów wprowadziłem nowe rozwiązania, z werwą zacząłem zagospodarowywać uprawne pola Cyrenajki i dziś jestem jednym z głównych libijskich eksporterów żywności do Europy i Stanów. Należą do nas ogromne złoża ropy na Saharze. Zależy mi na udoskonaleniu wydobycia ropy, dlatego często bywam na spotkaniach ekspertów w Marsa Bredze, w nowoczesnym porcie przeznaczonym do transportu ropy naftowej.

Potem, siedząc w wykładanym zielonym suknem i ciemną boazerią pokoju, pełnym rycin z końmi z wyścigów w Epsom, rozmawiali, popijali sherry i palili fajki.

A Mahdi snuł swoją opowieść:

− Często jeżdżę do Anglii, Włoch i Francji, gdzie zbieram dane na temat prowadzenia nowoczesnej farmy. Mam tam wielu przyjaciół, z którymi zetknąłem się podczas studiów − rolniczych w Stanach oraz ekonomicznych na London School of Economics. No i często jeździmy do Włoch, do rodziny. − Zarumienił się i zaczął pocierać brodę, jak zawsze, gdy mówił o żonie. − Moja żona, Paola, jest Włoszką. Poznałem ją, gdy studiowała lingwistykę na Uniwersytecie Turyńskim. Potem z miłości do Caravaggia przeniosła się do Rzymu i tam się pobraliśmy. Ojciec nigdy mi tego nie wybaczył. No, ale mówiłem o rolnictwie... Po powrocie do Libii, z podróży, z zapałem wprowadzam swoją wiedzę na rzecz rodzinnego biznesu.

Sława ich rodzinnych włości − między innymi wspaniałej twierdzy oraz pustynnego zamku w oazie na Saharze − dotarła też do obcokrajowców zamieszkujących Libię. Właśnie na pustynię Mahdi zaprosił Romana i jego rodzinę na osiemnaste urodziny swojego syna Hassana. „Twoją żonę zapewne uraduje fakt, że pozna inną Polkę mieszkającą w Marsa Bredze − Barbarę, żonę Jeremy’ego, współpracującego z konsorcjum Senussich eksperta od pól naftowych. A twoich synów ucieszy towarzystwo ich córki, Karen. Oczywiście głównym bohaterem będzie Hassan, ale jestem bardzo szczęśliwy, bo specjalnie na tę okazję przybędzie z Rzymu, gdzie studiuje, Farag, mój pierworodny. Duma moja i mojej żony”. Mahdi uśmiechnął się ciepło, a na wspomnienie żony jego oczy nabrały niezwykłego blasku. „Przyjedzie Paolito”, dodał już ciszej.

Impreza miała potrwać trzy dni i rozpocząć się dokładnie za miesiąc − dwunastego sierpnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. Roman przyjął zaproszenie.


Następnego dnia wyszedł wcześniej z pracy, by pojechać do synów. Zamierzali udać się na souk, by wybrać prezent dla Hassana. Nie znalazłszy nic odpowiedniego, Roman napisał do mamy z prośbą, by w antykwariacie u słynnych bukinistów w Alejach Ujazdowskich w Warszawie zakupiła dla Hassana rycinę z końmi. „Rodzina Senussich posiada wspaniałe stadniny, a Hassan miał już wyniki na derbach w Anglii. Czuję, że spotkanie Mahdiego będzie ważne w moim życiu”, napisał do matki.

Paczka zawierająca sztych, długie, osobne listy od teściowej do Romana, Jacka i Andrzeja oraz kartkę do Marii z widokiem pomnika Chopina z Łazienek przybyła na czas.

Karen i Jacek. Karen i Andrzej. Barbara i Farag. Hassan i Jackie. Mojry, tkając życie każdej z tych osób, zaplanowały, że to właśnie tutaj ich drogi się przetną.




Rozdział XII

Baśń z tysiąca i jednej nocy



Sahara, 12 sierpnia 1970

Podjazd do twierdzy od bramy rezydencji był wysadzany palmami daktylowymi. Po obu stronach drogi pyszniła się bujna śródziemnomorska roślinność, w której dominowały jaskraworóżowe i białe bugenwille. Ścieżki były wysypane białym żwirkiem.

Dookoła z setek fontann otaczających zamek szemrała woda. Nic nie wskazywało na to, że ogród jest otoczony piaskami Sahary.

Z land roverów od południa zaczęło wysypywać się coraz więcej osób. Wszystkich gości urodzinowych lokowano w pokojach, przydzielano im służbę, wręczano plan twierdzy i program uroczystości − o dwudziestej miało się rozpocząć przyjęcie urodzinowe na cześć Hassana.


Karen siedziała na marmurowej ławce w ogrodzie, zatopiona w lekturze ulubionej Jane Austen, gdy usłyszała, jak ktoś mówi po polsku:

− Podobno jest strasznie zarozumiała. Ma grzywkę i okulary. I podobno tylko czyta i czyta. Jest pewnie nudną kujonką tak jak ty, Jacek!

Natychmiast zorientowała się, że o niej mowa. Wstała i podeszła do basenu, gdzie kilku chłopaków grało w piłkę. Byli tu jubilat, jego włoscy kuzyni, koledzy Hassana z amerykańskiej szkoły w Benghazi − Niemcy, Anglicy, Francuzi. Byli też Polacy. Chłopcy, rzucając piłkę, wykrzykiwali swoje imiona: Antonio! Marcello! Jacek! Hassan! John! Michael! Andrew!

Dwóch rudzielców − piegowatych i wysokich, podobnych do siebie jak dwie krople wody – rzucało się na piłkę, jakby to były zawody wielkiej rangi, a nie zwykła basenowa zabawa.

Hassana i jego starszego brata Karen poznała dzień wcześniej, zaraz po przyjeździe. Farag czekał na nich na lotnisku. Robinsonowie przylecieli wieczornym samolotem z Trypolisu do Benghazi. Zabrali ze sobą Jackie − młodszą siostrę ojca, która miała u nich spędzić całe wakacje.

Nagle piłka wylądowała u stóp Karen. Dziewczyna schyliła się powoli, podniosła ją i rzuciła w stronę rudzielców.

− Może ciągle czyta i czyta, ale też świetnie gra w piłkę. − Powiedziała, patrząc w kierunku braci.

Andrzej poczerwieniał, tak że aż piegi wyszły mu na twarz. Wtedy Karen zdjęła sukienkę i spontanicznie wskoczyła do basenu. Nie wiedziała, skąd się u niej wzięła nagle taka odwaga. Była raczej nieśmiała i rzeczywiście uwielbiała spędzać czas nad książkami. Może odwaga przyszła naturalnie − dzięki spojrzeniom tych wszystkich chłopaków?

– Karen.

– Andrzej.

– Jacek.

Przedstawili się sobie niemal jednocześnie. A potem pływali i żartowali, jakby znali się od lat. Po zabawie umówili się na wieczorną część urodzin.

Karen założyła białą sukienkę z czerwonym paskiem i wpięła we włosy purpurową różę. Na nogi wsunęła śliczne czerwone włoskie szpileczki. Szła dumnie wyprostowana i była szczęśliwa, gdy zbliżała się do bliźniaków a oni nie umieli ukryć zachwytu.

Andrzej podał jej mrożoną lemoniadę.

− Ależ tu jest cudownie − powiedziała, patrząc na podświetlone drzewa i krzewy.

Impreza była mieszaniną zwyczajów lokalnych i europejskich. Na początku przygrywała arabska orkiestra. W ogrodzie niczym na amerykańskim weselu ustawiono krzesła i stoły. Służba roznosiła orszadę i sok ze świeżych granatów.

W pewnym momencie na scenę wszedł Mahdi i przez mikrofon zwrócił się do syna:

− Prorok Mahomet, nasz przodek, od którego wywodzi się ród Senussich, kiedy miał osiemnaście lat, był już wojownikiem…− Potem mówił wiele o arabskich wojownikach i o tym, że Hassan z wejściem w pełnoletność odziedziczy część ziem na pustyni − bogatych w złoża ropy. Swoją mowę zakończył słowami: − Cieszę się też, że syn zaakceptował mój wybór. Hassan wkrótce wybiera się na Harvard, na studia rolnicze.

W powietrze wypuszczono kilkaset balonów. Rozbrzmiało Happy Birthday, a pod scenę podjechało ferrari. Wysiadł z niego najpopularniejszy angielski piosenkarz, którego przeboje od kilkunastu tygodni gościły na liście przebojów, i przekazał kluczyki zdumionemu Hassanowi, mówiąc do mikrofonu:

− Just for you.

Później rozpoczął się energetyzujący koncert ulubionego wokalisty Hassana. Jak się okazało, był to też ulubiony piosenkarz Jackie. Ci dwoje od rana wydawali się nierozłączni.

− Ja też wybieram się na Harvard − szepnęła Hassanowi do ucha.

Po koncercie goście przeszli oświetloną pochodniami drogą do twierdzy.

− Ale przepych − szepnęła do Jacka zszokowana Maria.

Na długich stołach ustawiono ogromne świeczniki z czystego złota. Wszystkich na miejsca odprowadzała służba. Każdy wiedział, gdzie ma usiąść, dzięki platynowym tabliczkom z diamentem, opatrzonym imieniem i nazwiskiem każdego z gości. Na każdej tabliczce − po arabsku, angielsku i włosku − wyryty był napis: „Miej dobry czas. Bóg w dom, gość w dom. Allach jest wielki”.

− Wiesz, urodzinową ucztę przyrządzono w stylu hiszpańskim, a nie arabskim − Karen zwróciła się do Jacka. − Na tę okoliczność ściągnięto z Grenady znanego kucharza z restauracji La Vieja.

Jacek kiwnął głową.

− Nic dziwnego − odparł. − To ród wojowników. Pradziadkowie Al-Senussich podczas siedemsetletniej okupacji Arabów w Hiszpanii posiadali wielkie majątki w Andaluzji i pewnie ciągle mają sentyment do tego regionu. Ja też lubię gotować, wiesz, Karen?

Choć podano wiele wykwintnych potraw, w tym paellę z owocami morza i pulardy z perliczek, specjalności La Vieja, Karen najbardziej zapamiętała niezwykły smak gazpacho, tradycyjnego i andaluzyjskiego, podanych tuż po północy.

− Czy kucharz może wyjawić sekrety kuchni? − Karen zwróciła się do Faraga.

− Zobaczymy, co da się zrobić. − Uśmiechnął się tajemniczo.

Przyjęcie zakończył imponujący pokaz fajerwerków. Gości zaproszono na baszty, skąd obserwowali, jak ciemności pustyni rozjaśnia feeria barwnych wybuchów.


Niedaleko, w zamku, na drugim piętrze, w swoim pokoju siedziała przed lustrem kobieta. Wymówiła się od uroczystości migreną. Jej mąż, Jeremy, jak zwykle był w podróży służbowej. Zawsze był w podróży służbowej.

Czuła się niekochana. Miała czterdzieści lat, ale czuła się staro i źle. Na przekór niej lustro pokazywało twarz ślicznej, nieco pulchnej kobiety, z burzą rudych włosów, o pięknych szmaragdowych oczach i jasnej karnacji.

Studiowała swój wygląd w lustrze, gdy ktoś zapukał do drzwi.

− Czy życzy sobie pani odrobinę whisky, madame?

Do pokoju zajrzał wysoki mężczyzna o władczym, chmurnym spojrzeniu. Ciemne włosy miał przygładzone brylantyną, a orzechowe oczy ocienione długimi rzęsami. Tak, Farag był bodaj najpiękniejszym młodzieńcem, jakiego Barbara w życiu spotkała.


Poprzedniego wieczoru czekał na nich na lotnisku Benina, by przywitać ich w imieniu rodziny Al-Senussi. Powitanie było wylewne. Arabskim obyczajem Farag przykładał rękę do piersi.

Gdy zobaczył Barbarę, rzekł:

− Pani Robinson, jestem zaszczycony. − Patrzył na nią z niekłamanym zachwytem. Od dawna nikt tak na nią nie patrzył. I zbyt długo trzymał jej rękę w swojej.

Potem jechali land roverem przez pustynne piaski Sahary, a on zerkał na nią często i niemal bezczelnie. Karen cały czas patrzyła za okno. Jackie usnęła.

By zatrzeć jakoś niezręczne i płomienne spojrzenia młodzieńca, Barbara spróbowała nawiązać rozmowę:

− A więc studiuje pan w Rzymie, jak słyszałam.

− Tak, to prawda − odparł, nie odrywając od niej wzroku.

− Przyleciał pan prosto z Rzymu? Mam sentyment do tego miasta.

− Nie, przyleciałem z Monachium. Organizuję zawody piłkarskie arabskich drużyn z europejskimi.

− Aha − mruknęła Barbara i zaniepokojona skierowaniem rozmowy na obce jej tory, zamilkła. W duchu musiała jednak przyznać, że rozpalały ją spojrzenia Faraga.

Więc gdy podczas przyjęcia zapukał do jej pokoju z butelką whisky, nie bacząc na to, że było to wysoce niestosowne − Farag był od niej kilkanaście lat młodszy, a w kraju panowała prohibicja − wpuściła go.

− Mam przepisy dla Karen od naszego maestro. Nidy ich nie wyjawia, ale udało mi się zdobyć je specjalnie dla ciebie... to znaczy dla Karen. Prosiła mnie o przepisy podczas przyjęcia − dukał nieśmiało.

− Tak, to prawdziwy skarb. − Barbara uśmiechała się, patrząc w jego oczy tak długo, że aż pociemniały.

Bez słowa pokazał na butelkę i pytająco przekrzywił głowę.

Barbara skinęła z przyzwoleniem.


Tajemnicą poliszynela było, że mimo zakazu alkohol był w Libii łatwo dostępny, choć bardzo drogi. Pili zarówno Arabowie, jak i cudzoziemcy. Ale było to ciężkie przestępstwo. Barbara, jakby o tym zapomniawszy, wypiła z Faragiem w niecałą godzinę butelkę najlepszego Jamesona.

Potem siedziała przed lustrem, studiując przepisy mistrza z La Vieja.


Sekrety Maestro de Vieja dla Madamy Robinsony:


Gazpacho andaluzyjskie. Gazpacho tradycyjne. Do blendera wkładam paprykę czerwoną, papryczkę chilli, pomidory sparzone i obrane ze skórki, cebulę białą, dwie garście lodu. Miksuję. Podaję z listkiem mięty. Na wierzch wysypuję drobne grzanki. Gdy mam czas, zdobię drobno pokrojoną cebulą, papryką i pomidorami.


Gazpacho białe z Malagi. Namaczam jedną małą bagietkę w ½ kubka wody przez minutę. Wyciskam. Czosnek miksuję z solą (1/2 łyżeczki) i dodaję 3/4 kubka zblanszowanych migdałów. Dodaję odciśniętą bułkę i łyżkę octu winnego (najlepszy − z gatunku luksusowego sherry). Potem wolnym ruchem wlewam 1/2 kubka dobrej oliwy (polecam arbequina). Dodaję dwie szklanki zmrożonej wody. Miksuję, przecieram przez sito i wkładam do lodówki na co najmniej dwie godziny. Przed wydaniem polewam odrobiną octu winnego, stroję migdałami i/lub płatkami oraz zielonymi winogronami.


Paella z owocami morza Arroz a la Marinera Valencia W naczyniu na paellę smażę na oliwie, cały czas mieszając, dwie poszatkowane cebule. Dodaję dwa przeciśnięte ząbki czosnku i dwa sparzone i wypestkowane pomidory. Dorzucam do smaku sól, cukier, paprykę, szafran. Mocno mieszam, aż pomidory odparują. Dodaję pokrojonego w krążki kalmara (cztery tusze), dwa kubki ryżu typu paella lub arborio i mieszam, tak by ziarna były w całości pokryte. Zagotowuję trzy szklanki bulionu rybnego lub z kurczaka z dwiema szklankami białego wytrawnego wina. Wkładam ryż (NIE MIESZAM już dalej, lecz tylko obracam patelnią). Dodaję rozpuszczony szafran. Gotuję na małym ogniu około dwudziestu minut, poruszając patelnią. Kładę na to dwanaście krewetek surowych, po dziesięciu minutach, gdy nabiorą różowej barwy, przewracam na drugą stronę na kolejne dziesięć minut. Dolewam bulionu, gdy ryż robi się suchy. Na koniec zdejmuję z palnika i zakrywam folią. Oddzielnie gotuję szesnaście sprawionych i oczyszczonych małży. Gdy są gotowe, otwierają się same (te wciąż zamknięte wyrzucam!). Układam małże na górze.

Smacznego, Madame. Signor Ruiz de la Vieja.


Drugi dzień urodzinowych uroczystości zaplanowano na pustyni. Pod zamkiem czekało na gości kilkadziesiąt land roverów z szoferami. Najpierw wszyscy udali się do kilkusetletniej beduińskiej osady. Domostwa wykute były w skałach, dookoła stały gliniane lepianki. W zagrodach widać było osły i wielbłądy z wielokolorowymi siodłami na grzbietach.

Karen i Barbara wyszły na rynek w poszukiwaniu biżuterii.

− Czytałam, że kobiety w  tej wiosce słyną z wyrobu pięknych, ciężkich bransolet ze srebra − powiedziała Barbara. − Podobno nawet jedna z najsłynniejszych francuskich gwiazd przyjeżdża tu na zakupy.

Na środku placu siedziały w kręgu kobiety, zawodząc śpiewnie. Większość była dość wiekowa. Ich twarze pokrywały tatuaże z henny.

− Wyglądają trochę indiańsko − szepnęła Karen.

Barbara wpatrywała się z zachwytem w srebrne kosztowności leżące na kocach przed kobietami. Część rękodzieła znajdowało się w plecionych koszach. Kilka kobiet wzięło kosze i podeszło do gości. Okazało się, że od Mahdiego i Paoli każda z kobiet otrzymała bransoletę, a każdy mężczyzna srebrną papierośnicę.

− Zapraszam. − Stary Arab powiódł gości do podziemnej komnaty. − Tu od pokoleń chronimy się przed słońcem i upałem.

W długim pomalowanym na biało pomieszczeniu ze sklepionymi łukami, wyrzeźbionym w tufie i glinie, panował przyjemny chłód. Na tacach rozniesiono sok z granatów z lodem i karkade − aromatyczną lodową czerwoną herbatę z róży.

− Umiem robić taką samą − szepnęła Karen do Jacka.

− Ja też. − Chłopak uśmiechnął się do niej.

Na ziemi rozstawiono misy z wodą i cytryną do mycia rąk oraz naczynia z kuskusem z baraniną i rodzynkami. Niektórzy goście wyraźnie nie byli zachwyceni perspektywą siedzenia wokół posiłku i spożywania go rękami, ale poddali się tradycji.

Po posiłku cała grupa udała się do samochodów. − Teraz jedziemy na czarne wzgórze Jahram − oznajmił Farag. − Położone obok olbrzymiego jakby wulkanicznego krateru. Tam upieczemy barana.

Pod czarną górą oczom podróżnych ukazało się obozowisko − kilkaset namiotów stanowiło namiastkę małego miasteczka. Namioty wyposażone były w prowizoryczne prysznice, a każdy z gości otrzymał na czas pobytu prywatną służbę. Drogę pomiędzy domkami oświetlały pochodnie.

Barbara, którą ulokowano w jednoosobowym namiocie, natychmiast poszła zmyć z siebie kurz po całodniowym pobycie na pustyni. Bolała ją głowa, whisky dawało o sobie znać, ale była zadowolona. Księżyc świecił czerwonym blaskiem, oświetlając piaskowe góry. Gdzieś w oddali słuchać było śmiech hieny. Barbara wzdrygnęła się. Nie miała ochoty na następny punkt programu − polowanie. Ale nie mogła się wykręcić.

Razem z Karen zasiadły z tyłu auta terenowego. W każdym samochodzie obok kierowcy siedział myśliwy ze strzelbą.


− Patrz, mamo! − zawołała Karen, gdy land rovery wspinały się na wertepy, a w światłach reflektorów migały hieny, lisy i zające.

Ku radości zagranicznych gości nie zabito ani jednego zwierzęcia, strzelano tylko w powietrze, krzycząc na wiwat: Il Hassani hamdullilah u bismillah!

Po godzinie szalonej jazdy wrócili na wzgórze, gdzie płonęło już kilkunastometrowe ognisko, a wokół niego kilkaset mniejszych. W podobnych grupach jak na wczorajszej kolacji ulokowano gości wokół ognisk. Farag stanął obok Barbary. W promieniu kilku metrów od ogniska kucharze rozpoczęli rytuał przyrządzania świątecznego barana.

− Udźce były już wcześniej zamarynowane, by mięso skruszało − powiedział Farag.

− Jak? − zainteresowała się Barbara.

− Na kilka godzin mięso wkładamy do marynaty z cytryny, czosnku, labaaan − kwaśnego mleka, pasty z harissy, utłuczonych ziaren kardamonu, świeżej kolendry, suszonej mięty z gatunku na-na i oliwy. Otoczone gazą mięso leży w zimnym miejscu kilka godzin lub całą noc.

− Teraz będą pieczone na rożnie?

− Nie. Na pustyni mięso przyrządzamy metodą nomadów. Oni musieli mieć jak najlżejszy bagaż, więc tworzyli swoje kuchnie tam, gdzie się zatrzymywali. Popatrz, w ziemi wykopano głębokie doły. Wyłożono je płaskimi rozżarzonymi kamieniami wyjętymi z ognisk i żarem. Układano jagnięcinę, potem znowu przekładano kamieniami i tak kilka warstw. Będą się tak piekły przez dwie godziny. Przekonasz się, ich smak jest niepowtarzalny. − Uśmiechnął się, dając obietnicę niebiańskiej uczty. − Na górze pieczemy bakłażany w ogniu. Z nich zrobimy pastę do chobzy − Baba-Ganousch. Pieczemy w ogniu bakłażany, rozcieramy je z oliwą i czosnkiem i podajemy z chobzą.

− Wszystko, co mówisz, jest takie ciekawe − powiedziała rozmarzona Barbara.

− A czy wiesz, że bakłażany są nazywane gruszkami miłości? − zapytał Farag i spojrzał na nią przeciągle. − Są znanym od starożytności afrodyzjakiem.

− Musisz je często jadać − zaśmiała się dwuznacznie, zastanawiając się, skąd w niej tyle odwagi.

Barbara słuchała z prawdziwym zaciekawieniem. Imponowało jej, że ten arabski książę wyjawia jej sekrety kuchni. Zawsze fascynowało ją gotowanie, zbierała przepisy i marzyła, że kiedyś wyda książkę z podróży. No i to jego wspaniałe ciało... Przymknęła oczy, by przypomnieć sobie ich spotkanie na lotnisku i whisky ostatniej nocy. A teraz jeszcze ta gruszka miłości... Westchnęła.

Kilkunastu mężczyzn w ludowych strojach wygrywało rytm na bębenkach darbukach. Rozpoczęto ucztę. Na początek każdy otrzymał sałatkę ze świeżej kolendry, pomidorów, ogórków i papryki. Rozdzielono ­chobzę.

Wzorem egipskim dla gości urządzono pokaz tańca brzucha. Do zabawy zapraszano ochotniczki lub po prostu wyciągano kobiety z tłumu. Każdej z nich obwiązywano biodra chustą z brzęczącymi cekinami. I tak Karen, jeszcze dwa dni temu przekonana o swojej nieśmiałości, kręciła zmysłowo biodrami w świetle ogniska przy ekstatycznej muzyce.

Zamknęła oczy i poddała się muzyce. Czuła, że wygląda wyjątkowo.

To wtedy zabiły dla niej mocniej dwa serca. Bliźniacy stali jak porażeni. I tak miało być już zawsze.


Po dwóch godzinach pełnych arabskich tańców i śpiewów odkryto kamienne ruszty i rozdano gorące, aromatyczne mięsiwo.

Farag miał rację. Było obłędnie dobre.

− Chyba jeszcze nigdy nic mi tak nie smakowało − powiedziała Barbara.

− Mówiłem! − Mężczyzna uśmiechnął się przeciągle.


Kilka godzin później w namiocie, jakiego nie powstydziłaby się księżniczka z tysiąca i jednej nocy, Farag sprawił, że Barbara zrozumiała, w czym tkwi mit i fenomen arabskich kochanków.

Przez kolejny rok udowadniał jej swoje uczucie, gdy podczas dalekich podróży z Trypolisu na Saharę zawsze zahaczał o Marsa Bregę. Jeremy’ego przeważnie nie było. Nikt nie pytał, dlaczego Arab pochodzący ze znamienitego arabskiego rodu jest tak częstym gościem w bazie.

Farag jeździł do Monachium, na Maltę, do Rzymu i do Londynu. Odwiedził też Hassana, który studiował razem z Jackie na uniwersytecie w Harvardzie. O tej wizycie opowiadał Barbarze.

− Młodzi, którzy poznali się na przyjęciu urodzinowym, podobno są nierozłączni. Hassan szybko się oświadczył. Lecz muszą stoczyć prawdziwą batalię z rodzinami w Libii i w Ameryce. Wszyscy mówią, że są za młodzi, że powinni poczekać. Nikt nie podnosił publicznie kwestii mezaliansu związku pomiędzy Arabem i Amerykanką. Pomóżmy im, Barbaro.

Barbara, urzeczona romantyczną historią, odwiedziła swoich teściów w San Francisco, aby namówić ich na uszanowanie woli zakochanych. Po powrocie ze Stanów Farag przeprowadził też rozmowę ze swoją matką, argumentując, że wszak i ona wyszła za ojca wbrew religii i obyczajom. „Mamo, przekonaj tatę”, poprosił.

Ślub Hassana i Jackie miał się odbyć w Gizie we wrześniu.




Rozdział XIII

Mały książę



Jaghbub, pogranicze libijsko-egipskie, 1947

Dość długo − jak na zwyczaje panujące w arabskiej rodzinie − małżeństwo Senussich nie miało potomka. Z oporem przyjęto, że Mahdi, pochodzący z książęcego rodu, wywodzącego się wprost od proroka Mahometa, przywiózł sobie żonę ze studiów w Turynie. Było dość powszechne, że libijscy chłopcy z zamożnych domów studiowali na znanych europejskich i amerykańskich uczelniach. Było też powszechne, że miewali tam wiele dziewczyn i przelotnych miłostek. Ale żeby od razu żona?

Nestor rodu − sędziwy Ali − pewnego dnia wezwał do siebie najstarszego syna, by odbyć z nim rozmowę. Jednak Mahdi był nieugięty. Wrócił do Włoch i pojął Paolę za żonę. Po ślubie zawartym w Rzymie młodzi spędzili miesiąc miodowy, podróżując po Włoszech i Egipcie. Przypłynęli promem do Aleksandrii. Zatrzymali się na krótko w pałacu należącym do stryja Mahdiego, zwiedzili latarnię w Pharos i bibliotekę aleksandryjską, a po tygodniu wyruszyli w kierunku Jaghbubu. Położony na Saharze, nieopodal granicy libijsko-egipskiej, był miejscem rezydencji Al-Senussich i religijnego kultu Sufitów. Był to jeden z najważniejszych ośrodków filozoficznych Islamu, a Al-Senussi nim kierowali.


I tak w listopadzie tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku do Jaghbubu zawitała młoda Włoszka Paola. W drogocennych różowawych piaskowcach i marmurach na pustynnej oazie wzniesiono kompleks składający się między innymi z meczetu, ośrodka filozofii sufickiej i rezydencji rodu Al-Senussich − to tutaj podjechała taksówka z nowożeńcami. Paola liczyła na spotkanie z teściem, ale do Alego udał się tylko Mahdi. Na Paolę czekał już służący, który krużgankami zaprowadził ją prosto do kobiecej części rezydencji.

Idąc długim korytarzem, mijali salony po prawej i lewej stronie. W końcu podeszli do dużych, podwójnych drzwi z ciemnego drzewa. Mężczyzna zapukał. Nie doczekawszy się reakcji, otworzył drzwi i odszedł.

Paola weszła do westybulu. Korytarz prowadził do patio z fontanną, wokół której kwitły różowe bugenwille. Po prawej stronie za patio znajdowała się olbrzymia kuchnia pełna nowoczesnych, stalowych powierzchni, mebli i garnków, co nieco zdziwiło Włoszkę.

Czekała, ale nikt nie nadchodził, by ją powitać. Po chwili namysłu weszła do chłodnego zacienionego pomieszczenia po prawej stronie. Na podłodze leżały różnokolorowe poduszki i pufy. Tutaj jednak także nie było żywej duszy. W końcu zmęczona, opadła na poduszki.

Obudziła się nagle, czując, że ktoś szarpie ją za lewą rękę. Otworzyła oczy − stało nad nią pięć kobiet. Poza najstarszą, która przyglądała się jej wnikliwie i raczej chłodno, reszta oczu patrzyła przyjaźnie i wesoło, a przede wszystkim z ogromną ciekawością.

Paola zorientowała się, że ta najmniej przychylna to matka Mahdiego.

− Ummi marhaba. − Paola powitała teściową, tak jak nauczył ją mąż i skłoniła głowę.

− Marhaba − odpowiedziała tamta i ścisnęła ją lekko za ramiona. Widać było, że Miriam ciągle nie może wybaczyć pierworodnemu ślubu w konsulacie w Rzymie. I to jeszcze z Włoszką!

Po chwili uporczywego wpatrywania się w zielone oczy Paoli kobieta odeszła dwa kroki do tyłu. Z lekką aprobatą skinęła głową i uśmiechnęła się, patrząc na starannie okryte części ciała − tak jakby doceniła stosowność jej stroju.

Dopiero gdy matka zasiadła na największym pufie, rozległ się jazgot pozostałych kobiet. Siostry Mahdiego ściskały Paolę, śmiały się i wykrzykiwały swoje imiona − Chałła, Jasmina, Salha i Fatima.

− Tamam?3 Kef halak?4

Pytały o jej samopoczucie i nastrój, długo potrząsając jej dłonią.

Chałła, najstarsza z sióstr, tłumaczyła:

− Czekałyśmy na ciebie, ale długo nie przyjeżdżałaś, więc pojechałyśmy na souk. Przepraszamy, że nie było nas w domu. Ale przywiozłyśmy ci coś! Znasz nasze sklepy ze złotem? − Chałła podeszła do Paoli i zawiązała jej na szyi gruby, złoty, potrójny łańcuch z zawieszką w kształcie twarzy Nefretete.

− Hamdulillah, że wróciliście szczęśliwie. Witaj w domu Paola! − Paola wymawiały jak „Baola”, ponieważ Arabowie nie wymawiają „p”.

− Dziękuję wam − uśmiechnęła się Paola.

Potem siostry męża przekrzykiwały się ze śmiechem, dotykając różnych części garderoby Paoli.

− Gdzie kupiłaś te piękne okulary? W Londynie czy w Rzymie?

− Czy na Corso w San Remo ciągle sprzedają torebki z tej limitowanej kolekcji?

− Jak się miewa wuj Idris?

− Czy w Kairze byłaś na Aidzie?

Spodziewano się głośnej, zarozumiałej kobiety − o zgrozo! − być może nawet w sukience bez rękawów, ale Paola okazała się wysoką, smagłą, cichą dziewczyną, ubraną skromnie i z poszanowaniem tradycji. Miała ciemną sukienkę z długimi rękawami i długie ciemne spodnie, a na głowie chustę. Wyglądała jak wiele zamężnych Arabek w jej wieku. Tak samo jak wiele Libijek z bogatych rodzin ubrana była zgodnie z trendami włoskiej czy francuskiej mody w wersji chique. Paola miała sporą torebkę i apaszkę od Polliniego ze znakami limited edition dla znanego sklepu w San Remo, złote bransoletki i zegarek Omega. Gęste włosy, zamiast opaską, przycisnęła najmodniejszymi ostatnio Wayfarer Ray Banami − te okulary nie umknęły uwadze kobiet.

Nagle ucichły. W drzwiach stanął książę Mahdi, trzeci, po kuzynie Hassanie, w kolejce do tronu Libii.

− Matko. − Podszedł do Miriam, która na widok syna szybko wstała. − Przedstawiam ci moją żonę Paolę. Będzie ci posłuszna.

Miriam pocałowała Mahdiego w czoło. Na jej wąskich ustach pojawił się radosny uśmiech.

− Chałła − zwróciła się do najstarszej córki − zaprowadź Paolę do jej sypialni w północnym skrzydle.

Paola zerknęła na męża. Ten bez słowa pokręcił głową, dając jej do zrozumienia, że nie mogą pójść razem.

Zrezygnowana, posłusznie podążyła za szwagierką. Po dojściu do patia z bugenwillami przeszły kilkoma korytarzami do innej części rezydencji. Dotarły do drugiego, dużo mniejszego patio, gdzie królowały rozłożyste agawy i kiście winogron, zwisające z metalowego fantazyjnie wygiętego pułapu.

Weszły do sypialni. Chałła zapaliła światło i oczom Paoli ukazał się widok, od którego ugięły się jej nogi. Przyzwyczajona do minimalistycznego wystroju rodzinnego domu pod Mediolanem, wyłożonego surowym kamieniem, aż zaniemówiła.

Ściany i podłogi ogromnego pokoju wyłożone były wzorzystymi, afgańskimi kobiercami, na środku stało olbrzymie łoże zasłane ciężką ciemnobordową tkaniną. Na nim leżało kilka wielkich poduszek − dominowały odcienie bordo i różu. W centralnym punkcie łoża, wsparta o poduszki, siedziała olbrzymia lalka w cukierkowej sukni ślubnej. Jej czarna główka tonęła w kilometrach ostro amarantowego tiulu. Po bokach siedziały jeszcze dwie mniejsze lalki. Największa miała na szyi ciężki naszyjnik ze złotych ryb, rubinów i topazów.

− Wiesz, to na razie tajemnica − powiedziała konspiracyjnie Chałla. − Mama ma ci to przekazać dopiero na przyjęciu poślubnym (Chałła ani słowem nie wspomniała o szoku, jaki domownicy przeżyli, dowiedziawszy się, że ślub już się odbył). Jeśli nie podoba ci się ten naszyjnik, możesz go wymienić − lalka ma swoją biżuterię.

Arabka podeszła do mahoniowej toaletki stojącej po prawej stronie łoża. Po obu jej stronach ustawiono symetrycznie dwa wielkie owalne lustra. Przestrzeń między nimi wypełniały identyczne szafy intarsjowane w kwiatowy motyw. Chałła otworzyła małą szafkę ponad toaletką i wysunęła z niej po kolei cztery szuflady, wszystkie wyłożone karminowym materiałem. Na aksamicie, mieniąc się złotem i różnorodnością drogich kamieni, spoczywały naszyjniki, bransolety i pierścionki.

Tu musi być chyba kilka kilogramów złota, pomyślała z zachwytem Paola. Odezwała się w niej nieodrodna krew przodków − mediolańskich bankierów. Czyżby to był skarbiec Miriam?

Czytała, że tutejsze teściowe przekazują synowym po ślubie część swojej biżuterii.

Chałła zrobiła półobrót w kierunku lewego lustra i otworzyła dużą szafę, w której od góry do dołu, na wysokość około trzech metrów i szerokość metra, znajdowało się kilkadziesiąt szuflad.

− To jest skarbiec mamy − oznajmiła. − Tam − wskazała w kierunku komódki nad lustrem − jest biżuteria lalek. Jedna szuflada za każdą córkę. Bawiłyśmy się tą biżuterią razem z siostrami. − Widząc zdziwienie Włoszki, dodała: − W rodzinie Senussich za urodzenie córki kobieta otrzymuje lalkę i biżuterię dla niej. A to − kiwnęła głową w stronę szaf przy lustrze − otrzymuje kobieta za urodzenie męskiego potomka. − Chałła uśmiechnęła się do Paoli. − Gadam i gadam, a przecież powinnaś wypocząć po podróży. Czeka nas wystawna kolacja na waszą cześć. Tym bardziej że właśnie mamy ramadan. To trudny dla nas czas, cały dzień nie jemy i nie pijemy. No, ale wieczorem czeka nas uczta! Własnoręcznie przygotowałyśmy kuskus, tabichę, świąteczny pilaw, kiełbaski z baraniny i rodzynek i tradycyjne danie ramadanu − specjalność mojej najmłodszej siostry Fatimy − ulubione przez Mahdiego batata mbatna − owalne frytki nadziewane mięsem mielonym.

− Ja też szanuję i obchodzę ramadan − powiedziała cicho Paola. − Przeszłam na mahometanizm.

Wychodząc, Chałła otworzyła szafę obok prawego lustra. Była pusta.


Trzy lata i dziewięć miesięcy później, w listopadzie tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku, w tym samym pomieszczeniu, w towarzystwie Chałły i Fatimy, po dziesięciu godzinach okrutnego bólu Paola wydała na świat pierworodnego syna − Faraga Mahdiego Mohammeda Ali al-Senussi.

Dla matki był to Paolito − w prostej linii wywodzący się z rodu proroka Mahometa z jednej strony, i z rodu księcia Mediolanu Sforzy z drugiej. Po jego urodzinach trzymetrowa szafa na złoto i klejnoty została wypełniona po brzegi.


Jego narodziny zbiegły się z jeszcze jednym doniosłym wydarzeniem w życiu Jaghbubu.

Stryj Mahdiego, ten sam, w którego egipskiej rezydencji gościli podczas miesiąca miodowego, też urodzony w Jaghbubie, objął tron jako Idris I, a Libia uzyskała niepodległość.


* * *

Farag dorastał w poczuciu absolutnego władztwa.

− Panie, gdzie jesteś? − Piastunka Naima biegała po krużgankach Jaghbubu. − Ojciec panicza szuka! Panicz wyjdzie, ja proszę... − Panicz, ubrany w długą galabiję, wreszcie ulitował się nad służącą i wyszedł z kryjówki. Poprawiła mu fez na głowie. − Sidi czeka w bibliotece.

Farag wszedł do ciemnego pomieszczenia. Czekała go lekcja historii z nauczycielem, który uczył jeszcze jego ojca. Był niski i miał bardzo długie palce. Stukał nimi, wskazując mu mapy.

− To jest Libia, twoja kraina. Nasza historia sięga dalej niż historia Amerykanów czy Europejczyków.

Farag lubił, kiedy na lekcje przychodził ojciec. Zwykle wyjmował zwoje srebrnych ksiąg i mówił:

− O tu, w tej księdze, jest o nas. Pochodzimy z rodziny naszego proroka Mahometa, twój przodek, Mahdi, po którym mam imię, był najlepszym druhem proroka. − I pokazując na zdjęcie jerozolimskiego meczetu Świątyni Skały, dodawał: − Ten meczet jest dla nas, Arabów, najważniejszy. Jerozolima jest naszym miastem. Tam, gdzie stoi ten meczet, Żibril zabrał naszego proroka na miradż i właśnie tam podyktował mu Koran. To miasto od wieków próbowali nam zabrać Żydzi i Europejczycy. Wielki wódz Saladyn, u boku którego walczył twój prapradziad Ibrahim al-Senussi, zwyciężył samego Ryszarda Lwie Serce i krzyżowców. Jego protoplasta pokonał Wizygotów w bitwie pod Guadalete, po której my, Arabowie, od siedemset jedenastego roku przez ponad siedemset kolejnych lat władaliśmy Hiszpanią, do czasu aż Grenadę odbili nam Izabela i Ferdynand w piętnastym wieku. Powinnością każdego Araba jest strzec naszej wiary i jeśli trzeba − oddać życie za Dżihad. Tak ginęli twoi przodkowie, wspierali największe bitwy w obronie naszej wiary. Nasz lud to Berberowie. Stanowimy rdzenną ludność Afryki północnej. Berberowie tworzą klany. Prawo klanu jest czasem ważniejsze niż Koran. W starożytności nazywano ich Libiami, dzielono między innymi na Maurów, Tuaregów i Garamentejczyków. Był to lud znany z odwagi, niegdyś koczowniczy i waleczny. Rzymianie, którzy zalali świat, musieli ugiąć się przed Garamentyjczykami na pustyni. Pokonali Septymiusza Sewera, cesarza Rzymu. Bez Garamentyjczyków Aleksander Macedoński nie dałby rady podbić świata. A twój wuj Idris uzyskał dla Libii niepodległość. Dokonał rzeczy nieomal niemożliwej w krajach arabskich − zjednoczył wszystkie klany, by zamiast interesu najważniejszego dla każdego potomka Berberów, interesu rodu, wysunąć na piedestał pojęcie własnego kraju. Wielu członków naszych berberyjskich rodzin to Tuaregowie. Noszą ­zasłony na twarzach − głównie czarne lub błękitne, stąd zwani są też błękitnymi rycerzami. Zamieszkują głównie Fezzan i Ghadames. No, na dziś wystarczy. Idź do mamy, Paolito. Czeka na ciebie. A potem pójdziesz do Naimy i każesz przygotować się do drogi. Jedziemy do wuja. Do króla Idrisa.


Jako kilkulatek pojechał z rodzicami do Bejdy, letniej rezydencji wuja Idrisa, króla Libii. Wuj nauczył go jeździć konno i zabierał na przejażdżki, prezentując okolicę.

− W tych jaskiniach podczas okupacji walczyliśmy z Włochami. Zginęło wtedy wielu braci. Włosi to niewierni, wybudowali na naszej ziemi wiele kościołów. Kiedy przejęliśmy władzę, zamknęliśmy je i wzniosłem nowe meczety.

A kiedy któregoś razu odprowadzili konie do stajni, wuj rzekł:

− Ten koń, który brał udział w walce z Włochami, jest dla ciebie, synu.

Ten siwy, arabski koń był dumą młodego Faraga.

Kiedy rodzice udawali się w podróż do Europy i Ameryki, a działo się to często, zawsze latali osobnymi samolotami. Dla bezpieczeństwa, jak tłumaczył ojciec.

− Żyjąc w rodzinie królewskiej, mamy swoje obowiązki. Jesteśmy blisko w kolejce do tronu, a gdyby coś się stało wujowi, musimy wypełnić nasze powinności i rządzić krajem.

A rodzeństwu, które pojawiło się po Faragu, ojciec tłumaczył:

− Wasz brat jest najstarszy i już z tego tytułu należą mu się szacunek i posłuszeństwo. Ponadto jest pierwszy w kolejce do tronu.

Farag często jeździł do Włoch, do babci Beatrice. Babcia prowadziła go pałacową galerią, opowiadając:

− To książę Sforza, władca Mediolanu, a to Bona, królowa Polski. Nasz ród jest jednym z najznamienitszych we włoskiej historii.

Wytchnieniem od lekcji historii była pizza, którą specjalnie dla Faraga przyrządzała kucharka babci, Anselma.


Kiedy Farag miał siedemnaście lat, po raz pierwszy pojechał do Monte Carlo. Zatrzymał się w rezydencji niewiele starszego kuzyna Ahmeda, który nauczył go korzystać z życia. Jachty, najlepsze restauracje i całonocne dyskoteki stały się dla młodzieńców codzien­nością.

Pewnego dnia jechali autostradą słońca najnowszym porsche. Farag słuchał słów kuzyna:

− Tu jest bardzo dużo kobiet. Przyjeżdżają tutaj, bo na nas polują. Kupisz im kilka błyskotek, rzucisz kilkoma dolarami i już są twoje. Europejki to strasznie sprzedajne kobiety. Korzystaj z życia, bracie, ale też nie zapominaj o obowiązkach muzułmanina. A naszą najwyższą powinnością jest Dżihad.


Na przełomie sierpnia i września tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku Farag też był w Monte Carlo. Do Libii miał wrócić drugiego września − kuzyn ojca, Hassan miał objąć tron, bo król Idris był bardzo schorowany. Dzień wcześniej Farag został gwałtownie obudzony przez Ahmeda.

− Wstawaj, bracie! Nasz wuj został obalony! − krzyczał kuzyn. − Libia już nie jest królestwem! Dzwonił twój ojciec, że u nich wszystko dobrze, Kaddafi nie zrobi nic złego naszej rodzinie. Chce wzmocnić naszą walkę Dżihad i dlatego to zrobił. Pomyśl, król Egiptu też został obalony i żyje sobie spokojnie, rezydując w Grecji lub we Włoszech. Wuj jest już za stary na tę walkę, a na wygnaniu będzie bezpieczny.

Następne dni młodzi mężczyźni spędzili na wielogodzinnych spotkaniach, w oparach papierosowego dymu dyskutowali nad zaistniałą sytuacją. Chodzili też na corso i na spotkania z kobietami.

− Wojownikom należą się hurysy − przekonywał Ahmed. − Pamiętaj też, w imię Dżihadu musimy zabiegać, żeby niewierne nas pokochały, nas, wyznawców Mahometa. Pamiętaj, że walczymy o każdą duszę. Chęcią pomocy. Uwiedzeniem. Wsparciem, także materialnym. Pomocą w trudnych, życiowych sytuacjach, by zobaczyli, jak wspaniałą wiarą jest mahometanizm. Nasz prorok mówił wszak − i jest to jeden z filarów naszej religii − by nie zostawiać bliźniego w potrzebie. Dla celów świętej wojny możemy uwodzić Europejki, tak by jak najwięcej kobiet przyjęło naszą wiarę.


Pewnego dnia w salonie Abbasa, gdzie spotykali się młodzi rewolucjoniści, gościł młody, poważny człowiek z długą brodą.

− Nazywam się Mohammed Ibrahim. Mam imię po naszym proroku − przedstawił się Faragowi.− Czy przyjdziesz na zebranie naszego bractwa muzułmańskiego? Założył je twój pradziad. Liczymy na twoją pomoc, bracie.

Farag zasępił się.

− Ale Kaddafi i moi wujowie... to, co się stało na pasie ziemi niczyjej pomiędzy Libią i Tunezją, gdzie ostrzelano i zabito członków rodziny Senussich. I mój wuj Hassan jest w areszcie domowym. Tylko moi rodzice... − zaczął, ale Ahmed ostro wszedł mu w słowo:

− To jest święta wojna, a ty pochodzisz od Mahometa, bracie.

W nocy poszli na spotkanie bractwa. Pochylili się nad rysunkami przedstawiającymi jakieś techniczne detale.

− Popatrz − rzekł Mohammed Ibrahim − potrzebujemy jak najwięcej pilotów. Kaddafi wymyślił coś, co otwiera nową erę naszej walki. Będziemy przejmować ich samoloty i lecieć, tak by usłyszał o tym świat.


Kiedy się żegnali, Farag zauważył na palcu mężczyzny złoty sygnet z seledynowymi kamieniami i inskrypcją Allach Akbar.


Na następne spotkanie bractwa muzułmańskiego tylko Farag przyszedł w europejskim stroju.

− To Abu Nidal z Frontu Wyzwolenia Palestyny − przedstawiono mu łysego mężczyznę. − Mózg akcji bojowych, wsławiony wieloma sukcesami w walce z Żydami. A to Farag. Pochodzi od Mahometa, naszego proroka.

Abu Nidal pogrążył się w wielogodzinnej rozmowie z Faragiem, a na koniec uścisnęli się serdecznie. Na jednym z kolejnych spotkań bractwa Farag złożył przysięgę.


Po powrocie do Libii usiadł przed rodzicami. Miał na sobie galabiję ze złotymi frędzlami, a jego głowę otulała chusta, którą dostał od Jasera Arafata. Zapuścił też brodę i wąsy.

− Zamierzam studiować we Włoszech ekonomię − oznajmił. − A potem chcę zostać pilotem.


3 Czy wszystko OK?


4 Jak się czujesz?




Rozdział XIV

Rzeź niewiniątek



Jerozolima, wiosna 1949

Pierwsza rocznica powstania państwa Izrael w tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym roku zbiegła się z przyjazdem do Jerozolimy Evelyn i Richarda Krantzów, którzy postanowili zwiedzić z dziećmi rodzinne strony i pożyć życiem „prawdziwych Żydów”. Zamieszkali na przedmieściach Jerozolimy, w dużym domu z białej cegły i z malutkim gankiem; w ogrodzie pyszniły się drzewka pomarańczowe i cytrynowe. Dom znajdował się blisko muru granicznego, zielonej linii demarkacyjnej pomiędzy ziemiami izraelskimi a palestyńskimi; po jednej stronie mieszkali Żydzi, po drugiej Palestyńczycy.

Ostrzegano ich, że nie jest to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi, ale jak większość Żydów na świecie ich rodzinę cieszył fakt, że po raz pierwszy od wieków powstało państwo Izrael.

Choć w pobliżu domu widniały zasieki i często przejeżdżały tędy samochody wojskowe, obok toczyło się normalne życie. Był tu niewielki bazar, na którym spotykały się kobiety żydowskie i palestyńskie. Kupowały te same warzywa, mięso halal i owoce. Przyrządzały takie same potrawy − falafel, jagnięcinę, shorbę czy ciasteczka z miodu i sezamu. W niedalekiej odległości od siebie stały synagoga i meczet. Mężczyźni modlili się, wspominając imię Abrahama w jednym, a Ibrahima w drugim. W obu odwoływali się do archanioła Gabriela.


Mur zupełnie nie przeszkadzał dzieciom z obu stron we wspólnych zabawach. Zasieki miały kilkusetmetrową przerwę, jakby ktoś zapomniał o ciągłości granicy. Na środku stał opuszczony dom z dużym mocno zarośniętym ogrodem. Dom był pełen mebli zasłoniętych tkaninami. Z każdego kąta wyzierały pajęczyny, a na poddaszu mieszkały nietoperze. Kiedy Esther przyszła tu pierwszy raz z Jakubem i otworzyli okiennice, nietoperze zerwały się, bijąc skrzydłami jak oszalałe.

Nazywali to miejsce tajemnym domkiem. To tu spotykały się i bawiły − zarówno dzieci arabskie, jak i żydowskie. Większość sąsiadów Krantzów wierzyła w doktrynę zakładającą zgodną asymilację Żydów i Arabów.

Ośmioletnia Esther zaprzyjaźniła się z dziesięcioletnią Mabruką. Razem gotowały, szyły ubranka dla lalek, pokrzykiwały na chłopców. Dziewczynki bawiły się w dom, a chłopcy w wojnę. Dziewczynki były sanitariuszkami, chłopcy − żołnierzami.

Aaron z rodzicami przyjechał niedawno z Rosji. Chłopcy mianowali go dowódcą, bo jako jedyny chodził w wojskowych oficerkach. Zawsze nosił do nich zielone skarpety.

− Baczność! − musztrował ich rudowłosy, piegowaty kapitan. I wszyscy ustawiali się w szeregu.

Mabruka miała ukochanego osiołka. Razem z Esther siodłały go i jeździły na nim. Czasem przypinały do niego też młodszego brata Mabruki, Alego. Ali był malutki, miał nieco ponad półtora roku, zawsze chodził w koszulce i sandałkach z Kaczorem Donaldem, ukochaną postacią z kreskówek. Mabruka marzyła o białych chodakach, żeby wyglądać jak prawdziwa sanitariuszka. Esther sprawiła je przyjaciółce na urodziny i od tego czasu szczęśliwa arabska dziewczynka postukiwała nimi radośnie.

Mabruka nauczyła Esther szczególnej zabawy. Łyżką wykopywały w ziemi dołek, tam wkładały różnorodne kwiatki i listki, zakrywały szkiełkiem i zakopywały. Po jakimś czasie odsłaniały i cieszyły się kolorowymi widokami utrwalonymi na szkiełku.

O piątej po południu urządzały w tajemnym domku five o’clock tea. Mama Esther przynosiła im mrożoną limonkową lemoniadę dla księżniczek i świeżo wyciśnięty sok z granatów, a mama Mabruki piekła z dziewczynkami daktylowe ciasteczka. Dziewczynki piły i jadły, naśladując angielskie ladies, jakie Mabruka pamiętała z Palestyny. Karmiły też swoje lalki oraz chłopców. Do filiżanek wrzucały piasek i listki, udając, że to herbata i kawa. Niekiedy siodłały osiołka i sadzały na nim Alego. Aaron trzymał lejce, a inne dzieci biegały wokół. Zdarzało się, że słyszeli w pobliżu jakiś wybuch, ale wojna wydawała się daleka, wręcz nierealna.

Na początku kwietnia rodzina Esther pojechała odwiedzić ciocię Miriam w Hajfie. Było to duże rodzinne spotkanie. Jeszcze przed wyjazdem Esther pobiegła do tajemnego domku − umówiły się z Mabruką, że razem wybiorą się na zbiory cytryn u wuja dziewczynki, by nazrywać piękne liście, cytryny i limetki do swoich szklanych widoczków.

W Hajfie obchodzono święto. Całe miasto jarzyło się światłami, wszędzie chodzono ze świecami. W domu Miriam zapalono siedmioramienną menorę. Były tańce i śmiechy. Ciocia pięknie recytowała wersety z Biblii, a Evelyn grała na pianinie etiudy Bacha. Potem obeszły ogród, a Evelyn udzieliła Miriam fachowych porad na temat zaprojektowania nowych upraw i doboru właściwych roślin.

Esther nie mogła się doczekać powrotu do domu. Zaplanowały wszak z Mabruką nowe kwiatowo-cytrynowe widoczki. W drodze powrotnej poprosiła, by rodzice zatrzymali się przy kilku ogrodach, gdzie mogła zerwać dodatkowe rośliny; kwiaty i liście, których nie było w ich okolicy.

Im bliżej Jerozolimy byli, tym bardziej dłużyła się jej droga. Na szosie co jakiś czas stały wojskowe wozy, umundurowani mężczyźni kilkakrotnie sprawdzali ich dokumenty.

− Może pojedziemy do Jerozolimy do Ściany Płaczu? − zaproponowała Evelyn. − Nigdy jeszcze nie widzieliśmy tego najświętszego dla nas miejsca, a przecież mieszkamy tu już dość długo.

− Niestety, moja droga, to miejsce jest też najświętsze dla Arabów i odkąd powstało państwo Izrael, to oni zajęli mury świątyni jerozolimskiej. Sprawdzałem ostatnio, nic się nie zmieniło. Ściana Płaczu znajduje się pod okupacją arabską.

− Oburzające − wycedziła Evelyn.

Do domu dotarli późnym popołudniem. Okolica nie przypominała jednak tej, którą niedawno opuścili − domy wzdłuż ulic miały wybite okna, widać było spalone samochody, ślady po pożarach. Ale nie to było najgorsze. Tajemny domek... w zasadzie go nie było. Miejsce zabaw dzieci niemal zrównano z ziemią, a z ziemi zamiast drzew wystawały tylko spalone kikuty. Obok niego na pasie ziemi, gdzie dziewczynki robiły widoczki, widać było plamy zaschniętej krwi. Ciała zakryto gazetami lub papierami. Wystawały spod nich tylko stopy, wiele stóp. Wśród nich Esther dostrzegła malutkie nóżki i sandałki z Kaczorem Donaldem, kawałek dalej małe oficerki i zielone skarpety. A jeszcze dalej jedną nogę w białym chodaku. Takim, jakie nosiły sanitariuszki.

Zaczęła spazmatycznie szlochać a Jakub złorzeczyć drżącym głosem. Po krótkiej wymianie zdań rodzice zdecydowali, że pojadą do centrum Jerozolimy. W radiu wciąż nadawano nowe informacje: „Dziś pod Jerozolimą starły się siły arabskie i żydowskie, chodziło o domy… Straty były i po stronie Żydów, i po stronie Palestyńczyków, zginęły głównie dzieci”.

− Jak tu ma być pokój, kiedy nawet ofiara z dzieci nie jest w stanie zaspokoić smoka obustronnej nienawiści?! − wrzasnął ojciec.

Po policzkach Evelyn powoli płynęły łzy. Esther wciąż szlochała przeraźliwie.

Dojechali do hotelu na Via Dolorosa, którą kroczył Jezus, by zbawić świat od bratobójczych walk i odbyć wyrok nadany przez żydowskiego namiestnika Piłata. Zatrzymali się przy Bramie Damasceńskiej, kilka kroków od miejsca, gdzie Szymon schylił się, by podnieść krzyż, którego Jezus nie miał już siły dźwigać. Szymon, zwany też Afrykańczykiem, pochodził z libijskiej Cyreny − krainy zwanej przez Platona Trytonią.




Rozdział XV

Nieustające wakacje



Cyrenajka, wiosna 1973

Dzika libijska kobieta dotarła do jeziora Trytonii, wzburzając sąsiadów, aż Perseusz zabił ją. Atena miała mu pomóc, bo ludzie żyjący wokół Trytonisu bali się jej.

(źródło: PAUZANIASZ, Grecja, 2.21.6)


− Trytonia − mityczna kraina znajdująca się najprawdopodobniej na terenie Libii, opisana u Herodota, Pauzaniasza i Owidiusza − Karen czytała na głos fragment książki z półki mamy. − A więc to tutaj Perseusz zabił Meduzę − powiedziała do siebie i podrapała się w czoło. Przypomniała sobie nadnaturalnej wielkości rzeźbę głowy z wężowymi włosami, którą widziała w Leptis Magna. – Jej wzrok zabijał − czytała dalej − dlatego Perseusz miał specjalną tarczę, wypolerowaną niczym lustro, dzięki której wszystko widział, a jednocześnie nie musiał patrzeć na Gorgonę, jak inaczej nazywano Meduzę.

Po kilku latach spędzonych w Libii księgozbiór lektur typowych dla wieku Karen się wyczerpał. Po wielokrotnym przeczytaniu ukochanych Dzieci z Bullerbyn i serii książek dr. Seussa, które podarował jej ojciec, Karen zaczęła nieśmiało sięgać do biblioteczki rodziców. Z wypiekami na twarzy, świecąc latarką pod kołdrą, przez kilka nocy czytała Johna i Mary, choć niewiele z tego rozumiała.

− Mamo, co to jest londyński smog? − zapytała kiedyś Barbarę znad wielkiej szklanki soku podczas leniwego śniadania.

Rano jadały zwykle na tarasie, z którego rozpościerał się spektakularny widok na morską zatokę w Marsa Bredze. Podczas tych porannych posiłków Karen mogła swobodnie porozmawiać z matką, wiedząc, że ta nie ucieka do swoich myśli i spraw. Celebrowały ten czas dla siebie. Na ich poranne małe uczty składały się głównie płatki z mlekiem, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, a od święta Barbara przygotowywała naleśniki z syropem klonowym, które ojciec uwielbiał.

− Londyński smog to opary unoszące się niegdyś nad miastem w wyniku nadmiernego działania kominów i kominków − odparła. − Dlaczego o to pytasz, córeczko?

Karen zaczerwieniła się i nie mogąc zdobyć się na kłamstwo, powiedziała matce o swojej nocnej lekturze. Barbara zamiast zganić córkę, roześmiała się.

− A wiesz, że robiłam dokładnie to samo, co ty? Ojej, niech sobie przypomnę, co to było... Hmmm, nie pamiętam. − Wciąż się śmiejąc, podeszła do półki, zdjęła jedną z książek i podała Karen. − To mój skarb. Zaczytywałam się w niej, gdy byłam w twoim wieku. Może i tobie się spodoba? − mówiła matka, czule gładząc okładkę Mitologii Parandowskiego. − To pierwsze wydanie, z tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku, należało do mojej babci, która dała je mojej mamie. Twoja babcia dała ją mi, a ja teraz przekazuję ją tobie. − Spojrzała przed siebie w zamyśleniu i dodała: − To, w czym ja rozczytywałam się w krakowskim domu mojego dzieciństwa podczas polskich mroźnych zim, ty, córeczko, masz teraz w zasięgu ręki. Mity greckie, bohaterowie, gwiazdozbiory, najpiękniejsze morze, historie herosów, nimf i bogów… W krainie nazwanej przez Septymiusza Sewera, rzymskiego cesarza urodzonego tutaj, w Leptis Magna, Libia Felix − Libią Szczęśliwą. I to morze o najpiękniejszym, białym, drobnym piasku, plaże, którymi można chodzić godzinami, nie spotkawszy nikogo. Gdzieś tu Zeus porwał Europę, gdzieś tu mieszkali Perseusz i Andromeda.


Pewnego dnia Karen i Barbara stały na souku, przed witryną jubilera, podziwiając obrączki Tiffany’ego, gdy rozległ się głos:

− Basiu, to ty?

Za nimi stał niewysoki, dość krępy blondyn, z twarzą ogorzałą od słońca i błękitnymi oczami zerkającymi zza okularów. Ubrany był w strój w kolorze khaki.

− Jurek? − zawołała Barbara i natychmiast przedstawiła go córce: − To Jerzy Nałkowski, mój kolega ze studiów. − Po czym pochylając się nad Karen, dodała: − Kiedyś nawet więcej niż kolega.

Gdy tak patrzyli na siebie po latach, Jerzy pomyślał, że Barbara ma smutne oczy, a ona zauważyła, że posiwiał.

Poszli do tradycyjnej arabskiej herbaciarni. Jerzy z pasją opowiadał o wykopaliskach, które prowadził:

− Jestem szefem stacji archeologicznej w Cyrenie, jednym z najlepiej zachowanych miast starożytności na świecie. To nie tylko świątynia i kilka kamieni jak w Grecji czy we Włoszech; tu zachowane są całe miasta, dzięki temu, że przez stulecia szczelnie zakrywały je piaski Sahary. Po raz pierwszy przyjechałem tu w połowie lat sześćdziesiątych, to był pomysł króla Idrisa, aby rozpocząć prace. Polscy archeolodzy są tu bardzo cenieni.

− O tak, po odkryciu przez profesora Michałowskiego świątyni Hatszepsut w Egipcie w latach sześćdziesiątych bardzo liczymy się w świecie archeologów − przyznała Barbara.

− Cyrena jest wspaniała, naprawdę wyjątkowa − ciągnął Jerzy. − Ostatnio odkryłem ślady domu, w którym urodził się Kallimach, jeden z najsłynniejszych poetów starożytności. Odsłoniłem mozaikę z jego dwuwierszem, epigramatem: Miłość zawsze goni za tym, co umyka, a co łatwe, wzgardliwie omija. − Deklamując, spojrzał przeciągle na Barbarę. − I tak całymi dniami odsłaniamy ruiny, znajdujemy starożytne miasta, odkrywamy to, co przez stulecia kryła ziemia.

− To wspaniałe! − zawołała zachwycona Karen. − Ja też tak chcę!

− Świetnie się składa, bo właśnie mamy nabór wolontariuszy − odparł Jerzy. − W każdy piątek gwarantujemy strawę, wodę i niezapomniane przeżycia. Co panie na to?

Panie były zachwycone i natychmiast zgłosiły swoją chęć do uczestniczenia w tym projekcie.


Przez kilka kolejnych miesięcy Barbara i Karen wsiadały w każdy czwartkowy ranek do białego garbusa, by po kilku godzinach dotrzeć do Cyreny. Zawsze towarzyszył im Ali, syn głównego inżyniera z rafinerii. Taki był warunek ojca Karen.

Gdy zobaczyły Cyrenę po raz pierwszy o świcie, położoną tarasowo na wzgórzach schodzących do morza, z wrażenia zaparło im dech.

− Popatrz, mamo, zapewne tam, na agorze bawiły się starożytne dziewczyny.

Za pierwszym razem Jerzy poświęcił im cały weekend na szkolenie. Patrzył na nie z uśmiechem − Barbara i Karen wyglądały bardziej jak siostry niż jak matka z córką − obie w śmiesznych czerwonych chustkach na głowach.

Wolontariusze pracowali od dziewiątej do piętnastej, z przerwą na lunch. Po południu Barbara i Karen pływały w morzu, obok starożytnego portu Susa. Karen nurkowała, podziwiając ukryte w podwodnych piaskach fragmenty amfor czy kolumn świątyni, która zapadła się podczas trzęsienia ziemi wzmiankowanego u Pauzaniasza.

Ta praca sprawiała im wielką przyjemność, choć na początku Karen nieco się nudziło. Aż do dnia, gdy po wielogodzinnym kopaniu w ziemi wreszcie dotarła do warstwy zaznaczonej na mapie. Zaczęła odgarniać piasek i ziemię, na zmianę rękami i pędzelkiem, i nagle zauważyła maleńki fragment posążku.

Tak jak polecił Jerzy, zawołała jego arabskiego asys­tenta, jednak mężczyzna pozwolił jej kontynuować pracę.

− Tylko uważaj, bądź bardzo ostrożna − wydawał jej instrukcje.

Karen delikatnie operowała pędzelkiem tak długo, aż spod piasku wyłonił się około trzydziestocentymetrowy posążek kobiety. Od fachowców dowiedziała się później, że ta terakotowa figurka pochodzi z epoki hellenistycznej. Gdy już odłożyła znalezisko do skrzyni, którą wskazał asystent Jerzego, ogarnęła ją fala absolutnego wzruszenia.

Może ta dziewczyna była w moim wieku? Może kochała się w swoim koledze ze szkoły? A może umarła młodo i dlatego została bohaterką tej rzeźby? − zastanawiała się.

Od tego momentu dziewczyna postanowiła, że pójdzie w ślady matki. Barbara była zakochana w sztuce i w antyku.

W któryś z takich czwartków zajechały do Marii i Romana. Ustalili wcześniej listownie, że pojadą razem do Cyreny. Wstawał upalny poranek. W powietrzu unosił się czerwonawy pył − znak nadchodzącego wiatru hamsin, zwanego też gibli. Zapakowali piknikowe kosze i wyruszyli w drogę. Wszyscy byli w wyśmienitych humorach, żartom i przekomarzankom nie było końca. Szykowała się wspaniała wyprawa. Zupełnie przypadkowo wszyscy ubrani byli w stroje, w których dominował kolor turkusowy − oddały to wyraźnie późniejsze zdjęcia Jacka.

Barbara i Jerzy zdecydowali, że tego dnia oddadzą się uciechom życia bliskim młodzieży epoki hellenistycznej, a prace archeologiczne poprowadzą w piątek. Rozpoczęto od kąpieli w Morzu Śródziemnym, które tego dnia było płaskie jak stół. Barbara i Maria usiadły na plażowych leżakach, a bliźniacy i Karen popłynęli w kierunku wraku tankowca, który osiadł na mieliźnie wiele lat temu.


Nurkując, oglądali podwodny świat kolorowych ryb, koralowców i jeżowców. Karen, która płynęła pomiędzy braćmi, w pewnym momencie zauważyła, że Andrzej daje jej znaki. Gdy podpłynęła bliżej, chłopak zanurkował i palcem narysował coś na piasku. Potem oboje się wynurzyli.

− Co to za litera? − zapytał Andrzej.

− K? − odgadła Karen.

− Brawo. Zgaduj dalej − zawołał i znowu zanurkował.

Powtarzali to tyle razy, aż z liter wyrysowanych w piasku na dnie morza ułożyły się słowa: „Kocham cię”. W taki właśnie sposób Karen przyjęła pierwsze w swoim życiu wyznanie miłości.

Gdy dopłynęli do brzegu, wyszli na piękną piaszczystą plażę. Szli powoli pustym brzegiem morza w milczeniu, czasem tylko Karen i Andrzej spoglądali na siebie i uśmiechali się ukradkiem. Coś się zmieniło. Tymczasem Jacek już buszował we wraku. Statek był pełen zardzewiałych części, odwiedzano go już tyle razy, że znalezienie tu jakiegokolwiek skarbu graniczyłoby z cudem.

Po spacerze Karen i Andrzej popłynęli do Jacka. We trójkę wspinali się na drabinkę przymocowaną do wystającej ponad wodę rufy i skakali do wody. W pobliżu statku była mała wysepka, do której podpływali kilka razy, urządzając wyścigi.

Wrócili do matek roześmiani i zdyszani.

− Jeść! − krzyknęli jednym głosem.

Wygłodniali, rzucili się na przygotowane dla nich sandwiche: świeże chobzy polane oliwą, z tuńczykiem i pomidorami.

− Takie sandwiche je się we wszystkich krajach nad tym morzem − mówiła Barbara. − Włosi nazywają je tuna pan bagna, co znaczy wykąpany tuńczyk. Na plaży nic nie smakuje lepiej niż taka kanapka.

Wszyscy jedli, kiwając z zapałem głowami. Patrzyli, jak mama Karen przygotowuje sandwiche: rozrywa świeżą chobzę i wyjmuje z niej miąższ. Następnie oliwą z tuńczyka polewa wnętrze bułki, do środka wkłada kawałki ryby, którą skrapia cytryną. Dodaje pomidory i przygotowaną wcześniej poszatkowaną cebulę.

Plaża, na której wypoczywali, należała do starożytnego portu Susa przy mieście Apollonia połączonego z Cyreną. Polis rozpościerało się ponad zatoką na okolicznych wzgórzach. Po posiłku wszyscy przeszli spacerem z plaży do nadmorskiej części osady. Ich przewodnikiem był Jerzy.

− Większość zabytków Libii dopiero niedawno została odkopana − opowiadał. − Piasek zakonserwował je, zachowując w znakomitym stanie. Libia to prawdziwy raj dla archeologów.

− I dla nas! − zawołał Jacek.

− Zobaczcie, najbliżej morza wybudowano kompleks wypoczynkowy − ciągnął Jerzy. − Starożytni umieli cenić czas wolny od pracy. Tuż obok łaźni, przy basenie, stały trzy marmurowe figury kobiet. Żadna z nich nie miała głowy.

− Mamo, pani Barbaro, Karen, stańcie za tymi boginiami, a ja wam zrobię zdjęcie − wtrącił Jacek, a Barbara swoim zwyczajem zaczęła opowiadać o przeszłości tego miejsca:

− Cyrena to według mitologii miasto założone przez nimfę Kyrene, którą uwiódł sam Apollo. To tutaj miała ich powitać Afrodyta. Apollo, gdy zdobył nimfę, znudził się nią jednak i porzucił. Cyrena tworzyła Pentapolis z Berenice, Tokrą, Tolmeitą… Od dziewiętnastego wieku była to część terytorium cesarstwa osmańskiego. To miasto i Kallimacha, i Szymona...

− Mamo, daj dzisiaj spokój − przerwała jej zniecierpliwiona Karen. − Po prostu rozkoszujmy się dniem.

− Dobrze, ale przespacerujmy się jeszcze w stronę cmentarza − zaproponowała Barbara. − Czasem można tam znaleźć monety czy kawałki naczyń. Jak wiecie, w starożytności zmarłym pozostawiano amfory z oliwą, a do ust wkładano pieniążek − obola, aby mieli na przejazd rzeką Styks; dla Charona, który przewoził ich na wieczny spoczynek do Hadesu, krainy umarłych...

− Mamo!

− Dobrze, już dobrze. − Barbara uśmiechnęła się.

Dotarli do wzgórza i ruszyli wijącą się wąską ścieżką w kierunku znajdującej się ponad miastem nekropolii. Cykady głośno cykały, a z nieba lał się żar.

Chłopcy i Karen zaglądali do jaskiń, w których niegdyś chowano ludzi. W pewnym momencie Karen poślizgnęła się i Jacek przytrzymał ją za rękę.

Zupełnie jak kiedyś, pomyślała dziewczyna i nie puściła już jego dłoni, nie zważając na wściekłe spojrzenia, które raz po raz rzucał im Andrzej.

− Tutejsza nekropolia jest jedną z największych na świecie. − Barbara nie mogła się powstrzymać. − Kallimach, który był twórcą epigramatu...

− Wiem! − przerwał jej Jacek i wyrecytował: − „Przechodniu, powiedz Sparcie…”, to najsłynniejszy epigramat. Czytała mi o tym babcia Małgosia. A tak w ogóle rozmawiałem z nią, jak co tydzień, i pozdrawia was wszystkich. − Spojrzał na Karen i lekko się zaczerwienił: − Bardzo chciałaby cię poznać. Babcia też nie wyobraża sobie życia bez książek.

− Dobraliście się z Karen z tą miłością do mitów i książek − mruknął Andrzej.

− No widzisz, mięśniaku − zaśmiał się Jacek i podbiegł do bramy prowadzącej do Cyreny. Każdego, kto tu wchodził, witał olbrzymi, dziwacznie uśmiechnięty satyr. Jacek był w swoim żywiole − bez ustanku fotografował wszystko wokół.

Gdy weszli na agorę, ich uwagę zwróciły pyszniące się wielobarwne, idealnie zachowane mozaiki: porwanie Kory przez Hadesa i złe Erynie. Karen patrzyła na basen wyłożony maleńkimi teserami w wężowe sploty włosów Meduzy. Drogą wysadzaną piniami powoli przeszli do amfiteatru. Barbara zaproponowała, by chłopcy odegrali scenę bliźniaków Kastora i Polluksa z historii prac Heraklesa. Karen przydzielono rolę westalki.

Po chwili teatr rozbrzmiał dźwiękami walki, jęków pokonanych i pokrzykiwań. Po spektaklu wszyscy poszli odpocząć na murawie pobliskiego gimnazjonu. To tu odbywały się w przeszłości zawody i zajęcia sportowe. Andrzej i Jacek zaczęli grać w piłkę, a potem udawać dyskoboli. Karen kręciła film amatorską kamerą.

− A teraz czas na zapasy! − zawołał Andrzej. − Karen, będziesz sędzią!

Chłopcy zaczęli walkę. Jacek, typowy mól książkowy, miał niewielkie szanse z wysportowanym Andrzejem, walczył jednak zaciekle i wytrwale.

− Chłopcy trochę przesadzają w rywalizacji między sobą − zauważyła z niepokojem Maria. − Są bliźniakami, ale, niestety, nie mogą uchodzić za wzorowych braci.

Barbara patrzyła na walczących chłopców

− Naprawdę przypominają Kastora i Polluksa. Poróżniła ich miłość do tej samej kobiety, w efekcie czego brat zabił brata. Na szczęście ci dwaj po prostu popisują się przed Karen. To normalne w ich wieku.


Barbara nie miała szczególnej ochoty na zajmowanie się problemami cudzych dzieci. Czekała na Jerzego, który lada moment miał do nich dołączyć. Położyła się na murawie, przymknęła oczy i przypominała sobie ich studenckie zauroczenie. Ich przypadkowe spotkanie w Libii wznieciło wspomnienia.

Na pierwszym roku studiów Barbarze groziła poprawka egzaminu z historii starożytnej. Na początku lipca trafiła do biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Choć był okres wakacyjny, kłębiły się tu tłumy. Barbara weszła do budynku prosto z rozgrzanego rynku, pełnego ludzi, kwiatów, gołębi i gwaru.

Panowała tu absolutna cisza, nawet muchy wydawały się poruszać bezgłośnie. Mimo upału olbrzymie okna były zamknięte. Po kilku minutach w trzecim rzędzie ławek od okna, w niewielkiej niszy, wypatrzyła wolne miejsce pomiędzy zgarbionym blondynem w okularach a rzędem półek z książkami poświęconymi Fidiaszowi i jego wszechwładnym wpływom na rzeźbę. Zapytała, czy jest wolne, a blondyn skinął głową. Od czasu do czasu zerkała na niego, a on zerkał na nią. Potem Barbara zagłębiła się w zawiłości stylu mokrych szat i tak minął dzień.

Nazajutrz podeszła do tego samego miejsca. Blondyn już był. Ale na miejscu, przy którym poprzedniego dnia siedziała Barbara, teraz leżała kartka z reprodukcją Szału Podkowińskiego.

− Aha, zajęte − mruknęła Barbara, wzruszając ramionami.

Była nieco rozczarowana. Już zamierzała pójść dalej, ale blondyn wstał i bez słowa wskazał jej miejsce. A więc zarezerwował je dla niej! Barbara uśmiechnęła się z wdzięcznością. Przez następne tygodnie codziennie obok blondyna leżała kartka z Podkowińskim. Poza ukradkowymi spojrzeniami i nieśmiałymi uśmiechami nie zamienili jednak słowa.

Po około sześciu tygodniach spotkali się przypadkowo w barze mlecznym nieopodal biblioteki. Nad ruskimi pierogami zawiązali w końcu nieśmiałą rozmowę. Jerzy − bo tak miał na imię blondyn − studiował archeologię śródziemnomorską w Warszawie. Nie miał żadnej poprawki, do krakowskiej biblioteki przychodził, bo jako do jedynej w Polsce sprowadzono tu cenne dokumenty z włoskich odkryć archeologicznych w Afryce Północnej. Czas w bibliotece spędzał na przygotowaniu dla „Przeglądu Archeologicznego” artykułów o odkrytych ostatnio spod piasków pustyni starożytnych miastach w Libii. Wyjaśnił Barbarze, że całe wakacje poświęca na przygotowanie publikacji, z czego ma całkiem przyzwoite pieniądze. Wyznał, że jest jedynym, po nagłej śmierci ojca − profesora na Politechnice Warszawskiej − opiekunem dla niepracującej matki i czworga młodszego rodzeństwa. Poza pracą naukową jeździł w wakacje do wuja, do Kalwarii Zebrzydowskiej pod Krakowem, gdzie zbierał jabłka i brał udział w pracach na roli.

Barbara wielokrotnie była z matką w Kalwarii. Najbardziej zapamiętała stację V Drogi Krzyżowej.

A teraz jesteśmy w Cyrenie ze stacji V − Szymon wracający z pola. Jerzy dźwigający rodziny krzyż, pomyślała z czułością.

W Krakowie, po spotkaniu w barze mlecznym, Barbara często wychodziła z Jerzym podczas przerwy coś przekąsić lub pospacerować po krakowskim rynku. Zaczęli się też spotykać wieczorami. Dwa razy byli na koncercie Pod Jaszczurami, a raz w Piwnicy pod Baranami. Ewa Demarczyk, w oparach unoszącego się papierosowego dymu, tak przejmująco śpiewała o Madonnach sprzed lat.

Zdarzało się, że w bibliotece obok kartki z piękną nagą kobietą na koniu leżały małe bukieciki niezapominajek, bratków lub szafirków. Barbara była zakochana, choć poza próbą jednego niezdarnego pocałunku podczas upalnego wrześniowego wieczoru na rynku, przy biciu zegara kościoła Mariackiego na północ, między nią a Jerzym nic się nie wydarzyło. Niedługo po tym nieśmiałym pocałunku na jej stoliku w bibliotece leżała jak zwykle kartka z Podkowińskim, ale Jerzego nie było. Odwróciła kartkę i przeczytała: To były piękne wakacje. Już skończyłem pracę. Muszę wyjechać do Kalwarii, a potem wracać do Warszawy. Dziękuję, żegnaj. J.


Więcej się nie zobaczyli. Aż do dnia, gdy wpadli na siebie w stolicy Cyrenajki, w Benghazi, starożytnej Berenice, krainie pasji Jerzego, oddalonej o tysiące kilometrów od Krakowa.

Barbara przez ostatnie lata czasem zastanawiała się, czy mogła inaczej pokierować swoim życiem, odszukać Jerzego i czy podjęła słuszną decyzję o byciu z Jeremym. Ostatnio wpadł jej w ręce wiersz ulubionego poety − Leśmiana. Teraz przypomniała sobie jego słowa:


Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,

O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.

Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania

Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.

Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy,

A czas ciągle upływał − bezpowrotny, jedyny.

A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie,

Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

Pod jaworem − dwa łóżka, pod jaworem − dwa cienie,

Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.

I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu,

Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.

Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,

I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

Chcieli się jeszcze kochać poza własną mogiłą,

Ale miłość umarła, już miłości nie było.

I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,

By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.

Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,

By powrócić na ziemię − lecz nie było już świata5.


Gdy słowa poety wybrzmiały w jej głowie, ujrzała nadchodzącego Jerzego.

To o nas? − pomyślała i zadecydowała: Muszę mu zaproponować wspólne spędzenie nadchodzących świąt wielkanocnych.

Gdzieś niedaleko wierny Szymon wyszedł z Cyreny, by jak co roku nieść krzyż.


Z okazji Wielkanocy Robinsonowie odwiedzili Krajewskich. Ucztę baranka postanowili urządzić podczas pikniku na świeżym powietrzu.

W lany poniedziałek bliźniacy i Karen leżeli w śpiworach na plaży. Dochodziła północ, a oni patrzyli na rozgwieżdżone niebo. Mogli całymi godzinami rozmawiać o mitach i odnajdować w gwiazdach ulubione postacie.

− To gwiazdozbiór Perseusza!

− A to Andromeda!

− Nie, to nie jest Perseusz − stwierdził Jacek po chwili namysłu. − W jego gwiazdozbiorze gwiazdy są bardziej wysunięte na północ, w kierunku na Maltę. To jest Kasjopea. Zeus trochę ich rozdzielił tą teściową, przenosząc ich na wieczność w gwiazdy.

− To Kasjopea była matką Perseusza? − zapytał Andrzej.

− Nie, była rodzicielką Andromedy! Mama Perseusza to Danae! − Wykrzyknęli niemal jednocześnie Jacek i Karen

− Ależ to musiało być uczucie − powiedział w zamyśleniu Andrzej. − Zeus przeniósł ich na nieboskłon, by ich miłość była drogowskazem dla wszystkich, którzy się kochają.

− Pod warunkiem że nie wtrąci się w to teściowa − zaśmiała się Karen.

− A wiecie, że to tutaj, w Libii, w pobliżu jeziora Trytonia Perseusz obciął głowę Meduzie? − zapytał Jacek. − Czytałem, że Libia w opinii Herodota i Owidiusza była mityczną krainą Trytonią.

− Nic dziwnego, że tutaj, w Libii, ich gwiazdy świecą najjaśniej − dodała Karen.

− Moja mama przywiozła dużo albumów z Polski, wszędzie, gdzie podróżuje, kupuje książki o sztuce. I pocztówki. Mam takie dwie: z  Florencji − to Perseusz z głową Meduzy, dzieło Celliniego; druga jest z Rzymu − z obrazem Caravaggia, Goliat z głową Dawida. Są podobni.

Jacek natychmiast podchwycił temat:

− Tak, tyle podobieństw. Święty Jerzy ścina smoka, który żądał ofiar z dzieci − zresztą też w Libii. Dla Minotaura na leżącej stąd o rzut beretem Krecie też trzeba było szykować takie ofiary, o czym przekonał się Tezeusz. Również krakowski smok wawelski domagał się ofiar.

− Nie myślicie, że wszystko już było? − zapytała Karen. − Że dzięki odczytaniu znaków, biblijnych przypowieści czy mitów możemy przewidzieć, jak będzie wyglądało nasze życie?

Wszyscy zamyślili się nad jej słowami. W milczeniu patrzyli w gwiazdy, jakby starali się odczytać te znaki.


Wiele weekendów spędzali podobnie − według ustalonego niegdyś programu: morze, farma arbuzowa, ruiny miasta Kleopatry, nurkowanie, jedzenie, rajdy po pustyni i kino. Woził ich nieco starszy Naser, syn dyrektora szpitala, z którym pracował Roman.

Karen przypomniała sobie, jak kiedyś przyjechali nad morze z ich arabskim kolegą. Maria miała przygotować im jedzenie, ale jak zwykle zapomniała i dała im funty na zakupy. Tak woleli. Mieli swoją marszrutę. Nawet ją nazwali − „nasza tradycja”. Ojciec bliźniaków od pacjenta usłyszał o magicznym miejscu nad morzem i opowiedział o nim synom. Naser wiózł ich główną nadmorską drogą, potem skręcali w busz, by po pokonaniu mniej więcej kilometra wyjechać na kamienistą ścieżkę.

Po kilkuset metrach podskakiwania na wertepach dojeżdżali do nadmorskiego klifu. Wybrzeże wyglądało tu na dość niedostępne. Kiedy Naser pierwszy raz tam dojechał, Karen myślała, że umrze z przerażenia. Jechali i nagle Naser skręcił − wydawało się, w przepaść. Nikt z drogi nie widział, że za skałą jest szeroka półka, gdzie zostawiali auto. Potem schodzili kilka metrów w dół, taszcząc ze sobą karimaty, śpiwory, kuchenkę gazową, namiot, jedzenie i sprzęt nurkowy. Zwykle zajmowało im to parę kursów. Jeszcze kawałek i dochodzili do swojego miejsca.

Był to naturalny, wycięty w skałach basen z białą plażą. Woda była tu niesamowicie turkusowa, piaszczyste dno prowadziło w morze jakieś sto pięćdziesiąt metrów, dalej zaczynały się mniejsze skałki.

Karen cieszyła się, że była jedyną dziewczyną dla swojej bandy. Dla Jacka, Andrzeja i zakochanego w niej do szaleństwa Nasera. Arabscy chłopcy często kochali się w Europejkach, które były ich koleżankami. Co dziwne, czasem tej miłości wystarczyło im na kilka koleżanek.

Gdy tylko przyjeżdżali do Tolmeity, biegli prosto w ciepłe wody morza. Potem wylegiwali się leniwie na rozgrzanym piasku, czytali i słuchali muzyki. Czasem Karen robiła im ich ulubione śródziemnomorskie sandwiche z tuńczykiem, a niekiedy jechali posilić się do najbliższego miasteczka.

Gdy wjeżdżali do ospałej wioski, witał ich stojący po prawej maleńki minaret z seledynową wieżą. Po lewej stał murek z cegieł, za którym krył się daktylowy gaj. W głębi drzew uginających się pod ciężarem owoców znajdowało się muzeum ze starożytnościami. Maleńkie, niestrzeżone − ze zbiorami, których nie powstydziłyby się najlepsze kolekcje na świecie.

Karen lubiła tu buszować. Podchodziła do wielkiej mozaiki ze sceną Bachanalii ze swastyką (to znak Rzymian − wytłumaczyła jej kiedyś mama). Zatrzymywała się przy leżącej głowie Afrodyty, patrzyła na scenę Anteusza, pokonanego gdzieś tu, w Libii, przez Heraklesa. Potem przechodziła do położonego obok muzeum maleńkiego barku krytego zardzewiałą falistą blachą. Młody sprzedawca Nazim słuchał na cały regulator Nasera Mizdawiego. Z nowoczesnej srebrnej lodówki wyjmował zmrożoną cytrynową sinalco colę dla Karen, pepsi dla Jacka i bitter sodę dla Andrzeja. Szybko nauczył się, kto co zamawia. Na ścianie wisiał portret Kaddafiego w zielonej todze. Było na nim napisane coś o łanach zbóż na pustyni.

Siadali na plastykowych krzesełkach i zajadali pikantne sandwiche z mięsem mielonym i harissą albo z falafelami i humusem, które przygotowywał dla nich sprzedawca. Robił też wspaniały sos z kolendry, czosnku i pomidorów.

W drodze nad morze zawsze zatrzymywali się na farmie Abdullaha, który również był pacjentem Romana. Abdullah hodował arbuzy i melony. Nauczył ich, jak poznać, że owoc jest dojrzały.

− Trzeba ścisnąć i przytknąć do niego ucho − mówił. − Gdy usłyszycie charakterystyczny odgłos, owoc jest dojrzały i gotowy do zjedzenia. Brak tego dźwięku, nawet przy dojrzałości skórki, oznacza, że arbuz jest musch kłejs!

Zawsze na koniec tej wizyty dostawali od Abdullaha mnóstwo owoców. Kiedyś nie chciało im się ruszać z zatoczki przez cały weekend i przez dwa dni jedli wyłącznie arbuzy. Karen śmiała się ciągle z ich słodkiej diety. Po posiłku i wizycie u Abdullaha wracali, rozkładali karimaty w pieczarze i ucinali sobie poobiednią drzemkę. Później zakładali maski i wypływali w morze podziwiać kolorowy, magiczny świat.

Po lewej stronie ich naturalnego basenu nad wodą była skalna półka, z której można było skakać. Pomiędzy występem tworzącym naturalną trampolinę a taflą wody było jakieś pół metra. Karen uwielbiała skakać do wody na główkę, płynąć szybko do samego dna, dotykać piasku, a potem wzbijać się do góry, ku słońcu. Czasem w piasku na dnie odkrywała fragment kolumny czy antycznej rzeźby.

Któregoś dnia zanurkowała i dostrzegła w toni uchwyt od amfory. Kilkanaście razy schodziła na dno, odgarniając piasek delikatnymi ruchami, tak jak nauczył ją Jerzy, by nie uszkodzić naczynia. Wreszcie amfora odsłoniła się w całej okazałości. Miała wysmukłą szyję i dwa podłużne ucha, widoczny był rys po zatartym fragmencie malowidła. Musiała pochodzić z piątego wieku przed naszą erą, co Karen osądziła po jej kształcie i fragmencie malunku.

Zachwycona odkryciem, złapała mocno za oba ucha amfory i popłynęła z nią ku górze. Gdy naczynie dotknęło powierzchni wody, rozpadło się na kilka kawałków. Karen zostało w rękach jedno ucho i fragment skorupy z zatartym malowidłem delfinów płynących z boginką.

Jerzy nie wspomniał jej jeszcze, że jeśli od kilkunastu stuleci naczynie leżało w morzu, gwałtowne wyciągnięcie go na powierzchnię może doprowadzić do jego pęknięcia.

Naprzeciwko zatoczki Amfitryty − jak nazywali ją na własny użytek − w odległości około trzystu metrów leżała skalista wysepka zamieszkała przez ptaki i skorupiaki. Ścigali się do niej czasem, a niekiedy po prostu leniwie płynęli, to żabką, to kraulem. Karen lubiła kłaść się na piasku i wpatrywać w słoneczne niebo. Mogła tak leżeć godzinami. Słuchała, jak Jacek, nieocenione źródło historii, opowiadał:

− Jak wiemy z pism Herodota, najsłynniejszego historyka starożytności, Amfitryta uciekła przed bogiem mórz i oceanów na skalistą wyspę. Kto wie, może to właśnie ta nasza? Ale Posejdon był uparty i wysłał po Amfitrytę delfiny. Ich syn Tryton, pół człowiek, pół ryba, ożenił się z Nimfą o imieniu Libia. Ich dzieci to trytony. Ich rolą była opieka nad podróżującymi drogą morską, stąd są obecne w wielu słynnych dziełach sztuki, na przykład fontannie di Trevi czy Narodzinach Venus Botticellego.


Odjeżdżając stąd drogą, która pięła się u góry zatoki, nad którą leżało miasto, Karen zawsze odwracała się i patrzyła na rząd światełek Benghazi. To był kolejny zwykły libijski dzień, myślała. Kiedy zamykała oczy, czuła, jak znowu wskakuje do morza. Niemal słyszała, jak bąbelki szumią wokół niej. Widziała, jak gubi ostatnie promienie słońca, zanurzając się coraz bardziej w ciemną toń, w to, co nieznane. I jak w końcu dotyka dna, docierając do absolutnej ciszy, czasem wyczuwając muszlę, czasem podwodną skałę lub ucho zapomnianej amfory. I jak na piasku rozmazują się litery wyznania miłości. Napisane przez Jacka. Albo przez Andrzeja? Sama już nie wiedziała.

Chciała, by ta chwila trwała wiecznie. W samochodzie zwykle w końcu usypiała, by obudzić się nad ranem już w Marsa Bredze.


Bliźniacy zawsze machali Karen na pożegnanie. Kiedy wracali wieczorem znad morza, Maria zwykle przyjmowała zaproszenie rodziny jednej ze swoich studentek i szli na arabską ucztę. Maria wchodziła do części kobiecej domu, gdzie witały ją pisk dzieci, radosne okrzyki kobiet i rzewne piosenki, głównie o nieszczęśliwej miłości. „Ja Habibi”, śpiewali na przemian Um Khatloum i Naser Mizdawi.

− My, Arabowie, bardzo lubimy głośne dźwięki i w ogóle muzykę − tłumaczyła jej studentka. − Marija, siadaj, zaraz zacznie się kolejny odcinek Córki Bahriego. Będziemy jadły, śpiewały i plotkowały!

Po jednej z takich sutych uczt Maria z Jackiem zasiedli pewnego wieczoru na tarasie, patrząc na morze. Nad ich głowami rozpościerało się rozgwieżdżone ­niebo.

− Mamo, zobacz, Warkocz Bereniki! − zawołał chłopak, pokazując palcem na gwiazdy. − Wiesz, że Benghazi to właśnie starożytne Berenice? Kallimach napisał elegię o Warkoczu Bereniki. Kochała męża i obiecała bogom, że jeśli ten wróci cało z wojny, to obetnie swój wspaniały warkocz i odda go niebu. Bogowie w uznaniu przenieśli jej warkocz na nieboskłon, − Maria tylko kiwała głową z uśmiechem. Cieszyła się, że coraz więcej czasu spędza ostatnio z Jackiem i że połączyła ich fascynacja Libią i światem arabskim. Syn przyjrzał się jej uważnie. − Chyba polubiłaś być tutaj, co? − zapytał.

− Polubiłam, synu − odparła i roześmiała się. − Trudno nie polubić tak wygodnego życia z Berenice w tle.

Spojrzała na swoje nadgarstki, na których Fatima wymalowała henną gwiazdki i hieroglify. Takie same znaki miała na kostkach opalonych nóg, które oparła na fotelu.

− Mamo, masz tatuaż z henny! − zawołał zdziwiony Jacek.

− Tak. Wiesz, te Arabki ciągle robią coś wokół piękna albo gotowania. Przebywając z nimi, nie mam innego wyjścia, jak tylko uczestniczyć w tych rytuałach.

− A ja cenię ich jako przyjaciół. Nigdy nie zostawiają człowieka w potrzebie…

Maria weszła mu w słowo, poderwawszy się na równe nogi.

− Jacek czas do kina. Tata tłumaczy! Tłum czeka!

Lubili wyprawy do pobliskiego kina, w którym wyświetlano światowe premiery. Seanse trwały do późnych godzin nocnych. Polacy zawsze czekali na Romana, który pełnił rolę tłumacza. Dopóki ojciec bliźniaków nie zasiadał w rzędzie, nie pozwalano rozpocząć seansu. W oparach papierosowego dymu na wielkim ekranie przewijały się filmowe kadry. „Że co? Co ona mu powiedziała?”, dopytywał się czasem ktoś z dalszego rzędu. „Że go kocha”, potwierdzał rozbawiony tłum.

W taki sposób zobaczyli Love Story, Doktora Żywago, Most na rzece Kwai czy Hair. Wychodzili z kina, a w uszach wciąż brzmiała im piosenka Let it sunshine na przemian z tematem z Miłości Olivera.

Po kinie wracali do domu rozgrzanym chodnikiem; mimo późnej pory, jak we wszystkich krajach śródziemnomorskich, na ulicach były tłumy. Działały sklepiki i bary, ulice były pełne ludzi, samochody jeździły, trąbiąc raz po raz. Benghazi było głośnym deptakiem pod gwiazdami patronki.


5 B. Leśmian, Dwoje ludzieńków, [w:] Sad rozstajny, Wyd. Jakub Mortkowicz, Warszawa 1912.




Rozdział XVI

I słowo ciałem się stało



Nowy Jork, wiosna 1973

Esther weszła do windy biurowca. Nacisnęła przycisk, aby wjechać na dziewięćdziesiąte dziewiąte piętro. Jadąc w górę, patrzyła na swoje odbicie w lustrze − wyglądała źle. Od rozstania z Jeremym minęło już prawie osiemnaście miesięcy, a ona ciągle była sama. Na Manhattanie rodziła się wiosna, dni były coraz dłuższe, ale jej serce pozostawało głuche i obolałe. Z pasją oddawała się pracy. Coraz bardziej pochmurna, niedostępna, z zapałem zajęła się nowymi projektami. Michael uczynił ją głównym ekspertem od bliskowschodnich klientów. Wiele latała służbowo, jednak w samolocie unikała siadania obok mężczyzn i nie zgadzała się na propozycje wspólnego drinka. Mama kilkakrotnie próbowała namówić ją na spotkania z synami koleżanek z fundacji, ale Esther stanowczo odmawiała.

Z zamyślenia wyrwał ją znany głos:

− Jak się miewasz, Esther?

Nie widziała Johna, odkąd najpierw pojawił się w jej mieszkaniu, a potem odwiózł ją do rodziców. Oczywiście nie licząc tamtego dnia, kiedy widziała go z tą blondynką...

− Cześć. − Skinęła lekko głową, ciągle mając w pamięci deszczowy szabas, gdy prowadził do domu swoją ukochaną.

− Pójdziemy dziś na lunch? W tym tygodniu? Kiedykolwiek? − dopytywał się mężczyzna.

I kiedy Esther miała na końcu języka odmowną odpowiedź, usłyszała swoje słowa:

− Tak, John. Może jutro? Spotkajmy się na rogu Warren Street, u Włocha. Podają tam moje ulubione tiramisu. O trzynastej?


Następnego dnia spotkali się w umówionym miejscu. Esther ubrała się bardzo skromnie, nie założyła żadnej biżuterii. Nie chciała, by pomyślał, że próbuje zrobić na nim wrażenie. Jej biała koszula była zapięta pod szyję, włosy spięte w ogon, a szary garnitur upodabniał Esther do tysięcy pracujących kobiet.

Mówił głównie John − o swojej pasji kupowania na aukcjach starodruków, wyłącznie holenderskich, z siedemnastego wieku, ale też o kibucu, gdzie przebywał razem z bratem Esther. Nigdy nie słyszała tyle o złotym wieku Holandii ani o tym, jak jej brat poznał swoją żonę.


− Wiesz, nigdy nie miałam możliwości ci podziękować − powiedziała Esther, gdy nadszedł czas powrotu do pracy. − Wiesz, za co.... Nie miałam okazji ci się odwdzięczyć. Czy mogę chociaż zapłacić za ten lunch? Zjadłam dwie porcje tiramisu. − Zmarszczyła brwi i po raz pierwszy od dawna szczerze się roześmiała. Nareszcie nie muszę dbać o linię!

− Nie ma mowy! − zaprotestował John. − A za tamto nie dziękuj.

Zapłacił rachunek i powoli poszli w kierunku biurowca. Po drodze niewiele rozmawiali. Tuż przed wejściem John powiedział:

− W przyszłą sobotę mój kolega z pracy urządza przyjęcie urodzinowe. Może poszłabyś ze mną? Przyjadę po ciebie o dwudziestej?

Esther znowu chciała odmówić. Chciała też zapytać o tamtą piękną blondynkę z samochodu, ale znowu usłyszała swój głos:

− OK. Pójdę z tobą.


Nie mogła się doczekać następnej soboty. Kilka minut po dwudziestej, tak jak się umówili, zjechała na dół. Uderzył ją widok rozkwitającego platana przed wejściem. Do tej pory chyba nie zwracała na niego uwagi. A tu nagle zawitała wiosna!

John czekał nieopodal w swoim chryslerze. Widząc ją, wyszedł, otworzył drzwi i pomógł jej wsiąść.

Na przyjęciu Esther zobaczyła wiele znajomych twarzy. Jednak rejestruję w biurowcu więcej, niż przypuszczałam, pomyślała. Gospodarz, Greg, sympatyczny niewysoki szatyn o roześmianych błękitnych oczach, niedawno wrócił z podróży do Indii. Zanim przekroczyli próg, John pochylił się nad Esther i szepnął jej do ucha: „Greg, po tym, jak rzuciła go żona, spędził kilka miesięcy w odosobnieniu, w aśramie w Indiach, podobno gdzieś w pobliżu Tadż Mahal”.

Inspiracja Indiami dała o sobie znać podczas przyjęcia. Goście zajadali się papadamsami, samosami i aromatycznym curry z kurczaka. Greg ustawił wszystkich gości wokół stołu, przy którym rozegrało się istne widowisko.

− Zobaczcie, jak nauczono mnie w aśramie − mówił, przygotowując posiłek. − Na patelnię polaną klarowanym masłem wrzucam przyprawy: masalę, kolendrę, smażę kilka minut. − Wokół roztoczyła się aura niczym z Tadż Mahal, pełna ostrej woni. − Następnie dodaję pokrojoną cebulę, kilka minut smażę, potem wrzucam pokrojone drobno kawałki kurczaka, znowu smażę i dolewam około litra jogurtu. − Goście patrzyli jak zahipnotyzowani. − Jeszcze kilka łyżek curry, garść rodzynek, kilka garści kolendry i... Smacznego!

Greg był miłośnikiem hitów z lat pięćdziesiątych, nikogo nie zdziwiły więc rytmy Stranger in paradise. John poprosił Esther do tańca.

− Wiesz, że już kiedyś to tańczyliśmy? − zapytał po chwili.

− Czyżby? − Z trudnością zaczęła sobie przypominać okoliczności. W końcu wrócił tamten wieczór i jej złośliwe żarty z koleżankami. − Nie pamiętam − skłamała.

− Ach, nieważne − zaśmiał się John.

Tańczyli dość sztywno i na bezpieczną odległość od siebie. I nagle, gdy utwór się kończył, Esther nieoczekiwanie przytuliła się do Johna. Tamten feralny wieczór sprzed lat nie był już ważny, istotne było tu i teraz. John z radością objął ją mocniej i trwali tak jeszcze chwilę, nawet gdy wybrzmiały już ostatnie takty muzyki.

Podczas drogi powrotnej dużo żartowali, komentowali zabawną fryzurę jednej z koleżanek z pracy Johna − ufarbowane na fioletowo postrzępione pazurki i powycinana w stożki grzywka. John zatrzymał się nieopodal Mostu Brooklyńskiego.

− Przejdziemy się? − zaproponował. − Wieczór jest taki ładny.

− Dlaczego nie − odparła Esther, po raz kolejny zdziwiona swoją otwartością.

Przez dłuższy czas szli bulwarem w milczeniu. Ciszę przerwał John:

− Wiesz... jestem zaręczony. − Nie patrząc na Esther, nabrał głęboko powietrza. − Z Kerstin. Ona jest teraz u rodziców w Sztokholmie. Ale nie czuję się fair, bo... bo nie mogę przestać o tobie myśleć. I to w zasadzie od wielu lat.

Mężczyzna z zakłopotaniem potarł brodę. Zatrzymali się i spojrzał badawczo w zielone oczy Esther.

− Zaręczony... − wyjąkała. − Tak... Myślisz o mnie... To rzeczywiście nie fair. − W jej duszy wszystko krzyczało, ale wbrew sobie zachowała się racjonalnie. − Ja chyba nie jestem już zdolna do miłości. − Zamilkła na chwilę, po czym poprosiła: − John, odwieź mnie do domu.

Przez następne dni Esther uparcie szukała Johna podczas przerw obiadowych. Bez skutku.

Kolejny weekend spędzała u rodziców. Z okazji urodzin ojca mama przygotowała uroczysty obiad. Richard Krantz kończył siedemdziesiąt pięć lat, ale wyglądał dużo młodziej − ciągle nie był siwy, choć miał wyraźną łysinę. Siedział u szczytu stołu − w staromodnym brązowym tużurku, z chustką w bordowe kropki w butonierce − i z zadowoleniem patrzył po zebranych.

Poza najbliższą rodziną było kilkoro krewnych. Naprzeciwko Esther siedziała Magda, polska kuzynka mamy. Esther zauważyła, że kobieta przygląda się jej badawczo i  z wyraźną niechęcią. Pewnie i ona mną gardzi, ponieważ nie mam męża, pomyślała ze złością.

Po oficjalnej części, na którą matka przygotowała tradycyjne żydowskie dania − kisze, bajgle z wędzonym łososiem, bliny i złoty rosół z kuleczkami macowymi, który zawsze przypominał Esther smak dzieciństwa − wniesiono bezowy tort karmelowy.

Podczas toastu wzniesionego szampanem goście zaśpiewali Sto lat. Jubilat był wyraźnie wzruszony. Potem wszyscy zebrali się w oranżerii. Podziwiano kwiaty pani domu, przedmiot wielkiej pasji Evelyn. Jedna z orchidei, Duma Syjonu, wygrała nawet konkurs ogłoszony w czasopiśmie „Perfekcyjna Pani Domu”. Słuchano też opowieści Racheli i Jakuba o ostatnich wakacjach spędzonych w ojczyźnie.

Każdy kontakt z Izraelem, nawet pośredni, był dla tego grona powodem do wzruszeń. Esther patrzyła na brata i bratową − mimo że od ich ślubu minęło kilka lat, wciąż widać było, jak bardzo się kochają. Rachela każde zdanie rozpoczynała od „Jakub” − „I wtedy Jakub”; „A Jakub uważa”; „Jakub przewidział”; „Znowu Jakub miał rację”. Jakub wydawał się tym faktem wniebowzięty. Co chwila muskał lekko dłoń żony, a gdy zdawało mu się, że nikt nie widzi, dotykał delikatnie jej brzucha. Rachela oczekiwała ich czwartego dziecka.

Esther pragnęła szybko się pożegnać. Nie przepadała za rodzinnymi spędami, a hałasujące dzieci drażniły ją, ale gdy podchodziła do telefonu, by wezwać taksówkę, zatrzymał ją tata.

− Esther, chciałem z tobą porozmawiać. Nie uciekaj jeszcze.

Weszli do gabinetu pełnego ciemnych mahoniowych mebli. Ojciec wskazał Esther fotel obok biurka. Na blacie stało wiele zdjęć. Tata z mamą w Jerozolimie w zeszłym roku. Ślub rodziców w Monsey w tysiąc dziewięćset dwudziestym. Potem cała rodzina na wakacjach w czterdziestym dziewiątym w Hajfie u siostry matki, Miriam. Tata w mundurze podczas pierwszej wojny − to zdjęcie zrobiono gdzieś we Francji. Tegoroczne wakacje rodziny Jakuba − roześmiane wnuki na traktorach, w kibucu. Mama i ciotka Miriam w Jerozolimie. Dużo fotografii Jakuba − trzylatek, ośmiolatek, podczas bar micwy. I zdjęcie Esther, stojącej z niepewnym uśmiechem wśród tłumu tradycyjnie ubranych kobiet w ich domu w Monsey, podczas swojej bat micwy.

− Córko, chcę ci to powiedzieć dziś, w moje urodziny. Martwię się o ciebie. Nigdy się nie wtrącałem i zawsze cię wspierałem. Ale matka ma rację − musisz się zastanowić, co zrobisz ze swoim życiem. Jesteś już po trzydziestce. Rozumiem i szanuję to, że nie chcesz aranżowanego ślubu. Ale proszę, obiecaj mi, że zaczniesz myśleć poważnie o przyszłości i znajdziesz sobie jakiegoś miłego chłopca. − Uśmiechnął się lekko i dodał: − Najlepiej Żyda. I nieżonatego − powiedział ciszej, już bez uśmiechu.


Po kilku tygodniach młodszy brat Johna, Izaak, obchodził swoją bar micwę. Ku zdziwieniu Evelyn, Esther zgodziła się wziąć udział w uroczystości. Pojechali tam razem z rodziną Jakuba. Ze wzruszeniem patrzyli, jak rabin wręcza ojcu, a ten chłopcu, a od dziś już mężczyźnie, torę i nakłada nań tefilin. Trzynastolatek swoją pierwszą przemowę publiczną − haftarę − poświęcił tematowi „Nigdy nie chcę być zakłamany”. Zaśpiewał też psalm Mój Pan widzi me dobro. Mama Johna i Izaaka płakała ze wzruszenia, a Esther nie mogła oderwać wzroku od Johna. Wyglądał tak dostojnie w jarmułce i jedwabnym szalu.

John wyraźnie jej unikał. Choć szukał jej wzroku − i w synagodze, i podczas późniejszego przyjęcia, to gdy tylko ich spojrzenia się krzyżowały, natychmiast odwracał głowę. Kilka razy szła w jego kierunku, ale wtedy odchodził i chował się za bufet.

Esther nie pozostało więc nic innego, jak tylko oddać się jedzeniu tradycyjnych potraw: na stołach kusiły różnego rodzaju knysze i pierożki, wędzony łosoś, rolady z ryby w musztardowym sosie, zielona fasolka z migdałami, pieczona kiszka ze śliwkami i różnorodne pikle. Nagle orkiestra klezmerów zagrała tradycyjną żydowską pieśń i wszyscy zaczęli tańczyć, unosząc Izaaka na krześle. W tańcu Esther zbliżyła się do Johna, byli niemal ramię w ramię. Ale gdy melodia się skończyła, mężczyzna natychmiast gdzieś odszedł.

Wreszcie, zdeterminowana, podeszła do niego, gdy był zajęty rozmową z jej bratem. Przysłuchiwała się im, kiwając głową − rozmowa wyraźnie dotyczyła ich wspólnego pobytu w kibucu. Kiedy Esther i John wreszcie zostali sami, zagaiła:

− Wiesz, dużo myślałam o tym, o czym powiedziałeś mi ostatnio podczas spaceru. Czy możemy jeszcze o tym porozmawiać? Odwieziesz mnie dzisiaj do domu?

John tylko pokręcił głową, co trudno było zinterpretować jako odpowiedź i odszedł bez słowa. Esther poczuła ukłucie żalu. Wciąż jeszcze miała nadzieję, że John jednak podejdzie i zaproponuje podwiezienie do domu, ale gdy po kolejnej półgodzinie nic takiego się nie wydarzyło, zamówiła taksówkę.

Wyszła przed dom, yellow cab już czekał. Esther wsiadła i kiedy podawała swój adres, drzwi od strony kierowcy gwałtownie się otworzyły.

− To za fatygę − powiedział John, wręczając kierowcy banknot dziesięciodolarowy. − Chodź, Esther. Odwiozę cię.

Na pierwszych czerwonych światłach Esther wzięła dłoń Johna i przytuliła ją do swojego serca.

Na drugich czerwonych światłach pochyliła się w kierunku mężczyzny i powiedziała:

− Pocałuj mnie. Teraz.




Rozdział XVII

Ostatni lot



Monachium, 5 września 1972

Jakub z Rachelą i dziećmi po raz kolejny spędzili wakacje w izraelskim kibucu, gdzie się poznali. Potem polecieli do Warszawy.

− Chcę się pochylić przed domem, w którym urodziła się moja mama i z którego zabrano wszystkich do Oświęcimia − kamiennym głosem mówiła Rachela, stojąc na Pawiej. − Jak wiele dzieci uratował mnie aryjski wygląd; nie podzieliłam losu całej rodziny ginącej w  komorze gazowej. − Westchnęła ciężko. − Czas na Pragę, do przybranych rodziców, Kowalskich.

Doktor Jan Kowalski pracował z ojcem Racheli w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Kowalscy przed wojną zajmowali wielki apartament na Jasnej. Po powstaniu w getcie przenieśli się z uratowaną maleńką Rachelą do mieszkanka na Stalowej. Tam mieszkali do dziś. Po wojnie do rodziny Kowalskich zgłosił się brat matki Racheli, Adam. On również należał do ocalonych od zagłady. Był w taborze z całą rodziną. Do Oświęcimia trafili słonecznego dnia, tak jakby niebo nie widziało unoszących się nad niemieckim obozem pracy dymów ze spalonych ciał. „Twoja mama podczas podróży była bardzo dzielna”, opowiadał Racheli Adam. „Twój ojciec całymi dniami pomagał chorym i potrzebującym, ale wieczorami płakał. Martwił się, co będzie z tobą, co czeka ich w obozie. Mama głaskała go po brodzie i pocieszała. Mówiła, że dobry Bóg czuwa nad nimi i nad tobą. Ja w Oświęcimiu trafiłem do fabryki Oskara Schindlera. A oni do… − Głos mu się załamał. − Oskar Schindler to był taki niezwykły Niemiec, który uratował swoich pracowników poprzez zatrudnienie ich w swojej fabryce i umożliwienie im ucieczki. Z Krakowa, dzięki papierom wyrobionym przez Schindlera, trafiłem do Niemiec i dołączyłem do aliantów podczas bitwy o Berlin. Zakochałem się w Amerykance o żydowsko-włoskich korzeniach. Krótko potem, gdy niemiecka bomba trafiła w szpital polowy, w którym Rita była sanitariuszką, zdecydowaliśmy się na szybki ślub. Przyjąłem obywatelstwo żony i zamieszkaliśmy w Berlinie Zachodnim, ale na wieść o tym, że w czterdziestym ósmym na terenie Palestyny powstały dwa państwa − arabskie i po raz pierwszy żydowskie − Izrael! − postanowiliśmy, że jedziemy do naszej ziemi! Dzięki ambasadzie amerykańskiej w Warszawie załatwiliśmy papiery także dla ciebie, Rachel. I chcemy, żebyś tam z nami pojechała”.

Rachel, a podczas wojny i aż do tej pory Roma, długo po rozmowie w wujem Adamem obejmowała przybraną mamę Zuzannę Kowalską. Tuliła też młodszych „braci” − Janka i Ziutka. „Podobni do siostrzyczki”, mawiały często sąsiadki z Pragi.

Teraz stali w podwórku na Stalowej i Rachela opowiadała rodzinie o swoich losach.


W chłodny styczniowy dzień na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego roku do portu w Jaffie na transatlantyku przypłynęli Rita i Adam Konigsberg z Rachelą.

Zamieszkali w cichej dzielnicy Tel Awiwu. Adam, jako inżynier, dostał pracę w fabryce, Rita, jego żona, uczyła się hebrajskiego. Ponieważ nie mogli mieć dzieci, skupili się na Racheli i na tym, co było dla nich najważniejsze − na jej wykształceniu. „Rita miała prawo jazdy i często zabierała mnie na przejażdżki po okolicy. Jeździłyśmy nad morze, do gajów pomarańczowych. Zrywałyśmy owoce prosto z drzewa. Rita zawsze przywoziła kilka Adamowi, jako dowód miłości. Bardzo się kochali. Rita jest też mistrzynią dań z awokado. Często jeździłyśmy do wioski w pobliżu Góry Karmel, gdzie było wielkie pole upraw tego nowego owocu, hodowanego w Izraelu na wielką skalę. Rita, której mama była Włoszką, podawała często awokado z pomidorami i serem z bawolego mleka, polane oliwą jako mozarella tricolore − lekką kolację, idealną na upalne dni. Wuj Adam przynosił z pobliskiej piekarni świeżą bułkę, którą maczaliśmy w oliwie. Latem jeździliśmy nad morze, do Ejlatu, a zimy Rita i Adam spędzali na niekończących się rozmowach. Byli szczęśliwi. Choć czasem wspominali, że żyją czyimś życiem”. Rachela zamyśliła się na dłuższą chwilę, zanim podjęła głuchym głosem: „Pewnego dnia, gdy wróciłyśmy z wyprawy z koszem pełnym awokado, pod domem stała karetka. Adam umarł na zawał”.

Rachela rozpłakała się głośno. Jakub uścisnął rękę żony. Patrzyli na dzieci, które bawiły się na podwórku. Rachel podeszła do Izaaka i poprawiła mu szelki. Wróciła do męża, by kontynuować opowieść:

„Po kilku latach Rita objęła katedrę literatury amerykańskiej na uniwersytecie w Tel Awiwie. W naszym domu często spotykali się najbardziej znani współcześni pisarze. Jeden z przyjaciół Rity, stały bywalec spotkań pisarzy w jej salonie, otrzymał nawet Nobla! Dysputy literackie odbywały się pod znakiem awokado, ten boski owoc podbił serca izraelskich pań domu. Rita przygotowywała awokado na różne sposoby. Podawałyśmy je z podgrzaną pitą lub smażonymi na głębokim oleju cieniutkimi frytkami”.


Rachela świetnie się uczyła. Zawsze wśród książek, unikała towarzystwa i hucznych zabaw. Wyrosła na wysoką, niezbyt szczupłą, ale piękną dziewczynę. Jasne loki splatała w warkocze, które czasem zawijała w obwarzanki po bokach głowy. Rzadko się uśmiechała. Ku niezadowoleniu Rity nosiła się po męsku, w ciemnych i workowatych ubraniach.

Często też − jak każda Żydówka w jej wieku − jeździła do kibuców. Podczas jednego z takich wyjazdów poznała młodych żydowskich Amerykanów. To było nad morzem, w Ejlacie.

Jakub i John nie wiedzieli, że Rachela doskonale rozumie, co o niej mówili. Pochlebiała jej ich rywalizacja o nią, choć tego nie okazywała. Jej umiejętności córki lekarza przydały się, gdy trzeba było opatrzyć ranę Johna. Ale od samego początku podobał się jej Jakub, jego gust literacki odpowiadał jej pasjom. Okazało się, że Jakub w dzieciństwie też mieszkał w Jerozolimie − z rodzicami i z siostrą Esther. Był dość konserwatywny w poglądach, co także było bliskie Racheli.

Szybko zdecydowali się na wspólne życie. Po ślubie, który odbył się w Hajfie, ku rozpaczy Rity, Rachela upodobniła się do tradycyjnej Żydówki. Włosy schowała pod chustą i we wszystkim podporządkowała się Jakubowi, który zapuścił pejsy i czytał torę. „Rachela, to trochę dziwne. Przecież oboje pochodzicie z postępowych domów, co się stało?”, pytała ją nowoczesna Esther, ale Rachela odpowiadała tylko z ciepłym uśmiechem: „To tradycja”.

Po kolei rodziły się dzieci. Melchizedech. Jonasz. Izaak. Latem sześćdziesiątego ósmego roku na prośbę mamy Jakuba, która chciała widzieć, jak rosną wnuki, młodzi Krantzowie postanowili przenieść się do Stanów i zamieszkać w Monsey. Zaproponowali również Ricie, by wróciła do Stanów, a ona przyjęła tę prośbę z wielką ulgą i radością. Dzięki swoim kontaktom literackim bez trudu otrzymała posadę profesora literatury hebrajskiej na uniwersytecie w Berkeley.

Od marca tego samego roku kolejny exodus wygonił Żydów z Polski. Masowo przyjeżdżali do Izraela, niektórzy wieczni tułacze przenosili się do Ziemi Obiecanej, inni z niej uciekali, ale żyć bez niej nie ­mogli.

Dlatego Jakub, Rachela i rodzina co roku jeździli do Izraela i do Europy.


Przyjaciel Jakuba i Johna w tamtym czasie przeniósł się z Ameryki do Izraela, gdzie robił prawdziwą karierę sportową. Napisał list do Apfelbaumów: „Przyjedźcie do Monachium, zorganizowałem wam miejscówki na trybunach. Zobaczymy, jak nad duchem zła zatryumfuje pokój”. Cały świat patrzył na olimpiadę w Niemczech. Poprzednią − na tym terytorium − organizował Hitler.

Po raz pierwszy − na taką skalę na świecie − igrzyska miały być oglądane w telewizji w relacji na żywo, w dodatku w kolorze.


Rachela siedziała w poczekalni lotniska we Frankfurcie, skąd mieli lecieć do Monachium liniami Luft­hansa, numer lotu czterysta trzydzieści dwa. Jakub z synami poszli podziwiać jumbo jety. W wózku spała mała córeczka. Rachela spojrzała z czułością na jej pucołowatą, słodką buźkę, poprawiła jej bawełniany kocyk i pogłaskała po policzku.

− Moje słonko − szepnęła i pogrążyła się w lekturze gazety. Artykuł poświęcony był oburzeniu Palestyńczyków z powodu tego, że nie zostali zaproszeni na olimpiadę.

Nagle usłyszała płynący z głośników głos: „Ostatni lot do Monachium numer czterysta trzydzieści dwa. Prosimy podróżnych o przejście do odprawy”. Rozejrzała się, ale męża i dzieci nigdzie nie było. „.Po raz trzeci wzywamy państwa Krantzów....”.

Rachela jeszcze przez kilkanaście minut biegała po lotnisku, szukając rodziny, ale po Jakubie i chłopcach nie było śladu. Pojawili się dopiero, gdy zamknięto odprawę ich samolotu.

− Jakub! Gdzie wyście byli?! − krzyczała z wyrzutem, tuląc główki dzieci.

− Wybacz, pokazywałem chłopcom jumbo jety. To niezwykłe widzieć z tak bliska największe samoloty świata. Zupełnie się zagapiliśmy.

− To był ostatni dziś lot. Musimy jechać do jakiegoś hotelu.

W nocy z czwartego na piątego września Rachela nie zmrużyła oka. Była zestresowana, a do tego dzieci wciąż marudziły.

O piątej nad ranem włączyła telewizję. W pierwszych tego dnia wiadomościach zobaczyła twarz przyjaciela męża. Poza nim pokazywano jeszcze innych sportowców. Wioskę olimpijską... i pożar.

Zdenerwowana spikerka podawała kolejne informacje. Co chwila pokazywano grupę izraelskich sportowców, którzy zostali uwięzieni jako zakładnicy przez arabskich terrorystów z nieznanej wcześniej grupy Czarny Wrzesień. Rachela natychmiast obudziła Jakuba.

Cały dzień spędzili w łóżku, oglądając ciągle te same wiadomości − grupa wyprowadzanych zakładników, apel Goldy Meir o nieuleganie Arabom. Nikomu wówczas nieznany Czarny Wrzesień wiązano z Jaserem Arafatem − przywódcą Al-Fatah.


Te same wiadomości oglądano w Benghazi w domu Marii i bliźniaków, w domu Evelyn, Esther i Johna, w Sztokholmie u państwa Andersson, a nawet na Malcie.

Wśród ochrony wioski olimpijskiej Karen wypatrzyła wysokiego mężczyznę. Tym razem nie miał seledynowego sygnetu, ale to był on.

Na pewno.




Rozdział XVIII

Miłość w czasach zarazy



Benghazi, wiosna 1972

Był piątek, w krajach arabskich dzień wolny od pracy. Maria siedziała w ciszy patio i rozkoszowała się chwilą tylko dla siebie. Chłopcy jak zwykle spędzali czas nad morzem, z ojcem. Maria wymówiła się migreną. Od swojej studentki pożyczyła książkę Pięć filarów islamu. Czytała uważnie, pogryzając słodkie małe sezamowe ciasteczka i baklavy z wielkiej srebrnej misy ustawionej na małym orientalnym stoliczku. Zapaliła trociczkę o upajającym zapachu patchouli i kartkowała książkę.

Na jednym ze zdjęć zobaczyła tłum ludzi zgromadzonych wokół kwadratowego czarnego obiektu.

− Mekka i kaaba, czarny kamień, który ponoć spadł tu prosto z nieba − szepnęła do siebie dla utrwalenia wiadomości. − „Każdy prawdziwy muzułmanin powinien się modlić pięć razy dziennie, zwracając się w jej stronę. Ażeby nie zapomniał, muezzin wzywał go z meczetu”. − Maria lubiła, jak budził ją śpiewny głos z pobliskiego meczetu. „Drugi filar to haddż” − czytała na głos. − „Święta pielgrzymka do Mekki”. − Ostatnio Hamid opowiadał jej, że jego ojciec właśnie wrócił z Mekki, bo każdy muzułmanin choć raz w życiu musi wyjechać na pielgrzymkę haddż, by dotknąć świętego kamienia kaaby. − Wreszcie trzeci filar wiary. Każdy muzułmanin musi być gotowy do świętej wojny w imię obrony religii − dżihadu”.

Hamid dużo opowiadał jej o Kaddafim: „Po śmierci Gamala Abdel Nasera, który wyrwał spod brytyjskiego jarzma Egipt i Kanał Sueski, ktoś musiał przejąć misję Mahometa w obronie wiary. Kaddafi to jego następca, prawdziwy przywódca krajów arabskich”.

− „Powinnością każdego muzułmanina jest pościć podczas Ramadanu. Od świtu do zmierzchu” − czytała dalej. − „W islamie zabronione jest spożywanie alkoholu i wieprzowiny...” No tak, to ma sens w tym klimacie, wieprzowina to najszybciej psujące się mięso. A alkohol, sądząc po ekscesach rodaków po bimbrze, ma siłę rażenia atomu − mruknęła do siebie. − „Kobiety oddają się w posłuszeństwo mężczyznom, dorosłe muszą też zasłaniać twarz chustą lub czadorem”. − Uśmiechnęła się lekko. − Mogłabym się zasłonić i oddać w posłuszeństwo, ach... − westchnęła i zaczęła szybciej kartkować książkę. Na chwilę zatrzymała się na ciekawostce dotyczącej psów i kotów. − „Mówi się, że muzułmanie lubią koty, a nie akceptują psów. Jest tak dlatego, że ponoć pies pogryzł Mohometa, a kot podszedł i oblizał jego ranę”. − Kartkowała dalej. − „Rok w islamie pierwszy to sześćset dwudziesty drugi. Wtedy Mahomet uciekł z Mekki do Medyny z powodu prześladowań za głoszenie nowej religii. Na początku jego religię głosiła tylko najbliższa rodzina, pierwsza żona Chadżidża i druga, ukochana Aisha”. − Maria zastanowiła się chwilę. − No tak, czyli teraz mamy tu około tysiąc trzysta pięćdziesiątego roku. W Europie panowało wówczas średniowiecze; na tronie w Anglii zasiadał znany z dramatu Szekspira Ryszard II, a w Polsce Jadwiga i Jagiełło. Dopiero za ponad sto lat odkryto Amerykę.

Czytała jeszcze o potrzebie dzielenia się z potrzebującym jałmużną i o tym, że niewierne kobiety się kamienuje, a kłamców skazuje się na śmierć.

W końcu z westchnieniem zamknęła książkę. Nie mogła się doczekać powrotu do pracy. Tak naprawdę nie mogła się jednak doczekać, kiedy zobaczy Hamida.


* * *

Następnego dnia Maria odwiozła chłopców do szkoły i szybko pojechała do pracy. Po porannych wykładach przeszła do swojego biura.

Była bardzo starannie ubrana − w długą wąską czarną spódnicę, na przekór panującej modzie na bananowe kolory i luźne kroje. Miała też na sobie cienką czarną bluzkę z długim rękawem i czerwony atłasowy szal, który kupiła sobie na Al-Chalili. Całości dopełniał sznur pereł i maleńkie złote kulki w uszach. Chciała wyglądać skromnie i stosownie do arabskich zwyczajów, które nie pozwalały kobiecie na zbyt odważne kreacje.

Czekała.

Hamid zwykle pojawiał się około południa. Wiedział, że to jej pierwszy dzień w pracy po urlopie. Około trzynastej ciągle go jednak nie było. Maria zaczynała się denerwować. Gdy około piętnastej, zła i rozczarowana, pakowała rzeczy do torebki, nagle cicho otworzyły się drzwi.

Hamid był ubrany w jasny, pięknie skrojony włoski garnitur i ciemną koszulę. Nie miał krawata. Był też wyraźnie zmęczony − ze śladami dwudniowego zarostu.

Coś się stało, pomyślała Maria.

− Marija − powiedział cicho. − Tak bardzo za tobą tęskniłem.

Maria, niewiele myśląc, podbiegła do Hamida, strącając wazę z jej ulubionymi granatami, i przywarła do niego całym ciałem. Na początku stał sztywno, ale po chwili odwzajemnił uścisk i najpierw nieśmiało, a potem, czując przyzwolenie, coraz odważniej zaczął całować jej usta. Uniósł ją w ramionach, posadził na biurku i włożył rękę pod spódnicę. Oddali się długim i namiętnym pieszczotom, choć oboje wiedzieli, że gdyby ktoś ich nakrył, spotkałyby ich radykalne konsekwencje − co najmniej kara publicznej chłosty, nie mówiąc o więzieniu. Hamid z pewnością straciłby posadę w ministerstwie, a Marię i jej rodzinę wyrzucono by z Libii. A może nawet zostałaby ukamienowana?

W pokoju słychać było tylko bzyczenie much. Gdy jednak rozległo się wołanie muezzina, Hamid jak oparzony odskoczył od Marii. Wyszedł z pokoju bez słowa.


Wieczorem, przy kolacji, którą jak zwykle jedli w patio, Roman pokazał Marii fragment z najnowszego amerykańskiego „Newsweeka”. Plusem pobytu w Libii był dostęp do nieosiągalnej w Polsce światowej prasy. Roman tuż po przyjeździe na placówkę dowiedział się o tym i wybrał się do księgarni położonej w najnowszej części benghaskiego souku, pomiędzy sklepami Rolexa i Diora. Zamówił prenumeratę „Newsweeka” i „Timesa”, a gdy dojechała Maria z dziećmi domówił „Vogue”, „Elle” i „Bravo”.

Co tydzień odbywał się ten sam rytuał − Roman wchodził do kiosku po prasę, a sprzedawca otwierał paczkę dla Krajewskich. Potem księgarz ostrożnie przeglądał wszystkie strony i niektóre − „nieobyczajne” – zamazywał markerem. Syn sklepikarza w tym czasie łapczywie oglądał „Bravo” przygotowane dla bliźniaków, a córka magazyny zamawiane dla Marii. Po zamazaniu wszystkich „wątpliwych” stron, a więc tych, gdzie były zbyt roznegliżowane kobiety (w przypadku magazynów kobiecych dotyczyło to niemal całego pisma, od okładki począwszy), a w piśmie młodzieżowym całujące się pary, księgarz pakował paczkę dla Romana.

W najnowszej prasie Roman pokazał Marii artykuł o założonej niedawno przez Kaddafiego bazie militarnej dla terrorystów, która powstała na pustyni nieopodal oazy. Tam, według planów wodza, miały powstać zielone murawy na piaskach Sahary. Zdjęcia satelitarne przedstawiały znane Marii zabudowania. Była tam kilka razy z Hamidem.

Dopiero teraz zrozumiała, że dzisiejsza forma mężczyzny musiała mieć coś wspólnego z tymi wydarzeniami. Nic mnie nie obchodzi terroryzm, pomyślała. Od powrotu do domu cały czas czuła gorące usta Hamida na swoich. Nie miała najmniejszej ochoty myśleć o czymkolwiek innym, wiedziała jednak, że w obecności rodziny musi jakoś odnieść się do treści artykułu.

− Obrzydliwi Amerykanie − powiedziała, ignorując zdumione twarze bliźniaków i męża. − Zawsze wsadzają nos w nie swoje sprawy.

− Mamo, jak tak możesz mówić? − zawołał Andrzej.

− Mogę! Nienawidzę polityki! − krzyknęła Maria i wyszła do sypialni, trzaskając drzwiami.

Przy stole zapanowała niezręczna cisza. Chłopcy patrzyli zdumieni to po sobie, to na ojca.

− Tato, pamiętasz, jak w dniu naszego przylotu widzieliśmy arabskich wojowników w jaskini? − zapytał w końcu Jacek. − Miałeś nam kiedyś o tym opowiedzieć, ale zawsze, gdy cię o to pytaliśmy, zmieniałeś temat.

Roman westchnął ciężko, ale uzyskawszy zapewnienie chłopców, że nic z tego, co powie, nie zostanie dalej przekazane, zaczął opowieść:

− Znacie rodzinę Al-Mirhani. Czasem bywamy tam na kolacjach, a ja niedługo po przyjeździe tutaj operowałem z powodzeniem patriarchę rodu. Otóż kiedyś, gdy miałem wolny dzień po dyżurze, tuż przed waszym przyjazdem, przyszedł do mnie Dżaffar, jego syn. Zapytał, czy mogę pomóc jego młodszemu bratu, Karimowi, który uległ wypadkowi. Oczywiście zgodziłem się, ale Arab poprosił mnie, bym dochował tajemnicy, bo okoliczności wypadku były niecodzienne. Wyznał, że Karim został przypadkowo postrzelony przez kolegę w tajnej bazie wojskowej na pustyni i lekarz na miejscu, mimo że przeprowadził już kilka operacji, nie umie mu pomóc. Ponieważ komendant bazy to siostrzeniec matki Dżaffara, uzyskał on zgodę na sprowadzenie mnie. Wsiedliśmy do land rovera. Zawiązano mi opaskę na oczach i wieziono w absolutnej ciszy około dwie godziny. Po przybyciu na miejsce ktoś wziął mnie za ręce i prowadził jeszcze przez jakiś czas. Zatrzymaliśmy się na chwilę i otwarto jakieś drzwi. Usłyszałem fragment ożywionej rozmowy po rosyjsku. Raz jeszcze upewniono się, czy wiem, że to tajemnica i w razie jej złamania mnie i mojej rodzinie grozi śmierć. Potwierdziłem. Wtedy zdjęto mi opaskę. Znajdowałem się w jakimś bunkrze. Poza Dżaffarem było tam jeszcze pięć osób. Wszyscy siedzieli nad mapami − trzech Arabów i dwóch mężczyzn w mundurach armii radzieckiej − na oko pięćdziesięcioletni niewysoki szpakowaty major i młodszy, bardzo wysoki kapitan. Podszedł do mnie Arab z dystynkcjami podpułkownika − jak się okazało, kuzyn Dżaffara, i uścisnął mi rękę. Szybko zaprowadzono mnie do bardzo nowocześnie wyposażonej sali operacyjnej. Na stole leżał nieprzytomny, zakrwawiony brat Dżaffara. Przy operacji asystowały mi dwie sanitariuszki − rozmawiały po rosyjsku, ale jedna była Bułgarką. Musicie wiedzieć, chłopcy, że w Libii pracuje bardzo dużo sanitariuszek z Bułgarii, Kaddafi uważa, że są bardzo dobre. Przez kilka następnych godzin walczyłem o życie Abdullaha. Udało się, choć zabieg był bardzo wyczerpujący. Po wszystkim w tym samym pomieszczeniu, w którym zdjęto mi opaskę, czekał na nas gorący posiłek. Przy stole znowu rozmawiano po rosyjsku, więc włączyłem się do rozmowy. Ten starszy, major, pochodzący z Syberii, powiedział, że ma akurat rocznicę ślubu. Pokazał nam zdjęcie, na którym stali z żoną w papachach z lisa. Nu, chołodnyj był dień − mówił, wyraźnie wzruszony. Jego żona, niewysoka ładna szatynka, trzymała w ręku typową dla bloku wschodniego wiązankę ślubną − trzy czerwone goździki przybrane asparagusem. Okazało się, że pochodziła z rodziny polskich repatriantów, którzy podczas drugiej wojny światowej trafili z Lwowa do Kazachstanu. Poznali się na studiach w Moskwie, potem major Wołodia dostał nakaz pracy na Uralu, a następnie wrócili na Syberię. Byłem wyczerpany i tak przerażony, że choć nie jadłem od wielu godzin, niemal nic nie mogłem tknąć. Później ci ludzie pożegnali się ze mną, przypomnieli o dochowaniu tajemnicy i zaprowadzili mnie do land rovera. Nie wiem dlaczego, ale nie nałożyli mi już opaski na oczy. Świtało. Po drodze widziałem mnóstwo namiotów wojskowych, a dalej poligon pełen rosyjskich i amerykańskich czołgów, gdzie trwały manewry. Przejeżdżaliśmy obok dużego lotniska pełnego migów i FF. Zauważyłem też izraelskie Kfiry. Po przyjeździe do Benghazi byłem padnięty, ale nie mogłem spać. Rano wziąłem prysznic, założyłem świeże ubranie, koszulę i krawat − tu hołdowano zachodnim zwyczajom szpitalnym − i poszedłem do kliniki. Uprosiłem kolegów, by tego dnia nie angażowali mnie w zabiegi operacyjne, objąłem dyżur w przychodni, której nie lubił nikt z moich polskich kolegów, bo pacjenci − głównie w czwartki, gdy przychodzili Beduini − nie znali żadnego języka poza arabskim. Cały dzień wysłuchiwałem ich opowieści, starałem się im pomóc, najlepiej jak umiałem. Po powrocie do domu rzuciłem się na łóżko w ubraniu. Obudziłem się dopiero wieczorem następnego dnia.

Roman skończył, a chłopcy jeszcze długo nie mogli wykrztusić słowa. Wreszcie Jacek wstał, ucałował ojca na dobranoc i poszedł do swojego pokoju. Sięgnął pod poduszkę, gdzie leżał list od Karen, który przyszedł po południu. Pisała, że bardzo się cieszy, że w Egipcie tak się do siebie zbliżyli, że od przyjazdu rodzice nie zamienili ze sobą ani jednego zdania i martwi się, że się rozwiodą. Pytała, czy bliźniacy pojadą z nią i jej mamą na wykopaliska do Cyreny w następny czwartek. List kończył się słowami: Całuję mocno, Twoja Karen. To ostatnie zdanie Jacek przeczytał sto razy.

Tymczasem w sypialni obok Andrzej też czytał list, który otrzymał dzisiaj od Karen. List kończył się słowami: Całuję mocno, Twoja Karen.

W pokoju rodziców, pod wahadłowym wiatrakiem, leżała w łóżku kobieta, która czuła się najszczęśliwsza na świecie. Roman jeszcze długo nie kładł się spać. Stał przy otwartym oknie i patrzył na Mleczną Drogę.

Rano, po szybkim prysznicu, bez śladu bezsennej nocy, Maria ubrała się jeszcze staranniej niż dzień wcześniej. Odwiozła chłopców do arabskiej szkoły i ruszyła w stronę uniwersytetu. Kiedy podjechała na parking, zauważyła stojące przed wejściem czarne mitsubishi Hamida. Natychmiast podszedł do niej asystent wiceministra i zapytał, czy jest gotowa do wyjazdu na pustynię. Przytaknęła i wsiadła do auta.

Hamid zachowywał się jakby nigdy nic. Na powitanie uścisnął jej dłoń. Przez całą drogę żartował i dowcipkował z kierowcą i dwójką asystentów. Maria słyszała nieustannie powtarzane słowa: kura, co po arabsku oznacza piłkę, oraz Masri tamam − tak mówiono o Egipcjanach, którzy po raz kolejny wygrali puchar Ligi Arabskiej.

Gdy dotarli do oazy, Maria poszła do swoich roślinek, a Hamid gdzieś się oddalił.

W porze sjesty usłyszała ciche pukanie do drzwi.

Hamid wszedł bez słowa i zamknął drzwi na klucz.

Kochali się w niemal zupełnej ciszy.


Stało się to ich rytuałem. Zawsze w czwartki. Zawsze w porze poobiedniej sjesty. Przez cały kolejny rok.


Maria starała się nie zauważać, że baza przybiera coraz mniej naukowy, a coraz bardziej militarny charakter. Wokoło kręciło się coraz więcej żołnierzy, coraz rzadziej musiała też przedstawiać raporty z badań nad postępami zamiany piasków w żyzną ziemię. Zresztą postępów i tak było niewiele. Spędzała coraz więcej czasu z Hamidem. Coraz częściej nie tylko w czwartki i nie tylko w porze sjesty.


Wszystko skończyło się w pewien październikowy, ciepły wieczór.

Przy wjeździe do Benghazi powitał ich tłum ludzi z pochodniami. Auto Hamida zostało zatrzymane mimo oznakowań VIP-owskich. Tłum przypominał postacie z rycin Goyi. Wymachiwali rękami, krzycząc: Dżihad, dżihad! Na twarzach ludzi malowały się nienawiść i złość. Jedni unosili transparenty z podobiznami Kaddafiego, Nasera i Sadata. Inni palili portrety Nixona, Goldy Meir i Ben Gouriona. Powiewały zielone flagi.

W święto Jom Kippur wybuchł konflikt izraelsko-arabski. Syria i Egipt zaatakowały pozycje izraelskie, by odzyskać Synaj, a Hamida, bliskiego współpracownika Kaddafiego, wezwano, by stanął u boku wodza.




Rozdział XIX

Przekupnie w świątyni



Jerozolima, październik 1973

Pod koniec września John zabukował samolot do Sztokholmu. Prosto z lotniska pojechał do domu państwa Andersson. Miał plan. Przyjechać niezapowiedziany. Wysiąść w zacisznej, pełnej eleganckich domów i przystrzyżonych trawników, zamożnej dzielnicy Stureplan. Zatrzymać się na Kanjegarten 13. Zapukać stylizowaną kołatką. Wejść. Poprosić o chwilę rozmowy z Kerstin. Zerwać zaręczyny. Przeprosić jej rodziców. Wytrzymać ich spojrzenia − smutek pana Anderssona i pogardę w oczach matki Kerstin. Wyjść. Wrócić na lotnisko. Wsiąść do samolotu lecącego do Nowego Jorku. Po przylocie skierować się do domu rodziców i wszystko opowiedzieć mamie. Oznajmić, że zerwał zaręczyny. I że od zawsze kocha Esther Krantz. Pojechać do Esther. Oświadczyć się jej.

Samolot wylądował w Sztokholmie o trzeciej po południu. Po upalnym i wilgotnym Nowym Jorku John z ulgą odetchnął rześkim, świeżym powietrzem.

Podjechał pod dom państwa Andersson. Podszedł do ozdobnych drzwi wejściowych z fikuśną kołatką w kształcie małpki. Chwilę stał. W końcu nabrał powietrza i zapukał. Drzwi otworzyły się natychmiast. W progu stała zapłakana Kerstin.

Już wie, przemknęło Johnowi przez myśl.

− O, mój Boże, skąd wiedziałeś? − rozszlochała się Kerstin. − Właśnie mieliśmy wysłać ci telegram...

Ponad jej jasną głową zobaczył zgromadzenie członków rodziny narzeczonej, niektórych już znał. Wszyscy byli skupieni wokół matki Kerstin. Siedziała ze spuszczoną głową na jasnej sofie, odcinając się od niej czarną plamą sukni. Wszyscy patrzyli na nią ze współczuciem. Niektórzy szeptali słowa pocieszenia. Tylko dwaj mężczyźni − John rozpoznał w nich jej młodszych braci bliźniaków − wyrzucali gniewnie ramiona ku górze.

John, pełen najgorszych przeczuć, poszukał wzrokiem ojca Kerstin. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył Ingvara kawałek dalej. Stał przy oknie i patrzył nieruchomym wzrokiem na rozpościerający się za oknem piękny widok zatoki skąpanej w świetle słońca zachodzącego nad majaczącą w oddali wyspą Djurgården.

− Babcia... − wyszeptała Kerstin drżącym głosem. − Wczoraj w nocy... − I rzuciła się z płaczem w ramiona mężczyzny.

John przytulił ją i poprowadził w stronę sofy. Pochylił się i ucałował matkę dziewczyny – Birgitte.

− Tak mi przykro... − powiedział, ściskając jej rękę.

Na twarzy zapłakanej kobiety pojawił się cień smutnego uśmiechu.

− Witaj, John. Dobrze cię widzieć − powiedziała ­słabo.

Po krótkiej, zdawkowej rozmowie John zaprowadził Kerstin do sypialni, ułożył w łóżku i ucałował z niemal ojcowską troską.

− Śpij, kochana moja. Śpij... − szeptał czule.

Gdy Kerstin usnęła nerwowym, płytkim snem, co chwilę rzucając się na łóżku i majacząc, wyszedł na taras i spojrzał na tonącą w mroku zatokę. W oddali było widać migające światełka parku rozrywki na wyspie. John pamiętał chwile spędzone w tym wesołym miasteczku, słynnym od dziewiętnastego wieku. Byli tam z Kerstin dwa lata temu w pewne słoneczne popołudnie. Pływali kajakami, jechali w beczce śmiechu, jedli malinowe lody. To tam poprosił ją o rękę.


Uroczystość pogrzebowa Agnethy Johansson rozpoczęła się następnego dnia o dziesiątej. W surowym wnętrzu świątyni zwracał uwagę tylko skromny katafalk z trumną i kwiatami.

Kerstin weszła do kościoła oparta o ramię Johna. Zasiedli w ławkach po prawej stronie od ołtarza. Puste miejsca po lewej czekały na pozostałą część rodziny.

Wyszedł pastor. Uroczystość powinna się już zacząć, ale wciąż brakowało dzieci zmarłej. John spojrzał pytająco na Kerstin.

− Są w zakrystii − szepnęła.

Wstał bez słowa i poszedł w kierunku drzwi prowadzących do drugiej sali. Uchylił je i usłyszał krzyki. Bracia matki Kerstin wymachiwali jej przed nosem jakimiś papierami. Obok, broniąc Birgitte, stał jej mąż. Wejście Johna przerwało niestosowną kłótnię.

Gdy wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę, John wskazał na zegarek i kiwnął głową w kierunku nawy kościoła. Towarzystwo w milczeniu ruszyło do ławek.

− Agnetha, nasza owieczka, była dobrą matką − zaczął pastor. − Wychowała dobre dzieci.

Później, gdy rodzina przyjmowała kondolencje podczas stypy, do Johna podszedł Ingvar.

− Dziękuję ci John. − Mocnym, męskim gestem uścisnął jego dłoń. Był wysoki, kościsty, miał wychudłą twarz i zapadnięte policzki. − Tak się cieszę, że moja córka ma się na kim wesprzeć. − Skinął gniewnie głową w kierunku mężczyzn stojących razem z jego żoną. − Ci to bastardzi. − John spojrzał na wujów Kerstin. Kiwali głowami, ściskając ręce gości. A Ingvar ciągnął: − Kłócą się o majątek. Wolą matki Kerstin było, by pogodzili się po jej śmierci i podzielili po równo rodzinną ziemią w okolicy Grebbestad, na południowym wybrzeżu Szwecji. To coraz popularniejsza osada rybacka, słynąca z połowu homarów. Pewien developer zamierza zbudować tam wielką wioskę turystyczną. Tego chcą bliźniacy. Ale Birgitte pragnie zachować swoją część nienaruszoną. Developer nie chce o tym słyszeć, część, którą ma moja żona, jest najbardziej atrakcyjna. A ponieważ do pogrzebu nie dogadali się, część Birgitte zostanie wyłączona z inwestycji. To miał być jej prezent ślubny dla was. − Mężczyzna westchnął ciężko.

Po chwili dołączyli do nich bracia Birgitte. W ich pozach nie było nic serdecznego.

− Dziękujemy za twoją pomoc, John − powiedział sucho jeden z bliźniaków.


Po kilku dniach John wrócił do Nowego Jorku. Jeszcze z lotniska zadzwonił do matki.

− Mamo, czy mogę do ciebie przyjechać? To ważne.

Matka przywitała go kawą, chałką, bajglami z miodem, konfiturą z róży i philadelphią. John rozsiadł się na pasiastej kanapie w saloniku i opowiedział jej o wydarzeniach ostatniego tygodnia.

− Mamo, kiedy dzwoniłem ostatnio, że jadę na kilka dni do znajomego ze studiów, nie byłem w Minnesocie. Byłem w Europie.... − I po raz pierwszy opowiedział jej o Esther. O pragnieniu zerwania zaręczyn i wyprawie do Sztokholmu. O tym, że nie dał rady tego zrobić w obliczu rodzinnej tragedii i problemów ze spadkiem. Powiedział też, że zdecydował odczekać jeszcze chwilę, ponownie wrócić do Szwecji i przeprowadzić rozmowę z narzeczoną. I oświadczyć się Esther. W przyszłe lato wyprawią wielkie żydowskie wesele w Monsey.

Przez cały czas zajadali bajgle z philadephią, a John uśmiechał się w duchu na wspomnienie Esther, która je uwielbiała. Gdy rozmowa zeszła na boczne tory, poprosił mamę o przepis, bo zaplanował, że własnoręcznie zrobi bajgle dla ukochanej.

− Twoja babcia robiła je w Polsce, bo to polska potrawa, o czym mało kto pamięta. − Matka uśmiechnęła się do swoich wspomnień. − Dobrze, John. Nauczę cię kiedyś je robić.

W rodzinnym domu spłynął na niego spokój. Wreszcie było mu dobrze. Ale wtedy niczym kamienie spadły na niego słowa matki:

− Co do tego ślubu... Pozwól, że spotkam się z matką Esther i najpierw to omówimy. Uważam, że powinieneś się nad tym zastanowić. To nie jest fortunny pomysł.

− Dlaczego, mamo? − Zdziwił się, że mama przyjęła to tak chłodno. I zaskoczyło go, że chce omawiać sprawę z matką Esther.

− Widzisz... kiedy byłeś w Sztokholmie, Esther widziała się z Jeremym. − Matka była wyraźnie zakłopotana. − Może mylisz zauroczenie z zakochaniem? Pomyśl, czy warto zmieniać stabilizację z Kerstin na zupełnie niepewny związek z tą kobietą?

Podeszła do Johna, pocałowała go w czoło, pogłaskała jego pokryty dwudniowym zarostem policzek i wyszła.


John był rozczarowany reakcją mamy − skąd wiedziała o spotkaniu byłych kochanków? Dlaczego w ogóle rozmawia o tym z matką Esther? Poczuł się zdradzony − zarówno przez matkę, jak i przez Esther.

Dochodziła dwudziesta. Powinna już wrócić z pracy, pomyślał i wykręcił jej numer. Odebrała natychmiast.

− John, tak się cieszę! Tęskniłam jak szalona, gdy byłeś w tej Minnesocie! Tyle się wydarzyło! Widziałam się z Jeremym, wiesz? Powiedziałam mu, że wszystko skończone. Wszystko skończone, rozumiesz? − krzyczała w radosnym podnieceniu. − Bo kocham ciebie, John. Wiesz? Kocham cię! Tylko już mnie nie zostawiaj − dodała ciszej. − Już nigdy nie zostawiaj mnie samej.

− Nie zostawię cię, najdroższa − wyszeptał do słuchawki, czując, jak z jego serca spada ciężki kamień.


Kilka godzin później, po pełnym namiętnych chwil powitaniu, John patrzył przez okno na Północnego Bliźniaka, w którym pracowali, i myślał o decyzji, którą właśnie podjęli.

Nie będą już spotykać się w windzie albo wymykać na lunch. Wystąpią o roczny urlop bezpłatny i pojadą do swojej Ziemi Obiecanej.


I tak w lipcu, przy milczącej dezaprobacie obu rodzin, John i Esther znaleźli się w Jerozolimie. Zatrzymali się w niedużym, choć bardzo porządnym hostelu u wrót Bramy Damasceńskiej, w pobliżu Via Dolorosa, Drogi Krzyżowej, tuż przy stacji V.

Hostel z widokiem na gwarną dzielnicę stał na skrzyżowaniu ulic łączących dzielnicę żydowską, chrześcijańską i muzułmańską. W pobliżu powitania Salam Alejkum mieszały się z Shalom.

John i Esther zajęli narożny dwupokojowy apartament na najwyższym piętrze − z salonem od ulicy i sypialnią od cichego podwórka.

Esther wspominała, że niemal ćwierć wieku temu mieszkała z rodzicami i Jakubem gdzieś w pobliżu.

− Pamiętam, że z sypialni, tak jak teraz, roztaczał się spektakularny widok na Wzgórze Świątynne; było widać złotą kopułę Świątyni Skały. Przyjechaliśmy tu po pożodze naszej osady pod Jerozolimą. Zobacz, John, mieszkamy w sercu wszystkich religii, naszej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej. Powiedz, dlaczego to nas dzieli, zamiast łączyć?

John milczał chwilę.

− Może dlatego że jesteśmy karmieni mową nienawiści, a nie miłości? − stwierdził, po czym dodał ze śmiechem: − Make love, not War!


Po pierwszej dobie spędzonej zgodnie z planem w łóżku John i Esther wyszli zwiedzić okolicę. Zjedli śniadanie w urokliwej knajpce − macowe kuleczki, jogurt z miodem i bajgle, wypili mocną kawę i poszli do pobliskich sklepów, gdzie zakupili stroje, które upodobniły ich do tradycyjnych Żydów.

Szli ciasną Via Dolorosa, z ledwością przeciskając się pomiędzy straganami powiewającymi kolorowymi kobiercami i tkaninami. Ktoś rozpalił kadzidła. Przekupnie zapraszali do środka, nęcąc herbatą z karkade. W powietrzu unosił się zapach kadzidła.

Zatrzymali się przy przyczepie pełnej przekrojonych arbuzów kuszących soczystą czerwienią, żółtych melonów i pomarańczy, ułożonych w wysoką piramidę. Esther pogłaskała stojącego przy wozie muła.

W powietrzu pachniało smażonym mięsem, miętą i falafelem. Przekupnie pokrzykiwali na siebie, papugi trajkotały po swojemu, wszędzie kręciły się koty w poszukiwaniu smakowitych kąsków.

− Zobacz, ilu tu Arabów − szepnęła Esther do Johna.

− No tak, w końcu jesteśmy w miejscu świętym dla nas, Żydów, ale też dla Arabów − potwierdził John. − I dla chrześcijan − dodał ciszej.

− Głodna jestem − powiedziała Esther, rozglądając się wokół. − Według „New York Timesa” podają tu najlepsze falafele i humus, czyli najbardziej charakterystyczne danie Jerozolimy, podobno wyjątkowy specjał.

− Co tam „New York Times”, kochana! Chodź, znajdziemy tu własne najlepsze miejsce z jedzeniem − zaśmiał się John i wskazał na mały barek na rogu uliczki.

Esther spojrzała w górę i przeczytała napis na obdrapanym szyldzie:

− „Lina”. − Zerknęła szybko do przewodnika. Nieodrodna córa Manhattanu! wykrzyknęła tryumfalnie. − Ha! To właśnie TO miejsce z najlepszym humusem!

Stanęli przy ladzie, patrząc, jak niemłody mężczyzna, przepasany fartuchem, przyrządza potrawy. Na ich oczach rozgrywał się bliskowschodni spektakl kulinarny jednego aktora. Kucharz wyjął garniec pełen cieciorki, na oko ćwierćkilogramowy, i przepuścił jego zawartość przez maszynkę prosto do miedzianej misy. Wziął do ręki duży nóż i spojrzał na niego pod słońce.

− Ostry, stal damasceńska − mruknął. Na marmurowym blacie poszatkował sprawnie białą cebulę i kilka ząbków czosnku, po czym dorzucił je do miski. Następnie z metalowej wazy wyjął natkę i kolendrę. Roztarł kolendrę na dłoni i podetknął Esther pod nos.

− Boskie − westchnęła z zachwytem. − Upajające. Nie mogę się doczekać!

Kucharz poszatkował zioła równie sprawnie, jak przed chwilą cebulę i czosnek.

Jakby ciął Saracena, przemknęło Esther przez myśl. Albo raczej chrześcijanina!

Tymczasem pogromca krzyżowców dosypał do miski mąkę i garść soli. Obrócił się w stronę drewnianej szuflady z przegródkami opatrzonymi nazwami przypraw i małą miarką nasypał z kilku na talerzyk, a następnie prosto do misy.

John odczytał na głos napisy:

− Kumin, mielona kolendra, pieprz, kardamon.

Mężczyzna mieszał zawartość naczynia, dolewając nieco wody, aż uzyskał gęstą konsystencję.

− Do garnka wlewam olej winogronowy − wyjaśnił. − Musi być bardzo gorący.

Potem, maczając ręce w misie z wodą, formował małe kulki i wrzucał je na rozgrzany olej, a gdy wypływały na wierzch, wyjmował je cedzakową łyżką na gazetę.

W międzyczasie szybko przyrządził humus. Znowu garniec cieciorki powędrował do misy. Dolał szklankę oliwy i pół szklanki soku z cytryny. Nałożył wielką łychę pasty sezamowej tahini. Całość z kilkoma ząbkami czosnku przepuścił przez maszynkę. Na blat pieca wrzucił podpłomyki. Jeszcze gorące przekroił i posmarował świeżym humusem. Ubił poszatkowane piórka czerwonej cebuli, świeżą natkę i wrzucił do tego falafele. Polał je jakimś intensywnie pachnącym pomidorami sosem i dodał trochę jogurtu. Na koniec zacisnął, zawinął w nową gazetę i podał Esther ze słowami:

− Danie pokoju − serwowane i w Izraelu, i w Palestynie.

Jedli ze smakiem, popijając sinalco colę.

− Nigdy nie jadłam nic lepszego − zachwycała się Esther.

− Widzisz, mówiłem, żebyś nie przejmowała się „New York Timesem” − roześmiał się John.

Posiliwszy się, przeszli spacerem do Ściany Płaczu. Tłum gęstniał. John, nałożywszy tałes, poszedł do części męskiej, a Esther do żeńskiej. Każde z nich modliło się po cichu i żarliwie.

Spotkali się ponownie w drodze do pozostałości Świątyni Jerozolimskiej. W miejscu, gdzie przekupnie zostali przegonieni przez Jezusa, John wziął Esther za rękę i spojrzał jej w oczy.

− Esther, czy zostaniesz moją żoną? − zapytał z powagą.

− Tak − odparła, uśmiechając się.

I trzymając się za ręce, szli zadowoleni wśród Żydów, Arabów i chrześcijan, a ich radość była ponad wszelkimi podziałami i różnicami, bo łączyła ich miłość, która łączyła ludzi każdego wyznania i pod każdą szerokością geograficzną. Tu, w religijnym sercu świata, poczuli, że przepędzili demony przeszłości i wzięli sprawy w swoje ręce.

W nocy John wyszedł na dach. Paląc papierosa, patrzył na  podświetloną złotą kopułę Meczetu Skały. Tu stała drabina Jakubowa, gdzie archanioł Gabriel objawił się Mahometowi, by podyktować mu Koran, gdzie Jakub chciał złożyć ofiarę ze swego syna Izaaka. Jestem krzywoprzysięzcą, myślał. Nie załatwiłem sprawy z Kerstin jak należało, a oświadczyłem się Esther. Po prawej stronie widział Golgotę. Za jakiś czas będę musiał złożyć ofiarę Jahwe za to krzywoprzysięstwo. Uśmiechnął się gorzko, zgasił papierosa i zszedł do sypialni.

Twarz śpiącej Esther rozjaśniał delikatny uśmiech. Była taka czysta i niewinna.

− Jesteś warta każdej ofiary − szepnął i wsunął się pod kołdrę obok niej.


Kilka miesięcy później John znów wykupił bilet do Sztokholmu. Esther powiedział, że chce udać się do Europy, bo czas pomyśleć o biznesach. Miał zamiar podjąć współpracę z poznanym ostatnio Arabem i dalekim kuzynem, synem ciotki Esther, u której często jadali szabasowe uczty. Interes miał ruszyć w listopadzie, więc Esther nie zdziwił fakt, że John chce jechać do Europy.

Miał zabukowany bilet tuż po święcie Jom Kippur. Kiedy zawyły syreny, byli akurat u ciotki Miriam, która przeżyła powstanie warszawskie, powstanie w getcie i dwie wojny arabsko-żydowskie. Kobieta zlękła się głosu syren i zaczęła krzyczeć:

− Do schronu, dzieci! Do schronu!

Jej mąż Mosze podszedł do niej i pogłaskał ją łagodnie.

− To nie Warszawa, Miriam... Tu nie ma schronu.

Mosze był jednym z dzieci Ireny Sendlerowej. Fakt, że wymknął się szponom Holokaustu dzięki akcji tej niezwykłej kobiety oraz dobroci, jakiej zaznał od polskiej rodziny profesorostwa Materskich z Alei Ujazdowskich, gdzie spędził wojnę, powodował, że miał wielką wiarę i zawsze był w pogodnym nastroju.

Mimo święta włączyli radio.

Był szósty października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku.

Rozpoczęła się wojna.


* * *

John nie pojechał do Szwecji.

Obudziły się w nim patriotyczne uczucia, przypominając o doświadczeniu nabytym w kibucu nieopodal góry Karmel. Tamtego dnia ucałował Esther, polecił jej zostać u ciotki do momentu rozstrzygnięcia i tak jak stał wyszedł, by udać się do najbliższego punktu poborowego.

Wojna trwała tylko nieco ponad dwa tygodnie i John nie ruszył się dalej niż do kibucu pod górą Synaj, gdzie dostał przydział w kuchni. Obierał ziemniaki i czytał nagłówki gazet: Do wojny po stronie Arabów włącza się ZSRR!; Izrael wsparły USA; Nixon grozi wojną nuklearną!; Synaj znowu na celowniku…

Górę Synaj miał przed sobą jak na dłoni. To tu Jahwe objawił się Mojżeszowi i dał mu wskazówki, jak mamy żyć. Patrzył na brązowawe wzgórza i skaleczył się, myśląc o piątym przykazaniu.

− Uważaj, bo utniesz sobie palce, a potrzebne są ojczyźnie! − zawołał Aaron, młody krępy kucharz, doskakując do Johna z czystą ścierką. − Spojrzał na Synaj i westchnął głęboko. − Ta góra powinna nas, Żydów, i Arabów jednoczyć, jest wspólna, jak Biblia. Ale nas ciągle dzieli. Pomyśl, zaraz może być trzecia wojna światowa.

John chciał tylko, żeby Esther jak najszybciej została jego żoną.


Wojna, która wyglądała tak groźnie, skończyła się. John jechał autobusem ulicami Jerozolimy przystrojonymi w chorągiewki i kwiatowe girlandy. Wciąż huczały mu w głowie słowa Aarona: „Mimo, że oficjalnie zwyciężyliśmy, to jednak ta wojna to moralne zwycięstwo Arabów”.

Stanął pod drzwiami domu ciotki Miriam. Otworzył je cicho. Esther siedziała pod oknem, na zielonym fotelu, i czytała. Gdy go zobaczyła, książka spadła jej na podłogę.

− John! − Zerwała się z fotela i wpadła w jego ramiona. − Proszę, błagam, już nigdy mnie nie zostawiaj!

Przytulił ją mocno, szepcząc:

− Wyjdziesz za mnie? Tutaj, w Jerozolimie?

− Tak, tak, tak! I już nigdy się nie rozstawajmy! Błagam, kochany!

− Kiedy?

− Jak najszybciej!

Datę wyznaczono na dwudziestego piątego grudnia − na najradośniejsze święto świateł Chanukę, symbolizujące zwycięstwo nad tym, co nie miało się udać.

Dzień wcześniej wszyscy postanowili wziąć udział w pasterce u Grobu Pańskiego. Esther zajęła się zaproszeniami i organizacją, wspierana przez ciotkę Miriam i kuzynkę Sarę, która pomagała również przy ślubie Jakuba i Racheli.

Matka napisała do Esther długi list, który kończyło zdanie: Jestem dumna, że dobry Bóg dał mi takie dzieci, że oboje wybraliście na ceremonię zaślubin Ziemię Obiecaną. Niedługo będziemy z Wami w tym dniu, przyjedziemy do Was wszyscy z Nowego Jorku.


John też napisał długi list. I wysłał go do Szwecji.




RozdziaŁ XX

Libya Felix



Trypolis, maj 1974

Na początku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku znany angielski periodyk archeologiczny „Antiquities” opublikował obszerne sprawozdanie na temat zabytków Libii. Barbara pochyliła się nad egzemplarzem otrzymanym od Jerzego. W pobliżu Trypolisu wykopano w całości zachowane miasta w Sabracie i w Leptis Magna. Libię uznano za jeden z najciekawszych regionów świata, ale najmniej poznanych. Najnowsze badania wskazywały też, że w nadmorskiej osadzie, założonej przez Ptolemeuszów, spędziła wakacje najbardziej znana przedstawicielka tej dynastii − Kleopatra. Przebywała tu z Markiem Aureliuszem i to tutaj urodzić się miały ich bliźniaki.

Te i inne zagadnienia miały być przedmiotem międzynarodowego spotkania archeologów pod Trypolisem w maju siedemdziesiątego piątego. Do Libii zjechało wielu znanych archeologów z całego świata. Na sympozjum jedną z głównych prezentacji − w imieniu rodzimej katedry profesora Michałowskiego − miał wygłosić Jerzy, studencka miłość Barbary. Wybierała się na ten wykład.

Jerzy zaprosił Barbarę osobiście, gdy przyjechał do niej z życzeniami gwiazdkowymi do Marsa Bregi w grudniu ubiegłego roku.

Dom Robinsonów znajdował się na terenie amerykańskiej bazy naftowej. Osiedle nie miało charakteru arabskiego, lecz domy wyglądały jak typowe zabudowania z amerykańskich przedmieść, z gankami i rozległymi podjazdami, na których parkowały chevrolety i pick-upy.

Gdy Jerzy wszedł do środka, jego oczom ukazały się duży hall i salon, z wielkimi, wygodnymi sofami, kominkiem, z rodową serwantką i zastawą stołową.

Po naprędce zaaranżowanym obiedzie − Barbara przygotowała ulubione danie Jerzego z czasów krakowskich, naleśniki Gundela − siedzieli długo nad miętową mrożoną herbatą na tarasie, z którego rozpościerał się piękny widok na nadmorskie skały. Basia odezwała się pierwsza:

− Marsa Brega ma jeden z najbardziej niezwykłych naturalnych portów, którego iście bondowskiej scenerii nie powstydziłby się nawet Ian Fleming. Port jest wcięty w klif, u podnóża którego rozpościera się olbrzymia zatoka, na tyle głęboka, że mogą tu swobodnie wpływać statki. Wiesz, Jerzy, kiedyś byłam w tym porcie. Intensywność koloru szmaragdowej wody jest wprost nienaturalna, nawet Capri przy tym blednie. − Ściszyła głos: − Kilka tysięcy metrów kwadratowych zajmuje nowoczesny i w pełni zautomatyzowany port dla statków z ropą, wspólne przedsięwzięcie libijsko-amerykańsko-brytyjsko-izraelskie.

− Jak to, Żydzi i Arabowie razem? I Amerykanie? − zapytał zdziwiony Jerzy. − Przecież trwa wojna!

− Tak, ale tu, w Marsa Bredze, w głównym porcie dla ropy, nie liczy się polityka. Tu Żydzi i Arabowie mówią jednym językiem. Językiem petrodolara. Nasi sąsiedzi są z Tel Awiwu. Dalej Anglicy z Devonshire. A najwięcej Amerykanów. Jestem tu jedyną Polką.

Przez dłuższą chwilę patrzyli w milczeniu na białe skały klifów. Barbarę wyrwał z zamyślenia głos Jerzego:

− Basiu, jesteś szczęśliwa?

− Nie, Jerzy − odpowiedziała cicho.

Chciał jeszcze o coś zapytać, wyraźnie się wahał, ale w końcu powiedział tylko cicho:

− Wiesz, Basiu, cieszę się, że spotkaliśmy się tu, w Libii. I żałuję, że kiedyś… że wyjechałem tak nagle.

− Ja też czasem żałuję − szepnęła.

− Nie uważasz, że to jakiś znak? Że spotkaliśmy się tu po latach? Nie uważasz, że Libia jest fascynująca? To tutaj, w mitycznej Trytonii, narodziła się Atena, zabito Gorgonę, to tu Herakles podczas jednej ze swoich prac miał zabić Anteusza, tutaj znajdowała się mityczna kraina Amazonek, a także ogród Hesperyd. O tym wszystkim marzyliśmy w Krakowie, a teraz odnaleźliśmy się tu po latach. Wreszcie Libia była areną wielkich walk podczas drugiej wojny światowej, pod Tobrukiem odbyła się jedna z największych bitew, podczas której poległo tylu wspaniałych Polaków, którzy przeszli tędy z Brygadą Karpacką Andersa...

Barbara słuchała Jerzego, wyraźnie zauroczona. Gdy zaproponował jej przyjazd na zlot archeologów, zgodziła się bez wahania.

Podczas wieczornej kolacji ustalono szczegóły przyjazdu do Trypolisu. Barbara z Karen − jak zadecydował Jeremy − zostaną przywiezione przez kierowcę z Marsa Bregi. Karen ubłagała matkę, by zaprosili też Jacka i Andrzeja z Marią.


* * *

Jerzy był niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Po pokazie jego slajdów, na których przedstawił prace polskiej grupy archeologów na terenie Libii, otrzymał owacje na stojąco.

Wszystkich szczególnie poruszyła odkryta przez Polaków „głowa Augusty” − Flavii Domitilli Młodszej, przepiękna marmurowa rzeźba córki Wespazjana.

− Nic więc dziwnego, że Anteusz, starożytny heros, nie mógł żyć bez dotknięcia Libii. Tu bowiem była jego matka, ziemia, Gaia − matka wszystkich bogów, była wszak też rodzicielką Zeusa i innych bogów olimpijskich. Libia jest zaiste krainą szczęśliwą, Libya Felix − zakończył Jerzy, a sala rozbrzmiała gradem oklasków.

− Brawo, Jerzy! Brawo! − krzyczała wyraźnie poruszona Barbara.

Do gratulacji dołączyli spóźnieni bliźniacy i Maria; przywiózł ich Farag swoim czerwonym ferrari. Widok Faraga zmartwił Barbarę. Unikała go, a on patrzył na nią z wyraźnym wyrzutem.

Na powitanie Karen dyskretnie przekazała Jackowi liścik. Tęskniłam za naszymi książkowymi ucztami, przeczytał. Ucałował karteczkę i wsunął do kieszeni. Potem podszedł do Faraga i szepnął mu coś na ucho.

Spotkanie archeologów odbywało się w dużym hotelu położonym nad brzegiem morza. Z sal konferencyjnych wszyscy udali się do przestronnej sali biesiadnej, która poprzez zawieszone pod sufitem bogate tkaniny sprawiała wrażenie wielkiego namiotu. To tu na zaproszenie libijskiego ministra kultury urządzono wielkie przyjęcie w beduińskim stylu. Gościom przygrywała arabska orkiestra na darbukach. Ukłonem w stronę międzynarodowego towarzystwa był fakt, że wszyscy − i kobiety, i mężczyźni − przebywali w jednym pomieszczeniu.

Wydano ucztę z prawdziwie arabskim przepychem. Na niskich podestach w ogromnych srebrnych półmiskach pyszniły się kuskus, mięsa na szpadach, sosy pachnące aromatyczną miętą i kolendrą, ryż z rodzynkami i migdałami i jagnięcina przyrządzona na wiele sposobów.

− Braki, moje ulubione! − krzyknęła Karen. − Chodź, Jacek, kto zje najwięcej.

Złapała Jacka za rękę i pociągnęła do stosu gołąbków z liści winogron.

− Piętnasty, szesnasty... już nie mogę!

− Ja zjadłem piętnaście − zawołał roześmiany chłopak. − Wygrałaś!

− Nie wiadomo, czy wygrała − usłyszeli nieco chmurny głos Andrzeja, który również zajadał się śródziemnomorskimi gołąbkami. − Siedemnasty, osiemnasty... dwudziesty pierwszy! − wykrzyknął po chwili z dumą. − Chodź, Karen. Twoje miejsce jest przy wygranym − powiedział, ciągnąc dziewczynę w stronę wyjścia z namiotu.

Kątem oka Karen zauważyła, że do wyraźnie złego Jacka podszedł Farag. Mówił coś, lekko poklepując go po ramieniu.

Karen z Andrzejem szli wolno plażą. Zachodziło słońce, na brzeg co chwila wyskakiwały kraby.

− Niedługo kończymy korespondencyjne liceum. To ostatni rok nauki − zagaił chłopak. − Gdzie się wybierasz na studia?

− Chcę iść na prawo − odparła Karen.

− A ja na lewo − zaśmiał się Andrzej. − A tak poważnie, ja też wybieram się na studia prawnicze. Gdzie konkretnie chcesz studiować?

− Nie wiem. Tata radzi Harvard. Mama Kraków. Ale ja chyba chcę studiować w Londynie. To cudowne miasto − rozmarzyła się dziewczyna. − Byłam tam z rodzicami, kiedy byłam mała. Wkoło było pełno pięknych dziewczyn w króciutkich spódniczkach. Pamiętam, że wszyscy śpiewali Lucy in the Sky na przemian ze Strawberry Fields Forever. Jadaliśmy w starych pubach, tata pił ciemne piwo, a mama cydr. Mama pokazała mi mnóstwo pięknych obrazów. To tam zakochałam się w malarstwie Vermeera. Wiele godzin spędziłyśmy w National Gallery i w Kenwood, podziwiając jego obrazy. Byliśmy też w domu, w którym mieszkał Sherlock Holmes. To był wspaniały pobyt i właśnie do Londynu chciałabym się przenieść na studia.

− To znakomity pomysł! − zapalił się Andrzej. − Chyba ja też go rozważę.

− Przecież mieliście wrócić z Jackiem na studia do Warszawy, do babci Małgosi − przypomniała Karen.

− Ale ja chciałbym studiować z tobą. − Chłopak lekko się speszył. − I chciałbym... kiedyś... No wiesz... Ubi tu, Caius, ibi ego, Caia.

− Andrzej, no coś ty...

− Tak. Tak właśnie chcę − potwierdził Andrzej, poważnie kiwając głową.

Czerwona kula słońca niemal utonęła w ciemnogranatowym morzu. Andrzej pochylił się, by pocałować Karen, a ona odwzajemniła pocałunek.

Na tarasie, przed beduińskim namiotem stali Farag i Jacek. Jacek patrzył na brata, który znów kradł mu ukochaną. Farag patrzył w innym kierunku. Tam, gdzie ku wschodowi szedł plażą znany polski archeolog, trzymając za rękę kobietę. Jego kobietę. Jego własność. Barbarę.

− Haram − mruknął gniewnie. − Haram! Haram!! Haram!!!


Kilkaset metrów dalej szli brzegiem Barbara i Jerzy.

− Gratuluję ci. Ależ jestem z ciebie dumna!

Jerzy czuł się, tak jakby czas się zatrzymał. Jakby znów byli w Krakowie. Szedł brzegiem morza, trzymając za rękę miłość swego życia, ale nie umiał się pochylić i jej pocałować. Wtedy, w Krakowie nie powiedział jej, że miał zostać księdzem. Myślami często wracał do ich niewinnej krakowskiej miłości. Do wspólnie czytanych strof Kallimacha. A teraz tu, w Cyrenie, w mieście Kallimacha mógł przełożyć te strofy na życie. Ale fakt, że była mężatką, że była tu z córką, powstrzymywał go przed odruchami serca.

Barbara była zdziwiona brakiem jakiegokolwiek gestu ze strony mężczyzny. Szła przy nim w milczeniu, patrząc, jak słońce tonie za horyzontem, aż wreszcie ziemię spowił mrok.


Następnego dnia Jerzy osobiście oprowadzał najważniejszych gości po Leptis Magna. Wskazał na olbrzymią mozaikę, której centralnym punktem była wielka pomarańczowa kula słońca.

− W Leptis Magna urodził się cesarz rzymski Septymiusz Sewer. Właśnie tu odnaleźliśmy popiersie jego matki, Domitilli. − Jerzy pokazał grupie zdjęcia z wykopalisk przedstawiające kolejne etapy pracy. Archeolodzy kiwali głowami, wymieniali uwagi.

− Ta rzeźba może być porównywana z Nike z Samotraki, Grupą Laokoona czy z Pietą Michała Anioła − powiedział profesor Marcello Pavioni, słynny włoski archeolog, znawca rzeźby i autor wielkiej monografii Dzieje rzeźby − od Fidiasza do Brancusiego. − Muszę stworzyć erratę do mego podręcznika. Bravo, bravissimo! − wyraził swoje uznanie wobec Jerzego i znów rozległy się brawa.


Wieczorem w Sabracie miało się odbyć przedstawienie Aidy. Specjalnie na tę okazję zaproszono z Mediolanu orkiestrę z La Scali. Amfiteatr w Sabracie, największy i najlepiej zachowany na świecie z czasów rzymskich, stanowił właściwą oprawę dla dramatu Verdiego. Widzowie z podekscytowaniem wymieniali uwagi, wskazując na pochodnie oświetlające scenę i rozgwieżdżone niebo ponad nimi. Aktorzy wyglądali na dużo wyższych, niż byli w rzeczywistości. Śpiewali, a ich głosy mieszały się z pluskiem fal. Nie poskąpiono też na bogate dekoracje, skrzące się drogocennymi kamieniami, i szaty przetykane złotem.

Nic dziwnego. W pierwszym rzędzie siedział Kaddafi. Na tę okazję przywdział strój arabskiego wojownika − długą złoto-białą szatę, na głowie miał turban. W pobliżu Kaddafiego siedział Jerzy, a także kilku archeologów i włoscy oficjele. Pierwszy rząd obserwowała też Maria. Obok przywódcy wypatrzyła Hamida.

W pewnym momencie posłał jej długie, tęskne spojrzenie. Odpowiedziała mu tym samym.


Blisko Kaddafiego siedział również Farag. Spojrzenia jego i Barbary skrzyżowały się. Barbara spuściła wzrok, a on spojrzał ze złością na Jerzego.

Aida śpiewała o złamanym sercu. Światło pochodni oświetlających scenę tańczyło migotliwym blaskiem. Choć Libię trapił kryzys, choć trwały bratobójcze walki, teraz, tutaj wydawało się to odległe, wręcz nie­realne.

Po koncercie goście spacerem ruszyli do hotelu.

Karen szukała wzrokiem bliźniaków, jednak nigdzie ich nie było. Dostrzegła braci, dopiero gdy grupa zbliżyła się do hotelu. Bili się. I wyglądało to na poważną sprzeczkę. W pewnym momencie jeden z nich upadł.

− Andrzej! − rozległy się jednocześnie dwa przerażone kobiece głosy.

Karen i Maria podbiegły do bliźniaków. Na piasku leżał Jacek. Miał zakrwawioną twarz.

− To tylko ja, a nie wasz Andrzejek − zdążył jeszcze wycharczeć, po czym zamknął oczy.

− On nie żyje! − krzyknęła Maria.




Rozdział XXI

Piknik pod wiszącą skałą



Malta, sierpień 1974

Nuda, nuda, nuda.

Karen po raz piąty czytała książki z półki mamy. Książki ojca też znała już na pamięć.

Atmosfera w domu była koszmarna. Rodzice odzywali się do siebie tylko wtedy, gdy musieli coś ustalić w kwestiach dotyczących codziennych sprawy lub Karen.

Od czasu bijatyki pomiędzy bliźniakami o względy Karen w Sabracie i tygodniowym pobycie Jacka w szpitalu w Trypolisie skończyło się też pisanie listów i oczekiwanie na regularne spotkania.

Program szkoły korespondencyjnej Barbara i Karen zakończyły w lutym. Karen nie chciała uczestniczyć w zajęciach młodzieżowych organizowanych na kampusie − była najstarsza z gromadki dzieci zamieszkujących Marsa Bregę i mówiła o nich „dzieciaki”, prychając i wydymając z wyższością usta.

Gdy Jeremy wracał z pracy lub z podróży służbowych często zastawał w domu następujący obrazek: w zacienionej sypialni leżała Barbara, słuchała muzyki − głównie Toma Jonesa i Demisa Roussosa, i pisała listy. Dużo listów. Jerzy po wielkim sukcesie na spotkaniu archeologów został zaproszony z cyklem wykładów do Anglii i tę propozycję przyjął. To tam Barbara kierowała całą korespondencję. Na sofie w salonie leżała Karen, zwykle patrząc w sufit. Od rana do wieczora słuchała muzyki. Mozart, Rachmaninow na zmianę z Beatlesami i Doorsami. Zdarzało się, że kilkanaście razy pod rząd odtwarzała Raiders In The Storm. Jej jedynym obowiązkiem były dwie godziny lekcji dziennie − wciąż intensywnie uczyła się arabskiego.

Jeremy’ego zaniepokoiła ta sytuacja. Postanowił, że musi coś z tym zrobić. W czwartek wrócił wcześniej z pracy i oznajmił:

− Dziewczyny, pakujcie się. Jedziemy na wycieczkę. Będziemy łowić mureny!

Karen i Barbara były tak zdumione, że nawet nie zadawały pytań. Wystarczyła godzina i były gotowe do drogi.

Z magnetofonu w ich land roverze płynęła radosna muzyka, tegoroczny przebój Demisa Roussosa My Friend. Jeremy usiadł za kierownicą − w beżowych szortach, błękitnej koszulce polo, trampkach i czarnych ray-banach prezentował się bardzo młodzieżowo.

Karen i Barbara ubrały się w płócienne, cieniutkie pakistańskie sukienki do ziemi. Wyglądają jak siostry, pomyślał Jeremy, uśmiechając się do siebie. Są piękne...

− Jedziemy tutaj. Do Małej Syrty. − Jeremy wskazał na mapie cypel w kształcie podkowy. − Tu na mieliźnie osiadł niegdyś francuski frachtowiec. Obok jest wyspa, na którą popłyniemy.

Po drodze zatrzymali się na farmie − kupili cukinie, bakłażany i pomidory oraz czosnek, cebulę, świeżą miętę i kolendrę. Do bagażnika trafiły też melony i arbuz, a w przydrożnej piekarni zakupili wielką torbę świeżej chobzy. Po kolejnej godzinie zjechali z autostrady na boczną drogę opatrzoną drogowskazem „Wielka Syrta − wielkie miasto Wielkiego Wodza Kaddafiego”. Z każdej latarni uśmiechał się portret wodza w mundurze pułkownika.

− To tutaj urodził się przywódca Libii, syn Abu Meniara i Aishy al-Kaddafi − powiedział Jeremy, trzymając mocno kierownicę.

Opuścili miasto pełne zielonych flag i propagandowych tablic z cytatami z przemów wodza i skierowali się na nadmorską aleję. Po przejechaniu około piętnastu kilometrów kamienistą drogą ich oczom ukazała się wyspa. W słońcu błyszczał zardzewiały dziób statku, wystający dobre dwadzieścia metrów ponad powierzchnię wody.

Jeremy zahamował i zatrąbił trzy razy.

− Jesteśmy na miejscu! − oznajmił radośnie.

Sprawnie napompował duży ponton, do którego wrzucili trzy śpiwory, karimaty, ubrania na zmianę, przenośną lodówkę i torbę z jedzeniem. Barbara zapakowała małą zgrzewkę wody gazowanej i ulubione frykasy męża − tuńczyka, kukurydzę w puszce i majonez, a także smakołyki dla Karen − serki topione „z krówką” i philadelphię.

Ojciec i córka ubrali się w kombinezony nurków i zwodowali ponton z weekendowym ekwipunkiem i Barbrą w środku. Obok żony, niezwykle ostrożnie, Jeremy ułożył dwie kusze. Po niecałej godzinie dopłynęli do celu. Zrzucili kombinezony i opłynęli wyspę. Woda była ciepła i przejrzysta.

Potem Barbara zrobiła najlepsze śródziemnomorskie sandwiche świata z tuńczykiem, jak nazywała je Karen. Zawsze nad morzem jedli te sandwiche. Dawno tego nie robiliśmy, pomyślała Barbara i po raz pierwszy od długiego czasu uśmiechnęła się do męża.

Poszli na spacer wokół wysepki. Na ognisko wybrali miejsce w uskoku sporej pionowej białej skały. Pod drugą skałą rozłożyli karimaty i rzucili śpiwory. Zebrali duże płaskie kamienie, aby stworzyć ruszt na ryby. Podpatrzonym u Arabów sposobem zakopali butelki z wodą i arbuzy w piasku, żeby się nie nagrzały. Jeremy polał szmatkę benzyną i rzucił ją do środka kręgu ułożonego z płaskich kamieni. Buchnął wysoki płomień. Patrzyli w milczeniu, jak ognisko płonie, a potem wygasa.


− No, Karen, czas na nas − powiedział Jeremy. − Zakładaj skafander i maskę. A ty, Barbro, opalaj się i czuwaj nad domowym ogniskiem. To nasza polowa kuchnia.

Córka i ojciec, ubrani w skafandry płetwonurków, najpierw skierowali się do wraku statku; przy zardzewiałym dziobie pływały setki, a może nawet tysiące małych rybek. Jeremy wskazał Karen wielki łańcuch, który ocierał się o dziób i nikł gdzieś w głębinach. Tam żerowały większe ryby, jedna przypominała rekina. Karen, wystraszona, obejrzała się, ale Jeremy uspokoił ją gestem. Popłynęli za wysepkę. Piękna wielokolorowa rafa urzekała różnorodnością i kolorami podwodnego życia. Jeremy odpiął kuszę przytroczoną do pleców i rozpoczął polowanie. Po półgodzinie w sieci znajdowały się płaszczka, której mężczyzna ostrym nożem odciął kolec, dwie manty i murena. Przy polowaniu na tę ostatnią zawsze zachodziło ryzyko − była to najgroźniejsza ryba śródziemnomorskiego akwenu, śmiertelnie niebezpieczna. Barbara podbiegła do nich, kiedy wychodzili z morza z siatką pełną złowionych ryb. Karen patrzyła z radością, jak mama wyjmuje ojcu jakiś niewidoczny pyłek z włosów. Jeremy zabrał się do sprawienia ryb. Każdą filetował, uważnie usuwając grzbiet i ości. Każdą skropił sokiem z cytryny, a do środka włożył świeżą miętę i kolendrę. Tak przygotowane otoczył w soli i zawinął szczelnie folią. Pod ułożone na ognisku kamienie wylał jeszcze trochę benzyny, a gdy ogień się ustabilizował, wyłożył ryby.

Zachodziło słońce, gdy rodzina Robinsonów spożywała wieczerzę złożoną z upieczonych w ognisku ryb, chobzy, pieczonej cukinii i pomidorów.

Po kolacji Karen, zmęczona polowaniem, ucałowała rodziców i wskoczyła do śpiwora. Szczelnie otulona, patrzyła na rozgwieżdżone, czyste niebo − na Mleczną Drogę i Wielki Wóz. Ostatni raz oglądała tak gwiazdy, gdy nocowali na plaży z bliźniakami. Podziwiali wtedy gwiazdy Kastora i Polluksa, Perseusza i Andromedy.

Myślała o Jacku i Andrzeju. Zastanawiała się, czy miłość może poróżnić braci. Próbowała odpowiedzieć sobie na pytanie, czy za którymś z nich szczególnie tęskni, czy w ogóle chciałaby ich jeszcze zobaczyć.

Karen zerknęła na rodziców. Matka pogrążona była w rozmowie z ojcem. Ich gesty i spojrzenia świadczyły o tym, że atmosfera rozmowy była ciepła i serdeczna.

Usnęła z uśmiechem na ustach.


− Jeremy, dziękuję za dziś. To był wspaniały pomysł − powiedziała Barbara.

− Ostatnio było jakoś nie tak − odparł Jeremy. − A dziś nareszcie wszystko wróciło do normy. − Dotknął delikatnie dłoni żony, a ta jej nie cofnęła. Siedzieli długą chwilę w ciszy, trzymając się za ręce i patrząc na tańczące wokół ogniki. − Wiesz, jestem zaniepokojony Karen − podjął Jeremy. − Od powrotu z Trypolisu wydaje się prawdziwie przygnębiona.

− Tak, ja też to widzę. − Barbara z namysłem pokiwała głową.

− Co robić, Barbro? − Jeremy był wyraźnie strapiony. − Ona potrzebuje towarzystwa w swoim wieku. Ta nuda może prowadzić do jakichś kłopotów...

− Czyżbyś martwił się, że ciągle słucha tego kawałka... Jak to leciało? Father? Yes, son? I want toooo... − Barbara zaśpiewała nieco przeciągle i uśmiechnęła się.

W świetle ogniska miała lekko zaróżowioną twarz, a od szerokiego uśmiechu w jej policzkach pojawiły się dołeczki, które niegdyś tak urzekły Jeremy’ego, a których już tak dawno nie widział.

− No tak, trochę mnie to martwi − przyznał, odwzajemniając uśmiech.

− Wiesz, mam pewne pomysły. Długo o tym myślałam ostatnio. Karen powinna pojechać do szkoły. Albo do mojej mamy, do Krakowa, albo do twojej, do San Francisco.

− Świetny pomysł! − wykrzyknął Jeremy, ale zaraz stracił humor. − A jeśli nie będzie chciała jechać do żadnej z babć? Ja w jej wieku byłem w internacie. Stany? Chyba nie chciałbym, by była tak daleko od nas. Może pomyślmy o miejscu oddalonym o parę godzin lotu. Szwajcaria? Anglia? Jak to widzisz, Barbro?

− Wiesz, to może ja wrócę z nią do Krakowa? − zaproponowała nieśmiało kobieta.

− Nie... Proszę, Barbro, daj nam second chance... Bardzo cię proszę. − Jeremy ścisnął rękę żony.

Barbara milczała chwilę. Biła się z myślami, ale w końcu uśmiechnęła się pojednawczo.

− Dobrze, spróbujmy, Jeremy.

− Jeśli internat, to może Malta? − zaproponował. − Kolega Romana ze szpitala wysłał córkę do Szkoły św. Moniki do La Valetty. Są bardzo zadowoleni.

− Może jest na tyle dorosła, by pozwolić jej zadecydować samej? W końcu to już ostatni rok liceum.

− Good idea! − Jeremy klasnął w dłonie. − A teraz chodźmy spać, Barbro.


Już dwa miesiące później Karen jadła lunch w towarzystwie swoich nowych szkolnych koleżanek − Brytyjki Angeli, Francuzki Beatrice i Doroty z Polski. Siedziały przy długim prostokątnym stole w sali o wysokich gotyckich sklepieniach. Angela Pattinson, klasowa śmieszka, robiła zabawne miny, a dziewczyny chichotały radośnie.

− Panienki, uspokójcie się, pomyślcie o poważnych sprawach. − Nie wiadomo skąd wyrosła przy nich siostra Annunziata, wysoka kobieta w szarym habicie. Miała ksywkę „Orli Nos i Gumowe Ucho”.

Jeremy i Barbara powiedzieli córce o swoim pomyśle kilka dni po powrocie z pikniku na wyspie. Przedstawili jej propozycje szkół z internatem. Karen tak naprawdę chciała jechać do babci, do Polski, ale w oczach mamy zobaczyła nowy, dawno niewidziany blask i pomyślała, że najlepiej będzie, jeśli pojedzie do La Valletty, a matka zostanie przy boku ojca.

Klasztor i konwent św. Moniki, matki św. Augustyna − szkolny kompleks dla młodych dam − wzniesiono na nadmorskim skalistym wybrzeżu, jakieś piętnaście kilometrów na północny wschód od stolicy Malty. Szkoła z internatem zajmowała kilka budynków należącej niegdyś do krzyżowców twierdzy zbudowanej z monolitycznych bloków. W szkole na Malcie uczono tylko tego, co zdaniem sióstr przyda się dobrym paniom domu. W broszurze, którą przysłano rodzicom, Karen przeczytała: „Nasze absolwentki umieją się komunikować w wielu językach, angielskim, włoskim i francuskim. By prowadzić mądrą rozmowę, na lekcjach czytamy Biblię i mitologię, rozważamy strony poświęcone filozofii według świętych Augustyna i Tomasza z Akwinu. A także uczymy gotowania, robótek ręcznych, sztuki i nauki rysowania. Nie za dużo matematyki”.

Gdyby nie to, że co rano o szóstej trzeba było spędzić godzinę w kaplicy, modląc się, Karen byłaby całkiem zadowolona. Ale odrobina pobożności jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Właśnie dziś całą klasą dziewczęta miały jechać na wycieczkę do stolicy Malty. Karen usiadła z koleżanką na pierwszym miejscu obok kierowcy. Jako niegdysiejsza kolonia brytyjska Malta nadal uznawała ruch lewostronny i jadąc do miasta, dziewczyny co chwilę miały wrażenie, że najeżdża na nie z przeciwka samochód. Piszczały i zasłaniały oczy, ale... wszystko było w porządku.

Celem wycieczki było zwiedzenie siedziby Kawalerów Maltańskich − Pałacu Wielkich Mistrzów i katedry św. Jana, której olbrzymia kopuła, nieco podobna do londyńskiej katedry św. Pawła, górowała nad skalistą zatoką La Valletty.

Siostra Annunziata, absolwentka historii sztuki w Rzymie, zaprowadziła podopieczne do obrazu Caravaggia przedstawiającego św. Hieronima. Jego muskularne ramiona przywodziły na myśl raczej mitologicznego herosa niż świętego.

− Caravaggio uciekł na Maltę po tym, jak wdał się w Rzymie w zbyt wiele bójek i awantur − powiedziała. − Szybko wkradł się w łaski zakonników. Co niebywałe, stał się jednym ze szpitalników − członkiem konwentu. Pierwszym od kilkuset lat! Zatrudnili go, by udekorował ich najważniejszą świątynię, właśnie tę, w której się znajdujemy. − Karen poraził blask bijący od oblicza świętego. − Zobaczcie − ciągnęła siostra. − Nie trzeba wrzucać monety, by oświetlić jego twarz. Niesamowite światło! Tak, Caravaggio to najwspanialszy malarz włoskiego baroku, do absolutnej maestrii doprowadził operowanie światłocieniem. Szokował ówcześnie i szokuje dzisiaj, gdyż jego święci wyglądają jak zwykli ludzie. − Zakonnica oblała się rumieńcem.

− Niezła klata − szepnęła Angela do ucha Karen. Dziewczyny spojrzały na wspaniałą, męską, idealnie wyrzeźbioną sylwetkę świętego − przystojnego mężczyzny w średnim wieku. Szkarłatna tkanina opływająca jego postać nieco za bardzo odsłaniała ciało poniżej pępka.

− Caravaggio przebywał na Malcie na zaproszenie Wielkiego Mistrza Alofa de Wignacourt − kontynuowała zakonnica. − Malarz schronił się tu po dokonaniu morderstwa. Jego życie było pełne dzieł tworzonych za podszeptem aniołów, ale i diabła. To obrazy na wagę złota; są ozdobą każdej kolekcji sztuki na świecie. A tu mamy ich aż trzy − dodała z dumą. − Podczas pobytu na wyspie namalował jeszcze dwa obrazy: portret swojego protektora Wielkiego Mistrza i Ścięcie św. Jana Chrzciciela, które zobaczycie tuż obok. Nie uciekł jednak od konfliktów i został wydalony z Malty przez joannitów. Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach podczas powrotu z Neapolu do Rzymu. Teorii na temat jego śmierci było wiele, niektórzy wspominali nawet, że został zamordowany. Umarł tak jak żył. Spotkała go słuszna kara za grzechy − zawyrokowała ciszej siostra Annunziata, choć zachwyt, który malował się w jej oczach na widok obrazów, kłócił się z surowym tonem.Zakonnica była wyraźnie zafascynowana malarzem. By nawrócić podopieczne na drogę religijnej zadumy, siostra przeszła do nawy z obrazami związanymi z apostołem Jezusa.

− Malta to święte miejsce − podjęła. − To tutaj rozbił się statek św. Pawła. Apostoł szerzył tu naszą wiarę. − Zatrzymała się przed jednym z licznych grobowców. − Zakon joannitów powstał na początku jedenastego wieku w Jerozolimie jako pierwszy − jeszcze przed templariuszami czy krzyżakami. Opiekowali się chorymi pielgrzymami, stąd nazywano ich szpitalnikami. Ich główną misją była jednak walka z muzułmanami, których nazywano Saracenami. Ponieważ czynili to w imię obrony wiary chrześcijańskiej − symbolu krzyża − zwano ich też krzyżowcami. Stoimy przed nagrobkiem Giacomo. Pochodził on z rodu Grimaldich, z których wywodzi się obecny książę Monako, Rainier. Krąży legenda, że Giacomo zakochał się w chłopce i chciał się wyrzec stanu duchownego, ale podczas spaceru spadł z półki skalnej na południe od La Valletty. Za karę rodzina Grimaldich została obciążona klątwą na wszystkie pokolenia − dodała ciszej Annunziata.

Karen stanęła w oknie sali Pałacu Mistrzów i spojrzała na naturalny port wykuty w skałach, w którym cumowały statki i jachty.

Po spacerze krużgankami, zwiedzeniu katedry św. Jana, patrona joannitów, siostra Annunziata zawołała dziewczęta i ogłosiła czas wolny.

− Chodźmy na rynek, dziewczynki. I proszę o godne do waszego stanu zachowanie. Pamiętajcie, że reprezentujecie naszą szkołę. Mówię to zwłaszcza do ciebie, Angelo. − Spojrzała surowo na swawolną uczennicę. − Nie palimy, nie zdejmujemy szarego habitu, nie malujemy się i nie pijemy alkoholu. Jesteście częścią konwentu św. Moniki!

Dziewczęta wyszły na skąpane w ostrym słońcu podwórze. Biły dzwony. Dochodziło południe. W powietrzu unosił się charakterystyczny tu zapach − mieszanka wszechobecnego kwiecia eukaliptusa i słodyczy. Po uliczkach snuli się turyści − niektórzy siedzieli przy kawie pod parasolami, zaglądając do przewodników, inni od  ulicznych przekupniów kupowali lokalne słodkości przyrządzane na oczach przechodniów. Łakocie były smażone w głębokim tłuszczu, w garnkach stojących na małych palnikach, i jeszcze gorące zawijane w papier.

Karen, podobnie jak wszyscy Maltańczycy, uwielbiała słodycze, zwłaszcza miodowe precle Qaghaq tal-Ghasel, które arabską nazwą przywodziły czasy panowania Saracenów nad wyspą. Uwielbiała też malutkie romby z cienkiego ciasta nadziewane daktylami i anyżkiem. Na lekcji gotowania uczyły się je przyrządzać. Karen starannie wykaligrafowała w swoim zeszycie opatrzonym tytułem Moja książka kucharska: Maltańskie miodowe precle Qaghaq tal-Ghasel: Najpierw przygotowuję nadzienie: 75 gramów dżemu, 150 gramów cukru, 50 gramów startej kandyzowanej skórki z cytryny, pomarańczy i mandarynki. Gotuję i doprowadzam do wrzenia. Skręcam ogień i dodaję powoli 3 łyżki semoliny. Szybko mieszając, gotuję jeszcze przez chwilę. Odstawiam do ostygnięcia, a w tym czasie robię ciasto: zagniatam 50 gramów margaryny z 600 gramami mąki, 2 białkami i odrobiną wody. Odstawiam w chłodne miejsce na 2 godziny. Wałkuję ciasto na prostokąty 10 na 18 centymetrów. Na środek nakładam wzdłuż nadzienie. Zawijam ciasto w obwarzanki. Papier do pieczenia posypuję semoliną, precle nacinam ostrym nożem w kilku miejscach. Piekę 25 minut w temperaturze 120−150 stopni.

Karen i Angela oddaliły się od grupy, choć większość koleżanek została na głównym rynku z siostrą Annunziatą. Karen wiedziała, że niedaleko, w jednej z bocznych uliczek sprzedają wspaniałe malinowe lody. Tak jak jej mama i babcia oddałyby wiele za ten przysmak.

Po chwili dziewczęta stały w zaułku; Karen ze smakiem jadła lody, a Angela paliła papierosa, mocno się zaciągając. Wcześniej zdążyła zrobić szybki makijaż − miała ostro umalowane usta, a ciemnozielone oczy podkreśliła szarymi i niebieskimi cieniami.

Po chwili zatrzymała się przy nich grupka młodzieńców. Swoją aprobatę chłopcy wyrażali gwizdami i niewybrednymi komentarzami. Mieli mundurki z herbem szkoły męskiej św. Jana. Jeden z nich, niezbyt wysoki, o szczerym uśmiechu i z przerwą między górnymi jedynkami, przywitał się z Angelą i szepnął jej coś na ucho.

− Dobra, może uda nam się urwać − powiedziała dziewczyna i wycisnęła na jego ustach namiętny pocałunek.

− Ladies. Chłopak ze śladami szminki na ustach skłonił się i wraz z kolegami odszedł w swoją stronę. Kompani śmiali się i poklepywali po plecach.

Karen i Angela także ruszyły przed siebie. Uliczki o tej porze były ciche, wszystkie okna zasłonięto żaluzjami − nieodzowny znak, że trwa sjesta. Szły niespiesznie, bo upał osiągnął apogeum. Nagle popołudniową ciszę zakłócił warkot silnika. W uliczkę wjechało czerwone, lśniące ferrari. Gdy zatrzymało się na światłach, Karen zobaczyła siedzących w środku Faraga, Andrzeja, Jacka i mężczyznę w kwefie na głowie. Nie było widać jego twarzy. Faraga też ledwo poznała − miał długą brodę, a głowę przewiązał arafatką.

Co oni tu robią? Co się stało? Dlaczego nie zawiadomili mnie o przyjeździe? − zastanawiała się, szczerze zdziwiona.

Pomachała do nich, ale ponieważ była odziana w szary habit − obowiązkowy strój dziewcząt na pensji św. Moniki, nie poznali jej.

Wciąż nie dawał jej spokoju mężczyzna w burce siedzący obok kierowcy. Gdy wyciągnął rękę, by złapać się uchwytu nad oknem, ujrzała na jego palcu pierścień. To był mężczyzna z seledynowym sygnetem! Ten sam, którego widziała podczas zamachów pod piramidami.

Karen zaparło dech w piersi. Gdy światła się zmieniły i samochód ruszył z piskiem opon, usiadła na rozgrzanych kamiennych schodach.

Farag, bliźniacy, ten dziwny człowiek, którego zapamiętała z Egiptu... Co oni mieli ze sobą wspólnego? I co robili na Malcie? Czy to ma jakiś związek z zamachem w Gizie?

− Karen, źle się czujesz? − Podniosła głowę i zobaczyła nad sobą zatroskaną twarz Angeli. − Chodź, musimy wracać. Mamy jeszcze jechać na piknik.

Siostra Annunziata siedziała na starym rynku, popijając bitter sodę i czytając gazetę. Kiedy grupka dziewcząt zebrała się przy niej, wstała gwałtownie, oblewając kartki czerwonym napojem. Karen przyjrzała się gazecie, którą zakonnica niedbale wrzuciła do kosza. Z pierwszej strony patrzył na nią mężczyzna z seledynowym sygnetem. Napis pod zdjęciem głosił: Terrorysta Ibrahim Al-Mohammed znany z wywrotowej działalności w Arabii Saudyjskiej i Libii szkoli pilotów terrorystów w bazie na Malcie. Opinia publiczna Malty jest zatroskana. U prezydenta złożono list, wnioskując, by zaostrzył zasady pobytu na naszej wyspie. Na świecie mówi się, ze coraz więcej terrorystów wspieranych przez Kaddafiego znajduje się na Malcie. Ibrahim Al-Mohammed jest najprawdopodobniej odpowiedzialny za zamachy w Monachium podczas ubiegłorocznej olimpiady. Policja prosi wszystkich, którzy widzieli mężczyznę, o kontakt z najbliższą jednostką.

A więc Saraceni walczą teraz z krzyżowcami ich własną bronią, pomyślała Karen, patrząc na flagę z maltańskim krzyżem powiewającą nad siedzibą prezydenta.


Nazajutrz Karen otrzymała telegram od Jacka, który informował ją, że są przejazdem na Malcie wraz z Andrzejem i Faragiem. Zatrzymali się u znajomego Faraga, który ma tu coś ważnego do załatwienia. Jadą do Polski w odwiedziny do babci Małgosi. Mama oddała ich pod opiekę Faraga, studiującego w dęblińskiej szkole pilotów. Pytał, czy otrzymałaby od sióstr pozwolenie na spotkanie. Jeśli oczywiście jest w stanie wybaczyć im tę głupią kłótnię w Sabracie. Specjalnie ze względu na Karen przypłynęli promem na Maltę, skąd mają lot do Rzymu i dalej do Warszawy. Czekają na kontakt.

Na końcu listu Jacek podawał namiary na hotel św. Jakuba, w którym się zatrzymali.

Karen nie zadzwoniła.


Kilka tygodni później w grocie, w której nauczał święty Paweł, Karen przekonała się o niezwykłej aurze tego słynącego z uzdrowień miejsca. Siedząc na skale, obok Grotto, nagle to poczuła.

Wczoraj, kładąc się do łóżka, kochałam ich obu. A dziś rano wstałam już odkochana, pomyślała.

Finis coronat opus − głosił napis wyryty w skale przez jakiegoś pielgrzyma.




Rozdział XXII

Nieznośna lekkość bytu



Praga, 16 listopada 1974

Maria leżała w hotelowym łóżku i wpatrywała się w wiszący na suficie kandelabr. Przez dwa ostatnie dni zdążyła poznać wszystkie elementy wystroju tego pokoju; bogato złocony plafon z zakręconymi esami-floresami, mitologiczną scenę z porwaniem Prozerpiny z prawej strony łóżka, sąd Parysa z lewej, rzeźbione winne grona w drewnianych okuciach, wielkie bordowe kotary przetykane złotą nitką, tworzące baldachim, i takie same zasłony w oknach. A okna ogromne, w typie porte fenetre − z przepięknym widokiem na Hradczany i Most Świętego Karola. Hotel należał do złotego wieku świetności Pragi, powstał w czasach secesji.

Od dwóch dni Maria oglądała głównie ściany tego pokoju.

Właściwie nie wychodziła z łóżka.

Hamid spał, równomiernie oddychając, z jedną ręką na jej brzuchu. Delikatnie zsunęła jego dłoń i poszła do łazienki, aby wziąć długi prysznic.

Hamid ponownie zagościł w jej życiu w Sabracie. Podczas gdy Jacek zakrwawiony po bójce z bratem leżał pod hotelem, zaniepokojony zbiegowiskiem Hamid natychmiast znalazł się przy niej. To dzięki niemu Jacek tak szybko został przewieziony do rządowej kliniki w Trypolisie.

Później kilka razy wpadł do szpitala, gdy czuwała przy synu. Na szczęście rany nie były tak poważne, jak wyglądały, i chłopak − z zagipsowaną ręką i kilkoma szwami − szybko wracał do sił.

Po wypadku Maria więcej czasu spędzała z  Jackiem i chyba po raz pierwszy w życiu nakrzyczała na Andrzeja. Ten kilkakrotnie przychodził, by przeprosić brata. Wreszcie otrzymał przebaczenie. Andrzej wrócił do Benghazi z ojcem, a Jacek i Maria zostali jeszcze na okres rehabilitacji w stolicy Libii.

Pomiędzy Hamidem a Jackiem nawiązała się nić przyjaźni. Czasami Maria jechała taksówką do Trypolisu, by na chwilę odetchnąć, a wtedy Hamid zostawał z jej synem. Rozmawiali o historii, o Libii oraz o pustyni. Jacka fascynowały islam i historia wojskowości.

Pewnego dnia Hamid zapytał Jacka, czy jak wyzdrowieje, chciałby zobaczyć wojskową paradę jako specjalny gość w rezydencji Kaddafiego. Chłopaka zawsze interesowały militaria, więc z ochotą przystał na tę propozycję. Maria postanowiła tego dnia odpocząć i podziękowała za zaproszenie.

Wieczorem Jacek opowiadał jej z wypiekami na twarzy: „Rezydencja wyglądała z zewnątrz jak wielki namiot, a w środku kryła bogactwa, jakich mogliby się nie powstydzić najbogatsi szejkowie! Przed podjazdem stały lamborghini, jaguary, bentleye i ferrari. Boki namiotów były tkane złotem w inskrypcje wersetów z Koranu, ściany wykładane adamaszkiem, a na ziemi leżały afgańskie i perskie kobierce. Wszędzie aż kapało złotem! Na każdym kroku nowoczesne systemy klimatyzacji i nagłośnienia! Mówię ci, to aż nieprawdopodobne! Weszliśmy do dużego namiotu, w którym było kilkaset osób. Poza arabskim słychać było angielski, niemiecki, a nawet hebrajski! Było tu wielu przedstawicieli współpracujących z Libią firm z Włoch, kilku znanych piosenkarzy i piłkarzy. Mówiono, że Kaddafi ma udziały w Fiacie i Juventusie! Wyobrażasz to sobie? Kaddafi w stroju tuareskiego wojownika stał na ukwieconym podwyższeniu, witał się ze wszystkimi łaskawie. My przywitaliśmy się jako ostatni. Ujrzałem wysokiego mężczyznę z zarostem. Muszę przyznać, że biła od niego charyzma. Hamid mnie przedstawił, a Kaddafi wyciągnął do mnie rękę. Powiedział słowa powitania, a ja odpowiedziałem mu po arabsku. Kaddafi zainteresował się, skąd tak dobrze znam język, więc powiedziałem, że chodzę do szkoły arabskiej. Zamienił ze mną kilka zdań i zaprosił ponownie”. Jacek cały wieczór chodził jak w euforii. Potem spotkał Faraga, który też brał udział w paradzie. Był z nim Mohammed, którego Jacek poznał w Egipcie. Miał sygnet z napisem Allach jest wielki. „A potem była parada”, opowiadał matce z zachwytem. „Najpierw konna − beduińscy wojownicy strzelali w powietrze. Potem jechały czołgi. I szła kolumna żołnierzy. Szli też zwykli Libijczycy, trzymali transparenty z Kaddafim, Naserem i Omar Mukhtarem. A na koniec był pokaz fajerwerków. Wszystkie były zielone…”

Maria nie słuchała. Myślała o Hamidzie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Jacek z matką wrócili do Benghazi, do Romana, szczęśliwego, że znowu ma przy sobie całą rodzinę. Bardzo go cieszyło, że po wspólnym pobycie w Trypolisie stosunki między Jackiem a Marią się poprawiły.

Dni płynęły podobne jeden do drugiego. Chłopcy przygotowywali się do matury w systemie szkoły korespondencyjnej i kończyli trzecią klasę gimnazjum w szkole arabskiej. Kilka dni po powrocie do Benghazi Maria zadzwoniła z pracy do Hamida, by podziękować mu za okazaną pomoc i opiekę w czasie choroby Jacka.

Malesh”, powiedział tylko i rozłączył się. Maria dłuższą chwilę siedziała w bezruchu ze słuchawką w ręku. Potem, rozczarowana, wróciła do zajęć. Pochyliła się nad zdjęciami uprawnych pól na pustyni. Był to między innymi jej sukces.

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie. Otworzyła drzwi. W progu stał Hamid. Wszedł do środka, a Maria odruchowo zamknęła za nim drzwi na klucz. I było jak dawniej, tak jakby nie było tej przerwy od dnia rozpoczęcia wojny. Hamid znowu jej szeptał do ucha: „I missed you so much, Marija”.

Następnego dnia zadzwonił sekretarz Hamida. Powiedział, że ma dla Marii zaproszenie do udziału w międzynarodowej konferencji poświęconej zmianom w ekosystemie światowych pustyń i lasów. Konferencja miała się odbyć za dwa tygodnie, a Maria miała być tam speakerem i gościem specjalnym. Poproszono ją, by przedstawiła osiągnięcia libijskiego rolnictwa na przykładzie jej badań, rozpoczęcia nawadniana pustyni i uzyskania pól uprawnych w Kufrze, w samym sercu Sahary. Sekretarz zapytał, czy może zarezerwować dla niej lot i hotel w Pradze. Maria odpowiedziała, że musi to ustalić z rodziną.

Wspólnie stwierdzili, że to wielkie wyróżnienie. W tym samym czasie, kiedy miała się odbyć konferencja, Farag zaproponował, że zabierze bliźniaków na Maltę i do Polski, a Maria stwierdziła, że to bardzo dobry pomysł.

Zatelefonowała więc do sekretarza Hamida i potwierdziła swoją obecność. Ten kilka godzin później oddzwonił z planem lotu. Maria nie zapytała, dlaczego jedzie na pięć dni, skoro konferencja trwa zaledwie dwa.

Drogę z lotniska do hotelu zapamiętała jak we śnie. Powitalny drink z naukowcami z całego świata, konferencja, jej wykład... „W oazie na Saharze, w Kufrze, w pobliżu granicy z Egiptem i Sudanem dzięki transformacji pustyni w ekosystem zieleni będzie kiedyś płynęła rzeka. Kufra to w dziewiętnastym wieku miejsce postoju dla karawan w drodze do Chartumu. Podczas drugiej wojny światowej ważny punkt strategiczny. Na ten cel i na badanie, które prowadzę, przeznaczono wiele milionów dolarów. I tak zamieniamy piaski pustyni w ogromne pola uprawne. Jest to projekt prowadzony przy osobistym zaangażowaniu przywódcy Libii, Kaddafiego”, ciągnęła, pokazując kolejne slajdy. „Stworzono tu wielokilometrowy podziemny system melioracyjny. Kiedyś popłynie tu rzeka”.

Gdy skończyła, rozległ się grad oklasków.

Potem odbyła się elegancka kolacja w pobliżu starówki i nocny spacer po Złotej Uliczce. Drugiego dnia po zajęciach, wspólnym obiedzie, wymianie wizytówek i uprzejmości nastąpił koniec spotkania. Maria spakowała materiały konferencyjne, pożegnała się i wsiadła do taksówki.

„Mala Strana, hotel Klarov” − rzuciła kierowcy.

Kiedy weszła do lobby secesyjnego hotelu, zobaczyła Hamida. Czekał na nią, wpatrując się w obrotowe drzwi. Bez słowa wstał i razem weszli do windy − pięknego okazu art nouveau. Odskoczyli od siebie, dopiero gdy winda stanęła na trzecim piętrze i wsiadła do niej starsza pani w niesamowicie różowej sukience. Na rękach trzymała malutkiego białego pudelka w równie różowej obróżce. Przyglądała im się uważnie, gdy wysiadali dwa piętra wyżej.

Maria nie wiedziała, kiedy znaleźli się w wielkim łożu z baldachimem. Przez dwa kolejne dni ich jedynym pożywieniem, poza serwowanymi przez hotel posiłkami, było ulubione danie wszystkich kochanków − truskawki i dobrze schłodzony szampan. Posiłki w pięknej zastawie przynoszono im do pokoju. Hamid karmił Marię, a ona śmiała się jak beztroska nastolatka. Nocą, gdy spał, Maria wstawała i patrzyła na oświetlone skąpane w deszczu Hradczany. Wzdychała z zachwytem i znowu wtulała się w kochanka. Czuła się taka szczęśliwa. Nie miała wyrzutów, że zdradza Romana. Zresztą od dawna mieli osobne sypialnie.

Maria całą sobą należała do Hamida. Tylko przy nim zatracała się zupełnie, nie była zgryźliwa ani zasadnicza − taką znali ją wszyscy poza jej studentami.

Praca przy pustynnym projekcie przynosiła jej wiele satysfakcji. Ponieważ Hamid był bliskim współpracownikiem Kaddafiego, a to on stał za tą inicjatywą, Maria nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła z sympatią myśleć o przywódcy Libii.

Jeszcze nie dniało, gdy Maria zaproponowała spacer. Kiedy weszli na Most Karola, zegar na słynnej wieży astronoma wybijał czwartą. Było dość zimno i siąpił deszcz, a oni nie mieli parasola. Zatrzymali się na środku mostu.

− Nigdy nie było mi tak dobrze, Hamid − szepnęła Maria, patrząc na rzekę.

− Mnie też, Marija − odparł. − Obiecaj mi jedno.

− Tak?

− Proszę, by to nie był nasz ostatni wyjazd. Obiecaj, że będziemy powtarzać to co kilka miesięcy.

− Inshalla − odpowiedziała Maria, ściskając jego dłoń.

O świcie wzięli wspólny prysznic, zjedli pośpiesznie śniadanie i zamówili taksówkę na lotnisko. Samolot Marii do Benghazi odlatywał o siódmej, a Hamida − do Trypolisu − o dziewiątej.

Prosto z lotniska Hamid pojechał do pracy. Na powitanie polecił swojemu asystentowi:

− Przygotuj plan konferencji na najbliższe lata, gdzie można propagować nasz cud na pustyni.




Rozdział XXIII

Pomiędzy niebem a piekłem



Bejda, marzec 1975

–Witaj, kochana! − Jackie z radosnym uśmiechem uściskała Karen na lotnisku w Benghazi.

Jackie przyjechała urodzić w domu Senussich − tak obiecała Hassanowi. Karen przebywała tu z rodzicami podczas wiosennej przerwy w szkole. Udały się w podróż do Bejdy, gdzie w letnim domu rodzina Senussich spędzała Święto Barana.

Weszli do domu i Hassan od razu ruszył do pokoju, w którym byli wszyscy męscy członkowie rodziny, między innymi jego ojciec i Farag. Nie wyszli do kobiet, nie przywitali ich. Dopiero Salha, najstarsza siostra Hassana, wprowadziła je do żeńskiej części domu. Panował tam zwykły harmider. Salha dokonała prezentacji stron. Siostry, kuzynki, ciotki oraz sąsiadki Hassana i Faraga przekrzykiwały się nawzajem:

− Jak pięknie wyglądasz!

− Jaką piękną masz torebkę!

− To Louis Vuitton z serii Alma?

Całowały ją i śmiały się. Również Paola uściskała synową i pogładziła ją po brzuchu. Barbara serdecznie przywitała się ze swoją włoską przyjaciółką. Ta ostatnia wymieniła z Karen kilka zdań po włosku.

− Barbaro, twoja córka szybko uczy się języków! − zachwyciła się.

− Tak, na Malcie uczą właściwie tylko języków − mruknęła Barbara, biorąc z tacy przyniesionej przez służącą sok z granatów.

Karen rozejrzała się wokół. Znajdowały się w dużym pomieszczeniu wysłanym pięknymi dywanami. Na podłodze, na puszystych poduchach i materacach, siedziały w kucki starsze kobiety, ubrane tradycyjnie w szaty przetykane złotą i srebrna nicią, twarze i ręce miały udekorowane henną.

Do salonu przylegała ogromna kuchnia, bardzo nowoczesna, pełna stalowych powierzchni i elementów rodem z najlepszych restauracji. Krzątały się tam młodsze kobiety, niektóre śpiewały w takt wesołej arabskiej muzyki. Po wypiciu herbaty z miętą i zjedzeniu tony słodkich ciasteczek miodowych, sezamowych i pistacjowych, wypytaniu o podróż i nowinki, zaproponowano przybyłym odpoczynek. Karen dyskretnie schowała na później kilka ulubionych ciasteczek z daktylami.

Jackie i Barbara dostały osobne sypialnie, a Karen miała zamieszkać w dużej sali dzielonej przez arabskie znajome. Salha przydzieliła jej jedno z ośmiu łóżek, na wszystkich siedziały lalki w tiulach; jej lalka miała amarantową suknię.

Karen wprowadzono do pokoju kąpielowego, który był połączony z łaźnią − hamamem. Ogarnął ją zapach kadzidełek i wonnego olejku różanego. Płatki róż, karminowe i białe, wypełniały też wannę. Karen zanurzyła się w ciepłej pachnącej kąpieli. Poczuła, jak mija zmęczenie, a rozgrzane ciało odpoczywa. Po kąpieli leżała na łóżku, drzemiąc.

Obudził ją głos Salhy:

− Wstawaj, czas na przygotowania. Będziemy przyrządzać metodą tradycyjną kuskus w wersji królewskiej. Chcesz z nami pracować?

− Jasne, uwielbiam gotować − ucieszyła się dziewczyna. − Co konkretnie mam robić?

− Najpierw popatrz, a potem dołączysz − rzuciła Arabka. − Najpierw do dużej płaskiej ceramicznej miski wsypujemy semolinę. Pryskamy powoli wodą, widzisz, tworzą się grudki. Ugniatamy je, przesiewamy przez palce i głaszczemy kaszę.

− Głaszczecie kaszę? − zdumiała się Karen.

− Tak. Ta technika służy temu, by kasza powoli nabierała objętości, by oddychała. − Karen samodzielnie przecierała grudki, z których powstawała kasza. Usiadła obok innych kobiet, robiąc kuskus. − Teraz wystawimy misy na słońce, by kasza schła − zaordynowała Salha. − A my chodźmy do kuchni. − Salha dowodziła. Jackie wypoczywała, a Karen oddano we władanie jedną z kuchenek. Dołączyła do niej Mabrouka − dziewczyny gotowały w parach. − Patrz, co robimy, i rób to samo. Nie przejmuj się, gdy coś nie wyjdzie, po prostu pytaj.

− Tu jest sześć kuchenek, naprawdę jak w restauracji − roześmiała się Karen.

Salha pośpieszyła z wyjaśnieniem:

− W arabskich domach mieszka wiele osób. Czasem kilka pokoleń. Lubimy gości. Przychodzi dużo znajomych, sąsiadów. Po rozwodzie lub śmierci męża często kobiety wracają do rodzinnego domu − wraz z dziećmi. Wszystkich trzeba dobrze nakarmić i ugościć. − Odeszła do półki z garnkami. − Zobacz, kuskus gotujemy w specjalnych dwuczęściowych naczyniach, podstawą górnego jest jakby sitko o małych oczkach. W dolnym garnku warzy się sos, a w górnym kasza, przechodząc jego aromatem wydzielającym się podczas gotowania. Pokroisz cebulę?

− Tak. − Karen ochoczo pokiwała głową.

− Tylko pamiętaj, w dość grube kawałki. Wszystkie warzywa krój, proszę, w dość duże kawałki. Do tego dania możesz dodać, jakie chcesz. My przygotowałyśmy nasze ulubione, czyli marchew, pasternak, ziemniaki, cukinię, bakłażany i cieciorkę, którą namoczyłyśmy na całą noc. A teraz czas na mięso. − Do dolnego garnka Salha włożyła pokrojoną jagnięcinę i zawołała: − Dorzuć tu cebulę i inne warzywa. Najpierw dużo marchwi, a potem resztę. − Karen skinęła głową, cieszyła się, że po przyspieszonym kursie arabskiego dość swobodnie może się porozumiewać z kobietami. Dokładała partiami warzywa, a Salha ją instruowała. Po dziesięciu minutach Arabka dorzuciła do garnka cukinię i ziemniaki. Dolała wodę, tak by zakryć całość. − Kiedy to się poddusi, dodam cieciorkę i bakłażany. Zobacz, Karen, żeby kuskus był dobry, muszę go teraz przełożyć do miski. Dolewam nieco wody, oliwy i znowu bardzo delikatnie mieszam, cały czas ręką! Nie używamy do tego łyżek ani widelców! Potem kuskus wraca do garnka, by, jak mawia ciotka Jasmina − Salha pomachała do starszej kobiety siedzącej na podłodze − wdychać sos, na którym się gotuje. A teraz najważniejsze. − Wskazała na stół pełen przypraw w misach. Wyglądał jak stanowisko na souku. Pyszniły się tam mięta, mocno aromatycznej odmiany, nana, curry, szafran i laski wanilii. − Wsypujemy je po trochu − szłejja! − Do małej bambusowej miseczki Salha nasypała kurkumę, szafran, kumin, sproszkowaną harrissę oraz imbir, a do drugiej sól i pieprz.

− Te miseczki wyglądają niczym palety malarskie! − zawołała zachwycona Karen, a Arabka zamaszystym ruchem przesypała przyprawy do garnka. Dodała nieco wody, sporo oliwy. Wszystko dusiło się dziesięć kolejnych minut.

− W gotowaniu kuskusu dzielimy czas na dziesięciominutowe interwały − wyjaśniła. − Dziesięć minut to klucz do sukcesu dobrego dania. Czas rozpocząć gotowanie kaszy. − Na dolnym garnku, w którym dusił się sos z jagnięciną i warzywami, postawiła górną część naczynia. Wsypała tam kaszę. I znowu głaskała kuskus, raz po raz przebierała ziarno palcami, zagarniała do siebie zapach. Po kuchni unosił się obłędny zapach, obiecujący królewską ucztę.

− To będzie pyszne! − Karen była upojona niezwykłym aromatem potrawy. Czuła wilczy głód.

− Insz Allach! − odparła Salha z uśmiechem.


Kiedy kobiety przygotowywały kuskus, Jackie oglądała rodzinne zdjęcia. Na wielu z nich był król Idris.

− To wuj podczas koronacji − objaśniała Salha, zerkając na fotografie. − Tu w towarzystwie Omara Mukhtara, tu z delegacją włoską, a tu z naszym ojcem. Król nie miał dzieci i ukochał naszego ojca i jego braci. A tutaj, zobacz − obejmuje pięcioletniego Hassana − twego męża!

− Cudowne! − Jackie była bardzo wzruszona.

Służące, Aasma i Fatima, przyniosły w tym czasie duży stół na dziesięciocentymetrowych nogach, postawiły go na środku sali i nakryły obrusem. Na nim ułożyły piękne ceramiczne miski z ręcznie malowanymi arabeskami. Do każdej miseczki Aasma nałożyła kuskus, wyrównała wierzch dłonią, a potem w każdym zrobiła dołek, do którego nalała aromatyczny sos.

Parujące misy służące rozdały kobietom, poczynając od najstarszych. W oszronionych dzbanach czekała zimna źródlana woda. Kosze wypełniała świeżo przywieziona z piekarni chobza. Jadły w ciszy. Karen po posiłku z rozkoszą wyciągnęła się na niskiej sofie.

− Włączymy telewizor? − Zapytała rezolutna ośmiolatka Dżamila. Dziewczynka miała dwa warkoczyki, rubinowe kolczyki w uszach i paznokcie pomalowane na jaskrawy róż. Była to córeczka Fatmy, kuzynki, która została przygarnięta przez rodzinę, po tym, gdy usłyszała od męża trzykrotne: Talaka, czyli: „Rozwodzę się z tobą”. − Dziś jest kolejny odcinek Córki Bahriego­ − dodała mała. − Ciekawe, czy odnaleźli brata Faruka, który zniknął jakiś czas temu w Egipcie.

− Włączamy, włączamy − Jasmina podchwyciła pomysł. − Wszak to najpopularniejszy obecnie serial.

Następną godzinę część kobiet drzemała, a część, niektóre z wypiekami, oddawała się jednej z ulubionych rozrywek kobiet Bliskiego Wschodu − oglądaniu lokalnych sitcomów.


Karen była znużona obfitym posiłkiem i upałem. Przeszła do sypialni kobiet, w której panował przyjemny chłód. Odsunęła lalkę i zwoje tiulów, położyła się i niemal natychmiast usnęła.

Śniło jej się, że syn Bahriego próbował porwać ją w Egipcie.

Kiedy otworzyła oczy, na łóżku obok siedziała mała Dżamila i patrzyła na nią z zachwytem.

− Jesteś piękna, Karen − zaświergotała. − Masz śliczne włosy, takie jasne. Twój tata pewnie dostanie za ciebie wiele ton złota i niejednego wielbłąda. − Karen roześmiała się. Miała wyjaśnić dziewczynce, że chrześcijański świat rządzi się nieco innymi prawami, ale ostatecznie machnęła ręką. − Kareeen − przeciągnęła zabawnie dziewczynka − chcesz przymierzyć ślubną suknię mojej mamy?

Karen uśmiechnęła się ochoczo.

− No pewnie!

Dżamila wzięła ją za rękę i poprowadziła do salonu.

− Mamusiu chcemy z Karen poprzymierzać twoje suknie ślubne... − Nabrała oddechu. − I biżuterię! Proszę...

Wszystkie kobiety, z wyjątkiem ciotki Jasminy, poszły do bardzo dużego pokoju. Łoże z baldachimem tradycyjnie zdobiła lalka w tiulach. Kobiety zasiadły na łóżku, sofach i przed toaletką ozdobioną sporym kryształowym lustrem w bogatych złoceniach. Wskazały Karen mały podest, a Fatma wyjęła z szafy piękną purpurową hajłę przetykaną złotą nicią i drugą, fioletową z platynową nicią. Potem otworzyła komodę pełną masywnych szuflad wyściełanych aksamitem. Dżamila zaczęła je powoli wysuwać. Kolczyki skrzące się perłami, rubinami i turkusami, od malutkich poprzez platynowe koła po wiszące − z ręką Fatimy czy głową Nefretete. Szuflada niżej pełna była bransolet − cieniutkich i  grubych na kilkanaście centymetrów − na przeguby i przedramiona. I wreszcie najniższa szuflada z tradycyjnymi ciężkimi naszyjnikami.

− Przywiozłam to wszystko, gdy Ibrahim pierwszy raz powiedział: Rozwodzę się z tobą − powiedziała Fatma.

− Ale jak to? − zapytała Jackie.

− U nas gdy mężczyzna powie te słowa po raz trzeci, oznacza to natychmiastowy rozwód i kobieta może wyjść tylko tak jak stoi i zabrać dzieci − wyjaśniła Salha. − Więc gdy którakolwiek z nas usłyszy to pierwszy raz, zabieramy wszystko do rodzinnego domu. Rodzice Fatmy, a dziadkowie Dżamili, już nie żyli, a jej ojciec był z domu Senussich, więc naszym obowiązkiem jest opieka nad nią i jej dziećmi.

Karen wprowadzono na podest i Salha przyłożyła do niej tkaniny, jakby chciała sprawdzić, która bardziej pasuje.

− To którą wybierasz? − zapytała.

Karen spojrzała w lustro.

− Tę. − Wskazała na fioletową.

Myślała, że od razu zaczną ją stroić, ale Salha zawołała:

− Stójcie! Wszystko po kolei! Wracamy!

Karen była nieco zdezorientowana, gdy wyprowadziły ją z pokoju. W salonie, oświetlonym popołudniowym słońcem, grała rzewna muzyka Um Kahatloum z wciąż powtarzaną frazą: Ja habibi! Na maleńkich orientalnych stolikach stały srebrne i złote patery z owocami, pistacjami i ciasteczkami sezamowymi.

Usadzono ją wysoko na poduchach. Aasma przyniosła palnik gazowy, na którym postawiła miskę. Salha wsypała do niej cukier i zalała cytryną. Kiedy mikstura zaczęła bulgotać, odstawiła naczynie. Gdy nieco przestygło, nabrała trochę ręką − substancja przypominała plaster miodu.

− Zrobimy ci arabską depilację i piling, zgoda? − zwróciła się do Karen.

Dziewczynie nie pozostało nic innego jak skinąć głową. Parawanami osłonięto miejsce, gdzie leżała. Weszły masażystki i fachowo dokonały dzieła. Na początku bardzo bolało, bo Arabki depilowały również miejsca intymne, ale w końcu udzieliła jej się wesoła atmosfera. Śmiała się najpierw przez łzy, a potem pełną piersią − razem z pozostałymi kobietami.

− Hanifa i Selma są najlepszymi masażystkami − zachwalała Salha. − Weźcie Karen do hammamu. Ja też pójdę. Dżamila, Jackie, chodźcie z nami.

Na środku łaźni wyłożonej różowym marmurem znajdował się nieduży basen. Z jednej ze ścian spływała woda, szemrząc niczym wodospad. W rogu stał kamienny stół. Ze ścian wystawały krany z gorącą i zimną wodą. Wszystkie kobiety otrzymały od Salhy pareo i zanurzyły się w basenie. Gdy wstały, wyglądały jak wschodnie odaliski.

Potem służące wprowadziły je po kolei do łaźni, gdzie rozgrzano już kamienie. Kobiety dla ochłody wracały do basenu, pod wodę płynącą z wodospadu lub nabierały wody do misek pod jednym z kranów i polewały się na przemian to zimną, to gorącą. Tylko Jackie, ze względu na zaawansowaną ciążę, nie uczestniczyła w tym rytuale.

Potem Selma wskazała Karen kamienny stół. Gdy dziewczyna położyła się na nim, obie z Hanifą zaczęły ją masować, wcierając w jej ciało olejki o zapachu piżma i patchouli. Następnie zaprosiły ją do przylegającej sali na niską otomanę. W tej salce słychać było szum wodospadu, pachniał intensywnie olejek różany, a ściany migotały od ognia aromatycznych świeczek. Karen położyła się tu, chłonąc kojącą atmosferę, a masażystki zajęły się pozostałymi kobietami.

− Ach, jakie to przyjemne − wymamrotała dziewczyna, gdy towarzyszki dołączyły do niej po upiększających zabiegach. − Chciałabym mieć też taką hennę jak wy.

− W takim razie musimy wezwać Aishę − zaordynowała Salha.

Po kwadransie do hammamu weszła wysoka szczupła Arabka. W misce z gorącą wodą rozpuściła hennę i zamieszała łyżką. Dała Karen do powąchania. Substancja wydzielała dziwny, ale przyjemny aromat. Aisha­ malowała cieniutkim pędzelkiem wzory na rękach, nadgarstkach i kostkach Karen − arabeski, kropki, zawijasy o powtarzalnych wzorach. Tak zrobiony tatuaż wytrzymywał nawet kilka tygodni. Potem wszystkim chętnym zrobiła makijaż. Wyjęła maleńki srebrny przyrząd, w środku którego znajdował się kohl, czyli czarny sproszkowany pigment, który Arabki używały do malowania oczu. W naczyniu tkwił długi bolec, coś na kształt szczoteczki do rzęs. Za jego pomocą Aisha­ nałożyła kohl pod oczy Karen, a następnie na wewnętrzną linię górnej powieki, osiągając niezwykły, bardzo zmysłowy efekt, nazywany „smokey eyes”. Kohlowego dzieła zwieńczyły kreski na górnej powiece, narysowane precyzyjnie i wywinięte do góry zgodnie z modą. Na powieki Aisha nałożyła cienie, z przewagą fioletu i turkusu, a policzki podkreśliła różem. Jeszcze tylko karminowe wargi i dużo czarnego tuszu na rzęsy.

Karen ledwo poznała się w lustrze. Wyglądała co najmniej na dziesięć lat starszą!

Kobiety posadziły ją na fotelu, podając napoje, ciasteczka i orzeszki. W tle ciągle słychać było powolną muzykę − Karen słyszała w niej wyraźnie, jak gdzieś przez pustynię jedzie karawana wielbłądów, jak zatrzymuje się w pobliżu mediny, gdzie mułła woła na modlitwę.

Gdy wszystkie kobiety były już pomalowane, wróciły do sypialni Fatmy i Karen ponownie weszła na podest. Ubrano ją w jedwabną koszulkę. Potem dwie kobiety zaczęły w sposób tradycyjny nakładać weselną szatę, kilkakrotnie oplatając kibić dziewczyny i zawiązując tkaninę poniżej pępka.

− Czas na biżuterię − zaordynowała Salha. − Łańcuch. Ryby szczęścia. Kolczyki. Bransolety.

Karen, czując na sobie przynajmniej dziesięć kilogramów złota, aż ugięła się pod jego ciężarem. Na nogi nałożono jej klapki na obcasie ze szczerego złota, z zadartymi noskami zdobionymi fioletowymi ametystami. Spróbowała zrobić kilka kroków, ale „tony złota” trzymały ją w miejscu.

− Teraz rozumiem, dlaczego panna młoda zawsze jest prowadzona − stwierdziła. − Nikt nie miałby siły iść, dźwigając na sobie to wszystko.

Kobiety przeszły do ogromnego patio. Tam również na podłodze leżały poduchy i stały niskie otomany, na których zasiadły. Kilka wzięło darbuki i po chwili dał się słyszeć ekstatyczny, rytmiczny dźwięk. Kilka kobiet natychmiast zaczęło tańczyć taniec brzucha.

Karen zrzuciła złote trzewiki, poprosiła Salhę, by ujęła jej trochę złota, i zaczęła pląsać z dziewczynami. Chałła pokazała jej krok żurawia; był skomplikowany, ale dziewczyna szybko go opanowała. Puszczono muzykę z odtwarzacza i po godzinie ćwiczeń kobiety dumnie odtańczyły wymyślony przez siebie układ.

Kiedy odpoczywały, służące wniosły ogromne tace z jedzeniem, pysznił się tam ryż z rodzynkami i migdałami, a także różne gatunki mięsiwa skąpane w pomidorowym ostrym sosie.

− Znowu jedzenie? − zdziwiła się Jackie.

− Radzę, byś do tego przywykła − odparła Salha. − Jedzenie, spanie i malowanie, zabiegi, oglądanie telewizji i śpiewanie to nasze ulubione zajęcia. No i taniec − roześmiała się.

Na kolacji nareszcie pojawiła się Barbara.

− Musiałam wypocząć po podróży − uśmiechnęła się przepraszająco. − To ty, córeczko? − Patrzyła zdumiona na mocno umalowaną młodą kobietę.

Przyszło też kilka kolejnych sąsiadek. W patio kobiety śmiały się i przekrzykiwały.

Karen mogła nacieszyć się bogactwem przekąsek; oprócz ulubionych braków zajadała obłędne kiełbaski nadziewane wątróbkami i rodzynkami. Oczywiście poprosiła o przepis i skrzętnie go zanotowała.

Po godzinie ucztowania była pewna, że pęknie. O dwudziestej pierwszej rozpoczęła się kolejna telenowela, a w niej znów nieszczęśliwa miłość. Kobiety komentowały głośno poszczególne sceny.

Chałła wyjęła sziszę i napełniła ją wodą. Na górze w sreberku ułożyła aromatyczny tytoń i fachowo rozpaliła. Zaciągnęła się mocno przez ustnik osadzony na długim wężu i puściła sziszę w obieg.

Aasma tymczasem przyrządzała herbatę po arabsku. Piły i paliły. Po sziszy wszystkim błyszczały oczy.

Kobiety zaproponowały, że pokażą jej swoje sekretne miejsce. Wszystkie udały się do maleńkiego pokoiku obok patio.

− To był pokój naszej piastunki Naimy − powiedziała Salha. − Teraz jeśli któraś z nas nie może spać z powodu hałasu lub upału, przychodzi tutaj. Ale to nie tylko to. Do tego pokoiku przylega salon letni w męskiej części. Tutaj według tradycji mężczyźni przychodzą omawiać sprawy związane z zaślubinami. Ponieważ są to sprawy niezwykle nas interesujące, a nas nie dopuszcza się do tych rozmów, zakradamy się tu i słuchamy. Zobacz − wskazała palcem − ściany pokryte są kobiercami. Ale w środku... wcale nie ma ściany! Zburzyłyśmy ją kilka lat temu, gdy mężczyźni byli na polowaniu. To jest też najchłodniejszy i najspokojniejszy pokój. Na górze jest łóżko piętrowe, a nawet... − Salha weszła na drabinkę i gestem ponagliła Karen.

− Peryskop? − zapytała ze zdziwieniem dziewczyna.

− Czasem rodzina pana młodego przychodzi z propozycją w sprawie mężczyzny zupełnie nieznanego pannie młodej. Mamy wtedy możliwość zobaczyć go i w razie czego... No wiesz, odrzucić propozycję. W naszej rodzinie nie narzuca się małżeństw. Każde musi być zaakceptowane przez kobietę, a ta ma czas, by zastanowić się do momentu oficjalnego spotkania, zwłaszcza że poza wyglądem poznaje plany zabezpieczenia finansowego. Wierzymy też, że kobiecie, która śpi na tym łożu, może się przyśnić ukochany.

− Naprawdę? − Karen była coraz bardziej zdumiona.

− A może ty chcesz tu dzisiaj spać?

Kobietom błyszczały oczy − od sziszy, tańców i nadmiaru emocji.

Karen tylko skinęła głową.


W nocy obudziły ją głosy dochodzące zza ściany. Pomyślała z żalem, że nic się jej nie śniło, ale jej uwaga szybko skupiła się na rozmowie mężczyzn.

Zajrzała przez peryskop. W pokoju obok siedziało kilku mężczyzn ubranych w tradycyjne stroje arabskie, galabije i turbany z palestyńskich chust. Palili papierosy. Dostrzegła wśród nich Faraga − ciągle z długą brodą był trudny do rozpoznania. O dziwo był tam też Jacek − w tradycyjnym stroju arabskim, z brodą i zarostem wyglądał zupełnie inaczej, niż go zapamiętała. W ich gronie dostrzegła też tego, którego Karen nazywała mężczyzna z seledynowym sygnetem.

− Jak dalej postąpimy, bracie? − rozległo się po chwili. − Czy możemy liczyć na Hamida? Jak wygląda łączność z naszymi braćmi w bazach na pustyni, mieszkającymi w Dżebel Al-Akhdar? Co z braćmi z gór i jaskiń?

Potem usłyszała głos Faraga:

− Kiedy ostatnio wszyscy myśleli, że studiuję w Rzymie, objechałem nasze europejskie przyczółki. Byłem w naszych bazach na Malcie, w Niemczech i w Anglii. Wódz dał nam wytyczne, by jak najwięcej osób wyszkolić na pilotów. Dlatego ja i Al-Jassin postanowiliśmy jak najszybciej rozpocząć kurs pilotażu w jednej z najlepszych szkół w Europie. To Dęblin w Polsce. Nasi towarzysze mają studiować w Ameryce i Niemczech. Takie są zalecenia. Mamy się w tych miejscach wtapiać w towarzystwo, szukać uważnie, kogo możemy pozyskać. Mamy, jak mawiają niewierni, zachowywać się jak „arabskie książątka”. Dobre samochody, wystawne życie, szastanie pieniędzmi. Dla poświęcenia możemy nawet pić alkohol! − Karen widziała, jak Farag bierze butelkę balantinesa i nalewa do kilku kieliszków. Unieśli kieliszki z uśmiechami na ustach. Nagle z pobliskiego meczetu rozległ się głos muezzina i wszyscy zamarli wpół ruchu. Farag odwrócił kieliszek, mrucząc: „Haram, haram”. Ale gdy mułła skończył, pili dalej. − Wódz ogłosił, że nadeszła faza walki związana z atakami poprzez użycie samolotów − ciągnął Farag. − Nasi bracia z Palestyny wybrali już kilka osób związanych z atakiem na niewiernych, tych, którzy byli w Monachium. Dowódcą wódz znowu mianował Mohammeda. − Tu Farag wskazał na mężczyznę z sygnetem. − Nadzoruje on ośrodki walki i nabór nowych ochotników na Saharze, w Palestynie, w Anglii, na Malcie, w Niemczech, w Polsce, Rosji czy we Włoszech. Czasem podróżuje jako przedstawiciel „Green Oil” − libijskiego konsorcjum naftowego. Dzięki temu dostajemy broń, która przylatuje zwykłymi liniami lotniczymi z Warszawy, Moskwy czy Sofii.

Wtedy najstarszy z mężczyzn zwrócił się do Jacka, którego Farag nazwał Al-Jassinem:

− A ty, bracie, jak się znalazłeś między nami?

− Poznałem wodza na spotkaniu w Trypolisie, na które wzięli mnie Hamid i Mohammed − odparł Jacek. − Kaddafi poświęcił mi wiele cennych chwil. Czułem się ważny. Choć było tam wiele osób, to właśnie mnie wyróżnił. Mieliśmy dłuższą rozmowę, pytał, skąd tak dobrze znam arabski i jakie mam plany. Powiedziałem mu o szkole arabskiej w Benghazi, o mojej fascynacji historią, a zwłaszcza Omar Mukhtarem, o zainteresowaniu wojskiem, o polskich żołnierzach, którzy walczyli w Libii, i o swojej prababci, która była muzułmanką, i o jej córce, babci Małgosi, która nauczyła mnie patriotyzmu. Powiedziałem też, że nie lubię Ameryki i Amerykanek, i lalusiów, i zakłamania dzisiejszego świata. − Słysząc opinię o Amerykankach, Karen struchlała. A Jacek ciągnął dalej: − Wyznałem mu też, że zamierzam wstąpić kiedyś do wojska, by naprawiać ten niesprawiedliwy świat. Kaddafi spojrzał wtedy na mnie bacznie i powiedział: „Kiedy spotkałem pierwszy raz jednego z naszych największych przywódców, Nasera, ten powiedział mi to, co teraz powiem tobie: Przypominasz mi, chłopcze, mnie, gdy byłem młody. Od ciebie zależy przyszłość świata. Jeśli będziesz chciał walczyć z nami o lepszą przyszłość, w słusznej sprawie, to zapraszam. Warunkiem jest tylko to, abyś przyjął na powrót wiarę twej prababki, niech będzie błogosławiona ziemia, po której stąpała”. To mówiąc, wódz przyłożył prawą rękę do serca. Przyjąłem więc wiarę moich przodków i oto jestem z wami. Chcę brać udział w naszej walce. Niech żyje dżihad! − Mówiąc to, Jacek wyjął z kieszeni chustę swej tatarskiej prababki, symbolizującą jej islamski świat. − Jestem dumny, że mogę być tak blisko was, bracia, tak blisko wodza, którego siły, modlitwy i środki koncentrują się na wspieraniu naszej świętej wojny!

Na te słowa rozległy się okrzyki:

− Bismillah!

− Witaj, bracie!

− Dżihad!

Po jakimś czasie mężczyźni ustalili plan działań, termin następnego spotkania i wyszli z pokoju.

W uszach przerażonej Karen wciąż brzmiały ich bojowe okrzyki. Miała już pewność, że Farag, Mohammed, a teraz także Jacek uczestniczą w ruchu terrorystycznym wspieranym przez Kaddafiego. Zastanawiała się, jak ma się zachować, komu o tym powiedzieć? Następne godziny spędziła bezsennie, myśląc, co powinna zrobić.

Powiedzieć ojcu? Matce, która miała romans z Faragiem? Andrzejowi, że jego brat... Babciom? Siostrze Annunziacie? Angeli? Komu?!

Karen była zrozpaczona i przerażona własną niemocą. Miała przeczucie, że wyniknie z tego tylko coś złego. Gryzła palce do krwi.

Żeby nie postradać zmysłów, postanowiła, że tę swoją straszną wiedzę zamknie do szufladki z napisem „Zapomnieć, bo oszaleję” − tej samej, do której schowała bezpowrotnie zdrady rodziców, alkoholizm mamy czy swoje rozterki miłosne dotyczące bliźniaków.

Czy losy świata mogą się odmienić dzięki jednemu człowiekowi? − zastanawiała się. Jeszcze kilka godzin temu czuła się jak hurysa w niebie, a teraz spadła w najciemniejsze czeluści piekła.




Rozdział XXIV

Orzeł wylądował



Dęblin, lipiec 1975

−Ka–zi–mierz − sylabizował Farag. Razem z Jackiem uczestniczyli w specjalnym wakacyjnym kursie pilotażu w Dęblinie. Mieli dziś dzień przerwy przed zaplanowanym szkoleniem i postanowili wybrać się na wycieczkę do pobliskiego miasteczka.

Czekali na odwiedziny młodszego brata Faraga. W Polsce przebywał Hassan z żoną, synem i przyjaciółką Jackie, Frances, która też przyleciała ze Stanów z dzieckiem.

Spotkali się w Domu Architekta i tam mieli spędzić najbliższy weekend. Zaplanowano słodkie lenistwo − dużo spacerów nad Wisłą, zwiedzanie średniowiecznych ruin i malowniczych wąwozów, z których słynęła okolica.

Frances pochodziła z Minnesoty i nigdy nie widziała zabytków starszych niż dwustuletnie. Na wieść, że Kazimierz został założony w czternastym wieku, zaczęła po kolei dotykać murów i wznosić okrzyki „To ma więcej niż dwieście lat?”; „A to?”; „A ten budynek? Też jest starszy?”. Z lubością wpatrywała się w kamienice na kazimierskim rynku. Głaskała drzwi, dotykała klamek i krzyczała: „To niesamowite! Naprawdę zadziwiające!”.

Siedzieli na rynku i wpatrywali się w farę z czerwonym dachem, nad którym wznosiły się romantyczne ruiny średniowiecznego zamku. Frances i Jackie miały ze sobą kilka dużych paczek − kupiły obrazy, dużo obrazów.

Kazimierz okazał się miastem pełnym galerii ze sztuką. Jak powiedział Jacek, w  Kazimierzu malowali wszyscy, poza pracowniami znanych malarzy sztuką parali się piekarz i aptekarz, barman i lekarz. Każdy rozstawiał sztalugi i malował. Galerie − niczym te paryskie − wypełnione były często bardzo dobrymi obrazami. Turyści kupowali więc na przemian dzieła sztuki i popularne tu obwarzanki w kształcie kogutów.

Jacek poczuł się w obowiązku opowiedzieć znajomym o historii tego miejsca:

− Kazimierz to zupełnie niesamowite miasto. Nazywamy je perłą renesansu. Spójrzcie tylko na te piękne kamienice. Ale Kazimierz słynie nie tylko z renesansu. Był silnym ośrodkiem zamieszkałym przez Żydów. Jak w wielu miasteczkach, przed wojną żyli tu razem z Polakami, w świetnej komitywie. Tam na górze − pokazał ponad farą i widocznymi ruinami średniowiecznego zamku − jest w lesie Wieża Esterki. Esterka była ukochaną potężnego króla Kazimierza, który założył to miasto. Jak mówi legenda, nocą chadzał podziemnym korytarzem do swej kochanki. Miał z nią syna z nieprawego łoża. Jego żona nie dała mu dziedzica, więc na nim zakończyła się pierwsza potężna polska dynastia królewska Piastów. Ale latami trwała potajemna miłość Kazimierza i Esterki. Była to bardzo mądra i piękna kobieta...

Wszyscy słuchali z uwagą, a kobiety uśmiechały się do siebie porozumiewawczo. Było ciepło, siedzieli w podcieniach kawiarni, pijąc kawę i rozkoszując się widokami. Było piękne spokojne przedpołudnie.

Obok kawiarni stała grupka wyrostków. Śmiali się i dowcipkowali, zwłaszcza gdy przechodziły obok nich ich rówieśniczki. Jeden z nich, piegowaty rudzielec, wymachiwał rękami i robił miny, a inni naśladowali go ze śmiechem. Wyraźnie był liderem grupy.

Nagle na rynek wjechał autokar. Zatrzymał się i zaczęli z niego wysiadać mężczyźni w jarmułkach oraz kobiety w chustach. Z wyraźnym wzruszeniem rozglądali się dookoła, szukając śladów swoich przodków. Wycieczki ortodoksyjnych Żydów były tu częstym widokiem.

I nagle pełną kontemplacji atmosferę zaburzyły agresywne głosy:

− A te Żydki co tu robią?!

− Chcecie nam odebrać co nasze? Znowu?!

Grupka młokosów zaczęła rzucać niewybredne, pełne nienawiści słowa.

− Heil Hitler! − krzyknął rudzielec. − Won do Oświęcimia, a nie nam tu zabierać powietrze!

Jeden z Żydów podszedł do wyrostków. Zatrzymał się obok rudzielca i powiedział łamaną polszczyzną:

− Chłopcze, przez sześćset lat mieszkali tu, na tej ziemi, moi i twoi przodkowie. Spotykali się na tym placu. Być może twój przodek piekł chleb, a mój pradziad ten chleb kupował, dzięki czemu działała piekarnia. Może mój przodek był fryzjerem, do którego chodził piekarz i dlatego dziad miał za co kupić chleb. Razem chodzili do swoich świątyń stojących tutaj, przy tym placu. Żydzi i Polacy. Często się kochali, czasem pewnie nienawidzili. Niektórzy tworzyli rodziny. Zobacz, jaki jesteś rudy − wyglądasz podobnie do wielu żydowskich nastolatków z Jerozolimy czy Nowego Jorku. Oczyść swe serce, mamy wspólne korzenie, wspólną Biblię, wspólną historię. To dotyczy również Arabów. − Wskazał na siedzących obok Faraga i Hassana. − Pamiętaj, jesteśmy do siebie podobni, nasze religie mają jeden pień. − Chłopiec stał zupełnie oniemiały, a mężczyzna ciągnął: − Nie dajcie się omamić złu. To zabija miłość i dobro. Otwórz swe serce na jasność, bracie. − Te słowa zawisły w rozgrzanym powietrzu, gdy zegar farny wybijał południe.

Rudzielec spuścił głowę i odszedł powoli, bez słowa. Za nim podążyli jego kompani.

Farag wstał od stolika, odsuwając krzesło z takim impetem, że upadło na ziemię. Był wyraźnie wzburzony.

− Zaraz wrócę – rzucił i ruszył w kierunku parkingu.


Gdy przez kolejną godzinę nie wracał, towarzystwo postanowiło skrócić pobyt w Kazimierzu i resztę niedzieli spędzić w stadninie w Janowie. Ojciec Hassana i Faraga kilkakrotnie kupował tam na aukcjach swoje najlepsze konie.

Janis, syn Jackie i Hassana, razem z Benem, synem Frances, wsiedli na kucyki. Ich matki i ojcowie dostali piękne konie czystej krwi arabskiej. Jechali przez las. Po jakimś czasie stanęli na popas na niewielkiej polanie, przy zakolu Wisły, tuż za Mięćmierzem.

Biegnącą w oddali drogą przemknęło czerwone ferrari Faraga.


Następnego dnia o świcie Jacek i Farag jechali na szkolenie drogą na Mrągowo. Nagle prosto pod koła samochodu wyskoczył jeleń. Farag odbił ostro i udało im się ominąć potężne zwierzę. We wstecznym lusterku widział jeszcze, jak jeleń stoi we mgle i patrzy za nimi. Potem uskoczył w las.

− Ależ masz refleks! − zawołał Jacek.

− Maalesh − odpowiedział Arab. Jacek zerknął na drogowskaz − właśnie mijali Ruciane-Nida.

− Byłem tu kiedyś na obozie harcerskim − powiedział chłopak. − A gdzie dokładnie jedziemy, Farag?

− Mamy spotkać się z pewną osobą o tu − Farag pokazał miejsce na mapie − punktualnie w południe, w barze mlecznym. Dlaczego opowiadałeś tak miło o tych psach, Żydach? − zapytał.

− Specjalnie − odpowiedział Jacek.

− To dobrze się maskowałeś − odparł mężczyzna z uznaniem.

Zaparkowali na malutkim rynku. Farag wyjął dużą mapę Polski w pomarańczowej okładce.

Weszli do baru. Dochodziło południe. W środku było niewiele osób. Starsza pani z wnuczką, trzech młodzieńców i jedna dziewczyna, pogrążona w lekturze książki.

Punktualnie o dwunastej do baru wszedł wysoki wygolony mężczyzna w brązowym garniturze, okularach i kapeluszu. Wyglądał na przyjezdnego. Stanął, niezdecydowany, przed wywieszonym na ścianie jadłospisem.

− Polecam zraz z buraczkami i mizerią, do tego tłuczone ziemniaczki − zagaiła na oko czterdziestoletnia kobieta za barem, w białym fartuchu i z plastikową opaską we włosach.

Mężczyzna bez słowa zapłacił i rozejrzał się po barze. Mimo że było kilka stolików wolnych, podszedł do stolika Faraga i Jacka.

− Wolne? − zapytał.

Farag skinął głową w zapraszającym geście. Przybysz zdjął kapelusz, usiadł, po czym położył na blacie mapę Polski, tym razem w zielonej okładce.

− Żurek i pierogi dwa razy, proszę! − zawołała kobieta zza barowej lady.

− To nasze. − Jacek wstał i odebrał zamówienie.

Za chwilę wrócił i postawił na stole dwa talerze z pierogami okraszonymi skwarkami. Jeszcze raz poszedł do baru i przyniósł miskę żurku dla siebie.

Chwilę jedli w ciszy.

− Jak dojadę do Mrągowa? − zapytał w końcu człowiek w garniturze.

− Są dwie drogi − odpowiedział szybko Farag. − Malownicza, dłuższa albo krótsza, ale bez widoków. Która panu odpowiada?

− Oto moja mapa. Proszę zaznaczyć drogę.

− Zraz, raz, proszę! − zakrzyknęła śpiewnie bufetowa.

Dokończyli posiłek, wymieniając luźne uwagi o pogodzie. Później mężczyzna skłonił się i wyszedł.

Farag z Jackiem pospiesznie udali się do auta. Jacek zorientował się, że mężczyźni zamienili mapy. Teraz Farag miał tę w zielonej okładce.

Silnik ferrari odezwał się z głośnym rykiem, płosząc gołębie, które przysiadły na ryneczku.

To był nasz brat − wyjaśnił Farag. − Zostawił nam plan z drogą dojazdową. Towarzysze już czekają.

Jacek był podekscytowany. Mieli poznać Abu Nidala i odbyć z nim spotkanie szkoleniowe.

Dość długo kluczyli po mazurskich lasach, by wreszcie dojechać do bramy z napisem „Obiekt wojskowy. Wejście zabronione”. Wokoło były zasieki i druty wysokiego napięcia.

− To tu − zawyrokował Farag. Wychylił się z auta i nacisnął dzwonek przy bramie. Po chwili drzwi otworzyły się powoli i wjechali na duży podjazd wysypany żwirem.

Wysiedli z auta i ruszyli w stronę budynku. Gdy przekroczyli próg, ich oczom ukazała się duża sala z zasłoniętymi oknami. Byli tam Mohammed Ibrahim i mężczyzna z baru. Podeszli do Jacka i Faraga. Do sali wszedł łysy mężczyzna z wyłupiastymi oczami.

− Bracia, oto Abu Nidal, najbliższy współpracownik Jasera Arafata! − powiedział Mohammed Ibrahim. Abu Nidal przywitał się ze wszystkimi. Na stole położył teczki, które ze sobą przyniósł. Jacek odczytał napis: PPHU, Warszawa, ul. Bagno. Kiedy otworzył pierwszą teczkę, wysypały się z niej zdjęcia czołgów, pistoletów i amunicji.

Jacek był bardzo przejęty. Oto siedział obok prawdziwego bojownika o wolność Palestyny. Raz po raz gładził spoczywającą w kieszeni na piersi chustkę prababci. Byłaby ze mnie dziś dumna, pomyślał.

− Bracia − zaczął Abu Nidal − nasze zadanie jest wielkie. Obowiązkiem każdego muzułmanina jest Dżihad, a naszą rolą − i dziękuję wam, bracia polscy, za pomoc − jest wyeliminować każdego Żyda, każdego, kto ich wspiera. Będziemy walczyć, by odzyskać wolną Palestynę! Dziś pokażę wam, jak zyskać zaufanie nowych osób. Jutro do południa będziemy strzelać z broni. Dojadą też nasi niemieccy bracia. Jutro po obiedzie przetrenujemy warianty sytuacji i symulacje w celu przeprowadzenia udanego porwania samolotu.

− To mistrz porwań − szepnął do Jacka Farag. − Porwał niejeden samolot. To nasz bohater.

Dwadzieścia osób pochyliło się nad mapami.




Rozdział XXV

W Rzymie żyj jak Rzymianin



Rzym, maj 1976

−Muszę usiąść, bo zwariuję, Esther − westchnął John. − Nie mogę ciągle zwiedzać i zwiedzać. Po prostu szalejesz! A nie powinnaś w twoim stanie.

Usiedli w zatybrzańskiej kawiarni, daleko od zgiełku Rzymu, daleko od Watykanu, Sistiny, Piety, Koloseum. Od dwóch dni ciągle zwiedzali. John zaczął mieć regularne objawy syndromu Stendhala. Martwił się też o Esther, która oczekiwała ich dziecka. Raz już poroniła.

Ona jednak z radością wystawiła twarz do słońca. Miała przymknięte oczy i z lubością gładziła się po coraz wyraźniej widocznym pod sukienką brzuszku.

Patrzył na żonę z czułością. Czytała przewodnik i od czasu do czasu podnosiła głowę, by spojrzeć na trytony w fontannie Berniniego albo na błękitne obłoczki błądzące po niebie.

Johna ciągle wzruszało i dziwiło, że są razem. Choć zdarzało mu się myśleć o Kerstin. Nigdy nie dostał odpowiedzi na swój list.

Z zamyślenia wyrwał go głos żony:

− Tutaj ciągle jest mi zimno. Po trzech latach w Jerozolimie, gdzie średnia temperatura w zimie to plus szesnaście stopni, mam prawo w Rzymie czuć się przemarznięta, prawda? − Śmiała się, jedząc lody, a sok z malin spływał jej po brodzie.

John zdjął wierzchnią koszulę i zarzucił ją na ramiona żony. Wspomnienie Jerozolimy przywołało chmurne myśli. Po olimpiadzie w Monachium zdarzało się coraz więcej ataków terrorystycznych na bazarach Jerozolimy i Tel Awiwu czy na lotniskach. Słyszało się o porwaniach samolotów, atakach na szkoły i hotele. W nocy płonęły sklepy. Spadało coraz więcej bomb. Nie było widać końca wojny. „Tęsknię za fotelem w gabinecie taty, za tłumem w Central Parku, brakuje mi stosu papierów i widoku z mojego gabinetu w Twin Towers”, mawiała coraz częściej Esther. Coraz częściej też matka pytała w listach, kiedy wrócą. Podpytywała też o wnuki. „Tak jakby nie mieli dosyć dzieci Jakuba. Przecież mają już pięcioro wnuków”, dziwiła się Esther i dodawała: „Przeraża mnie trochę, że z każdym dzieckiem, Jakub i Rachela stają się coraz bardziej pobożni i ortodoksyjni. Nie mają telewizora, Rachela chodzi w nakryciu głowy, jedzą tylko koszerne jedzenie, dzieci nie korzystają z poziomu edukacji amerykańskiej, ich miejscem nauki jest jesziwa, a wyrocznią rebe”.

Esther zastanawiała się, czy i oni wraz z narodzinami dziecka tak się zmienią. Wiedziała jednak, że matce nie chodziło tylko o wnuki, ale o bezpieczeństwo jej i Johna. Po tym, jak bomba wybuchła blisko ich domu, raniąc poważnie sąsiadkę, podjęli więc decyzję o powrocie do Nowego Jorku. Po drodze postanowili zatrzymać się w Rzymie, może jeszcze skoczyć do Pompejów. Rzym przewijał się w marzeniach Esther od dzieciństwa. Miała osiem lat, a ekran czarno-białego telewizora wypełniało Koloseum, wysoka śliczna dziewczyna o wielkich sarnich oczach i szelmowskim uśmiechu stała na kamieniu, jej biała spódnica powiewała na wietrze, a ona uśmiechała się do świata, do siebie. Było w niej coś magnetycznego, elektryzującego. Esther nie mogła oderwać od niej wzroku. Potem ta sama dziewczyna wkładała rękę do paszczy kamiennego lwa i jechała skuterem, obejmując mocno kierowcę. A potem on obejmował ją. To wtedy zamarzyła, żeby kiedyś zapytać swojego ukochanego o jego uczucia przy słynnych Ustach Prawdy. Pokochała też, na całe życie, tę aktorkę. Jej zdjęcia zdobić będą później ścianę nowojorskiego apartamentu Esther.

I w końcu była w Rzymie. Zjadła śniadanie na Piazza Navona w pobliżu fontanny Czterech Rzek Berniniego, a teraz podziwiała złocące się w porannym słońcu trytony. Powietrze było takie rześkie. Kafejki kusiły zapachem kawy i pieczywa wszystkich pielgrzymujących do Wiecznego Miasta.

Przy pysznej kawie, bułeczkach i soku Esther studiowała przewodnik Michelina.

− John, chciałabym jeszcze pojechać do Ust Prawdy, pochylić się przy Ekstazie św. Teresy Berniniego, a w Bazylice św. Piotra zobaczyć miejsce, gdzie ścięto św. Pawła − powiedziała. − A niedaleko, jakieś dwieście metrów stąd, w kościele San Luigi dei Francesi jest znakomity cykl obrazów ze św. Mateuszem! Wiesz, jak uwielbiam malarstwo Caravaggia, otwierają za kwadrans. − Uśmiechnęła się figlarnie do męża i dodała: − Czas na kolejną duchową ucztę, mój drogi.

John zapłacił rachunek i wąską uliczką przeszli do  do kościoła św. Franciszka.

Już od wejścia uderzył ich jakby snop światła płynący od obrazów Caravaggia. Esther zamarła z wrażenia. Powoli podeszła do nawy ze św. Mateuszem, uklękła przed płótnami i zatopiła się w kontemplacji dzieł.

Znowu jest daleko stąd, pomyślał John, przyglądając się jej ze wzruszeniem.

Często gdy oglądali dzieła sztuki, coś pięknego, poruszającego, Esther zatapiała się w tym, trwała w zachwycie, jakby w fizycznym zjednoczeniu i zespoleniu. Kompletnie nie miała wtedy pojęcia o otaczającym ją świecie. Przebywała na innej planecie. „I znowu dostałam pałą w łeb”, mówiła później.


John usiadł w ławce na wysokości nawy. Spoglądał ze wzruszeniem to na miłość swojego życia, to na obrazy. Otworzył przewodnik autorstwa Roberta Longhiego, znanego historyka sztuki i znawcy Caravaggia i jego wzrok padł na notkę biograficzną: „Michał Anioł de Merisi Caravaggio urodził się w Mediolanie 29 września 1571 roku, wiódł życie artysty, podróżnika, jego zapalczywy charakter często powodował, że wpadał w tarapaty. Szybko jednak zyskał opinię wybitnego malarza i miał wiele zamówień od dostojników świeckich i kościelnych. Na przełomie XVI i XVII wieku otrzymał zamówienie na udekorowanie kaplicy Contarellich w Rzymie obrazami z życia św. Mateusza. Miała być gotowa na rok 1600, ogłoszony przez papieża Rokiem Świętym. Spodziewano się, że z pielgrzymką do miasta przybędą tłumy. Ta kaplica uczyniła Caravaggia wielkim, znanym malarzem, najbardziej rozchwytywanym w mieście”.

John znów spojrzał w głąb nawy. Oczami wyobraźni widział świętego Mateusza na uczcie w karczmie. Otoczony kompanami − niektórzy to zuchwali młodzieńcy w stylu bawidamków, inni to starcy o wyglądzie liczykrupy. Piją piwo, rozprawiają, śmieją się, niektórzy liczą pieniądze. Wtedy do tej zwykłej karczmy wchodzi Pan. Wskazuje na swego ucznia, tak jakby mówił: ty pójdziesz za mną… Niezwykłej ekspresji przedstawionej na obrazie scenie nadaje ostry snop światła omiatający Mateusza i jego towarzyszy. Świat zastyga, a scena jawi się świętą.

John pochylił się nad przewodnikiem. Znawca pisał, że malarza fascynowali zwykli ludzie, nikt przed nim nie malował w ten sposób świętych − niczym prawdziwych ludzi, zmęczonych, z brudnymi rękami czy stopami. Longhi napisał, że pierwsza wersja drugiego obrazu w kaplicy − św. Mateusza – została odrzucona przez zamawiającego. To nie mieściło się w głowie dostojników kościelnych, aby święty był zbyt ubogo ubrany i miał brudne nogi, a do tego zbyt kobieco wyglądający anioł w zasadzie pisał zań Ewangelię. Współczesnym Caravaggia nie zawsze odpowiadał taki obraz świata − zbyt przystający do rzeczywistości ubogich dzielnic Rzymu. Wszak dla artysty modelami musieli być kompani awanturniczego życia malarza, bezdomni i kurtyzany z podejrzanych zaułków Neapolu czy rzymskiego Zatybrza. To takie niekościelne, pomyślał John, zamknął przewodnik i podszedł do Esther.

− Chodź, kochanie − powiedział łagodnie: − Już trzynasta.

− Spędziłam tu tyle czasu? − zdziwiła się kobieta.

− Tak, to chyba twój rekord − roześmiał się czule John. Wyszli na rozgrzany słońcem maleńki placyk przed św. Ludwikiem Francuskim.

− Umieram z głodu, a w zasadzie oboje umieramy z głodu − powiedziała Esther, gładząc się po brzuchu. − Tu pewnie też mieszka jakiś mały wielbiciel Caravaggia.

− Albo wielbicielka − skonstatował John.

− Dziękuję, że byłeś tam ze mną. − Kobieta uśmiechnęła się czule. − Mam ogromną ochotę na zetknięcie bohaterów tych obrazów z ich małą ojczyzną. Jedźmy na Zatybrze, to tylko kawałek stąd.


Po jakimś czasie taksówka wysadziła ich na cichym placyku Trastevere. Wniknęli w wąskie uliczki pełne starych kamienic, cichych zaułków, suszącego się nad głowami prania i głosów dochodzących z mieszkań przez otwarte okna.

Usiedli przy stoliku w jednej z narożnych małych kafeterii i wypili latte, a właściciel kafejki polecił im znajdującą się opodal trattorię.

− Większość restauracji tu, na Zatybrzu, to aneksy domów − powiedział, podkręcając wąsa. − Gotuje się i podaje tu to samo, co rodzinie, atmosfera jest prawdziwie domowa. Polecam Jadłodajnię u Mammy Enrico, tam, naprzeciwko. − Wskazał przeciwległą ścianę w kolorze ochry. Wymalowano na niej kobietę o wężowych włosach; płomienny rudy splot układał się w nieco wyblakły już napis „Que bello, que amoroso”. Co to? − pomyślał John. Przedwojenna reklama salonu fryzjerskiego? A może jakiś tajemny salon, zastanawiał się. Zatybrze zawsze przyciągało różne osobowości, także typki spod ciemnej gwiazdy, jak przeczytał rano w przewodniku.

Zeszli po kilku stopniach i przeszli przez korytarz, mijając pokój pełen dzieci. Obok kobieta prała w balii. W kuchni dwie kobiety w średnim wieku robiły domowy makaron, a młody mężczyzna podrzucał ciasto do pizzy; na wielkiej płycie parowały garnki. Weszli do pomieszczenia na końcu korytarza. W rogu dość ciemnej sali stał wielki piec drzewny. W powietrzu unosił się zapach chleba, bazylii i oliwy.

− Oby podawano tu dobre rzeczy − szepnęła Esther do Johna. − Bo inaczej jak Caravaggio − zdzielę kucharza.

− Kochanie, on był awanturnikiem i dostał za to mandat. A ty jesteś porządną żydowską żoną! − zaśmiał się John.

Podszedł do nich wysoki, dość muskularny, łysawy Włoch w średnim wieku. Był w podkoszulku i pasiastym fartuchu. Zaprosił ich do wyjścia na dziedziniec.

Przy ustawionych dość ciasno obok siebie stolikach siedziało wiele osób − głównie okolicznych mieszkańców, sądząc po ubraniu i zachowaniu. Co jakiś czas ktoś z przechodniów zatrzymywał się przy którymś stoliku, pytał o zdrowie lub klepał jakiegoś znajomego po ramieniu.

Enrico, jak przedstawił się łysawy Włoch, usadził ich przy zacienionym stoliku pod drzewkiem. Nad ich głowami suszyło się pranie.

− Swojsko − powiedział z uśmiechem John i poprosił o menu.

− Nie mamy − odparł beztrosko Enrico. − Codziennie robimy świeże potrawy, to, co ugotuje moja mamma. − Wskazał z czułością na górę, gdzie kobieta, którą przed chwilą widzieli nad balią, wieszała teraz pranie na sznurkach. − Rozejrzyjcie się. Jedzą tu nasi przyjaciele, nasi sąsiedzi. Dziś polecamy pasta fresca z pomidorami i pizzę romana.

Esther pożądliwie spojrzała na stolik obok. Siedzący przy nim ludzie − włoska czteroosobowa rodzina − jedli cieniutką pizzę z jajkiem, anchois i pomidorami.

John i Esther zamówili dwie pizze romana. Nie wiadomo kiedy, na stole pojawił się chleb, a później także karafka z domowym winem, butelka wody i szklanki.

− Wiesz, John, nic dziwnego, że Caravaggio tak ukochał Zatybrze − powiedziała Esther. − Zobacz, wokół nas siedzą bohaterowie jego obrazów.

John skinął głową. Rzeczywiście, tutejsi mężczyźni wyglądali dość swojsko, większość, jak Enrico, byli w podkoszulkach, wielu z nich paliło papierosy, miało kilkudniowy zarost. Niektórzy wyglądali, jakby od dawna nie mieli bliższego kontaktu z mydłem i wodą. Przy stoliku obok starzec i młodzieniec grali w karty, a dalej rozgrywano partię tryktraka.


Choć wszyscy jedli pizzę rękami, John i Esther, jako turyści, otrzymali wielkie srebrne widelce i noże. Esther była tak głodna, że razem z potężnym kęsem gorącej pizzy niechcący ugryzła widelec. Ukruszył się jej przy tym maleńki, może dwumilimetrowy kawałek zęba. Przerażona, szybko wyjęła z torebki lusterko, by ocenić straty, ale na szczęście ubytek był ledwie widoczny. Zaśmiała się z własnej pazerności. Nigdy nie jadła lepszej pizzy, a ta była warta nawet ułamanego zęba.

W pewnym momencie z budynku wyszła mamma i podeszła do ich stolika.

− Tutto bene? − zapytała. Jej czoło przecinała wielka pionowa zmarszczka. Na fartuchu miała podobiznę amorka zajadającego pizzę.

− Si, certo! Pizza była tak dobra, że złamałam kawałek zęba − zaśmiała się Esther.

− Naprawdę? − zdziwiła się mamma. − A może chcesz nauczyć się ją robić? − zaproponowała.

− Czy chcę? Marzę o tym! − Esther momentalnie zerwała się z krzesełka.

Weszły do kuchni i mamma podała jej fartuch. Z głośnika dobiegały głosy Pavarottiego i Sinatry: O, amore. Wszyscy wtórowali mistrzom wokalu.

− To Alfredo, młodszy brat Enrico, jest pizzaiolomamma przedstawiła Esther kruczoczarnego chłopaka w białym podkoszulku. Miał jakieś dwadzieścia lat, niebieskie oczy i na pewno był obiektem westchnień wielu dziewcząt w okolicy. Jego muskularne ramiona, pokryte błyszczącą warstewką potu, napinały się, gdy na marmurowym blacie ugniatał drożdżowe ciasto. Uformował z niego kulę, odłożył i nakrył ściereczką.

− Ciasto drożdżowe nie lubi zimna i przeciągów − zwrócił się do Esther łamaną angielszczyzną. − Musi być cały czas ciepło! Jak w domu − zaśmiał się, a mamma pogładziła go po policzku. − Potem urywam kawałek ciasta i rozwałkowuję o tak, cienko, smaruję moim magicznym sosem, na to pomidory, bazylia, oregano, anchois, oliwki i mozarella − wyłącznie z bawolego mleka. A teraz połóż na pizzy brakujący składnik. − Chłopak uśmiechnął się tajemniczo.

Esther pomyślała chwilę.

− Wiem! − zawołała i podeszła do miski z pokrojonymi jajkami. Nabrała garścią i wyłożyła je na wierzch pizzy.

− Świetnie! Teraz do pieca! − Włoch klasnął w ręce. − A to dla ciebie − butelka oliwy z naszego gaju pod Rzymem. Możesz nią polewać pizzę, kiedy będziesz przyrządzać ją w domu.

Esther wróciła do stolika. Kiedy po kilkunastu minutach przyniesiono im pizzę, miała łzy w oczach.

− Ty płaczesz? − zapytał John.

− Ze szczęścia, kochanie, ze szczęścia...

Tak miała zapamiętać ten dzień. Jedli najpyszniejszą pod słońcem cieniutką pizzę, z wybornym pomidorowym sosem, który pachniał polami Lacjum, świeżą bazylią i oregano, a w tle wybrzmiewały arie z oper.

− Bardzo mi się tu podoba − powiedział w pewnej chwili John. − Jest tak prawdziwie. Wiem, Rzym i ta cała reszta są cudowne, ale ja tęsknię za prawdziwymi Włochami, a one są tutaj, wokół nas. – Popatrzył z powagą w oczy Esther. – Zostańmy tu trochę dłużej. Wiem, że bylibyśmy tu szczęśliwi. Ty miałabyś scenerię jak z Caravaggia, a i ja czuję, że odnalazłbym się w takim miejscu, jak to. I mógłbym pisać. Zamieszkajmy na Zatybrzu, Esther.

Esther już chciała przypomnieć mu o czekającej na nich matce, Nowym Jorku i kancelarii, o konieczności kompletowania wyprawki dla dziecka, ale po chwili namysłu powiedziała tylko:

− Oczywiście, John. To świetny pomysł. W Rzymie żyjmy jak rzymianie. − Mrugnęła do niego porozumiewawczo. − Zapytajmy właściciela, czy słyszał o czymś do wynajęcia w okolicy.


Po kilku godzinach Esther otworzyła zielone okiennice i wyszła na taras. Pod nią rozpościerał się ogród pełen kwiatów i warzywnych grządek. Dominowały bugenwille, rosło też kilka cyprysów. W oddali szarą wstęgą ciągnął się malowniczy Tybr, po prawej wznosił się Zamek Świętego Anioła − nieodzowny znak, że są w Rzymie.

Esther czekała na Johna, który pojechał do hotelu po ich bagaże. Wieczorem, po jego powrocie, na tarasie wznieśli toast za rocznicę powstania państwa Izrael, dołączając do wielomilionowej rzeszy Żydów na świecie, którzy w sposób szczególny obchodzili dzień czternastego maja. Pili też − choć Esther tylko umoczyła usta − za „zatybrzańskie wakacje” i mające się wkrótce urodzić dziecko. Potem długo w noc wsłuchiwali się w odgłosy okolicy. Jakaś kobieta pokrzykiwała na męża. Dzieci płakały, a mężczyźni na pobliskim tarasie śmieli się do rozpuku, oglądali mecz i czasem coś wykrzykiwali.

Usnęli wtuleni w siebie, kołysani nocnymi dźwiękami zatybrzańskiego zaułka. Esther śniło się, że wkłada rękę w paszczę lwa, a zwierz próbuje ją odgryźć. Obudziła się, przestraszona, ale szybko uspokoił ją widok Johna, który spał obok, uśmiechając się lekko. Wtuliła się w męża i usnęła snem mocnym i spokojnym.

Rano Esther znów wyszła na taras. W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy. Obudziła Johna, wzięli szybki wspólny prysznic, ubrali się i zeszli krętymi schodami wprost na rozświetloną słońcem wąską uliczkę.

− Buongiorno! Ciao! − słyszeli z każdej strony.

Na ulicach prawie nie było turystów. Mieszkańcy Zatybrza raczyli się kawą, czytali gazety, pozdrawiali się i rozchodzili do pracy. Było parno i gorąco. Szybko poszukali cienia w pobliskiej kafeterii na rogu placu Santa Maria Trastevere, gdzie wypili aromatyczną kawę.

Rytuał ten powtarzali każdego poranka. John czytał amerykańską prasę, a Esther szkoliła swój włoski. Po paru dniach wiele osób zaczęło do nich machać i wołać po imieniu. Byli u siebie. Niektórzy przystawali i pytali o zdrowie czy plany na nadchodzący dzień. Byli to głównie drobni rzemieślnicy mający tu swoje warsztaty i restauracje. Tak poznali Gianlucę Motterrluigiego, smagłego, wysokiego czterdziestolatka, właściciela wytwórni lamp. Czasem z nimi siadał, pili razem kawę, rozmawiali o pogodzie lub o włoskiej lidze − John w Rzymie zaczął interesować się piłką nożną, Gianluca zabrał go kiedyś nawet na mecz Roma Lazio i John odkrył nową sportową pasję.


Pewnego dnia mama Gianluki i Carla, jego żona, zaprosiły Esther i Johna na kolację. Carla, ciemnowłosa rzymianka o alabastrowej cerze, serdecznie uściskała Esther, pogładziła ją po brzuchu i zaprowadziła do pokoju, w którym szarpało się dwóch niedużych chłopców.

− Carlo, Pietro! − krzyknęła Carla i pogroziła im groźnie ręką. Chłopcy wciąż jednak się przepychali, dopóki z ciemnego korytarza nie wyłoniła się starsza pani.

− Mamma − przedstawił ją Gianluca, nie używając jej imienia, a kobieta podeszła do niego i potargała go za ucho, jakby miał siedem lat. Widząc to, Carla skryła ironiczny uśmieszek.

− Gianluca, weź gościa i chłopców do salonu − powiedziała. − Zanim przygotuję kolację, możecie pooglądać mecz.

− Grazie, bella. − Włoch podszedł, objął żonę i bez skrępowania pocałował ją w usta, a ta uśmiechnęła się jak podlotek.

Carla uwolniła się z objęć i wróciła do kuchni, podśpiewując pod nosem. Po chwili wróciła i na niskim stole przed telewizorem postawiła miseczki z grissini, nadziewanymi migdałami oliwkami i pieczywem. Na kilka spodeczków nalała trochę złocistej oliwy i balsamico. Francesco, młodszy z chłopców, od razu umoczył w aromatycznym płynie kawałek chleba. Był pulchnym pięciolatkiem o długich miedzianozłotych loczkach, wyglądał jak cherubinek z obrazów Rafaela. Pałaszował ze smakiem chleb, a oliwa spływała mu po brodzie.

Esther uśmiechnęła się do malca, pogładziła się po brzuchu i przeszła do kuchni.

Połowę dużego pomieszczenia zajmował stół, nakryty obrusem w czerwono-zieloną kratę. Na nim stały dwie wielkie karafki − z wodą, oszroniona od lodu, i z winem − oraz kosz z bułkami. Nad stołem wisiała wielka miedziana lampa z czerwonymi wstawkami z dymionego szkła − dzieło warsztatu pana domu.

Przez najbliższą godzinę, siedząc w kuchni, kobiety słyszały tylko:

− Gooool!

− Taruro, presto, presto!

− No dalej!

− Forza Italia, forza!

Esther usadzono na szczycie stołu. Kuchnia była ­obszerna i dość jasna. Po bokach okien wisiały adamaszkowe, dość ciężkie kotary w kolorze wina.

Z ulicy dochodził zgiełk rzymskiego popołudnia. Na parapecie pyszniło się wiele zieloności.

− Bazylia, szałwia, lubczyk, rozmaryn, mięta i znowu bazylia − wyliczała pani domu. − Bez bazylii nie ma kuchni włoskiej, a bez szałwii rzymskiej − roześmiała się. − Nasza kuchnia jest bardzo prosta, to kuchnia ubogich. Powstaje z najprostszych płodów ziemi, tego, co mamy wokół siebie − oliwy z oliwek, chleba, pomidorów, warzyw, ziół, orzechów piniowych…

− A to? − zapytała Esther, od dłuższego czasu wpatrująca się w wiszący nad stołem obraz przedstawiający martwą naturę − z pomarańczami i krewetkami. Artysta szczególnie pięknie odmalował dzban, w którym odbijało się pomieszczenie − kuchnia bardzo podobna do tej, w której się właśnie znajdowały.

− To ta sama kuchnia − roześmiała się Włoszka. − Należała do rodziny prababki Gianluki, właścicieli z pokolenia na pokolenie tego samego warsztatu. Nasze rodziny są na Zatybrzu sąsiadami od kilkuset lat; tu nic się nie zmieniło. Mamy też niezłą rodzinną kolekcję obrazów. Mieszkający tu artyści, w tym jeden z naszych największych włoskich malarzy − Michelangelo de Merisi − płacili często obrazami za usługi. Tę martwą naturę namalował właśnie de Merisi, by zapłacić protoplaście mojej rodziny za posiłki.

− Wspaniała historia − westchnęła Esther.

Nie piła za dużo, ale czuła się, jakby była pijana. Oto siedziała w środku sceny niczym Wieczerza w Emmaus,­ mówiła po włosku, pod obrazami namalowanymi ręką ukochanego mistrza. Ją, dziewczynę urodzoną w Stanach, gdzie najstarsze budynki miały dwieście lat, to naprawdę upajało. Pomyślała też o wczorajszej wizycie w rzymskim kościele i uśmiechnęła się do siebie ­w duchu.

Patrzyła, jak Carla przyrządza kolację.

Z kawałka wielkiej szynki Carla pokroiła kilkanaście cieniutkich plasterków.

− Prosciutto di Parma − powiedziała, kładąc na stole talerzyk. Potem rozkroiła dojrzałego melona i kawałki otoczyła pachnącą szynką parmeńską. Ze schowka pod oknem wyjęła kulę pecorino, pokrytego złotoszarą skórką. Ułamała kawałek i podała Esther. − Co myślisz? − Ser pachniał orzechami i spokojnym domem.

− Cudowny − westchnęła z zachwytem Esther.

− Pecorino to nasz rzymski ser, odmiana parmezanu.

Wiórki startego sera spłynęły na melona w szynce. Carla dodała jeszcze trochę pieprzu.

− Prosciutto con parma. − Uśmiechnęła się. − Możesz mi pomóc, Esther? Ja ugniotę domową pastę, a ty przygotujesz przystawkę.

Przed Esther pojawiły się duża plastikowa misa z napisem „Buffala” i kilka dojrzałych pomidorów. Wzięła jednego do ręki. Zamknęła oczy i powąchała − pachniał słońcem. Zobaczyła długie pola Lacjum, wysadzane cyprysami, pod niebem z ultramarynowego raju...

Pokroiła pomidory i ułożyła je na srebrnym półmisku na przemian z mozarellą. Rzuciła na to kilka listków bazylii. Potem podeszła do dużej miedzianej kadzi, w której w butelkach i ceramicznych naczyniach stały oliwy. Niektóre butelki były mocno otłuszczone. Zdjęła korek i powąchała pierwszą − z czosnkiem i rozmarynem. Potem wąchała kolejne. Nie mogła się zdecydować, czy wybrać tę zwykłą, czy tę z zatopionym chilli, czy z czosnkiem, czy z truflami. Ostatecznie wybór padł na tę ostatnią.

Podczas gdy gotował się makaron, Carla przygotowywała sos. Podeszła do kadzi z oliwami, wzięła tę zwykłą i wylała odrobinę na patelnię. Gdy oliwa lekko się podgrzała, wrzuciła łyżkę ziaren pieprzu. Po kuchni rozszedł się niezwykły zapach.

− Gotowanie zajmuje tyle, co otwarcie butelki i wypicie szklanki dobrego wina − powiedziała, po czym wyjęła z lodówki odkorkowane już Frascati i bez słowa nalała dwie szklanki.

− Ale ja nie... − zaprotestowała Esther, ale Carla machnęła ręką.

− Dobra, umocz tylko usta. Dziewczyno, jesteś we Włoszech. My tu zmuszamy dzieci do picia dobrego wina − powiedziała, a widząc przerażoną minę Esther, dodała: − Rozcieńczonego wodą oczywiście. Dzięki temu Włosi są koneserami wszystkiego, co piękne − sztuki, wina, wody i jedzenia.

− No dobrze. W obliczu takich argumentów, chociaż zamoczę usta − zaśmiała się Esther.

Wypiły po łyku zimnego trunku i Carla wróciła do gotującego się makaronu.

− Bene. Teraz jest al dente. Pamiętaj, że musi być al dente, ugotowanie go inaczej przynosi dyshonor każdej włoskiej pani domu.

− Zapamiętam. − Esther z zapałem pokiwała głową.

Carla tymczasem wzięła filiżankę i nabrała nieco wody z makaronu. Resztę odsączyła i wrzuciła szybko na patelnię z rozgrzanym na oliwie pieprzem, dodając do tego połowę wody z filiżanki.

− Nie przelewamy takiej pasty zimną wodą, bo traci smak. Podaj mi, proszę, pecorino. − Starła ser, wyłożyła na talerze i posypała pieprzem z młynka. − Gianluca, gotowe! − krzyknęła w stronę salonu. − Przyprowadź gościa i chłopców. Poproś też mammę.

Zanim wszyscy zasiedli przy stole, Carla nalała dorosłym zimnego, schłodzonego Frascati, a dzieciom wodę.

Jedli, rozmawiając i żartując.

− Carla, to jest boskie! − zawołał John, gdy uczta dobiegła końca.


Następnego dnia, w niedzielę, po porannej mszy rodzina Gianluki zaprosiła Andermanów na wypad do nadmorskiej Ostii.

− To nasze ulubione rzymskie letnisko od czasów starożytnych − powiedział z dumą Gianluca.

Podczas spaceru Carla zaproponowała, żeby codziennie się spotykały u niej − ona będzie uczyła Esther włoskiego, a przy okazji sama podszkoli swój angielski. Esther przyklasnęła z radością.


Codziennym rytuałem stały się dla Esther i Johna wizyty w gelaterii Santa Francesca. Wielka stalowo-szklana lada, wyglądająca niczym płótno impresjonisty, kusiła różnorodnością smaków i kolorów mrożonych delicji. Pustynne diuny bieli, pomarańczy, pistacji i malinowej fragoli.

− Karmelowe, sorbet cytrynowy i pistacja − prosiła najczęściej Esther.

− Nocciola, palona kawa i gorzka czekolada − zamawiał John.

Potem często taksówką wybierali się do miasta na „rzymskie uczty duchowe”. Robili sobie dzień Caravaggia. Albo dzień Leonarda. Albo dzień Michała Anioła. Albo Audrey Hepburn. Siedzieli w małym dusznym kinie gdzieś nieopodal monumentu Victora Emanuela i oglądali Rzymskie wakacje. Potem John kupił Esther notes z filmową sceną na okładce − tą, w której kobieta i mężczyzna jadą na skuterze przez miasto. Następnego dnia wypożyczyli skuter i sami stworzyli swoje Rzymskie wakacje. Johnowi może daleko było do Gregory’ego Pecka, ale Esther w chustce na głowie i ciemnych ray-banach wyglądała zupełnie jak Audrey.

Esther bardzo lubiła też dni, które nazywała dolce far niente. Oddawali się wtedy słodkiemu lenistwu, jedli kolacje w jednej z pobliskich tavern albo u rodziny Gianluki i cieszyli się chwilą, zatrzymaną jak w kadrze pięknego, romantycznego filmu.

John pisał przy stole w świetle lampy w kształcie rzygacza z fontanny di Trevi − był to dar od Gianluki. Przez otwarte okiennice wpadały dobrze im już znane odgłosy zatybrzańskiego zaułka.


W urodziny Johna, trzeciego lipca, Esther zaprosiła męża do słynnej działającej od dziewiętnastego wieku rzymskiej tawerny Checchina. Restauracja mieściła się na jednym z siedmiu wzgórz, wokół których zbudowano Rzym. Jej specjalnością były krowie ogony.

− Mogłabym tu mieszkać, John − powiedziała Esther, gdy wznieśli toast.

− Ja też − odparł.

− Więc? − zapytała, patrząc na tonące w Tybrze słońce.

− Zastanowimy się nad tym.

− Sto lat, kochany, następne urodziny będziemy spędzać już we trójkę.

John podszedł do Esther i mocno pocałował ją w usta.


Następnego dnia obudzili się później niż zwykle. Gdy zegar wieży bazyliki Santa Maria Trastevere wybił południe, usiedli w zacienionej kafeterii na Via Garibaldi. Chcieli zamówić kawę, ale nikt do nich nie wychodził. W końcu zajrzeli do środka.

Właściciel i wszyscy pracownicy w milczeniu wpatrywali się w telewizor. Na ekranie co chwilę pojawiała się ta sama scena: lotnisko, przerażeni ludzie, uzbrojeni żołnierze. John wziął za rękę Esther i podeszli bliżej odbiornika. Mężczyzna w hełmie, stojący na tle zniszczonego skrzydła samolotu, mówił do mikrofonu: „Wczorajsza próba odbicia zakładników uwięzionych i przetrzymywanych przez terrorystów z Frontu Wyzwolenia Palestyny i niemieckiej grupy Baader-Meinhof przez izraelskich komandosów na jednym z afrykańskich lotnisk powiodła się. Ale są ofiary wśród żołnierzy i pasażerów. Zginęły dzieci. Sytuacja jest opanowana, na miejsce przybył izraelski minister obrony narodowej”.

− Mamy najlepszą grupę antyterrorystyczną na świecie. Dzielne chłopaki. − John bezwiednie przyłożył prawą rękę do piersi niczym miłujący wolność Amerykanin, dumny uczestnik życia w kibucu i wojny sześciodniowej.

− Wszędzie nas prześladują − westchnęła Esther. − Ciągle zamachy terrorystyczne, albo oni atakują nas, albo my ich. Czy to się kiedyś skończy, John? − Siedziała wciśnięta w róg sofy. Była blada i miała zaciśnięte usta. Kurczowo obejmowała brzuch, jakby chciała uchronić swoje dziecko przed całym złem tego świata. − Czy to tak trudno radować się zwykłym życiem, jak choćby my tutaj? Miałam dość życia w cieniu bomb w Izraelu, a teraz widzę, że tak jest wszędzie.

W kafeterii było niewielu gości. Przy stoliku obok siedziała grupa Arabów. Dyskutowali o czymś zawzięcie. Wyraźnie dwóch mężczyzn miało odmienne zdanie na ten sam temat. Gdy wyższy machał ręką, w słońcu lśnił seledynowy ogromny sygnet na jego palcu. Wykrzykiwał ciągle z pretensją: „Paolito! Paolito!” i dalej krzyczał po arabsku, wskazując na telewizję i żywo gestykulując. Nie było wątpliwości, że mówią o akcji żydowskich antyterrorystów.

Arabowie z wyraźną niechęcią spoglądali na Johna, ubranego w T-shirt z hebrajskim napisem i znakiem Izraelskich Sił Powietrznych.

Pewnie wiedzą, że jesteśmy Żydami, pomyślała Esther i zimny pot oblał jej plecy. Nagle poczuła, że ich sielska rzymska egzystencja jest zagrożona.

− Wracajmy do domu − szepnęła do męża.

− Dobrze, kochanie. I tak chciałem jeszcze dzisiaj popisać...

− Nie, John, wracajmy do domu, do Monsey. Proszę, kup bilety na najbliższy lot do Nowego Jorku. Chcę, aby nasze dziecko urodziło się jak najdalej od bomb. Ameryki nikt nigdy nie ośmieli się zaatakować, u nas nie dojdzie do żadnego zamachu.


Kilka dni później w samolocie do Nowego Jorku studentka Harvardu, wracająca z kulturalno-artystycznego objazdu Włoch, zapytała siedzącą obok Esther:

− Jak pani spędziła czas we Włoszech? Ja w międzynarodowej grupie stopem objechałam cały włoski but − od Mediolanu do Neapolu.

− A my żyliśmy jak rzymianie. Spędzaliśmy czas głównie na delektowaniu się prostym, a jednocześnie wykwintnym jedzeniem w trattoriach, na piciu espresso, na pisaniu, czytaniu, gotowaniu, słuchaniu arii, nauce włoskiego, smakowaniu sztuki, rozmowach z przyjaciółmi. − Uśmiechnęła się do dziewczyny. Po prostu dolce far niente.

− A skąd pochodzicie? − dopytywała się studentka. − Ja jestem z San Francisco.

Esther zastanawiała się chwilę.

− Dobre pytanie. Jesteśmy Żydami. Urodziliśmy się w Nowym Jorku, ostatnie lata spędziliśmy w Jerozolimie, ale duchowo jesteśmy... rzymianami. A najbardziej ukochaliśmy Zatybrze.

− No tak − odpowiedziała dziewczyna, przeczesując palcami jasną grzywkę. − Wszak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Esther nic już nie powiedziała. Usnęła i spała mocnym snem, aż koła samolotu dotknęły płyty lotniska La Guardia w zalanym deszczem Nowym Jorku.




Rozdział XXVI

Erynie



Benghazi, sierpień 1976

Maria wracała z pracy swoją ulubioną nadmorską drogą. Każda latarnia była pomalowana na zielono, na każdej powiewała zielona flaga.

Na centralnym placu Benghazi wznoszono wielką scenę. Tutaj za kilka dni miały się odbyć centralne obchody rocznicy rewolucji.

Siódma rocznica... A przyjechaliśmy tuż po przewrocie. To już siedem lat? − zastanawiała się Maria. Tak wiele się zmieniło.

Wczoraj Roman wyznał, marszcząc czoło:

− Szkoda, że na souku nie ma już naszej ulubionej księgarni. Nie można kupić angielskiej, amerykańskiej i włoskiej prasy. Wiesz, odkąd rok temu Kaddafi wydał Zieloną książkę, to ludzie coraz bardziej zamykają się na Zachód, coraz częściej nazywają go zgniłym Zachodem. Zobacz, jak Kaddafi rozpoczął etap wprowadzania komunizmu w wersji arabskiej. Nacjonalizuje się coraz więcej firm. I jest trudniej teraz, gdy wykreślono Libię z map i z historii, a Kaddafi ogłosił ją narodową Dżamahiriją6. Są coraz większe problemy z wyjazdem z Libii. Place zamieniły się w ośrodki manifestacyjne, a lud manifestuje często i na każdy temat. Każda okazja jest dobra. Wypędzenie Włochów w tysiąc dziewięćset dwudziestym, obalenie Idrisa w sześćdziesiątym dziewiątym, śmierć Nasera, urodziny Nasera, urodziny Mukhta­ra, Kaddafiego, urodziny jego kolejnych synów. No może poza urodzinami tego najstarszego, którego wódz zawsze traktował po macoszemu. Podobno we włoskiej telewizji mówili, że nie spełnia pokładanych w nim nadziei...

Maria wstała i rzekła stanowczo:

− Nie obchodzi mnie ta cała polityka. Mam do zrobienia projekt i przypominam ci − jest to projekt dla rządu i dla Dżamahiriji właśnie. Dzięki temu mamy dobre życie, Roman. − Nie potrafiła ukryć irytacji w swoim głosie.

− Może ty masz dobre życie... − mruknął tylko mężczyzna.


Synowie Marii i Romana − w opinii rodziców − spełniali pokładane w nich nadzieje.

Jacek po drugim roku studiów w Warszawie na arabistyce przeniósł się do szkoły pilotażu lotniczego w Dęblinie. Andrzej studiował w Londynie prawo. Ciągle przyjeżdżali do rodziców na wakacje. Romanowi nieustannie przedłużano kontrakt. Pacjenci go uwielbiali. Bez Marii studenci nie wyobrażali sobie wykładów. Na pustyni powstał kompleks zielonych pól.

Pewne rzeczy, do których byli przyzwyczajeni, trwały niezmiennie. Ciągle jeździli nad morze z Anwarem. Gdy tylko parkowali, Arab wystawiał na dach toyoty malutki tranzystorowy telewizorek i z lubością wpatrywał się w obraz. Jak większość Libijczyków nie oglądał lokalnej telewizji, ale włoską, maltańską lub francuską.

„Ich program to głównie wielogodzinne przemowy do narodu Kaddafiego, przeplatane surami z Koranu, hard talks mułłów o upadku obyczajów i zgniłym Zachodzie oraz niegodziwości Izraela wobec Palestyńczyków, na przemian z hasłami z opublikowanej niedawno biblii autorstwa pułkownika”, wyjaśnił Roman, gdy Andrzej zapytał go kiedyś, dlaczego Anwar nie ogląda tutejszej telewizji. „Czy czasem cytują Gomułkę? Albo Stalina? Mao Tse-tunga? A może Marksa?”, rzuciła z przekąsem Maria, gdy wszyscy wpatrywali się w migający ekran telewizora, na którym ładna Włoszka prowadziła wywiad z poważną brunetką. Kobiety były tak inne od Arabek, że Anwar nie zwrócił uwagi, iż ogląda też hard talk, tyle że po włosku.

Roman zaczął przysłuchiwać się audycji. Od roku intensywnie uczył się włoskiego, ze względu na to, że w szpitalu pracowały z nim teraz włoskie pielęgniarki z zakonu klarysek, i sporo już rozumiał. Blondynka, znana gwiazda włoskiej telewizji, prowadziła wywiad z Orianą Fallaci. Rozmawiały o tym, że coraz więcej kobiet zapisuje się do libijskiego wojska. Dziennikarka zapytała, czy to prawda, że kobietom służącym w wojsku daje się zaświadczenia o utracie dziewictwa „na ćwiczeniach”.

Mimo że byli sami nad morzem, Roman szybko przełączył na inny kanał. W telewizji maltańskiej pokazywano Columbo. W libijskiej telewizji nie puszczano już amerykańskich seriali, a kina pokazywały głównie produkcje z Bombaju.


Ulice zaroiły się od zielonych flag i tablic z cytatami z Zielonej książki. To miało ludziom zastąpić chleb i mięso. Nie zastąpiło.

Podczas cotygodniowej partii szachów Mahdi wyjaśnił:

− Kaddafi objeżdżał Libię z okazji siedmiolecia panowania. Strój pułkownika zamienił na bardziej ludową galabiję. Przemieszczał się opancerzonym wozem. Za nim i przed nim jechała armia, tłumy młodych ludzi o dzikich spojrzeniach. Szwadrony Kaddafiego przemierzały kraj, każde auto na drodze musiało ustępować im miejsca. − Pyknęła fajka. − Pamiętasz, jak mówiłem ci o Cyrenajce i jej wolnościowych nastrojach?

Roman skinął głową.

− Skoczek na B osiem − mruknął.

Mahdi spojrzał z uznaniem na szachownicę.

Pyknęła fajka.

− W Cyrenajce nastroje były burzowe − podjął. − Tu nie bano się go tak bardzo jak w Trypolitanii, stąd na wystąpienie pierwszego września na placu Omara Mukhtara, bohatera narodowego, czekano z niepokojem. Od tygodnia w zasadzie nie pracowano − wszyscy otrzymali zwolnienie z pracy, by od rana do nocy brać udział w niekończących się próbach generalnych przed demonstracją. Całymi dniami machano rękami i wznoszono okrzyki, powiewając zielonymi flagami. Al-Fatah, Al-Fatah! I jeszcze głośniej: Dżamahirija, Dżamahirij!


W dniu obchodów Maria wraz z chłopcami poszła w kierunku głównego placu. Postanowiła, że powinni zobaczyć, jak tworzy się historia. Zawiązała chustkę na głowie, by nikt nie zarzucił jej, że nie szanuje tutejszych zwyczajów.

Przeszli obok ulubionego sklepu Romana, w którym kilka lat temu kupił sobie rolexa. Świecił pustkami. Tuż obok Maria kupowała sukienki od Diora. Teraz sklep od bramy dzieliła do połowy zaciągnięta żaluzja. Nie było też księgarni, gdzie kupowali zachodnie czasopisma. Nie było sklepików ze złotem. Coraz więcej interesów zamykało się każdego dnia. Tętniący niegdyś życiem targ powoli zamienił się w wyludnione uliczki, po których szwendały się kury, bezpańskie psy i koty. A wszystko w imię Zielonej książki. „Kaddafi, zabierając Arabom handel, zdusił w nich ducha narodu”, powiedział Roman kilka dni temu. „Arabski kupiec ma handel we krwi, sprzeda wszystko trzy razy lepiej od Żyda. I dokąd to zmierza?”.

Maria zaprowadziła chłopców do miejsca, które wyznaczono dla członków akademii rolniczej. Stały tam już inne wykładowczynie i studentki. Wszyscy przyszli z rodzinami − taki był nakaz biura propagandy wodza.


Po godzinie tłum zgęstniał. Kanonada z broni oznajmiała, że nadjeżdża wódz ze swoją gwardią.

− Mamo, wracajmy do domu − mruknął Andrzej, lecz Jacek zgromił go spojrzeniem.

− Nie ma mowy! Będziemy częścią historii. Patrzcie, nadjeżdża Kaddafi! − Chłopak był wyraźnie zafascynowany. − Ale świetna obstawa!

Nadjeżdżający żołnierze wyrywali z objęć matek małe dzieci i siłą przytykali je do auta wodza. Dzieci płakały wniebogłosy, ale ich krzyk nikł w jazgocie podnieconego tłumu. Słychać było gniewne pomruki:

− Kto postrzeliłby wodza?

− Kto strzelałby do niewinnych dzieci?

− A więc to prawda − powiedział z przerażeniem Andrzej. − Kaddafi tworzy żywe tarcze ochronne, by nikt go nie zaatakował. W taki sposób może rządzić jeszcze przez wiele lat. Jak Atylla, wódz Hunów, czy jego kumpel Idi Amin... − Andrzej przerwał na chwilę, bo dostrzegł znajomą postać. − Zobaczcie! − zawołał. − Obok Kaddafiego siedzi Farag!

Kaddafi podjechał do sceny i nie wysiadając z wozu, rozpoczął wielogodzinną przemowę. Raz po raz wyrzucał ręce w górę i wołał: „Zwyciężymy! W imię Allacha − zwyciężymy! Al Fatah!” Wtedy tłum wirował i krzyczał, a echo placu dudniło w rytm jego słów.

Studentki Marii również tańczyły i wymachiwały rękami. Maria ledwo je rozpoznała. Spokojne na co dzień dziewczyny szalały niczym starożytne Erynie w obłąkanych tańcach. Okrzyki wznosił też Jacek. Jego oczy błyszczały, był bardzo podekscytowany. Maria i Andrzej patrzyli na niego z przerażeniem.

W pewnym momencie Farag zauważył bliźniaków i skinął lekko głową na powitanie.

Maria czuła coraz większy niepokój.

− Chodźcie, chłopcy, idziemy! − zawołała, ale tylko Andrzej ruszył za nią.

Jacek wciąż stał w miejscu, patrząc na wodza oczami rozszerzonymi z emocji. Te oczy ujawniały zachwyt. Przytulał do serca chustkę prababki, tatarskiej księżniczki. W końcu zyskał odpowiedź na pytania, które dręczyły go podczas bezsennych nocy.


Maria i Andrzej wracali do domu wyludnioną nadmorską promenadą.

− To jest bardzo niepokojące, co dzieje się z Jackiem, mamo − powiedział w zamyśleniu Andrzej.

Maria długo nie odpowiadała. Przed oczami wciąż miała roziskrzony wzrok syna patrzącego na Kadda­fiego.

A może on stanął po stronie zła? − pomyślała pierwszy raz od bardzo dawna.

− Wiem, synu − odparła w końcu. − Musimy porozmawiać z ojcem.


6 ‘Władaną przez lud’ (przyp. red.)




Rozdział XXVII

W matni



Warszawa, 15 maja 1977

W powietrzu unosił się obłędny zapach bzów. Wszystkie ławki na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego były zajęte − ludzie śmiali się i rozmawiali. Na trawniku przed biblioteką jakiś długowłosy chłopak grał na gitarze, zawodząc rzewnie: Anna Maaaria smutną ma twarz... Anna Maaaria wciąż patrzy w dal.


Karen przyjechała do Warszawy, by studiować prawo. Musiała załatwić formalności związane z przeniesieniem papierów z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przed wyjazdem poważnie porozmawiała z matką, tłumacząc swoją decyzję: „Babcia zdecydowanie zbyt dosłownie wzięła sobie do serca twoje polecenie, by się mną starannie opiekowała. Tak jakby chciała nadrobić cały ten czas, kiedy rzadko mnie widywała. Przeżywała każdy mój późniejszy powrót, każde wieczorne wyjście. To było nie do zniesienia! A do tego te twoje opowieści o bogatym krakowskim życiu studenckim okazały się wręcz nierealne. Raz wybrałyśmy się z babcią do Piwnicy pod Baranami. Zachwyciła mnie barwna postać Piotra Skrzyneckiego, ale gdy później spotkałam kolegów z Jagiellonki, którzy zaproponowali wypad na piwo do Hawełki, musiałam zrezygnować. Babcia popatrzyła na mnie w taki sposób... Czy kiedy ty studiowałaś, też zachowywała się tak paranoicznie? Wytrzymałam rok, ale po zaliczeniu sesji ze znakomitym wynikiem podjęłam decyzję, że przenoszę się do Warszawy”.

I w ten sposób siedziała teraz na ławce przed biblioteką uniwersytecką i chłonęła zapach bzów. Przymknęła oczy i już prawie zaczęła drzemać, gdy usłyszała głos:

− Karen?! No nie wierzę! To naprawdę ty?

Mrużąc oczy, Karen ujrzała najpierw rude kosmyki, a potem ich właściciela − Andrzeja.

Minęło kilka lat od ich ostatniego spotkania. Andrzej zmężniał, wyszczuplał. W jasnych dżinsach i białej koszuli wyglądał bardzo szykownie.

− Cześć, Andrzej. − Uśmiechnęła się lekko, próbując ukryć zakłopotanie. − Co ty tu robisz?

− Studiuję na prawie, na drugim roku − odparł chłopak.

− Gratuluję. A... − Karen zająknęła się.

− Chcesz zapytać o Jacka? − dopowiedział za nią Andrzej. − On też studiuje na uniwerku, na arabistyce. − Nie zauważył, jak po twarzy Karen przemknął cień przerażenia. − Chodź, Karen, coś ci pokażę.

− Ale ja... − Dziewczyna próbowała protestować, ale Andrzej bezceremonialnie wziął ją za rękę i pociągnął za sobą.

Był bardzo podekscytowany, ciągle coś mówił, bez ładu i składu. Wyznał, że bardzo za nią tęsknił, i spytał, dlaczego nie odpisywała na jego listy. Wyszli na Krakowskie Przedmieście i po chwili znaleźli się w westybulu hotelu Bristol.

− Tu są najlepsze kremówki w mieście! − zachwalał Andrzej.

− Ja też tak słyszałam − odparła nieco spięta Karen.

Gdy weszli do kawiarni, dziewczyna zobaczyła Jacka w towarzystwie jakichś studentek.

− Brachu, zobacz, kogo tu przyprowadziłem! − zawołał Andrzej.

Jacek odwrócił się. Na widok Karen wstał i dość oficjalnie podał jej rękę.

− Cześć − rzucił chłodno, po czym przedstawił swoje koleżanki. − To Kasia i Beata.

Usiedli przy wspólnym stoliku i zamówili kremówki. Andrzej wciąż mówił − opowiadał o wspólnym dzieciństwie w Libii, dziewczyny szczebiotały i tylko Jacek chmurnie spoglądał to na Karen, to na brata, to na koleżanki. Minęło niemal pół godziny, zanim się odezwał:

− Jakie masz plany, Karen? Co robisz w Warszawie?

− Przenoszę się z Krakowa na tutejszy uniwersytet − odparła. − Zamierzam tu studiować. Jestem po pierwszym roku na Jagiellonce.

− Co studiujesz?

− Prawo.

− Jest po pierwszym roku − dodał wyraźnie uradowany Andrzej. − Tak jak ja! Będziemy razem studiować!

− A gdzie będziesz mieszkać? − dopytywał się Jacek.

− Jeszcze nie wiem. Może w Dziekance albo na stancji. Mama miała napisać do swojej przyjaciółki z Warszawy, czy wynajmie mi pokój.

− Możesz zamieszkać u nas − ni stąd, ni zowąd zaproponował Jacek. − Mieszkamy na Ochocie, z babcią. Pokój rodziców jest wolny.

− Ciągle są w Libii? − zapytała Karen, by ukryć zmieszanie tą nagłą propozycją.

− Tak. Ojca nie chcą wypuścić. Zna już świetnie arabski, uratował całe rodziny, ciągle proszą, by przedłużył kontrakt, a on ciągle się zgadza.

− To jak będzie, Karen? Co powiesz na naszą propozycję? − zapytał Andrzej, któremu ta perspektywa wyraźnie się spodobała. − Sądzę, że wszyscy będą zachwyceni. Rodzice tak cię lubią, a babcia Małgosia też tyle o tobie słyszała.

− No nie wiem − zawahała się dziewczyna. − Na całe wakacje jadę do babci Ann do San Francisco, będę tam pracować jako au pair u wnuków jej przyjaciół. − Może umówmy się tak: wy porozmawiacie o tym z babcią i rodzicami, ja skonsultuję to z moją rodziną, a pod koniec wakacji zadzwonię do was i wszystko uzgodnimy. Do tej pory powinnam też uzyskać odpowiedź na podanie do Dziekanki.

− A kiedy lecisz? − zapytał Andrzej.

− Jutro rano. − Na twarzy chłopaka odmalował się szczery żal. Jacek też wyglądał na przygnębionego. Kasia i Beata spojrzały na siebie z porozumiewawczym uśmiechem, co nie uszło uwadze Karen. − Ojciec wynajął mi pokój w hotelu Forum i zapłacił za transport na lotnisko jutro rano − dodała dziewczyna.

− Mam pomysł − powiedział Andrzej, już trochę weselszy. − Chodź z nami na dyskotekę do Hybryd! Wyśpisz się w samolocie.


Karen podobało się w Hybrydach. Czuła się swobodnie, zwłaszcza po dużej wódce z sokiem pomarańczowym. Wreszcie była panią swojego życia − nie czekała na nią babcia ani mama. Wychowanica surowego konwentu św. Moniki, zniechęcona do alkoholu przez nadużywającą go matkę, po raz pierwszy piła wódkę bez opamiętania.

Nigdy jeszcze nie wypiła tyle wódki. Do muzyki Abby tańczyła na przemian to z Jackiem, to z Andrzejem, to z dziewczynami w kółku. Niewiele z nimi rozmawiała. Czuła jakąś rezerwę, zwłaszcza ze strony Beaty, wysokiej, zgrabnej blondynki o szerokim uśmiechu. Zastanawiała się, czy dziewczyny są partnerkami bliźniaków.

W Andrzeju znalazła kompana do kieliszka. Jacek nie pił w ogóle.

− Braciszek przeszedł na islam i nie pije − zaśmiał się Andrzej, już na dobrym rauszu.

− Nie żartuj z tego − warknął Jacek. − Poza tym to nie jest miejsce, żeby o tym rozmawiać.

− Żałuj, bracie! Wódka jest świetna! − Andrzej znów sobie nalał i zawołał: − Za oczy Karen! Do dna!

Po jeszcze kilku toastach, gdy w głowach szumiało im od alkoholu, muzyki i emocji, Andrzej opadł na kanapę obok Karen.

− Strasznie tęskniłem − szepnął jej do ucha. − Strasznie... A ty? Tęskniłaś za mną choć trochę?

− Może trochę. − Dziewczyna uśmiechnęła się słabo. Miała już dość, chciała wracać do hotelu. Hałas, ogniste tańce, wódka i papierosowy dym, do którego nie była przyzwyczajona, dawały się jej we znaki. − Andrzej, muszę do łazienki.

− Odprowadzić cię? − Chłopak wstał, ale zachwiał się i runął z powrotem na kanapę.

− Siedź, bracie − powiedział stanowczo Jacek. − Widzisz, picie wódki nie zawsze jest w cenie. − Wziął Karen pod rękę i zaprowadził do łazienki.

− Znowu mnie ratujesz − zaśmiała się, nieco skrępowana. − Jak w Gizie na weselu. To były czasy. A ten pocałunek na souku...

− Naprawdę to pamiętasz, Karen? − Jacek zatrzymał się i popatrzył jej głęboko w oczy. − Tęskniłaś za mną?

− No jasne... − powiedziała słabo i wyrwała mu rękę, bo czuła, że nadchodzi atak torsji.

Gdy po kilku minutach Karen pochyliła się nad umywalką, żeby przemyć twarz, w lustrze zobaczyła Beatę. Uśmiechnęła się do niej, ale ta miała poważną minę.

− Posłuchaj − zaczęła oschle. − Od roku razem z Andrzejem się uczymy, razem chodzimy na wykłady, razem jeździmy na zajęcia. Mówił o tobie. „Moja pierwsza wielka miłość” − zakwiliła, pogardliwie wydymając usta. − I nagle, jakby nigdy nic, pojawiasz się po latach i zabierasz mi całą jego uwagę. O tak! − Pstryknęła palcami. − A byłam już tak blisko... − Niespodziewanie dziewczyna zaczęła szlochać. Jej ramiona drżały, po policzkach spływały czarne strużki rozmytego tuszu do rzęs. − Masz go zostawić w spokoju, rozumiesz?! − wykrzyczała przez łzy. − On jest mój! Mój i tylko mój! Jasne?! Odwal się od niego raz na zawsze! I żadnego wspólnego mieszkania! Ro...zu...miesz...?!

Karen usłyszała swój głos, jakby dochodził z zaświatów.

− Nie martw się, zawsze wolałam Jacka.

Odwróciła się chwiejnie i dopiero teraz zauważyła, że w otwartych drzwiach łazienki stoi Jacek! Był uśmiechnięty, jego oczy błyszczały radością.

− Naprawdę, Karen? − zapytał czule. − Naprawdę, kochana?


Telefon dzwonił długo i natarczywie. W końcu nieprzytomna Karen podniosła słuchawkę.

− Za piętnaście minut ma pani taksówkę na lotnisko, a nie widziałem pani na śniadaniu − usłyszała zatroskany głos. − Czy wszystko jest w porządku?

Bez słowa rzuciła słuchawkę na widełki i zerwała się na równe nogi. Dosłownie wbiegła pod prysznic, ubrała się szybko, złapała walizkę, wyjęła butelkę wody z lodówki, wrzuciła ją do torebki i ostatnim spojrzeniem omiotła pokój.

Gdy jej wzrok padł na łóżko, zamurowało ją. Znad kołdry wyglądały rude kosmyki.

Chciała podejść, odsłonić kołdrę, ale nogi się pod nią ugięły.

O, Boże... Jacek? Andrzej?

Złapała walizkę i pobiegła do windy.

Do czego doszło?! − zastanawiała się, cała roztrzęsiona. Nigdy więcej nie wezmę do ust wódki.

Od pewnego momentu z poprzedniej nocy nic nie pamiętała. Przez całą drogę na lotnisko, przez cały lot do Chicago, a później do San Francisco zastanawiała się, co takiego wydarzyło się w nocy. I z którym z bliźniaków...

Cały czas było jej niedobrze. W samolocie kilka razy wymiotowała. Miała strasznego kaca. Nie to jednak było najgorsze. Najgorsza była niepewność, pytanie świdrujące jej mózg: Jacek czy Andrzej?!

Ulgę poczuła, dopiero kiedy pilot powiedział: „Panie i panowie, wylądowaliśmy na lotnisku w San Francisco. Jest bardzo ciepło, temperatura wynosi osiemdziesiąt dwa stopnie Fahrenheita. Życzę miłego pobytu w najpiękniejszym mieście świata.”

Na lotnisku dziewczyna rzuciła się w otwarte ramiona babci Ann i rozpłakała się.

− Karen, sarenko! − Ann przytuliła mocno wnuczkę. − Witaj w Ameryce, kochanie!

− Ach, babciu... − Karen nie mogła opanować ­szlochu.

− Rozumiem te emocje. Płacz sobie, sarenko, płacz.

Sarenko − tak babcia Ann nazywała Karen od dziecka, tak tytułowała ją w listach i podczas rzadkich rozmów telefonicznych. Sarenka uosabiała spokój, inny, bezpieczny świat, domowe ciepło, poranki na tarasie z widokiem na ocean.

Słysząc to słowo, Karen jeszcze bardziej się roz­kleiła.

− Babciu, to był długi lot. Źle się czuję. Marzę tylko o tym, żeby wziąć prysznic i położyć się do łóżka.

− Ale chyba najpierw coś zjesz? Przygotowałam twoje ulubione pancakes z syropem klonowym.


Gdy znalazły się w domu, babcia ulokowała Karen w dawnym pokoju ciotki Jackie na poddaszu. Dziewczyna wzięła prysznic, rzuciła się na łóżko i spała szesnaście godzin.

Gdy tylko otworzyła oczy i spojrzała na obłoki przez świetlik w dachu, powróciło dręczące pytanie: Jacek czy Andrzej?

Postanowiła odłożyć je do szufladki „Zapomnieć, bo oszaleję!”.


Po kilku miesiącach w San Francisco, wygrzewaniu się na tarasie z widokiem na Alcatraz i Golden Gate, nauki jazdy w towarzystwie dziadka i „brania zakrętów” na Russian Street, po szwendaniu się po mieście, ulicznych ucztach pełnych morskich przysmaków Karen wreszcie nabrała siły i dystansu. Nie podjęła pracy, jak planowała − babcia powiedziała, że ma wypoczywać. Więc wypoczywała.

Wtedy upomniała się o nią druga babcia, przysyłając jej tęskny list z Krakowa: Dziecinko, wkrótce początek roku akademickiego. Miałaś przenieść się do Warszawy. Proszę, podejmij decyzję, czy studiujesz w Stanach, w Warszawie czy w Krakowie. Czekam na Ciebie. Twoja Babusia.

Po konsultacjach z dziadkami Robinson, a przede wszystkim samą sobą − Karen postanowiła, że wróci do Krakowa. Z końcem września stawiła się w dziekanacie Jagiellonki, gdzie musiała się gęsto tłumaczyć ze swoich niestabilnych decyzji.

Trzeciego października na uroczystej inauguracji roku akademickiego siedziała w audytorium, słuchając hymnu Gaudeamus w wykonaniu studenckiego chóru. Nagle ktoś zasłonił jej oczy. Tuż przy uchu usłyszała wypowiadane z pasją słowa:

− Przeniosłem się do Krakowa, Karen. Jak trzeba będzie, przeniosę się do San Francisco − gdziekolwiek, by być przy tobie. Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? Ubi tu, Caius, ibi ego, Caia. Jesteś miłością mojego życia. Od tej chwili zawsze już bądźmy razem.

Karen, choć nie przyznawała się do tego, znowu nie mogła przestać myśleć o Andrzeju i ich szalonej nocy w Hybrydach. Nakryła dłońmi jego ręce i odpowiedziała:

− Dobrze, Andrzeju. Pamiętasz, co obiecaliśmy sobie w Libii w sprawie studiów?

− Londyn?

− Tak, Londyn.


Kilka tygodni później wysiedli na stacji Holborn i ramię w ramię ruszyli do Princeton Mansion. Ojciec Karen wynajął im mieszkanie w Chancery Lane, dzielnicy prawników.




Rozdział XXVIII

100 lat samotności



Nowy Jork, grudzień 1977

Esther znowu pięła się po szczeblach kariery. Kancelaria, w której pracowała przed laty, przyjęła ją z otwartymi ramionami. Wszyscy cieszyli się z jej powrotu, może z wyjątkiem Laury, która zrobiła się jeszcze bardziej zgryźliwa.

Esther z pasją rzuciła się w wir pracy. Jej specjalność − sektor energetyczny i fuzje międzynarodowe − przeżywała rozkwit. Zamieszkali z Johnem w Monsey − tak było wygodniej dla rodziców, a im przypomniało się beztroskie dzieciństwo. Takiego dzieciństwa pragnęli dla swojej córeczki.

Malutka Sara była oczkiem w głowie całej rodziny. Była jak z obrazka − porcelanowa cera, rude loczki, wielkie zielone oczy i dołeczki w pucułowatych policzkach. Patrząc na nią, Esther miała czasem wrażenie, że jest tak piękna jak jej porcelanowa lalka z dzieciństwa. Często po powrocie z pracy od razu kładła się przy małej i czytała jej bajki na dobranoc, a potem razem zasypiały. Dziadkowie też zupełnie oszaleli na punkcie Sary. Evelyn nie chciała słyszeć o opiekunce i osobiście zajmowała się wnuczką. Czasem przyjeżdżał z nią mąż, a czasem matka Johna. Jakub i Rachela spodziewali się siódmego dziecka. Po traumatycznym przeżyciu w Monachium chcieli, by jak najwięcej ich potomków chodziło po ziemi.


John pisał. Był coraz bardziej popularnym pisarzem swojego pokolenia. Jego ostatnia powieść Miłość w cieniu bomb − o zakazanym uczuciu pomiędzy Palestynką i Żydem w Jerozolimie na tle trudnych relacji żydowsko-palestyńskich, o bezsensie wojny i terroryzmie – trafiła na listy bestsellerów na całym świecie. Wydawca nalegał, aby ostatni raz − przed europejską trasą − John pojawił się na wieczorze autorskim w znanej księgarni Strand na rogu Dwunastej Alei i Broadwayu.

Na sali było dość tłoczno − sporo czytelników, dziennikarzy − znajome twarze z „NYT”, „Guardiana”. Johna pytano głównie o wojnę sześciodniową i pobyt w kibucu. Ale też o jego rzymskie fascynacje. Po godzinie poczuł się nieco znużony. Skinął nieznacznie do siedzącego w pierwszym rzędzie Luigiego, swojego przyjaciela. Włoch pochodził z Zatybrza i pracował dla włoskiej „Corriere della Sera”.

Głos zabrała pulchna i poważna brunetka w okularach, reprezentująca studencki magazyn literacki:

− Catherine Randall, „Students Literary Journal Reviev” − przedstawiła się. − Panie Krantz, o czym jest ta książka?

− O zakłamaniu − odparł John. − O zakłamaniu pomiędzy nami, ludźmi. O zakłamaniu w stosunkach żydowsko-arabskich. Jesteśmy tacy podobni, tyle nas powinno łączyć i de facto łączy, ale to, co nas łączy, również nas dzieli. Jak państwu opowiadałem, podczas pobytu w kibucu uczestniczyłem w wojnie sześciodniowej. Mieszkałem kilka lat w Jerozolimie. Widziałem z bliska tę wojnę, owoce tego zakłamania. Wiem, że to frazes, ale i okrutna prawda − tu największymi ofiarami są kobiety i dzieci. I miłość. Jedyna wartość dobra i piękna, która może nas ocalić, to miłość. W mojej książce miłość pomiędzy Żydem i Arabką jest zakazana i niemożliwa. A tak naprawdę przecież i Arabowie, i Żydzi w Jerozolimie są u siebie. Więc ta niemoc bycia razem jest sztuczna i wykreowana przez historię konfliktu, który − jestem tego pewien − możemy określić właśnie zakłamaniem.

− A pan? Bywa pan zakłamany? − padło pytanie z sali.

− Ja? Ja..? Nie, nie sądzę − powiedział John nieco nerwowo. Zapalił papierosa, by ukryć zmieszanie.

Starał się dojrzeć, kto kryje się za tym dziwnym pytaniem, tak odbiegającym od sztampowych zagadnień z wieczorów autorskich, typu: „Co pan myślał, pisząc…”, „Czy jest to wątek autobiograficzny?”, „O czym będzie następna książka?”.

W głębi sali, po prawej stronie, tuż przy długim regale z książkami siedziała poważna blondynka. John zamarł. To była Kerstin.

Gestem dał znać wydawcy, że czas na podpisywanie książek. Nie potrafił już skupić się na rozmowie. Widział, jak Kerstin przesuwa się do niego w długiej kolejce.

Gdy podała mu książkę, wstał.

− Kerstin, ja, ja... − zaczął, ale przerwała mu:

− Jak skończysz, czekam w kafejce na rogu. „My Brownies Story” czy jakoś tak. − Zabrała książkę, zanim zdążył ją podpisać, zakręciła się na pięcie i wyszła.


John stał przed kawiarnią i patrzył przez szybę. Kerstin siedziała w rogu, kartkując jego książkę. Brzęczyk przy drzwiach oznajmił, że wszedł do środka.

W kafejce unosił się zapach wypiekanych na miejscu chałek. John zamówił specjalność lokalu, zupełnie nieadekwatną do jego nastroju brownie z ulicy Sezamkowej, i usiadł przed Kerstin.

Nie patrząc na niego, zaczęła głośno czytać:

− Wreszcie ciała Aarona i Salhy, po tylu latach namiętnego pragnienia, ciasno splecione stworzyły jedność miłości i ekstazy. Aaron siedział na dachu hotelu w Jerozolimie. Palił papierosa i wpatrując się w Złotą Kopułę, myślał z bólem o czułej blondynce z dalekiej północy, która zapewne usypiała teraz, ufnie wpatrzona w ich wspólną fotografię. Poczuł, że zrobił coś niewybaczalnego… Bał się, że złamał jej serce... − Podniosła wzrok znad książki. − To wątek autobiograficzny, jak sądzę? − zapytała, patrząc w oczy Johna. Miała zaciśnięte usta. Jej twarz, ciągle piękną, naznaczyło przez lata wiele bruzd. − Cóż, nie muszę pytać, co u ciebie, bo gazety się o tobie rozpisują. Esther Krantz − znana kobieta sukcesu, The Woman of the Year 1977 „Forbesa”, ekspert od przejęć paliwowych. Sara, Jerozolima, Rzym, Nowy Jork, piękny domek w Monsey... O czymś zapomniałeś mi powiedzieć, John?

Długo milczał, mnąc nerwowo serwetkę.

− Ja... napisałem wtedy list...

− List? − Kerstin zmarszczyła brwi. − Jaki list?

− Nie doszedł? − Raczej stwierdził, niż zapytał.

− A od kiedy zaręczyny zrywa się listownie? Zresztą... − Kobieta machnęła ręką. − Nie, nie doszedł.

− Ja byłem... Przyjechałem... Ale było wtedy takie zamieszanie. A ty byłaś taka smutna... − John nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.

− Mówisz o pogrzebie babci Agnethy? − W głosie Kerstin zabrzmiało niedowierzanie. − Wtedy chciałeś mi powiedzieć? − John tylko skinął głową. − Czy nie uważasz, że powinieneś był wrócić i jednak to załatwić?

− Miałem przylecieć, ale wybuchła wojna... Zaciągnąłem się i…

− Wiem − przerwała mu. − Wiem też, że zaraz potem wzięliście ślub, czytałam w gazetach.

Zapadła długa chwila ciszy. Z głośników płynęła klezmerska muzyka, wesoła i nieprzystająca do ich nastroju.

− Słuchaj, Kerstin − podjął John. − Chciałbym...

− Chciałbyś mnie przeprosić? Uważasz, że to w ogóle jest do wybaczenia? I ty piszesz książki o tym, jak to nazwałeś, zakłamaniu? Sam jesteś zakłamany, ty popieprzony sukinsynu. Jesteś zakłamany jak każdy Żyd. I jak wszyscy Żydzi jesteś zwykłym tchórzem.

− Kerstin...

− Czy choć raz pomyślałeś, przez co przeszłam?! − Kobieta mówiła coraz głośniej. − Wyobraź sobie kobietę. Jest zaręczona, wciąż myśli o ukochanym, objeżdżają Europę, planują nadchodzący ślub. Potem on odwiedza ją w trudnym momencie jej życia. Kobieta myśli: Cóż za miłość, jaka nieprawdopodobna telepatia. A potem nic. Ani śladu. Mijają godziny, dni, tygodnie bez znaku od niego. Kobieta ma tysiące myśli. Chce zapytać jego rodziców, kiedyś nawet dzwoni, ale jego matka rozłącza się, gdy słyszy jej głos. Rozpacz. Mija czas. A ona nic nie wie. Czuje się tak, jakby umarła jej ukochana osoba, i nie mogła jej pochować. Nie może żyć, nie może spać, nie może śnić. I ciągle, każdego dnia, pyta: Co się stało? Dlaczego? I nie ma odpowiedzi. I nie zaznaje spokoju. − Zamilkła na chwilę. Jej dłonie, w których wciąż ściskała jego książkę, drżały nerwowo. − Miałeś rację, złamałeś mi serce. Złamałeś mi życie, John. I dlatego przeklinam cię. I życzę ci, żebyś nie dożył z Esther sędziwych lat. I żebyście poznali to uczucie, kiedy umiera ktoś bliski i nie można go pochować...

Oboje ciężko oddychali. Po szybach płynęły strugi deszczu. W powietrzu unosił się zapach chałki, gramofon grał If I Were A Richman, ale John czuł się tak, jakby czytał kronikę zapowiedzianej śmierci.

W końcu Kerstin wstała, zacisnęła pasek beżowego krótkiego kożuszka, nasunęła okulary na nos i nie spojrzawszy na Johna, wyszła z kawiarni, nie zamykając za sobą drzwi.

Do środka wtargnął wiatr, plując deszczem − w krótkim, gwałtownym tańcu pozrywał ze stołów menu, serwetki i gazety.

John długo jeszcze siedział, patrząc na rozmytą ulicę, na której zniknęła Kerstin.

Zastanawiał się, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Spojrzał na stół. Leżała na nim jego książka. Serwetką założona była strona, z której Kerstin odczytała fragment.

Na serwetce widniał wykaligrafowany napis „100 lat samotności”. Na dole strony − tym samym starannym charakterem pisma − wypisano sztokholmski numer telefonu.




Rozdział XXIX

Szata Dejaniry



Londyn, sierpień 1978

Karen siedziała w bibliotece The British Museum i udawała, że z zainteresowaniem czyta wykładnię prawa rzymskiego.

− Dura lex, sed lex... Dura lex, sed lex − powtarzała, próbując zebrać myśli. Za miesiąc egzamin, muszę się skupić − próbowała się zmitygować.

Popatrzyła na olbrzymią salę o neorenesansowym wystroju. Drewniane ławki, niekończące się półki z książkami, wiszące zielone lampy, popiersia mędr­ców. Wszechobecna cisza, przerywana tylko bzyczeniem zagubionej muchy. Ale i ona po chwili umilkła − widocznie poczuła się onieśmielona towarzystwem takich ksiąg jak oryginały Biblii Gutenberga czy Kapitału Marksa przechowywanych w tej bibliotece.

Karen spojrzała na wielki zegar wiszący na głównej kolumnie. Jeszcze trochę, pomyślała tęsknie o zaplanowanym lunchu. Obróciła głowę, by zerknąć na rude kosmyki wymykające się niesfornie spod czerwonych ray-banów. Andrzej mrugnął do niej porozumiewawczo i wyciągnął dyskretnie pięć palców.

Uff, jeszcze tylko pięć minut.

Punkt trzynasta zbiegli po schodach, by znaleźć się pod kolumnadą głównego wejścia do muzeum i biblioteki. Andrzej złapał Karen za rękę i zaciągnął ją w mniej uczęszczane miejsce. Całował ją zachłannie − tak jakby nie widzieli się od miesięcy. A przecież od miesięcy całowali się codziennie; mieszkali w małym apartamencie w pobliżu stacji metra Chancery Lane i Holborn.

„To właściwe otoczenie dla was, przyszłych prawników”, powiedział Jeremy, pochylając się nad mapą London A to Z. Przyleciał od razu, gdy Karen zadzwoniła, że chce przenieść się na studia do Londynu.

Karen była tu bardzo szczęśliwa. Do tej pory wiodła żywot pielgrzyma. Mieszkała w wielu arabskich, europejskich i amerykańskich miastach, ale dopiero tu, w Londynie, poczuła się jak w domu.

Nigdzie wcześniej nie było jej tak dobrze. Energia tego miasta, wielobarwny tłum i chwile cudownego wytchnienia w parkach, kapitalne sklepy na Oxford Street, puby, teatry i musicale − wszystko to sprawiało, że żyła pełną piersią.

Być może osiągnęła pełnię szczęścia, bo mieszkała tu z narzeczonym (tak, Andrzej już oficjalnie był jej narzeczonym). Co chwilę z uśmiechem pocierała na prawej ręce pierścionek z białego złota z dużym szmaragdem otoczonym wianuszkiem diamencików.

Londyńskie piątki były dla nich czasem wyprawy po muzykę przez duże M. Charing Cross i nieco zapyziałe podwórka pełne były klubów z jazzową muzyką. Karen i Andrzej chodzili tam prawie co tydzień. Nat King Cole śpiewał, a oni tańczyli blisko, przytulając się do siebie. Soboty celebrowali jako czas dla siebie. Karen wstawała wcześniej i przygotowywała śniadanie, które jedli na tarasie. Na tyłach apartamentu mieli mikroskopijny ogródek. Jeśli nie padało, Karen nakrywała na zewnątrz, a gdy było deszczowo, zamykała szklane okiennice i taras tworzył śliczną werandę.

Karen nauczyła się przyrządzać tosty z grubymi plastrami najlepszego na świecie mature cheddara. Do tego kawa, sok pomidorowy i pomarańczowy. Budziła Andrzeja i jeszcze w pidżamach spożywali śniadanie. Potem do południa czytali gazety, wymieniali uwagi, oglądali filmy na wideo. Popołudniami mieli po kilka godzin dla siebie. Andrzej chodził na basen lub do pobliskiego klubu na squasha czy tenisa. Czasem spotykał się na futbol z kolegami z grupy. Karen przeznaczała ten czas przeważnie na zakupy ciuchowe na Oxford Street, oraz na duchowe uczty. Często po zakupowym szale przysiadała na mocną aromatyczną kawę w kenijskiej kawiarni na tyłach domu handlowego Selfridge. Potem wpadała do ulubionej „lanczowni” All About Salad. Brała talerz i oddawała się arcyprzyjemnemu rytuałowi komponowania własnego posiłku. W długim pomieszczeniu ustawiono kadzie z pomidorami, ogórkami, cukinią, rzepą, różnymi gatunkami sałat, kaparami, oliwkami, mozarellą, fetą, boczkiem, szynką, łososiem, blue cheese, warzywami Julienne, owocami, orzechami, kilkunastoma dressingami − do tego kosze z bagietkami i chrupiącym pieczywem. Później, gdy zaspokoiła potrzeby ciała, udawała się na ucztę duchową. Sztuka stała się w Londynie jej największą − obok uprawiania miłości z ukochanym − pasją.

W Londynie była to uczta najwyższej miary. Anglia jako jedyna hołdowała pierwotnym zasadom muzeów − dostęp do kolekcji sztuki ma być bezpłatny i powszechnie dostępny − jak napisał w słynnym oświadczeniu w siedemnastym wieku twórca idei muzeum, lord Elias Ashmole, otwierając swoje zbiory w Oksfordzie.

Odrywając się od zgiełku Oxford Street, przeżywała najbardziej mistyczne chwile, wnikając w hall niedużej, ale pięknej rezydencji przy Manchester Square. Tam znajdował się dom znanego dziewiętnastowiecznego brytyjskiego arystokraty, konesera sztuki i admiratora pięknych kobiet. Słynny wiktoriański playboy Lord Wallace uwiódł ponoć nawet młodziutką Wiktorię. Arystokrata miał wielką pasję i znakomicie inwestował w sztukę.

Tu nie wchodziło się jak do muzeum, ale jak do domu dobrego przyjaciela. Nie było kasy, bileterów, obsługi. Otwierało się ciężkie drzwi i wkraczało do ciemnego hallu. Karen rozglądała się czasem, czy nie przyjedzie jej powitać wnuczka Lady Wallace. Dziewczyna lubiła ciemne wnętrze pełne obrazów i bibelotów. Mijała hall pełen kwiatów i wchodziła po schodach do pokoju muzycznego, bawialni czy oranżerii. Pokoje były pełne dzieł najsłynniejszych mistrzów malarskich. Poussin, Dou, de Hooch, ter Borch. Przystawała przed biurkiem króla Stanisława Leszczyńskiego i myślała o tym, że na pewno pisał przy nim listy do ukochanej córki.

Maria Leszczyńska była jedną z ulubionych postaci historycznych matki Karen. Zamiast w dzieciństwie opowiadać córce bajki na dobranoc, Barbara mówiła o słynnych postaciach historycznych. Głównie o kobietach. Silnych, mądrych, często zmagających się z nieprzychylnym otoczeniem. Ale mimo to zwycięskich. Taka też była królowa francuska, Maria z domu Leszczyńska. Piękna i mądra, znakomicie wykształcona, wyprzedzała swoje czasy. Ojciec, bardziej intelektualista niż żołnierz, musiał zmierzyć się z wojnami szwedzkimi, saskimi i silną opozycją magnacką w Rzeczypospolitej. Kiedy emisariusze dworu młodziutkiego Ludwika przyjechali do Leszna, by oświadczyć się o rękę Marii, w serce Polaków wstąpiła nadzieja, że wielka Francja wesprze ich dążenia w wojnie ze Szwedami. Przez pierwsze lata młodziutki Ludwik był pod wyraźnym wpływem swojej pięknej i mądrej żony. Urodził się wymarzony syn, też Ludwik. Byli tacy szczęśliwi. Ale dwór francuski zawsze pełen był pięknych i żądnych władzy kobiet. Jadąc karocą przez bagniste roztopy wczesnej europejskiej wiosny, Maria nie przypuszczała, że stanie się symbolem zdradzanej żony, że całe życie, po kilku pierwszych krótkich latach szczęścia, upłynie jej na czekaniu, aż mąż wróci z salonów Tuillieries, gdzie spędzał czas z Madame de Pompadour i ich wspólnymi dziećmi, zaniedbując ją − królową Francji − i Delfina, następcę tronu.

Och, te zdradzane żony, westchnęła Karen i uśmiechnęła się do siebie. Mi to nie grozi. Zaraz jednak posmutniała, gdy przypomniała sobie o mamie. Muszę do niej napisać o biurku Stanisława Leszczyńskiego, obiecała sobie solennie.

Znalazła się w świecie ulubionych obrazów. To do niej śmiał się kawaler z obrazu Halsa, na nią patrzyły damy Francji i chłopki w holenderskich gospodach. Do niej zwracały się kobiety grające na klawikordach, dziewczyny czytające listy od ukochanych, uciekające od swawolnych żartów na wiejskich potańcówkach, poddające się nieprzystojnym gestom i spojrzeniom mężczyzn. Do Karen zwracały się i te leżące w łóżkach, w żółtych mantylkach, wyglądające na ciężko chore, z pulsem badanym przez lekarzy, z zatroskanymi mężami u wezgłowia − kobiety te tak naprawdę, o czym świadczyły obrazy z wizerunkami amorów z mitologicznych scen, umierały z miłości i tęsknoty za fizycznym zespoleniem.

Taka tęsknota też mi nie grozi, pomyślała figlarnie. Ona i Andrzej kochali się często. Na werandzie, pod nią, w ogrodzie, pod prysznicem, rano i wieczorem, w nocy i o świcie. Wszędzie i o każdej porze. Byli tacy dopasowani i radośni. Często razem się uczyli i grali w rozbieranego pokera, ćwicząc starożytne zasady prawa Hammurabiego. „Oko za oko, bluzka za koszulę”, śmiała się Karen.

Karen wielbiła holenderskich mistrzów. Często chodziła do National Gallery na holenderskie łowy. Mijała szereg sal ze znakomitymi obrazami, aby dotrzeć do tych opisanych „Dutch Painting”. Tam godzinami wpatrywała się w obrazy Vermeera, który w jej przekonaniu uosabiał najwyższy kunszt. Mogła godzinami stać przed jego Młodą kobietą siedzącą przy wirginale.

Tego dnia wyszła z National Gallery i wpadła prosto w objęcia Andrzeja. Mężczyzna uniósł ją i okręcił wokół. Podbiegł do fontanny na Trafalgar Square i dopiero wtedy postawił Karen na ziemi.

− Przestań, wariacie! − zaśmiała się. − Lepiej chodźmy coś zjeść, zjadłabym konia z kopytami − większego niż ten na obrazie Stubbsa.

Poszli do ulubionego pubu The Sherlock Holmes Pub, w jednej z bocznych uliczek. Zamówili tradycyjne angielskie yorshire pudding i piwo guiness. Choć nie musieli się martwić o fundusze, sowicie wyposażeni przez rodziców, oszczędność uważali za studencką powinność. Postanowili też wkrótce podjąć pracę, by samodzielnie móc się utrzymywać i korzystać z uroków wielkomiejskiego życia. Niedziele spędzali zwykle jak wiktoriańscy drobnomieszczanie. Po typowo brytyjskim śniadaniu, przegląd prasy w ogródku. Potem metrem do Marble Arch i łódką po jeziorze w Regent’s lub w Hyde Parku.

Dzisiejszą niedzielę mieli spędzić z Angelą Pattinson i jej narzeczonym Zunim, pochodzącym z emiratów.

Karen przygotowała piknikowy kosz − sandwiche z ogórkiem i z ulubioną philadelfią, ciasteczka, serniczki, scones, muffinki, babeczki śmietankowe, butelka łagodnego czerwonego barolo i butla wody.

Spotkali się pod Marble Arch. Przyjaciel Angeli był dość niski i krępy, miał też niesamowicie niebieskie oczy, niespotykane u Arabów. Wszyscy − jakby się umówili − ubrani byli w jasne stroje, a dziewczyny miały na głowach duże słomkowe kapelusze. Szyję Karen oplatała biało-czerwona apaszka od Hermesa, Angela miała podobną w odcieniu błękitu.

Przez kilka godzin pływali łódką po jeziorze. Andrzej z Zunim rozmawiali o lidze angielskiej, a dziewczyny plotkowały o Dianie i snuły plany wspólnego wesela. Jeszcze na Malcie ustaliły, że zakochają się w tym samym czasie, w tym samym czasie zaręczą i urządzą przyjęcie. Miało być romantycznie i podniośle. One w białych sukniach, małe dziewczynki sypiące kwiatki, śródziemnomorska sceneria − jakaś wyspa na Morzu Śródziemnym. Młode kobiety fascynował opisywany przez bulwarową prasę ślub Jacqueline Kennedy i Onassisa na Skorpios.

W pewnym momencie Andrzej dość niezgrabnie machnął wiosłem i strącił kosz piknikowy Karen do wody. Natychmiast przypłynęły hałaśliwe kaczki, dwie usiadły na zanurzającym się koszu, próbując dobrać się do jego zawartości. Na szczęście pozostał im kosz Angeli, pełen smakowitych wiktuałów.

Po kilkugodzinnej labie dwie pary wsiadły do należącego do Zuniego astona martina. Arab zaproponował przejażdżkę do ogrodu zoologicznego w Regent’s Park. Zainspirowane bliskimi spotkaniami z kaczkami, towarzystwo ochoczo przystało na tę propozycję.

− Po drodze chciałbym się jeszcze zatrzymać po przesyłkę od rodziców, którą mam odebrać w ośrodku Al-Qasr − rzucił Zuni.

Na te słowa Andrzej i Karen zamarli. Znali Al-Qasr − ośrodek religijny, medresę i punkt pomocy dla Arabów za granicą. Ośrodek skupiał się wokół charyzmatycznego młodego szejka Al-Aziza. Tam mieszkał obecnie Jacek. Wiedzieli z listów od rodziców Andrzeja, że sporo podróżował. Osiadł w Londynie, aby w Al-Qasr odbyć studia teologiczne i staż.

Rodzice poprosili Andrzeja i Karen, by go odwiedzili. Andrzej napisał do brata list i po kilku tygodniach doczekał się odpowiedzi: „Mam przerwę w czytaniu i w modłach podczas sjesty. Najlepiej więc, gdy przyjedziecie około piętnastej. Będę czekał codziennie, więc spotkamy się Inshallah”. List był podpisany po arabsku − al-Jassin, miał w nagłówku pieczęć medresy, w której pracował Jacek.


Jadąc do Jacka, mijali rzędy typowych angielskich kamieniczek z małymi ogródkami, patrzyli na dzieci grające na boiskach w piłkę. Nagle na skraju Regent’s Park do autobusu zaczęło wsiadać coraz więcej mężczyzn w galabijach i kobiet w czadorach. W autobusie dominował teraz język arabski. Okoliczne sklepiki, pełne przypraw i wschodnich tkanin, powodowały, że Karen poczuła się jak w centrum arabskiego miasta. Autobus stanął pod Al-Qasr. Umówili się na dziedzińcu South Bank. Pełno tu było znajomo brzmiących nazw: Zachodnie Wybrzeże, Zatoka Akaba, Qasr, Mahreb...

Al-Qasr był ogromny. W Londynie był już inny ośrodek, który powstał na ziemi otrzymanej jako dar od króla Jerzego VI dla społeczności arabskiej w podzięce za ofiarowanie przez króla Egiptu − Farouka − pasa ziemi w Kairze na wybudowanie kościoła anglikańskiego.

Karen patrzyła na arabeski portyku, pod którym siedzieli, i zastanawiała się, jak to możliwe, że ten budynek ma tylko kilka miesięcy. Sadzawki, pawie, mnóstwo karłowatej roślinności. Ogromny meczet i mury uniwersytetu arabskiego, sadzawki, pawie, mnóstwo karłowatej roślinności.

Al-Jassin podszedł do brata i uścisnął mu rękę. Był wyraźnie zaskoczony obecnością Karen. Był ubrany w białą galabiję, rude włosy zafarbował na czarno. Zarost sięgał mu niemal do piersi. W ręku trzymał sznur koralików.

Był w towarzystwie Faraga, wyglądali jak bliźniacy. Karen wzdrygnęła się na ich widok. Wiedziała, że są terrorystami. Ale nigdy nie powiedziała o tym ani Andrzejowi, ani nikomu innemu.

Usiedli i zapadła niezręczna cisza.

− Jak się miewasz, Jacku? − zapytał Andrzej.

− Tamam − odrzekł.

Dwudziestominutowa rozmowa dotyczyła tylko ogólnych tematów − studiów, mieszkania w Londynie. Jacek siedział na tle mapy świata. Kolorowymi pineskami zaznaczono na niej miejsca − Modlin, Dęblin, Steuler, Suffolk, Arnhem, Massachusetts, Malta − na żółto. Czerwone pineski wpięto w miasta takie jak Jerozolima, Kair, Monachium, Bejrut, Bangkok, Stambuł. Zielone wbito w Nowy Jork, Londyn, Paryż i Rzym.

Wracali bez słowa. Karen wiedziała, a Andrzej się domyślał, że Farag i Jacek są nie tylko członkami społeczności Pątników Pielgrzymów.

Ta krótka wizyta wycieńczyła ich, dlatego po późnym lunchu w ulubionej włoskiej kafejce blisko domu Karen zaproponowała:

− Chodź, pójdziemy pooddychać atmosferą Libii. − Oznaczało to szybki wypad do działu starożytności British Museum, które zawsze przypominały im dzieciństwo.

Karen skierowała kroki prosto do Elgin Room. Podziwiała Partenon, tak podświetlony i eksponowany. Widząc ekspozycję marmurów Lorda Elgina, trudno było nie zrozumieć Brytyjczyków, którzy nie chcieli oddać ich Grekom. Choć trudno było nie zgodzić się z apelami Meliny Mercouri, niegdyś słynnej greckiej piosenkarki, która zwracała się w imieniu Greków do Anglików: „Oddajcie nam naszą spuściznę”.

Karen uważnie studiowała sceny tympanonu. Oto Trzy Mojry, myślała. To one według fatalistycznych wierzeń starożytnych decydują o naszym życiu.

Na jednym z reliefów przedstawiano żywot Herkulesa. Pomyślała w zadumie: Nic nie pokonało mocy herosa, ani brud augiaszowych stajni, ani stuoka hydra, ani żmije w kołysce. Pokonała go zazdrość. Szaleństwo obłąkanej z niesłusznej zazdrości Dejaniry spaliła go żywym ogniem.

Wróciły wspomnienia sprzed kilku godzin. Gdy zobaczyła mapę z pineskami, zaczęła się trząść. W tym miesiącu w Londynie żydowscy turyści jadący autokarem izraelskich linii lotniczych zostali zaatakowani przed hotelem Europa.

Gdy żegnali się z Jackiem i Faragiem, Karen powiedziała, że jest jej zimno. Jacek bez słowa wyszedł i po chwili wrócił z arabskim płaszczem tkanym złotą nicią. Oby nie był moją szatą Dejaniry, pomyślała teraz gorzko.


* * *

Karen i Andrzej koncertowo zdali końcowe egzaminy. Karen została zatrudniona w kancelarii Howard, Jones & Sons, a Andrzej w biurze prawnym konserwatywnego posła Izby Lordów.




Rozdział XXX

Diuna



Sebha, Sahara, grudzień 1979

„A więc stwierdzam jednogłośnie, że jest pan, pułkowniku, po prostu młodszym kolegą Stalina czy Mussoliniego” − Roman czytał wywiad, który Oriana Fallaci przeprowadziła z Kaddafim w jego pustynnej siedzibie, opublikowany w zeszłotygodniowym numerze „Corriere della Sera”.

Widząc, co się dzieje w Libii, nie sposób się z nią nie zgodzić, pomyślał. Fallaci z pasją mówiła, że do grona Stalina, Hitlera i Mussoliniego dołączyć powinien Kaddafi, który szkoli terrorystów w jaskiniach ukrytych w skałach zielonych wzgórz Afryki. Sfinansował też zamach w Monachium i opłaca powstający ośrodek fanatyków w Londynie. Oriana wspominała, jak wyrzucono ją z namiotu wodza w Trypolisie. Opowiadała, że wystrój rezydencji Kaddafiego pozornie jest surowy, ale tak naprawdę wódz i jego armia pławią się w luksusach. Miała szczęście, że tylko wyrzucono ją z Libii. Miała szczęście. Najlepszy przyjaciel Kaddafiego, Amin, za podobne prowokacje zabijał dociekliwych dziennikarzy i kazał ich ćwiartować...

Roman widział, ile spustoszenia dokonały rządy Kaddafiego, jak arabski socjalizm w myśl „zielonoksiążkowych” zasad rujnował ten fantastyczny, przyjazny naród i kraj.

Dobrze, że Sahary nie udało mu się zamienić w tropikalny las, stwierdził z przekąsem.

Siedział w salonie ich benghaskiego apartamentu. Szarzało. Patrzył przez okno na port, uwijających się na nabrzeżu ludzi i grudniowe, wzburzone morze.

Nagle poczuł ogromną tęsknotę za Wigilią u dziadków, w ich domu nad rzeką, za mamą, za nieżyjącym ojcem. Przypomniał sobie, jak skrzypiały na śniegu kroki dziadka Józefa niosącego choinkę. Jak śpiewali razem Lulajże Jezuniu, wspomniał łzy mamy, uśmiech ojca odbijający się w złotej bombce, zapach wigilijnej kapusty.

Wstał i złapał się za framugę. Oddychał ciężko. Nabrał głęboko powietrza.

− Jestem w Afryce, u wrót Sahary, a ciągle haruję jak wół, a raczej jak wielbłąd − zaśmiał się pod nosem. − Muszę zrobić to, co planowałam i o czym od dawna marzę. Wezmę trochę wolnego i wybiorę się na Saharę. − Westchnął ciężko, patrząc na wzburzone sinoniebieskie fale. − Muszę przemyśleć swoje życie − szepnął.


Maria prawie w ogóle z nim nie rozmawiała. Ukochana mama była daleko, w Warszawie. Bliźniacy studiowali. Roman wciąż nie mógł oswoić się z faktem, że Jacek zmienił religię i przebywał w medresie.

Codziennie chodził do pracy, gdzie czuł się potrzebny i kochany, ale to było jedyne miejsce, gdzie był szczęśliwy.

Potem czasem wpadał do Mahdiego − dzielili ogromną pasję filmową. Roman miał słabość do nowinek technicznych. Stał się posiadaczem magnetowidu, a Mahdi był właścicielem olbrzymiej kolekcji filmów. Ostatnio oglądali Lawrence’a z Arabii.

„Peter o’Toole to mój ulubiony aktor”, mawiał Mahdi. Tuż obok zdjęcia jego wuja − króla Libii, w towarzystwie królowej Elżbiety i księcia Filipa, stało zdjęcie Mahdiego z o’Toole’em. Obaj uśmiechnięci, obaj w turbanach, w tle było widać palmy. „To w oazie Shachroon. Pojechałem na plan zdjęciowy, gdy kręcili ten film”.

Roman znał już tę historię. Życie Mahdiego w ogóle pełne było przygód.

Czasem Roman spotykał się z kolegami na karty. Ale polscy znajomi go nużyli. Za bardzo narzekali, a o Arabach mówili między sobą „beżowi”. Gdy podejmowali ważnych arabskich kolegów ze szpitala lub z innych urzędów, byli jednak bardzo mili. Za dużo też pili. Wielu z nich pędziło bimber. I ciągle narzekali. Roman wciąż słyszał, jak mówią: „W Libii jest za gorąco”; „Za mało zarabiam”; „Mam dość tych beżowych, denerwują mnie”.

Roman nie trawił obłudy. I nie znosił bimbru. Co najwyżej od czasu do czasu robił wino z winogron. No i popijał z Mahdim przednie trunki. Oczywiście tak aby nikt nie widział.


Na jednym z ostatnich spotkań koledzy przy kartach zaczęli żartować, że jest „arabskim rogaczem”. Kiedy zapytał wprost, o co chodzi, tylko się śmiali.

Następnego dnia przy kolacji zwrócił się do żony:

− Mario, czy ty mnie zdradzasz?

− Ja? − Na chwilę uniosła wzrok znad gazety, którą przeglądała. − Skądże. − I pochyliła się z powrotem nad magazynem.

Temat zdrady został zamknięty.

Kiedy jakiś czas później zapytał, czy w święta mógłby się wybrać na męską wyprawę na pustynię, Maria szybko − może nawet zbyt szybko − zgodziła się.

− Niezły pomysł − odparła. − Chłopcy nie przylecą na święta. Ja wyśpię się za wszystkie czasy, a ty jedź na swoją wyprawę. Przynajmniej nie będziemy musieli bawić się w te ceregiele, choinkę, dwanaście potraw, prezenty, zapraszanie gości.

Roman spojrzał na nią z wyrzutem − domowe pielesze to nigdy nie była ulubiona sfera Marii. Sam czuł się trochę głupio, nie miało być żadnej męskiej wyprawy − na pustynię planował udać się samotnie. By zatrzeć trochę wyrzuty, zadzwonił do Jeremy’ego z propozycją spotkania na pustyni, w oazie Germa, pod Nubią. Jeremy jednak odmówił.

− Wiesz, ostatnio dobrze się nam układa z Barbrą. Karen jest w Londynie, nie mógłbym jej zostawić na gwiazdkę. Wesołych świąt!


W końcu Roman wsiadł do swojego białego volkswagena. Z Benghazi pokonał osiemset kilometrów nadmorską drogą, z krótkim postojem w Ajedabii. Dojechał do Marsa Bregi, zastanawiając się, czy nie wpaść do Barbary i Jeremy’ego, ale ostatecznie porzucił ten zamysł. Minął Syrtę − wszystko tu przypominało, że jest to miasto urodzin Kddafiego. Na wjeździe do każdego libijskiego miasta widać było bramę z portretem wodza, ale tutaj na każdej ulicy była brama z jego wizerunkiem, billboardy, graffiti namalowane na murach; Kaddafi jako mówca, przywódca świata arabskiego, wierny pielgrzym, troskliwy ojciec narodu.

Zupełnie jak Stalin, Mussolini, Lenin czy Mao Tse-tung, pomyślał Roman.

Mknął wspaniałymi libijskimi autostradami, wybudowanymi głównie przez polskich inżynierów i robotników z Dromexu. Po dwunastu godzinach niemal nieprzerwanej jazdy dotarł do Misuraty.

Przenocował na posterunku wojskowym, krewny jego pacjenta był tu dowódcą. Wstał wcześnie rano i po mocnej kawie i słodkich obwarzankach zjedzonych w towarzystwie komendanta ruszył dalej.

Po drodze widział wszystkie najpopularniejsze środki lokomocji na pustyni, wielbłądy, konie, osiołki, land rovery, toyoty, pickupy i oczywiście garbusy − takie jak jego.

W Zliten odbił prostopadle od nadmorskiej drogi. Dość szybko busz i kamienisty krajobraz zamieniły się w bezkresne piaski, od czasu do czasu przerywane widokiem palm daktylowych.

Zajrzał do przewodnika − Libya Off The Road.

−„W Libii Sahara jest położona w regionie zwanym Fezzan. Główne osady to Murzuq, Sebha, Ghadames, Ghat” − przeczytał pod nosem. Jego garbus pokonał kolejne siedemset kilometrów. Roman chłonął widoki i słuchał arabskiej muzyki na zmianę z Ommadawn Oldfielda. Było mu dobrze. Na siedzeniu obok leżały mapy i dwie książki z serii Diuna Franka Herberta. Uwielbiał tę sagę oraz jej autora. Wiedział, że fascynowała go Sahara, że przeszedł na islam. Może jego ojciec też musiał się jakoś z tym pogodzić, pomyślał i zrobiło mu się raźniej na duszy.

Wieczorem dojechał do Sebhy, gdzie u wrót wielkiej potureckiej twierdzy, w maleńkim ulicznym barku zjadł shorbę i shish-kebaba z ryżem i chobzą. Wszystko popił mirindą. Mógł spać w lokalnym hotelu, ale pojechał jeszcze kilka kilometrów dalej, zaparkował auto na drodze i zatrzymał się na postój pod gwiazdami.

Była Wigilia, a on leżał w śpiworze na pustyni, pięć kilometrów od Sebhy. Noc była dość zimna, wszak był grudzień.

Zanim zasnął, przypomniała mu się fraza z ulubionej książki z dzieciństwa, którą często czytała mu mama: „Pierwszego wieczoru zasnąłem na piasku, o tysiąc mil od terenów zamieszkałych. Byłem bardziej osamotniony niż rozbitek na tratwie pośrodku oceanu. Toteż proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy o świcie obudził mnie czyjś głosik. Posłyszałem: − Proszę cię, narysuj mi baranka”7.

Roman szukał gwiazdy, która objawiła światu nadejście Pana. Niektóre wydawały się znajdować tuż nad nosem, jakby mógł sięgnąć po nie ręką. Nareszcie czuł wewnętrzny spokój. W blasku gwiazd widział zarys najbliższej diuny.

Nagle coś przyszło mu do głowy. Wstał i postawił magnetofon marki Toshiba na dachu samochodu. Puścił kolędy i śpiewał, ile sił w płucach. Przy Lulajże, Jezuniu popłakał się.

Potem wzniósł toast odrobiną whisky, którą przywiózł w butelce po sinalco coli, pomyślał o tym, co chciałby dostać na gwiazdkę, wrócił do śpiwora i usnął kamiennym snem.

Gdy się obudził, było jeszcze ciemno. I nagle niebo rozdarły promienie słoneczne. To było niesamowite, jak błyskawicznie następował świt nad Saharą. Słońce dosłownie rozrywało ciemności, gwałtownie robiło się jasno i pomimo pory roku − gorąco.

Roman wyjął kanister z wodą i polał się dla odświeżenia. Potem zjadł sandwicha zakupionego wczoraj w barku w Sebie i rozpostarł mapę na masce auta. Planował dziś dojechać do oazy w Murzuqu. Był już nieco znużony monotonią pustynnego krajobrazu, gdy nagle ujrzał tę niezwykłą formację skalną − na środku pustyni stał olbrzymi, ścięty ostaniec.

− To musi być opisana w przewodniku góra świadek Al-Hayat,widoczna z kilku kilometrów − szepnął Roman. − Cóż za niesamowity widok!

Z lubością pogładził leżący obok pokrowiec z aparatem Minolta, gwiazdkowy prezent, który miesiąc temu sam sobie kupił.

Podjechał bliżej skały. Pstryknął kilkadziesiąt fotek, wypił wody z bukłaka i ruszył w drogę.

Jakieś trzydzieści kilometrów dalej znajdowała się zagadkowa miejscowość. Roman przeczytał w przewodniku, że jednym z najciekawszych miejsc jest Germa − osada na Saharze zamieszkała niegdyś przez tajemnicze plemię berberskie Garamantes. Był to lud odważny i wojowniczy. Stworzyli oni zupełnie niezwykłą podziemną i naziemną sieć skalnych jaskiń i korytarzy, która służyła im do mieszkania − chroniła przed upałami, ale i do obrony. W drugim i trzecim wieku Geramantes przeprowadzali zwycięskie akcje przeciw cesarstwu. Nikt nie mógł ich pokonać. Nawet urodzony tu, na libijskiej ziemi, cezar Septymiusz Sewer został przez nich zwyciężony. Umierając, powiedział ponoć: „Byłem wszystkim i wszystko to na nic się zdało”.

Historyczne reminiscencje przerwało zawodzenie kojota. Roman rozejrzał się − w pobliżu kilku kilometrów widział wszystko jak na dłoni, dopiero dalej były białe skałki, skąd mógł dochodzić skowyt. Zwierzę musiało być więc daleko. Uspokojony wrócił do czytania, popijając sinalco colę.

− „W Germie prowadzone są wykopaliska przez Brytyjczyków…” − czytał półgłosem. − Moglibyście się uczyć od Polaków, takiego Kazimierza Michałowskiego na przykład − dodał z dumą, wspominając odkrytą przez Polaków świątynię Hatszepsut, którą podziwiali z Marią i chłopcami.

Na wspomnienie rodziny jego serce ścisnął żal.


Jadąc dalej, zobaczył kopce nagrobne w formie piramid wybudowane przez plemię Garamantes.

Słońce zachodziło, załamując się różowym piołunem na ostrej krawędzi najdalej położonej piramidy, kiedy Roman wjeżdżał do Germy.

Na rynku, w podcieniach, siedzieli leniwie Arabowie, pili herbatę i grali w tryktraka. Gdy Roman zapytał o hotel, starszy Arab kiwnął ręką w kierunku pobliskiego złamanego szyldu z wymalowanym ostro zieloną farbą ostańcem.

Po chwili Roman znalazł się w podziemnym pomieszczeniu z wymurowanym łóżkiem, kamienną umywalką i imitacją prysznica, który od pokoju oddzielono plastikową folią.

Po półgodzinnym, odświeżającym prysznicu wyszedł na rynek. Muezzin nawoływał właśnie na modlitwę. Roman usiadł jak inni w kucki na macie. Bez pytania przyniesiono mu wodę źródlaną i chobzę. Stary Arab przygotowywał humus: ugniatał w misie ciecierzycę, ziarna sezamu, powoli dolewał oliwy, wgniatał czosnek, kropił sokiem z cytryny. Młodszy Arab wyłożył z kosza zasłoniętego kolorową berberyjską chustą garść ciasta na płaski kamień, pod którym żarzył się ogień. Rozsmarował je na całą szerokość kamienia i polał lekko oliwą. Następnie położył na kolanach Polaka kawał kolorowej chusty, a z kamienia zdjął podpłomyk i jeszcze gorący rzucił Romanowi na kolana. Po chwili podał mu świeżo przyrządzony humus, miskę kuskusu z baraniną i harissę. Miska była zakryta jakby plecionym kapeluszem.

Roman poczuł się jak w niebie.

Gdy zaspokoił pierwszy głód, spojrzał na współtowarzyszy. Większość miała szkliste oczy. Palili razem fajkę.

W tej sziszy musi być coś mocniejszego, pomyślał, ale kiedy podali mu cybuch, bez wahania zaciągnął się. Po kilku zachłyśnięciach poczuł się wyjątkowo lekko. Oparł się o ścianę. Wszyscy byli niezwykle wysocy. Księżyc ponad oazą miał czerwony kolor, a domy świeciły intensywnie.

− Merry Christmas! − Stary Arab uśmiechnął się, trącając go kieliszkiem z herbatą.

− Tak, Merry Christmas − odpowiedział Roman i zdał sobie sprawę, że jest upalony.

Ostatnio czuł się tak, gdy zapalili skręta na brydżu u Pawła, kiedy ten przyjechał z Amsterdamu na początku lat sześćdziesiątych. Ale tu − w towarzystwie serdecznych potomków Garamentejczyków − było mu naprawdę błogo.


Obudził się w środku nocy w hotelowym łóżku. Nie pamiętał, jak się w nim znalazł. Ktoś troskliwy okrył go wielokolorowym kocem z wielbłądziej wełny. Koc drapał, więc zrzucił go na podłogę i przykrył się prześcieradłem. Wpatrzony w czerwoną półkę z daszkiem, na którym siedział mały czerwony Mikołaj, usnął błogim snem.

O dziewiątej rano był w drodze do Murzuqu. Czuł się znakomicie. Ta męska włóczęga coraz bardziej mu się podobała. Chłonął widoki, smaki i zapachy, czasem robił zdjęcia. Mało mówił − i to też mu się podobało.

W pewnym momencie zdawało mu się, że widzi fatamorganę. Ale nie, tym razem to było prawdziwe jezioro na pustyni. U wodopoju stały wielbłądy.

Roman wyciągnął mapy.

Murzuq, cel jego podróży, był na południowy zachód od miejsca, w którym się znajdował.

Jadąc przez obszar zwany piaszczystym morzem, nie dziwił się tej nazwie. Piaski układały się w niezwykłe diuny, z licznymi kraterami i wgłębieniami. Całość falowała, iskrzyła się; widział jakby leciutkie przybrzeżne fale, a za nimi wielkie morskie bałwany piasku. Przypominał sobie słowa z przewodnika: „Tak jak w Sebie, panowali tu długo Turcy Otomańscy, twierdza w Murzuqu wydaje się jeszcze wyższa i masywniejsza od tamtej; to tutaj zatrzymywały się brytyjskie ekspedycje w XIX wieku na drodze do Czadu czy do Timbuktu”. Wnętrze twierdzy rozczarowało go jednak. Natrafił na dużą wycieczkę Niemców, więc szybko uciekł.

Postanowił spać na wydmach. Zaparkował przy drodze, a tuż za nim stanął jakiś land rover.

− Czy wiesz, jak dojechać do Germy? − zapytał kierowca. − Szukam piramid Geramantesów.

Roman wyjaśnił, że właśnie stamtąd wraca, i poinformował, jak dojechać do miejsca, którego szuka.

Mężczyzna wysiadł z auta. Stanął obok Romana i patrzył, jak słońce łamie się za diunami. Po chwili zrobiło się ciemno i na niebie zawisnął sierp półksiężyca.

− Niesamowity widok − zachwycił się nieznajomy. − Mam na imię Mike.

− Roman − przedstawił się Polak.

Kierowca, wysoki, barczysty blondyn, okazał się Amerykaninem z Marsa Bregi. Pochodził z Atlanty. Jego duże niebieskie oczy były ocienione długimi rzęsami, co nadawało jego twarzy chłopięcy wyraz. Miał dołek w brodzie i mógł uchodzić za typowego chłopca z amerykańskiego kampusu − wysportowany, jasnowłosy, silny.

Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że pracuje z Jeremym.

− Jakie masz plany? − zapytał Romana.

− Zamierzam tu nocować.

Mike bez słowa podszedł do land rovera. Wyjął coś z bagażnika i zapytał, czy mogliby razem opić Boxing Day. Gdy Roman zobaczył pierwszogatunkowe whisky, ochoczo skinął głową.

Zapalili ognisko i usiedli. Pili whisky i rozmawiali − najpierw o Libii, a potem już wyłącznie o kobietach.

Mike zwierzył się Romanowi, że jest świeżo po rozwodzie. Pewnego dnia wrócił wcześniej z Sahary i zastał swoją żonę w łóżku ze swoim szefem. Roman poklepywał nowego znajomego po plecach, chcąc dodać mu otuchy, ale w końcu sam westchnął:

− Moja żona chyba też mnie zdradza. Ze swoim szefem...

Siedzieli pod rozgwieżdżonym niebem i Roman nagle poczuł się lepiej. Wypowiedziane na głos podejrzenie zdrady − w drugi dzień świąt, nieopodal miejsca narodzin tego, który został zdradzony przez najbliższych, a i tak oddał za nich życie − przyniosło mu ulgę.


Obudził ich upał. Choć był grudniowy poranek, słońce już mocno grzało. Spali w wojskowym namiocie należącym do Mike’a. Amerykanin zaproponował, aby Roman wrócił z nim do Murzuqu.

− Kolega z Marsy dał mi adres do gościa, który organizuje wyprawy po pustyni − powiedział.

− Przecież jesteśmy na pustyni − zdziwił się Roman.

− Ale takie w głąb, po piachu...

Roman popatrzył w niebo. Było idealnie czyste.

− Gdzie jest najbliższa poczta? Zadzwonię do szpitala, by przedłużyć urlop. − Sądził, że dla Marii też nie będzie to problem. Pewnie nawet się ucieszy, pomyślał i potarł bezradnie czoło.

Wrócili do Murzuqu. Wnętrze twierdzy o poranku − bez turystów − prezentowało się znacznie lepiej niż poprzedniego dnia. Siedzący w podcieniach Arabowie pomachali Romanowi.

− Tu się wraca − powiedział najstarszy. − Spodziewaliśmy się tego.

Zapytani o pocztę, wskazali miejsce w pobliżu hotelu, w którym Roman spędził Wigilię.

Mike pokazał im kartkę z adresem. Okazało się, że Ali Fakroun mieszka na skraju oazy.

Dyrektor szpitala nie robił Romanowi trudności z udzieleniem dłuższego urlopu. Maria również nie miała nic przeciwko temu.

Roman miał już wychodzić z poczty, ale zawahał się. Wrócił do okienka i zlecił wykonanie jeszcze jednego połączenia.

Telefon dzwonił dość długo.

− Halo? − W końcu rozległ się głos oddalony o tysiące mil.

− Mamo?

− Roman!

− Świątecznie cię całuję, mamusiu. Jak się czujesz? Jak chłopcy? Odzywali się do ciebie?

− U mnie wszystko dobrze, cukrzyca wydaje się opanowana. A jak ty, syneczku? − Roman był bardzo wzruszony. Uświadomił sobie, jak dawno nikt nie przemawiał do niego tak czule.

− Mamo, nie jestem szczęśliwy, Maria chyba mnie zdradza. Pojechałem na pustynię, żeby sobie to wszystko poukładać. Co mam robić? − wyrzucił z siebie jednym tchem.

Po drugiej stronie zapadło milczenie.

− Wiesz, synku, ona cię chyba nigdy nie za bardzo kochała − powiedziała matka po dłuższej chwili. − Andrzej i Jacuś są już dorośli. Musisz walczyć o własne szczęście. Przemyśl to sobie, syneczku, na tej pustyni − czy chcesz trwać w braku miłości, czy o nią zawalczyć.

− Dziękuję, mamo. Zadzwonię wkrótce. Kocham cię.

− Ja ciebie też. Z Bogiem, syneczku.


Ali Fakroun wprowadził ich do podziemnego korytarza. A tam ich oczom ukazały się najprawdziwsze harleye-davidsony.

Ustalili warunki najmu, Ali przyprowadził dwóch młodych, smagłych Tuaregów do opieki i tuż po tym, jak stary zegar, pamiętający czasy włoskiej kolonii w Murzuqu, wybił południe, Roman i Mike wyruszyli na motorach przez Saharę.

Początki były trudne, ale młodzieńcy − Abdul i Kamal − wyjaśnili im technikę poruszania się po pustyni. I tak przez kolejne godziny Roman i Mike zmagali się z motorami, oporem piachu, upałem, potem i niemocą.

Wieczorem zatrzymali się, żeby odpocząć. Abdul wyjął bukłaki z wodą, a Kamal rozpalił ognisko. Obok wykopał dół, do którego wrzucił kawałki koziego mięsa, przykrył go gałęziami i kamieniami. Pustynna uczta z koziną, chobzą, przy saharyjskim ognisku była niezrównana.

Gdzieś w oddali zawyła hiena.

− Mallesh − powiedział Kamal i pokazał strzelbę. − Idźcie spać, sahibowie, a my na zmianę będziemy pełnić wartę.

− Sahibowie? − zdziwił się Roman.

− Mój dziadek prowadził karawany z sahibami z Anglii do Timbuktu − wyjaśnił Kamal. − A ja jestem dumny, że uprawiam taki sam zawód.

Gdy Roman obudził się, ujrzał Abdula modlącego się na maleńkim dywaniku. Był zwrócony w kierunku Mekki, a zamiast wodą, obmywał się pustynnym piaskiem.

Po kilku godzinach jazdy dotarli do maleńkiej oazy. Przy wodopoju pasły się dromadery. Abdul i Kamal porozmawiali chwilę z opiekującym się nimi mężczyzną.

− Możemy zostawić tu motocykle i pojechać do następnej oazy na wielbłądach − Kamal zwrócił się do swoich towarzyszy. − Mahmud zadba, by czekały tam nasze motory.

Opiekun wielbłądów podszedł do nich ze srebrną tacą, na której stały szklanki soku z granatów, słodycze z daktylami i małe sandwiche z mieloną baraniną.

Gdy się posilili, Abdul zawiązał na ich głowach turbany dla ochrony przed piachem. Niczym nomadowie przemierzali bezkresne morze Sahary, ciesząc oczy niespotykanymi gdziekolwiek indziej widokami.

Podczas kolejnego postoju Roman wspiął się na górę diuny i szedł samym szczytem. Tu właśnie gdzieś przecinał drogę zwrotnik Raka.

Nagle stanął. Wyczuł coś nogą. Zakopana w piachu leżała róża pustyni. Odkopał ją i podniósł; skrzyła się w słońcu.

Roman rozejrzał się wokół. Czuł się wspaniale, jakby zebrała się w nim energia całego świata. Był mocny, był panem swojego losu − bez lęku o teraźniejszość i przyszłość.

Tak właśnie rozpoczął nowy rok − tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty.

Po trzech kolejnych dniach niemal nieustannej jazdy Roman, nieogolony, niedomyty, ogorzały od słońca wszedł do benghaskiego domu. Maria siedziała przy stole i czytała książkę. Podszedł i położył przed nią różę pustyni. Potem pochylił się i bez słowa pocałował ją w usta, mocno i namiętnie.

− Przywiozłem ci pamiątkę z podróży − powiedział, odsuwając się nieco. − Największy skarb Sahary − różę pustyni. − Nabrał głęboko powietrza i dodał: − Jeśli w tym roku nic między nami nie zmieni się na lepsze, chcę rozwodu.


7 A. de Saint-Exupéry, Mały książę, przeł. J. Szwykowski, IW PAX 1958.




Rozdział XXXI

Nie igra się z miłością



Jerozolima, luty 1980

Evelyn z dziećmi i ich rodzinami przybyli razem do Izraela, by spełnić ostatnie życzenie ojca Esther i Jakuba. Chciał być pochowany na cmentarzu w Jerozolimie, tuż przy Górze Oliwnej. Powoływał się na proroctwo Zachariasza, że właśnie tam Mesjasz wróci na ziemię i odbędzie się Sąd Ostateczny, więc wszyscy tu pochowani zostaną najszybciej zbawieni.

Stali w synagodze przed cmentarzem.

− Nie cierpiał, umarł we śnie... − zapłakana matka Esther dała się utulić córce. − Tak bardzo cieszył się, że się ustatkowałaś. Jakub był jego dumą. Na koniec zrobił się bardzo religijny, czytał Biblię, obchodził szabat. Był taki szczęśliwy, że doczekał pokoju pomiędzy Izraelem a Egiptem. Gdy w tym roku otwarto ambasadę izraelską w Kairze, często powtarzał: „To przełom, to przełom, będzie kolejna pokojowa Nagroda Nobla!”.

Nad grobem Jakub odmówił kadisz. Potem wszyscy przeszli do restauracji opodal, gdzie zebrała się rodzina. Była ciotka Miriam, krewni zamieszkali w Hajfie i Jerozolimie, ze Stanów przybyli sąsiedzi z Monsey i Rita − przybrana matka Racheli. Jak kazała tradycja, spożywano soczewicę i jajka.

W pewnym momencie Evelyn złapała córkę za rękę.

− Wiesz, Esther, ja nie byłam miłością życia twojego ojca − powiedziała.

− Jak to? − Esther zmarszczyła brwi. − Mamo, jesteś zmęczona i zasmucona. Nie możesz tak mówić.

Ale Evelyn kontynuowała:

− Wiesz, że ojciec walczył na wojnie w Europie. Tam, jak w setkach podobnych historii, został postrzelony i zakochał się we francuskiej sanitariuszce. Miała na imię Giselle.

− I? − Esther była coraz bardziej ciekawa tej historii.

− Jego matka, a twoja babcia, nie wyobrażała sobie jednak innej żony niż ja. Tak umówiły się nasze rodziny, gdy byliśmy mali. Kiedy twój tata wrócił z frontu, jeszcze przez kilka miesięcy, podczas rehabilitacji, przebywał w łóżku. Teściowa przechwytywała całą korespondencję od Giselle. Nie wysyłała też listów, które dawał jej twój tata, by nadała je na poczcie. W tym czasie często go odwiedzałam, pocieszałam, bo na początku był bardzo smutny. Rodzina ojca nalegała, byśmy się pobrali. Nastąpiły nawet oświadczyny, choć były mocno wymuszone. Teściowa wysłała Giselle zaproszenie na ślub, udając, że nadawcą jest ojciec...

Esther była w szoku. Jej elegancka matka uczestnicząca w takim podstępie?

− Wiedział o tym? − zapytała cicho.

− Nie… Aż do dnia, w którym miał udar…

− Więc to mogła być bezpośrednia przyczyna?

− Miał zaawansowaną miażdżycę, ale... Tak, to mogła być przyczyna. Krótko przed tym odkryłam, że w swojej szufladzie trzyma tomik poezji Verlaine’a, a w środku swoje zdjęcie z Giselle.

− Jak zareagował?

− Długo milczał, aż w końcu powiedział: „Nie igra się z miłością, Evelyn”.

Esther w pierwszej chwili była zdruzgotana, przeżyła prawdziwy wstrząs. Ale kiedy spojrzała na twarz matki, pełną bólu, rozpaczy i winy, wzięła ją mocno za rękę i rzekła:

− Mamo, to stare dzieje. To było działanie babci Ireny. Nie jesteś niczemu winna. Stworzyłaś nam wspaniały dom, byłaś kochającą, dobrą żydowską żoną; dzięki tobie tata spoczywa na cmentarzu w Jerozolimie i jako jeden z pierwszych spotka Mesjasza. Zamknijmy ten rozdział i pomódlmy się za jego duszę. Czeka nas długa żałoba.

W nocy Esther nie mogła spać. Patrzyła na jerozolimską Złotą Kopułę. Coś nie dawało jej spokoju. Ta myśl pojawiła się już wcześniej, ale w zamęcie szybkiego nowojorskiego życia jakoś nie mogła wydostać się na powierzchnię świadomości.

− John, czy ten fragment twojej książki − myśli żydowskiego bohatera, gdy wreszcie połączył się z ukochaną Palestynką − miał wymiar autobiogra­ficzny?

Zapadło długie milczenie.

− Tak, Esther − odparł w końcu John.

− Więc nie zakończyłeś tej sprawy? Nie zerwałeś zaręczyn z Kerstin?

− Starałem się. − John próbował się wytłumaczyć, opowiadając o podróży do Sztokholmu, o pogrzebie babci Kerstin, o wojnie, która przyspieszyła ich ślub, ale Esther i tak była zdruzgotana.

− John, kocham ciebie i naszą córkę. Ale nie igra się z miłością. Musisz spotkać się z tą kobietą i ona musi zwolnić cię z danego słowa. Dopiero wtedy możesz do mnie wrócić. Idź i załatw to do końca.

Potem wstała, poszła do sypialni, gdzie spała Sara, i zamknęła drzwi.




Rozdział XXXII

Sąd Parysa



Cypr, 30 kwietnia 1980

Skała świeciła w słońcu, obmywana przez intensywnie szmaragdowe morze. To tutaj, według mitologii, wynurzyła się z morza bogini miłości Afrodyta.

Karen przywołała w pamięci słynny obraz Botticellego, który widziała we Florencji, gdy mama zabrała ją na włoskie Grand Tour. Kobieta o niezwykle rudych włosach wyłania się z morskich fal na muszli, którą pcha do brzegu podmuch Zefirów.

Właśnie tę wyspę miłości Karen wybrała na miejsce zaślubin z Andrzejem.

Ślub miał się odbyć w maleńkim kościółku w Pafos, w którym msze być może odprawiał sam święty Paweł. Obok świątyni znajdował się pręgierz, gdzie wierny druh Jezusa został ukarany za szerzenie wiary na Cyprze.

Świadkami na ślubie zostali Angela i Jacek. Andrzej dość długo namawiał brata, w końcu po długiej rozmowie z babcią Małgosią Jacek się zgodził.

Teraz stał z pochmurną miną, patrząc na Karen prowadzoną przez ojca. Przy ołtarzu czekał już wzruszony Andrzej, ubrany w tradycyjny angielski ślubny smoking.

Karen wyglądała zjawiskowo. Miała prostą białą sukienkę z jedwabiu, stylizowaną na lata dwudzieste, którą uszyła w Paryżu, w salonie Coco Chanel. Jej szyję zdobił piękny naszyjnik z pereł, który widniał na zdjęciach ślubnych Barbary, jej matki, a także prababki. Wyglądała jak feministka wycięta z przedwojennych fotografii i właśnie taki efekt chciała osiągnąć. Obrazu dopełniała krótka fryzurka, z przyciętą na pazia grzywką i ułożonymi z włosów falami, w które wpięte były perełki.

− Nasza wnuczka wygląda jak Zelda Fitzgerald − szepnęła do męża wzruszona Ann.

W pierwszym rzędzie po prawej stronie siedzieli Maria, Roman i babcia Małgosia. Po lewej stronie Barbara, babcia Zofia, starsi państwo Robinson, a za nimi Jackie i Hassan z dziećmi. W ostatnim rzędzie siedział Farag, którego tradycyjny strój arabski wyróżniał się na tle innych mężczyzn w smokingach, szarych marynarkach i z kwiatami w butonierce.

Ani Karen, ani Andrzej nie zamierzali zapraszać Faraga, ale ostatecznie musieli się przełamać. Jacek przebywał tutaj, u Faraga, który od kilku miesięcy mieszkał na Cyprze. Zaproszenie Faraga było jego warunkiem, by wziąć udział w ślubie bliźniaka. Karen wolała nie myśleć, czy mężczyźni mieli coś wspólnego z dzisiejszym porwaniem w ambasadzie w Londynie. Postanowiła celebrować swój dzień i nie zajmować się „tymi terrorystami”, jak nazywała ich w myślach.

Po ceremonii przyjmowali życzenia na maleńkim dziedzińcu. Mimo ogromnych emocji i zamieszania Karen zauważyła, że Jacek nie złożył im powinszowań. Stał z Faragiem przy pręgierzu św. Pawła, gdzie apostoł został ukarany za szerzenie chrześcijaństwa.

Potem goście wsiedli do brytyjskich limuzyn, wśród których dominowały bentleye i jaguary − Jeremy nie żałował środków na urządzenie królewskiego wesela swojej jedynaczce − i pojechali nadmorską drogą na wesele.

Przyjęcie urządzono na plaży, w pobliżu skały Afrodyty. O oprawę zadbała ekipa z klubu polo. Na piasku rozstawiono białe namioty, których poły podwiązano po bokach − w stylu orientalnym. Zbudowano też wielką scenę dla tańczących. Stoły ustawiono na podeście w kształcie podkowy.

Gdy Karen i Andrzej szli z samochodu, dzieci rzucały im muszelki pod nogi.

− Jak ci się podoba, kochanie? − szepnął Andrzej do ucha nowo poślubionej żony.

− Jest cudownie! Tak... libijsko − odparła wzruszona Karen.

Oprawa stołów była błękitno-morska, z kremowymi elementami muszli i rozgwiazd. Wszędzie stały patery z truskawkami i bezowe torty z malinami i bitą śmietaną. Najlepszy szampan Moët & Chandon, który Jeremy ściągnął specjalnie z Francji, lał się strumieniami. Marcepanowy piętrowy tort w kolorze morza przyozdobiony muszlami i rozgwiazdami, na szczycie obrazował Wenus wynurzającą się z morskich fal. Napis głosił: „Morza miłości − dla Karen i Andrzeja na zawsze”.

Po oficjalnym powitaniu gości nastąpiły przemowy − ojca panny młodej i ojca pana młodego. Później wstał Jacek. Najpierw odczytał słowa Jagona ze sztuki Otello Szekspira, której akcja miała miejsca na Cyprze:


Strzeż się, panie, zazdrości! O, strzeż się

Tego potwora zielonookiego,

Co pożerając ofiarę − z niej szydzi.

Szczęsny, kto wiedząc o tym, że jest zdradzon,

Może nie kochać tych, co go zdradzili;

Ale jak wielkie ten cierpi katusze,

Co wielbiąc wątpi, mając podejrzenie

Namiętnie kocha!


Potem, nie przerywając, Jacek odczytał fragment z Iliady, gdy Parys wręczył jabłko Afrodycie, co w efekcie doprowadziło do wojny trojańskiej. Gdy skończył, usiadł, a wszyscy spojrzeli na siebie zdezorientowani − zabrzmiało to bardziej złowieszczo niż radośnie.

Na szczęście weselny nastrój przywróciła Angela, która zaczęła płomiennie:

− Moja kochana Karen, najdroższa, najpiękniejsza i najbliższa memu sercu! Odkąd poznałyśmy się, paląc szlugi w toalecie w naszym maltańskim klasztorze... − Roześmiała się, widząc zszokowane spojrzenia zebranych. − Żartowałam! Karen, Andrzeju, dla tak pięknych osób, dla tej miłości, której świadkiem byłam, mogę tylko oddać głos największemu mistrzowi słowa. Drodzy państwo, dla państwa młodych − Szekspir:


Niech ślub dwóch umysłów przeznaczonych sobie

Nie napotka przeszkód. Miłość to nie miłość

Wtedy gdy się zmienia, bo się zmienić może

lub z serca wychodzi, gdy jej karzą zniknąć

Przenigdy! Ta szczera, znak wieczny na niebie

Nawet w czasie sztormu będzie niewzburzoną

Jest dla tułających statków się po świecie

niepoznaną gwiazdą, mimo że zmierzoną8.


Andrzej pochylił się nad żoną:

− Pamiętasz, jak na plaży pytałaś, czy morską przygodę i miłość z gwiazd można przenieść na ziemię? − szepnął. − Moja Amfitryto...

Następnie wstała Barbara. Nabrała powietrza i odczytała fragment listu św. Pawła, który wysłał z Cypru.


Miłość jest cierpliwa,

uprzejma jest.

Miłość nie zazdrości, nie przechwala się,

nie unosi się pychą,

nie zachowuje się nietaktownie,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego,

nie cieszy się z nieprawości,

lecz raduje się z triumfu prawdy.

Miłość wszystko znosi,

każdemu wierzy,

każdemu ufa,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje...


W oczach matki i córki zalśniły łzy.

− Dziękuję, mamo − powiedziała Karen i wysłała matce całusa w powietrzu.

Potem zwróciła się ku mężowi i rzekła:

− W jedności i zgodzie dziś wchodzimy w nasze morze; ofiaruję ci otchłań miłości, chcę z tobą płynąć do końca naszych dni, być z tobą w szczęściu i w chorobie, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Andrzej ujął rękę Karen i powiedział uroczyście:

− Odkąd cię poznałem, marzyłem, by to powiedzieć, a dziś się ziściło. Ubi tu, Caius, ibi ego, Caia.

Babcie pochlipywały. Dziadek Robinson kręcił wąsa. Do pierwszego tańca Karen poprowadził ojciec.

− Dbaj o nią − powiedział, oddając córkę Andrzejowi. Ścisnął jego ramię, a Andrzej skinął głową. Potem mocno przytulił Karen i zatańczyli w rytm All you need is love.

Później już wszyscy szaleli do znanych przebojów, między innymi Abby. Większość gości tańczyła na bosaka, młoda para poszła za ich przykładem, Karen zrzuciła pończochy, a Andrzej podwinął spodnie.

− Może zrobimy zaślubiny z morzem? − zapytała filuternie Karen.

Gdy weszli do wody, wpatrzeni w skałę bogini miłości, tłum zaczął klaskać i krzyczeć „gorzko, gorzko!”. Ktoś robił im zdjęcia.

− Nie można sobie wyobrazić bardziej romantycznej scenerii na wesele − powiedziała Angela do swojego partnera. − Skała, przy której bogini miłości wyszła z morskich fal; zachód słońca i całująca się para nowożeńców.

Gdy Andrzej przyniósł Karen na rękach z powrotem do gości, Jeremy stuknął łyżeczką w kieliszek.

− Moi drodzy, to trudny moment oddawać ukochaną i jedyną córkę innemu mężczyźnie − powiedział. − Barbro, chciałem w tym pięknym dniu szczególnie podziękować tobie − za to, że dałaś mi naszą córkę. Andrew, opiekuj się naszym skarbem. Widząc, jak się kochacie, ufam, że czeka was wspaniałe życie!

Po raz kolejny tego dnia zabrzmiał marsz Mendelssohna, a plaża rozjarzyła się dziesiątkami fajerwerków.

Angela pochyliła się nad Jackiem.

− To iście królewski ślub − szepnęła. − Strumienie szampana, gra wspaniała muzyka. − Chłopak nie reagował, więc zarzuciła go gradem pytań: − Jak się czujesz na wyspie Afrodyty? Czy gdybyś był Parysem, wybrałbyś Afrodytę? A z jaką starożytną boginią ja ci się kojarzę?

Jacek długo milczał. Wreszcie spojrzał na nią z jakimś niezwykłym gniewem w oczach i rzekł:

− Jabłko ofiarowałbym najpiękniejszej. Tutaj Helena jest tylko jedna! − podniósł głos, ale zaraz opanował się i dodał już ciszej: − Będzie z tego wojna. Nie trojańska, ale święta wojna. Nie zabiera się cudzej własności.

Angela patrzyła na niego, zupełnie zdezorientowana. Nie chcąc kontynuować tej dziwnej rozmowy, wróciła do tańców i szaleństw z innymi gośćmi.

Po północy limuzyny zawiozły parę młodych i gości do klubu golfowego w głębi lądu. Rozlokowano się w domkach − każdy miał swój basen, przy każdym stał też elektryczny mały samochód do wypraw na pole golfowe.

Nadmiar wrażeń i szampana sprawił, że Andrzej od razu padł na łóżko i usnął kamiennym snem. Karen nie miała mu tego za złe − w końcu mieszkali już razem od dwóch lat. Wyszła na taras i rozejrzała się po ogrodzie − podświetlony basen wyglądał nęcąco. Cykady cykały wręcz obłędnie. Niewiele myśląc, nie ściągając sukni ślubnej, wskoczyła do basenu.

Zanurkowała i wynurzyła się ze śmiechem. Rozpierała ją energia. Wyszła z basenu, wycisnęła suknię z wody i wsiadła na wózek elektryczny. Zaczęła jechać w kierunku pola golfowego, lecz w pewnym momencie wjechała do rowu. Ucieszyła się, widząc biegnącego w jej stronę Jacka. Ten jednak tylko stanął obok, w ogóle nie próbował jej pomóc.

− Jacek, jak dobrze, że... − zaczęła, ale wtedy chłopak uderzył ją w twarz.

− Ty suko − wycedził. − Zwodziłaś mnie całe życie i dziś myślisz, że należysz do Andrzejka?! Mylisz się. W noc poślubną w Gizie byłaś moja. I dziś, w tę noc poślubną, należysz do mnie. To twój koniec, arabska oblubienico. − Z tymi słowami przyłożył jej do ust chustę nasączoną jakimś płynem.

Karen spojrzała jeszcze na niego szeroko otwartymi z przerażenia oczami.

Potem zapadła się w nicość.


8 Fragment 116 sonetu Szekspira w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.




Rozdział XXXIII

Dżuma



Benghazi, lipiec 1980

Maria wraz z Romanem czekała na lotnisku Benina na przylot Jacka. Zaprosiła synów na swój wielki dzień − otwarcie enklawy uprawnych pól w pobliżu Kufry na Saharze. Rzeczą, która robiła największe wrażenie na międzynarodowym tłumie, był fakt, że na pustyni przeprowadzono skomplikowane roboty melioracyjne i środkiem płynęła wartka rzeka.

Jacek stał się w ostatnim czasie bliższy sercu Marii. Wieloletni, skrzętnie ukrywany romans z Hamidem zbliżył ją do syna. Dzieliła z nim niechęć do wszystkiego, co amerykańskie. Andrzej tylko zadzwonił. „Nie mogę przyjechać, mamo. Sama rozumiesz, w tej sytuacji”.

Na lotnisku nie było autobusów, podróżni szli po płycie i widać ich było z tarasu widokowego. Wypatrywała syna ze zniecierpliwieniem, jednak z samolotu wysiadło tylko kilkanaście osób w tradycyjnych strojach arabskich.

Nie ma Jacka, pomyślała z niepokojem, gdy nagle jeden z Arabów zaczął do niej machać. Musiała się uważnie przyjrzeć, by dostrzec w nim swojego syna.

Jacek miał ufarbowane na czarno włosy i długą ciemną brodę. Był ubrany w galabiję i turban. Nikt by nie poznał, że to Europejczyk.

− Ummi − powiedział do niej po arabsku na powitanie.

− Rozumiem, że chcesz zrobić na matce wrażenie, że studiujesz arabistykę? − zaśmiała się, nieco zaskoczona.

Roman uściskał mocno syna. Też był zdziwiony jego wyglądem, ale nie skomentował go.


Po kilku dniach spędzonych wspólnie cała trójka poleciała do Kufry.

Specjalnym gościem spotkania był Kaddafi. Przybył ze swoją świtą, ubrany w zieloną galabiję, przetykaną złotą nicią. Maria i Hamid osobiście oprowadzili wodza. Była taka szczęśliwa, że jej marzenie transformacji roślin zyskało taki wymiar. Wszyscy ją podziwiali. Libijczycy i zagraniczni goście gratulowali jej, ściskali ręce. Pola uprawnej cebuli, ziemniaków, zboża, a nawet kwiaty zazieleniły Saharę.

Uroczysta kolacja odbyła się w hotelu w Kufrze urządzonym w berberyjskim stylu. Maria otrzymała głośną owację. Swoje uznanie wyraził sam Kaddafi:

− Dziękuję, professor Marija! Doskonała robota! − Wypytywał o uprawy, patrzył na nią z zachwytem i kiwał głową. A potem rzucił do Jacka: − Al-Jassin, możesz być dumny z matki. Tak jak my jesteśmy dumni z ciebie.

Mocno uścisnął im ręce, a później, ku zdziwieniu Marii, położył dłoń na jej głowie. Odszedł prosto do Hamida, rozmawiali, a Kaddafi raz po raz pokazywał na Marię. Była pewna, że chwali ich zespołową pracę.

Wódz podszedł do Faraga, Jacka i jeszcze kilku młodzieńców w tradycyjnych strojach. Coś burzliwie omawiali. Wszyscy klepali Jacka po plecach. W pewnym momencie Abu Mansouri, prawa ręka Kaddafiego, wsunął jakiś dokument w rękę Jacka, a ten schował go do kieszeni na piersi.

Wtedy do Marii podszedł Hamid. Był wyraźnie wzburzony.

− Co się stało? − zapytała.

− Wpadłaś w oko Kaddafiemu − odparł gniewnie. − Prosił mnie, bym zaaranżował spotkanie z tobą. Jest znany z tego, że ciągle umawia się z Europejkami w Libii. Słyszałem o wielu kobietach z Europy Wschodniej, ale że odważył się wystosować taką propozycję wobec ciebie?!

− Co mu powiedziałeś?

− Że nie ma mowy!

− I co on na to?

Hamid milczał przez chwilę, zanim odpowiedział:

− Że ukarze albo mnie, albo ciebie, albo nas oboje. − Westchnął ciężko. − Potem porozmawiamy, Marijo. Teraz to zbyt niebezpieczne.

Maria była w szoku. Cała radość z sukcesu prysnęła jak bańka mydlana. Czuła wyłącznie strach.

W hotelu Maria, Roman i Jacek zajęli osobne apartamenty. Wieczorem Jacek zapytał ojca o relację między nimi, a Roman wyznał mu prawdę na temat romansu matki i planowanego rozwodu. Jacek, wzburzony, natychmiast zadzwonił do Faraga.

W nocy Maria usłyszała pukanie do drzwi. Zaniepokojona, wyszła na korytarz. Stał tam Hamid. Na jego podartej koszuli widać było plamy krwi. Miał poranioną twarz, jedno oko całkowicie zakrywała opuchlizna.

− Hamid, co się stało?! − krzyknęła, przerażona.

− Był u mnie Abu Mansouri z dwoma żołnierzami − wyszeptał Hamid. − Powiedzieli, że to pierwsze ostrzeżenie.

− Wejdź, trzeba cię opatrzyć. − Maria, rozejrzawszy się po korytarzu, pociągnęła Hamida do pokoju. Posadziła go w fotelu, przemyła rany, a do opuchniętej twarzy przyłożyła lód.

− Kaddafi jest tyranem − podjął Hamid. − Może na początku był zdolnym wodzem, ale potem uwierzył, że jest namiestnikiem Allacha i wobec tego może wszystko, że jeśli okupi swoje czyny aktywnymi działaniami na rzecz Dżihadu, to Allach mu wybaczy. Na jego dworze panuje niewyobrażalny przepych, wszystko kupuje w najdroższych sklepach na świecie. Narkotyki, drogi alkohol to codzienność. Żołnierze, zwłaszcza przyboczni, faszerowani są używkami. Płaci im dużo, by nic nie wyszło na zewnątrz. Są szkoleni, by zabić każdego, kto zbliży się do wodza. On sam urządza orgie, na które zaprasza setki kobiet. Jeśli nie przyjmują zaproszenia, porywa je. Kaddafi jest zbrodniarzem, Mario. Gwałci codziennie wiele kobiet, często zaprasza do tych niecnych występków swoich żołdaków. Gwałci małe dziewczynki i chłopców. Setki kobiet, Arabek i Europejek. Znakiem, że wybiera daną kobietę, jest położenie ręki na jej głowie. Dlatego gdy to zobaczyłem...

Maria zesztywniała. Czuła się tak, jakby ktoś uderzył ją obuchem w głowę. Weszła do łazienki i obmyła twarz zimną wodą. Spojrzała w lustro. Miała wrażenie, że postarzała się o kilka lat. Zauważyła wiszącą na wieszaku galabiję Jacka. Musiał ją tu zostawić, kiedy był z wizytą. Sięgnęła do górnej kieszeni i wyciągnęła z niej złożoną kartkę.

Rozwinęła dokument i przeczytała: „Przyjmujemy cię, Bracie, w nasze szeregi. Będziesz gotowy do przysięgi. Będziesz gotowy do oddania życia dla naszej walki. Będziesz gotowy ponad miłość do żony, dzieci, matki, ojca czy brata w imię Dżihad i naszej wiary”.


Gdy po dłuższym czasie Hamid, zaniepokojony, poszedł do łazienki, zastał Marię nieprzytomną na podłodze. Ocucił ją i zaniósł do łóżka.

− Żegnaj, habibi − wyszeptał. − Nie wiem, kiedy się spotkamy. Wiedz, że jesteś miłością mojego życia. Zrób wszystko, by jak najszybciej wyjechać z Libii. Dam ci namiary na mojego wiernego współpracownika...


Kilka tygodni po powrocie do Benghazi Maria spędziła jak w letargu. Nie chciała wyjeżdżać, nie umiała też porozmawiać z mężem o tym, co się stało. Z Jackiem nie chciała rozmawiać. Zresztą syn jej unikał. Dopiero teraz zrozumiała, że został islamskim bojownikiem. I to była jej klęska.

Jacek wkrótce wyjechał do Londynu. Hamid nie dawał znaku życia. Okazało się, że trafił do kalambusza. Czekał go szybki proces. O dziwo, choć Maria codziennie się tego spodziewała, nikt nie zakłócał jej spokoju.

Po kilku tygodniach, gdy przyszła do pracy, w szufladzie znalazła list od Hamida.


Habibi,

chyba już stąd nie wyjdę. Jestem torturowany.

Najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej wyjedziesz z Libii. On jest zdolny do wszystkiego. 29 sierpnia wyleciała w powietrze synagoga w Wiedniu, zginęło kilkuset wiernych. To był pomysł Kaddafiego. Uciekaj! Pamiętaj, że mój znajomy ci pomoże.


Maria patrzyła na notatkę pustym wzrokiem. Potem drżącą ręką napisała list i zaniosła go do sekretariatu.

− Proszę to wysłać pocztą priorytetową − nakazała. − To ważne w związku z zagrożeniem upraw zbóż w Kufrze.


Po tygodniu stała w wielkiej sali pełnej sztucznego przepychu.

Otworzyły się drzwi.

− Jak się cieszę, że panią widzę. Co mogę dla pani zrobić, madame?

Odwróciła się.

W progu stał Kaddafi.




Rozdział XXXIV

I mury runą



Ateny, sierpień 1980

Karen patrzyła na morze. Zawsze ją uspokajało. Atmosfera wsi pod Atenami przynosiła ciszę i wytchnienie. Bardzo tego potrzebowała. Przyjechali tu prosto z Pafos.

Następnego dnia po ślubie Karen obudziła się z koszmarnym bólem głowy. Andrzej jeszcze spał.

Poprzedni wieczór i noc pamiętała tylko do momentu, kiedy Jacek ją uderzył. Odkąd Karen skończyła dziewięć lat i po raz pierwszy zobaczyła mamę całującą się z obcym mężczyzną, nigdy nikomu nie mówiła o „złych rzeczach”. Sama też starała się wymazywać je z pamięci. Tak jak nie umiała zdobyć się na wyjawienie swoich podejrzeń wobec Jacka, Faraga oraz ich kompana, tak i teraz, mimo iż czuła się rozpaczliwie źle, nie umiała stawić czoła wydarzeniom ostatniej nocy. Podejrzewała, że została zgwałcona, ale nie wiedziała, co z tym zrobić.

Cały dzień po ślubie pozostała w łóżku. Andrzej też skarżył się na ból głowy. Wszyscy myśleli, że para nowożeńców romantycznie rozpoczęła swój miesiąc miodowy, nie było to jednak do końca prawdą.


Karen nie musiała długo tłumaczyć się Andrzejowi, dlaczego zamiast do Damaszku, gdzie się urodziła, Bejrutu czy Petry, chciała jechać gdzie indziej. Nie miał nic przeciwko. Jeremy bez trudu zabukował im prom do Pireusu i wynajął dom na greckiej wsi pod Atenami. Wyruszyli już następnej nocy.


Przez pierwsze tygodnie Karen była osowiała i przygnębiona. Choć uspokajała męża, Andrzej bardzo się o nią martwił. Wezwany przez niego grecki lekarz orzekł, że to z powodu stresu związanego ze ślubem. Zalecił młodej żonie jak najdłuższe pobyty nad morzem, odpoczynek i lekką dietę śródziemnomorską. Orzekł, że znużenie i apatia powinny niebawem przejść.

Karen sumiennie wypełniała polecenia lekarza. Dużo pływali, czasem Andrzej wynajmował jacht i wyprawiali się na wyspy. Kupowali od lokalnych rybaków ryby i owoce morza, a później smażyli je w ognisku. Karen często nurkowała, podwodny świat ją zachwycał, był piękny i daleki od realnego.

Śniadania przyrządzał Andrzej. Serwował głównie jogurt grecki z miodem i owocami, frappe i świeżo wyciskany sok. Wracając z porannej kąpieli w morzu, Karen zatrzymywała się w piekarni i kupowała bułki podobne do chobzy.

Kiedy trafiła tam pierwszego dnia, wysoka, ubrana na czarno kobieta, na oko czterdziestoletnia, z siatką zmarszczek wokół oczu, zwróciła się do niej:

− Hej, mam na imię Nicole. A ty musisz być tą Amerykanką, która przyjechała do wioski na swój miesiąc miodowy?

− Tak, to ja − odparła zdziwiona Karen.

− Pomożesz mi − zapytała kobieta, podając jej fartuch. − Moja mama musiała pojechać do gaju oliwnego, a ja nie mam wystarczająco jedzenia na dziś dla naszego miasteczka. A trzeba jeszcze nakarmić tych polskich robotników, którzy przyjechali wyremontować naszą cerkiew... Zrobisz ze mną danie dnia? Dziś zaplanowałam spanakopitę z fetą i szpinakiem. Wczoraj przygotowałam już ciasto filo.

Karen nawet nie zauważyła, kiedy stała przy kuchni.

Nicole instruowała:

− Szpinak, rozrzucając liście na patelni, przesmażam na naszej oliwie. Na koniec dodaję pokruszoną fetę − oczywiście też naszą. Chcesz kawałek?

− Pewnie − odparła dziewczyna, jak zawsze ciekawa nowych kulinarnych doznań.

Feta była ostra, świeża i krucha.

− Potem wbijam całe jajko i dodaję trochę śmietanki lub mleka. Sól i koniecznie gałkę muszkatołową! Teraz druga warstwa. Aha, piekarnik nastawiam na sto osiemdziesiąt stopni. − Piec, ku zdumieniu Karen, był nowoczesny, marki Ariston. − Zobaczysz, za dwadzieścia minut przyjdą tu goście i będą wylizywać do ostatniego okruszka!

Następnego dnia Karen też poszła do Nicole. Tym razem miała pomóc jej przygotować danie dnia.

Nicole położyła przed nią papryki, piersi z kurczaka, cukinię, kabaczki, bakłażany, ziemniaki i pomidory.

− Czy wiesz, że Francuzi nazywają bakłażan gruszką miłości? − zapytała

− Słyszałam. − Karen uśmiechnęła się słabo.

− Możesz zrobić z tych składników, co tylko chcesz. Wiesz, jaki jest sekret wszystkich śródziemnomorskich dań?

Karen zastanawiała się przez chwilę.

− Kumin? − zapytała niepewnie.

− Tak! Nie możemy zapomnieć o kuminie! Dużo kuminu rzymskiego. To nasz sekretny śródziemnomorski składnik! − Nicole uśmiechnęła się radośnie. − No to do dzieła! Mamy tylko pół godziny.

Karen pokroiła wszystkie składniki przygotowane przez Nicole. Zalała je wodą, dodała kilka łyżeczek kuminu i dwie puszki pomidorów w zalewie.

− Pyszne − zawyrokowali polscy robotnicy, wybierając resztki sosu świeżą bułką.

− Jak się nazywa to danie? − zapytał jeden z nich.

− To danie Nicole − roześmiała się Karen, która wre­sz­cie poczuła, że wróciła do żywych.


Gotowanie przynosiło Karen wiele radości. W małym sklepiku, u bezzębnej, odzianej w czarne szaty staruszki Pelagii, kupowała oliwki, fetę, pomidory, cebulę i paprykę. Codziennie przyrządzała z tych produktów grecką sałatkę.

− Karen, chyba wreszcie zaczynasz wracać do siebie. I do mnie − powiedział któregoś dnia Andrzej, przyciągając ją do siebie.

− To zwycięska ziemia grecka tak dobrze mi robi − odparła dziewczyna. − No i te oliwki. I sklepik Pelagii, i Nicole.

W sklepiku zaopatrywali się też w taramosalatę, tzatziki, humus i marynowane ośmiorniczki. Wszystko to przyrządzała Pelagia ze swoją wnuczką. Jej specjalnością były dolmades.

Po lunchu spali. Potem znowu pływali albo czytali. Najbardziej lubili zachodni marmurowy taras, gdzie w wielkich donicach rosły kaktusy, mirt, mięta i kwiaty. Po zachodzie słońca woń mirtu upajająco mieszała się z zapachem mięty. Do ich sypialni zaglądało drzewko figowe. Karen często zrywała owoce i jadła soczyste figi prosto z drzewa.

Wieczorem nie chciało jej się gotować, więc chodzili do tawern na pobliskiej plaży albo jechali do miasteczka na kolację. Pili retsinę, jedli musakę, jagnięcinę pieczoną w pergaminie lub kozinę. Wieczorem znowu pływali w morzu lub w przylegającym do ich domku małym basenie.


Po dwóch miesiącach śródziemnomorskiej terapii Karen uśmiechała się jak dawniej.

Pewnego dnia wybrali się na wycieczkę do Sounion. Już z daleka widać było majestatyczne ruiny świątyni Posejdona położone na wysokiej skale. To z tej skały rzucił się biedny stary król, gdy Tezeusz, wracając z Krety, zapomniał zmienić żagle na białe.

Karen i Andrzej usiedli na murawie, pomiędzy kolumnami rozplanowanymi w porządku jońskim, by chłonąć widoki. Wokół było wiele osób przy rozstawionych malarskich sztalugach. Wszyscy czekali na zachód słońca. Słońce chyliło się ku zachodowi, zmieniając się w czerwoną kulę, w której blasku marmury przybierały różową barwę. Przed nimi rozpościerało się morze z plamami kilku skalistych wysepek. Intensywnie szmaragdowe stawało się różowawe, by w końcu przybrać barwę ciemnego granatu.

− Byron miał rację, twierdząc, że tutejszy zachód słońca jest najpiękniejszy na ziemi. Wszak jako najwybitniejszy poeta romantyzmu znał się na rzeczy. To właśnie tu miały powstać najpiękniejsze sonety.

Byron nie miał natomiast szansy ujrzeć tego, co miała do zaoferowania współczesność. Wraz z zachodem słońca kolumny świątyni zostały podświetlone. Zwiedzający wyglądali odlegle i nierealnie.

W drodze powrotnej Karen odwróciła się jeszcze raz, by obejrzeć cypel Sounion z reflektorami skierowanymi na Posejdon Temple. Pomyślała, że ona też chciałaby malować.

Już następnego dnia w Lagonisi kupili płótno, farby i kartony. Karen zaczęła od niewprawnych szkiców − portretów Andrzeja czy rysunków donicy z kaktusem. Potem malowała coraz płynniej i lepiej.

− Karen, masz prawdziwy talent − orzekł Aristoteles, syn Pelagii, kiedy przyniósł im marynowaną fetę i nadziewane papryki. Jego córka Ewdokija zamierzała wziąć udział w konkursie na najlepszą lokalną potrawę Attyki i ku radości Karen testowała na nich swoje umiejętności.

Malowanie sprawiało Karen wiele radości. Nie sądziła, że ma talent, ale nie to było najważniejsze. W dniu, kiedy namalowała portret Andrzeja siedzącego na fotelu, z morzem w tle, wieczorem pili wino i słuchali arii w wykonaniu Marii Callas. Potem kochali się po raz pierwszy od bardzo dawna. Delikatnie i powoli.

Demony zostały przepędzone.

− Gotowa na Ateny? − spytał Andrzej, gdy Karen leżała, wtulona w jego pierś.

− Gotowa.


Akropol ich zachwycił, a Karen zrobiła sobie zdjęcie z kariatydami w tle. Jego widok mógł się równać tylko z widokiem piramid, choć musieli przyznać, że starożytne miasta libijskie są zachowane w dużo większym stopniu.

− Anglicy powinni oddać Marmury Lorda Elgina − osądziła Karen. − Ich miejsce jest tutaj. − Andrzej spojrzał na nią pytająco. − Pamiętasz Byrona? − ciągnęła. − Tak ukochał Grecję, że aż tu zginął, w imię wolności kraju. Więc Byron poznał w Atenach Lorda Elgina i był świadkiem wywozu części Partenonu do Anglii. Już wtedy poeta był oburzony, czemu dał wyraz w swoim poemacie Wędrówki Childe Harolda. Gdy po zachodzie słońca na Akropol przyjechała koparka i rozrzucała setki małych kamyczków − dla turystów, by mieli poczucie, że zabrali ze sobą kawałek Akropolu − Karen podniosła ceramiczny odlew imitujący starożytną twarz, zapewne wykonany w jakimś warsztacie na Place. I jak miliony innych ludzi poddała się temu zachwytowi, że oto jest tutaj, w Atenach, w Akropolu − kolebce demokracji.

− Niech żyje wolność! − krzyknęła w świat. − Freedom!


* * *

W tym samym czasie pewien wąsaty człowiek wszedł przez bramę gdańskiej stoczni, z której miał wyjść, skacząc przez mur. Ten skok sprawi, że runie niejeden mur i powstanie świat bez granic, wolny i niepodległy, a do Europy Wschodniej zawita jutrzenka swobody − ta, o której pisali poeci, o której marzyli zwykli ludzie, słuchając Radia Wolna Europa.




Rozdział XXXV

Zaćmienie



Rzym, maj 1981

Kwiaty płożyły się żółtym kobiercem na zielonej murawie, a w tle intensywny błękit nieba zlewał się z morzem. Białe wapienne skałki porastał bluszcz, o tej porze roku silnie zielony. Budząca się wiosna w każdym ze śródziemnomorskich krajów porażała swą siłą, bujnością i świe­żością.

Paola i Barbara jechały na lotnisko − jak co roku wiosną wybierały się na krótkie wspólne wakacje. Celebrowały ten zwyczaj, odkąd się poznały − łączyła je pasja do sztuki − zwłaszcza do Caravaggia, ale też wspólne fascynacje literaturą Umberto Eco.

Przeważnie jechały do swoich mam, do Włoch i do Polski, gdzie niczym Anteusz przy dotknięciu Matki Ziemi odzyskiwały siły. Scenariusz był dość podobny − niekończące się rozmowy, smaki dzieciństwa i oczywiście zwiedzanie − odwiedzanie ukochanych kościołów, podziwianie obrazów.

W Krakowie czekał na nie duży pokój z widokiem na Wawel i potrawy, których zawsze brakowało Barbarze w krajach Bliskiego Wschodu − śledzie w bakaliach, staropolski bigos i krakowski sernik, specjalność pani domu. Ich pobyt nie byłby pełny, gdyby natychmiast nie poszły z wizytą do Damy z łasiczką, nie pochyliły się nad historią ledwie widocznego na tle potężnego krajobrazu Miłosiernego Samarytanina.

− To jeden z najpiękniejszych obrazów Rembrandta − zachwycała się zawsze Barbara. − Człowiek taki malutki, a wszystko wokół wielkie, potężne. Od razu nasuwają się pytania: Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

Potem szły spacerem, specjalnie tuż przed zamknięciem, do kościoła Franciszkanów, by w promieniach zachodzącego słońca podziwiać kunszt Wyspiańskiego, zaklęty w witrażu Sądu Ostatecznego. Barbara siadała w ławce obok miejsca, gdzie zawsze modlił się Jan Paweł II, i oddawała się zadumie. Dziękowała, że Karen ocalała podczas zamachu w Gizie, że mąż marnotrawny powrócił do żony jawnogrzesznicy.

Równie chętnie jeździły do Włoch. Pierwsze dwa dni spędzały zawsze z mamą Paoli w ich willi pod Mediolanem. Anselma, domowa kucharka, serwowała pyszne potrawy, mamma zadawała tysiące pytań − o Hassana i córki. Faraga widywała najczęściej, bo teraz studiował w Rzymie. Zajadały się ulubionymi frykasami Paoli z dzieciństwa toskańską zupą pomidorową z bruschettą, własnoręcznie robioną pastą z pesto. Rano schodziły do kamiennej kuchni, piły wspaniałe, aromatyczne espresso, a Roseanna, służąca rodziców Paoli, przygotowywała makaron, używając do tego specjalnej maszyny.

− No, dziewczynki, utrzyjcie mi teraz, proszę, pesto − mówiła zawsze, co było dość zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że „dziewczynki” miały po sześćdziesiąt lat, a sama Roseanna była dobrze po osiemdziesiątce. Ale posłusznie ucierały w moździerzu świeżo zebraną bazylię z ogrodu z najprzedniejszą oliwą truflową, dodając pieprz, sól, a na końcu starty parmezan.

Zajadały się potem tym daniem, siedząc na tarasie i patrząc na dolinę Aosty, ze śnieżnymi wierzchołkami Alp w tle.

Tym razem, po kilku dniach słodkiego lenistwa, Paola wzięła swoje auto − piękne Alfa Romeo Giulietta z sześćdziesiątego szóstego – by po raz kolejny sprawdzić, czy wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Zatrzymały się w podmiejskim klasztorze urszulanek. Po obfitym, choć prostym obiedzie z winem, kobiety zostawiły samochód na parkingu i wsiadły do autobusu jadącego do Rzymu.

Czekała je prawdziwa rzymska uczta. Obie kochały barok, więc odwiedzały Berniniego we wszystkich możliwych odsłonach − św. Teresy, na Piazza Navona, w Ogrodach Borghese. Obowiązkowym punktem wycieczki była też pobliska lodziarnia z tradycjami, uważana za najlepszą w okolicy. A potem już tylko ich ukochany szlak Caravaggia.

− Widzisz, jak wiele łączy mnie z Michelangelo Merisi? − śmiała się Paola, zajadając się limonkowymi lodami. − Oboje urodziliśmy się w Mediolanie, a wykształcił nas Rzym.

Paola w Rzymie ciągle się śmiała. Nie wyglądała na swój wiek − szczuplutka, ubrana w krótką sukienkę od Armaniego, cienki poziomkowy szal ze znakiem firmowym Versace i amarantowe sandałki od Gucciego, z dopełniającą je maleńką torebką. W Rzymie zdejmowała abaję. I żarliwie modliła się w kościołach.

− Wiesz, ja jednak w głębi serca jestem katoliczką − wyznała kiedyś Barbarze. − Ale tak się umówiliśmy z Mahdim, więc...

Podczas swoich rzymskich dni z Caravaggiem Barbara i Paola zawsze wybierały tawerny oddalone od turystycznej marszruty. Po św. Mateuszu, Santa Maria del Poppolo, szły spędzić siestę do Ogrodów Borghese. Tam nabierały sił na kolejne arcydzieła, takie jak Chłopiec z koszem owoców i Chory Bachus.

− Wiesz, Caravaggio był chyba... no tego... wiesz... − jąkała się Paola.

− Och, wtedy w Rzymie oni wszyscy tacy byli − śmiała się Barbara. − Wtedy sam papież miał żony, kochanki, dzieci, to myślisz, że inni żyli po bożemu? Spójrz na Ekstazę świętej Teresy Berniniego. Wygląda bardziej jak po obcowaniu z mężczyzną niż z Bogiem.

Wracając, odpoczywały wraz z Marią i Jezusem w czasie ucieczki w drodze do Egiptu w Galerii Doria Pamhilli i pochylały się nad losem pokutującej Marii Magdaleny.

− To moja ulubiona święta − szeptała Barbara. − W pewnym sensie jestem do niej podobna.

Kobiety wiedziały o sobie wiele. Podczas wspólnych wakacji zawsze znajdowały czas na szczere wyznania i długie rozmowy.

− Czyli nadal wam się dobrze układa? − zapytała kiedyś wprost Paola.

− Tak, przeżywamy z Jeremym drugą młodość. Z Jerzym nie widzieliśmy się od dawna. Ugrzązł na dobre w Tolmeidzie i w Tokrze, pewnie odkrywa kolejne Domitillie.

− A co z alkoholem, Barbaro?

− Piję już tylko okazjonalnie.

− To dobrze, to bardzo dobrze.

Jednak było coś, co Barbara ukryła przed przyjaciółką. Nigdy nie przyznała się Paoli do  romansu z jej synem.

Tego dnia mieli spotkać się na kolacji. Nie była to dla Polki miła perspektywa, ale poprzedniego wieczoru Paola zadzwoniła do Faraga i krzycząc z radości jak mała dziewczynka umówiła ich na spotkanie. Farag miał czekać o dziewiętnastej w swojej ulubionej restauracji przy Schodach Hiszpańskich.

Kiedy nadeszły, siedział już przy stole. Nie był sam. Uściskał matkę, przywitał się z Barbarą i przedstawił im swojego przyjaciela, Mohammeda. Obok niego siedział też Jacek Krajewski, co dla kobiet było ogromnym zaskoczeniem, podobnie jak to, że i Jacek, i Farag byli w tradycyjnych strojach arabskich.

− Przeszedłem na islam − wyjaśnił Jacek.

Zupełnie nie przypominał poważnego okularnika, zatopionego w lekturze, jakim zapamiętała go Barbara. Zresztą Farag też różnił się od playboya rodem z Monte Carlo, który ją uwiódł.

Po pysznych włoskich zakąskach podano znakomite, rozpływające się w ustach domowe ravioli Mimosa z szałwią w sosie orzechowym.

Rozmowa toczyła się wokół ogólnych tematów − Farag i Jacek opowiadali o zajęciach na politechnice oraz o szkole w Polsce. Mohammed mówił niewiele. Podobnie jak Barbara.

Na zakończenie kolacji kelner bez pytania przyniósł im po kieliszku amaretto i ustrojoną truskawkami panna cottę.

− Jak się miewa... Karen? − zapytał z wahaniem Jacek pod koniec spotkania.

− Dobrze − odparła Barbara. − Mieszkają teraz z Andrzejem w Stanach, w styczniu urodziła syna. Nie wybierasz się do nich?

− Może kiedyś.

Na koniec Farag serdecznie uściskał matkę. Zbyt długo przytrzymał też rękę Barbary.

− Żegnaj, Mrs Robinson − szepnął, co nie umknęło uwadze Paoli.

Po wyjściu z restauracji kobiety poszły na spacer nocnymi ulicami Rzymu. Było rozkosznie i ciepło. Z zachwytem patrzyły na pięknie podświetlone zabytki.

Doszły do placyku z fontanną di Trevi. Choć było to zabronione, usiadły na brzegu i zamoczyły stopy w wodzie. Barbara jak zwykle nie mogła się powstrzymać od przytoczenia historii fontanny, pierwszych planów Berniniego dla papieża, kłopotów z mecenatem, przejęcia budowy przez Nerviego, opisu ikonografii fontanny z mitologią w tle, Neptunem, trytonami, symboliką rzek...

Kobiety nie zwróciły uwagi, że za nimi stoi kilku młodzieńców, typowych cinquecenti, którzy jeżdżą po Rzymie skuterkami, a niektórzy nawet kradną torebki turystkom i znikają szybko w tłumie.

− …Prawy tryton jest spokojny, a lewy powstrzymuje rozszalałego konia − mówiła z przejęciem Barbara, gdy nagle wielki plusk przerwał jej wywód.

Oniemiała, patrzyła, jak z wody wynurza się Paola, w swym pięknym markowym stroju. Wyglądała jak zmokła kura. Przez chwilę wydawało się, że rozgniewana rzuci się z wrzaskiem na młodzieńców, ale kobieta nagle zaczęła się głośno śmiać. Mimo późnej pory przy fontannie były tłumy. Turyści robili jej zdjęcia, jakaś młoda Japonka wołała:

− Anita Eckberg!

Barbara uwielbiała tę scenę z Felliniego, gdy Eckberg stoi pod wodospadem płynącym z fontanny. Jest taka namiętna i zmysłowa.

− Ach, raz się żyje! − krzyknęła i niewiele myśląc, wskoczyła do wody.

Widzowie oszaleli. Błyskały dziesiątki fleszy.

Potem kobiety siedziały na brzegu fontanny i rozchlapywały wodę nogami. Były takie szczęśliwe. Czuły się, tak jakby Rzym objął je ramionami. Ich radości nie zakłócili nawet karabinierzy, którzy z powagą nałożyli mandat na niesforne turystki.

Nazajutrz wypoczywały w pięknym tropikalnym ogrodzie urszulanek. Modliły się też długo przed grobem Urszuli Ledóchowskiej, w pięknej małej kaplicy. Później wyruszyły na plac św. Piotra, by wziąć udział w mszy.

Barbara wciąż pamiętała tę radość, kiedy Polaka wybrano papieżem. Była wtedy u mamy w Krakowie. Całą noc chodziły po mieście, gdzie mimo zimna we wszystkich kościołach gromadzili się ludzie, by podziękować Bogu za to historyczne wydarzenie. Wszyscy czuli, że nadchodzą nowe, lepsze czasy. Mama Barbary niczym relikwię przechowywała zdjęcie papieża, wtedy kardynała Karola Wojtyły, który idzie przez łąkę w podkrakowskim majątku jej matki.

− To wspaniały, wielki człowiek − powiedziała teraz Paola, wachlując się pięknym, kolorowym wachlarzem. − Zrobił tyle dla wolności Polski.

− On nas łączy − dodała Barbara. − Kochamy go i w Italii, i w Polsce.

Nagle tłum zaczął falować.

− Jest! Jest! − rozległy się okrzyki.

Papież jechał swoim papamobile. Dotykał rąk wiernych, czynił znak krzyża. Czasem zatrzymywał się, brał na ręce dziecko, całował w czoło i błogosławił. Wierni wpadli w ekstazę, wznosili okrzyki, machali rękami i biało-żółtymi chorągiewkami.

Gdy przejeżdżał obok nich, Barbara była pewna, że ją pobłogosławił − i wtedy padły strzały.

Czerwone krople splamiły śnieżną biel szaty.

Barbarze wydawało się, że wśród tłumu dostrzega Faraga, Mohameda i Jacka, ubranych w europejskie stroje. Nie, to niemożliwe, po co muzułmanie na tej mszy.

Rozbiegani ludzie, ludzie krzyczący z rozpaczy, zapłakane zakonnice.

Tak musi wyglądać piekło, pomyślała przerażona Barbara.


Wieczór był upalny. Ponieważ w całym zamieszaniu Barbara i Paola zgubiły gdzieś buty, wracały na boso. Wszędzie paliły się światła, ludzie czuwali, czekali na wiadomości. Kościoły były otwarte, odbywały się msze o uzdrowienie Ojca Świętego. Wokół biły dzwony ­świątyń.

Tej nocy nikt nie spał w Wiecznym Mieście.




Rozdział XXXVI

Wieża Babel



Nowy Jork, wrzesień 1981

Karen zadarła głowę, patrząc na sto dziesięć pięter szklanych okien.

Stała w centrum Nowego Jorku, na Manhattanie, pod Północnym Bliźniakiem.

Właśnie szła na rozmowę do znanej kancelarii. Ubiegała się o stanowisko asystenta prawnika w dziale gospodarczym. Miała się spotkać z młodszym partnerem zarządzającym kancelarią, Charlesem Johnem Flynnem.

Starsza, bardzo elegancko i nobliwie wyglądająca kobieta, wprowadziła ją do sali spotkań. Poprosiła, by zajęła miejsce przy długim konferencyjnym stole. Mahoń. Dostojne portrety wspólników. W korytarzu nowocześnie, jaśniej, kilka rycin Roya Lichtensteina, Andy’ego Warhola. W salce ciemno. Nobliwie. Oszałamiające widoki na rzekę Hudson. Tak, by żaden klient nie miał wątpliwości, że może powierzyć swe najcenniejsze sprawy tej właśnie kancelarii.

Ale czy ta właśnie kancelaria będzie chciała, by Karen zajmowała się ich cennymi klientami?

Mogła się pochwalić owocną karierą w londyńskim biurze w City. Potem miała jednak przerwę spowodowaną urodzinami Jamesa. Pół roku temu przenieśli się do Nowego Jorku − Andrzej otrzymał propozycję pracy w szanowanej kancelarii zajmującej się sprawami przemysłu paliwowego i Bliskim Wschodem. Karen, po zwiedzeniu Central Parku ze wszystkich możliwych stron, zaczęła tęsknić za pracą.

Po przeprowadzeniu parotygodniowego castingu na najlepszą nianię wśród Meksykanek, Brazylijek, Polek, Amerykanek, Chinek, Filipinek i Rosjanek wybrała cichą studentkę z Polski, która przyjechała tu na roczny urlop dziekański. Dziewczyna była miła, a ponadto świetnie gotowała, jej specjalnością były naleśniki z serem − to była rzadka umiejętność wśród niań z Manhattanu. Natalia studiowała pedagogikę i była bardzo naturalna i bezpretensjonalna. Nie udawała, jak inne dziewczyny, że ta praca to marzenie jej życia.

Minął kwadrans, a po szanownym Charlesie nie było ani widu, ani słychu. Po kolejnych dziesięciu minutach drzwi nagle się otworzyły i stanęła w nich wysoka ruda kobieta. Miała świetnie skrojony brązowy garnitur i zielonoszmaragdowy szal, który pięknie współgrał z jej zielonymi oczami.


− Proszę wybaczyć − powiedziała − Charles miał stłuczkę i dopiero teraz udało mu się zadzwonić. Zastąpię go podczas spotkania. I tak miała pani ze mną rozmawiać, jeśli spełniłaby pani wymagania Charlesa. Będziemy pracować w jednej kancelarii. Jestem też młodszym partnerem zarządzającym, zajmuję się prawem spółek energetycznych. Proszę wybaczyć, ale nie znam pani CV. Pozwoli Pani, że się z nim zapoznam? − zapytała, a gdy Karen kiwnęła głową, zaczęła czytać, bębniąc palcami o blat. Nagle jej palce zatrzymały się. − Pani rodowe nazwisko to Robinson? − zapytała zmienionym głosem. − Spędziła pani może dzieciństwo w Libii?

− Tak − odparła nieco zdumiona Karen.

− Jak się czuje pani ojciec? Pracowałam z nim kiedyś przy pewnej fuzji... − Esther zagryzła wargę i zaczerwieniła się.

− Mój ojciec nie żyje − odparła Karen. − Zmarł dwa miesiące temu na udar.

− Och... Nie żyje... − powtórzyła głucho kobieta, po czym gwałtownie wstała i podeszła do okna.

Długo patrzyła na rzekę, zanim wróciła do biurka. Odetchnęła głęboko, jakby próbowała przywołać się do porządku, po czym zaczęła zadawać Karen pytania typowe dla rozmowy kwalifikacyjnej. Karen udzielała skrupulatnych odpowiedzi, ale widziała, że kobieta jej nie słucha. Patrzyła gdzieś ponad jej głową zamglonym wzrokiem.

− Dziękuję pani, Mrs Krajewska − powiedziała w końcu. − Poinformujemy panią o dalszej rekrutacji.

Wstała i wyciągnęła rękę. Karen miała wrażenie, że kobieta chce jeszcze o coś zapytać, ale pokręciła nieznacznie głową i wyszła z pokoju.

Idąc korytarzami biurowca, Karen mijała tłumy ludzi. Podążali w różnych kierunkach, wszyscy się gdzieś spieszyli. Byli tam Amerykanie, Anglicy, Azjaci, Murzyni.

− Wieża Babel... − szepnęła do siebie.


Po kilku dniach zadzwoniła Laura Cox, zapraszając Karen na spotkanie z Charlesem Johnem Flynnem. Rozmowa trwała krótko i dotyczyła głównie sztuki, a ponieważ był to konik Karen, czuła się bardzo swobodnie.

Równo dwa tygodnie później Laura zaprowadziła ją do pokoju, pełnego teczek i segregatorów. Stały w nim dwa biurka. Pokój był mały, dość ciemny, z wysoko położonym niewielkim okienkiem. Przy jednym z biurek siedział chuderlawy, łysiejący blondyn. Na widok kobiet zerwał się na równe nogi.

− Ty musisz być Karen Krajewska? − zapytał od razu.

− Tak, Stevenie − powiedziała sztywno Laura, nie dopuszczając dziewczyny do głosu. − Wprowadź Karen w najważniejsze sprawy i zasady pracy kancelarii. Spotkanie z Charlesem i działem gospodarczym o piętnastej w Sali Zielonej. Witamy w Gottlieb, Cohen, Jones & Partners − rzuciła jeszcze, po czym okręciła się na pięcie i wyszła.


* * *

− Karen, jakie twoim zdaniem reperkusje dla przemysłu paliwowego i planowanej fuzji Fedora Oil Gas dla konsorcjum izraelsko-amerykańskiego może mieć fakt, że podczas dzisiejszej potyczki nad zatoką Wielka Syrta dwa amerykańskie myśliwce F-14A Tomcat z lotniskowca USS Nimitz zestrzeliły dwa libijskieSu-22? − padło pytanie przy długim konferencyjnym stole. − Kaddafi zapowiedział, że każdego obywatela amerykańskiego spotka kara w jego własnym domu.

− Sądzę, że możemy czuć się zagrożeni.

− Myślisz o naszym kontrakcie? Że może do niego nie dojść?

− Nie. Kaddafiemu nigdy nie przeszkadza żaden konflikt, by sprzedawać ropę. Oficjalnie lub nieoficjalnie. Sądzę tylko, że wzrosną oczekiwania finansowe strony libijskiej. Przez kilka najbliższych dni w ogóle nie będą odpowiadali na nasze telefony, a potem kluczowe dla kontraktu osoby zostaną zaproszone do Libii. Zostanie zorganizowana wyprawa do Syrty, by przedstawić zniszczenia, jakie wyrządziły amerykańskie siły narodowi libijskiemu. To ma nas osłabić i pozwolić na dokonanie ostatecznej transakcji na ich zasadach. Jeśli przez kilka następnych tygodni przetrzymamy ich bez decyzji i kontaktu, przeprowadzimy deal na naszych warunkach.

Kilkanaście par oczu patrzyło na Karen z uwagą i podziwem.

− Czy mówiłem ci już, że jesteś naszym skarbem? Naszą libijską różą pustyni? − zapytał Charles. – To jedna z naszych największych operacji. Dzięki niej nasza firma wejdzie do Top Five nowojorskich kancelarii prawnych. Nie zapomnimy wtedy o tobie. To o co chodziło z tym zagrożeniem?

Karen nie odpowiedziała.

Szef jeszcze chwilę na nią patrzył, a potem wyszedł.


Karen patrzyła na rzekę Hudson, na widoczną stąd Statuę Wolności. W uszach dzwoniły jej słowa szefa o obiecanym awansie.

Wzbijam się na wyżyny kariery. Jestem na niemal ostatnim piętrze Twin Towers, w miejscu symbolizującym królestwo oparte na sile pieniądza i władzy.

Chcę więcej.

Spis treści

Rozdział I. Kronika zapowiedzianej śmierci

Rozdział II. Żydowska narzeczona

Rozdział III. Kain i Abel

Rozdział IV. Noc pułkowników

Rozdział V. Śniadanie u Tiffany’ego

Rozdział VI. Kora i Persefona

Rozdział VII. Purpurowa róża z Kairu

Rozdział VIII. Śmierć na Nilu

Rozdział IX. Rydwany ognia

Rozdział X. Między słowami

Rozdział XI. Nemesis

Rozdział XII. Baśń z tysiąca i jednej nocy

Rozdział XIII. Mały książę

Rozdział XIV. Rzeź niewiniątek

Rozdział XV. Nieustające wakacje

Rozdział XVI. I słowo ciałem się stało

Rozdział XVII. Ostatni lot

Rozdział XVIII. Miłość w czasach zarazy

Rozdział XIX. Przekupnie w świątyni

Rozdział XX. Libya Felix

Rozdział XXI. Piknik pod wiszącą skałą

Rozdział XXII. Nieznośna lekkość bytu

Rozdział XXIII. Pomiędzy niebem a piekłem

Rozdział XXIV. Orzeł wylądował

Rozdział XXV. W Rzymie żyj jak Rzymianin

Rozdział XXVI. Erynie

Rozdział XXVII. W matni

Rozdział XXVIII. 100 lat samotności

Rozdział XXIX. Szata Dejaniry

Rozdział XXX. Diuna

Rozdział XXXI. Nie igra się z miłością

Rozdział XXXII. Sąd Parysa

Rozdział XXXIII. Dżuma

Rozdział XXXIV. I mury runą

Rozdział XXXV. Zaćmienie

Rozdział XXXVI. Wieża Babel


home | my bookshelf | | Panna Mloda |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу