home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Za'scianek[370]

Pierwsze ruchy wojenne zajazdu Wyprawa Protazego Robak z panem Sedzia radza o rzeczy publicznej Dalszy ciag wyprawy Protazego bezskutecznej Ustep o konopiach Za'scianek szlachecki Dobrzyn Opisanie domostwa i osoby Ma'cka Dobrzy'nskiego.

Nieznacznie z wilgotnego wykradal sie mroku

'Swit bez rumie'nca, wiodac dzie'n bez 'swiatla w oku.

Dawno wszedl[371]dzie'n, a jeszcze ledwie jest widomy:

Mgla wisiala nad ziemia, jak strzecha ze slomy

Nad uboga Litwina chatka; w stronie wschodu,

Wida'c z bielszego nieco na niebie obwodu

Ze slo'nce wstalo, tedy ma zstapi'c na ziemie;

Lecz idzie niewesolo i po drodze drzemie.

Za przykladem niebieskim, wszystko sie sp'o'znilo

Na ziemi. Bydlo p'o'zno na pasze ruszylo

I zdybalo[372]zajace przy p'o'znym 'sniadaniu.

One zwykly do gaj'ow wraca'c o 'switaniu;

Dzi's, okryte tumanem[373], te mokrzyce chrupia,

Te jamki w roli kopiac, parami sie kupia,

I na wolnym powietrzu my'sla uzy'c wczasu;

Ale przed bydlem musza powraca'c do lasu.

I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie 'spiewa;

Otrzasnal pierze z rosy, tuli sie do drzewa,

Glowe wciska w ramiona, oczy znowu mruzy

I czeka slo'nca. Kedy's, u brzeg'ow kaluzy,

Klekce bocian. Na kopach siedza wrony zmokle,

Rozdziawiwszy sie ciagna gawedy rozwlokle[374];

Obrzydle gospodarzom jako wr'ozby sloty.

Gospodarze juz dawno wyszli do roboty.

Juz zaczely zniwiarki swa piosnke zwyczajna,

Jak dzie'n slotny ponura, teskna, jednostajna,

Tym smutniejsza, ze d'zwiek jej w mgle bez echa wsiaka.

Chrzasnely sierpy w zbozu, ozwala sie laka,

Rzad kosiarzy otawe[375]siekacych wciaz brzaka,

Pogwizdujac piosenke; z ko'ncem kazdej zwrotki

Staja, ostrza zelezca i w takt kuja w mlotki.

Ludzi we mgle nie wida'c: tylko sierpy, kosy

I pie'sni brzmia, jak muzyk niewidzialnych glosy.

W 'srodku, na snopie zboza Ekonom usiadlszy

Nudzi sie, kreci glowa, roboty nie patrzy,

Poglada na go'sciniec, na drogi rozstajne,

Kedy dzialy sie jakie's rzeczy nadzwyczajne.

Na go'sci'ncu i drogach od samego ranka

Panuje ruch niezwykly. Stad chlopska furmanka

Skrzypi, lecac jak poczta; stad szlachecka bryka

Cwalem tarkoce, druga i trzecia spotyka;

Z lewej drogi poslaniec jak kuryjer goni,

Z prawej przebieglo w zaw'od kilkana'scie koni:

Wszyscy 'spiesza, ku r'oznym kieruja sie stronom.

Co to ma znaczy'c? Powstal ze snopa Ekonom,

Chcial przypatrzy'c sie, spyta'c; dlugo stal nad droga,

Daremnie wolal, nie m'ogl zatrzyma'c nikogo

Ni pozna'c we mgle. Jezdni migaja jak duchy;

Tylko slycha'c raz po raz tetent kopyt gluchy

I, co dziwniejsza jeszcze, szczekanie palaszy:

Bardzo to Ekonoma i cieszy, i straszy.

Bo cho'c na Litwie bylo naonczas spokojnie,

Dawno juz wie'sci gluche biegaly o wojnie,

O Francuzach, Dabrowskim, o Napoleonie.

Mialyzby wojne wr'ozy'c ci je'zd'zcy? te bronie?

Ekonom pobiegl wszystko Sedziemu powiedzie'c,

Spodziewajac sie i sam czego's sie dowiedzie'c.

W Soplicowie domowi i go'scie, po kl'otni

Wczorajszej, wstali z siebie nieradzi i smutni.

Pr'ozno Wojszczanka damy na kabale sprasza,

Mezczyznom pr'ozno karty daja do mariasza:

Nie chca bawi'c sie, ni gra'c, siedza, cicho w katkach,

Mezczy'zni pala lulki[376], kobiety przy pratkach[377];

Nawet 'spia muchy.

Wojski, rzuciwszy lopatke,

Znudzony cisza, idzie pomiedzy czeladke[378];

Woli w kuchennej slucha'c ochmistrzyni krzyk'ow,

Gr'o'zb i raz'ow kucharza, halasu kuchcik'ow:

Az go powoli wprawil w przyjemne marzenie,

Ruch jednostajny rozn'ow krecacych pieczenie.

Sedzia od rana pisal, zamknawszy sie w izbie;

Wo'zny od rana czekal pod oknem na przyzbie.

Sedzia, sko'nczywszy pozew, Protazego wzywa,

Skarge przeciw Hrabiemu glo'sno odczytywa[379]:

O skrzywdzenie honoru, zelzywe[380]wyrazy,

Za's przeciw Gerwazemu o gwalty i razy;

Obudwu[381], o przechwalki, o koszta z powodu

Procesu, ciagnie w rejestr taktowy do grodu.

Pozew dzi's trzeba wreczy'c ustnie, oczywisto[382],

Nim zajdzie slo'nce. Wo'zny z mina uroczysta

Wyciagnal sluch i reke, skoro pozew zoczyl[383];

Stal powaznie, a rad by z rado'sci podskoczyl.

Na sama my'sl procesu czul, ze sie odmlodzil:

Wspomnial na dawne lata, gdy z pozwami chodzil

Po guzy, ale razem[384]po zaplaty hojne.

Tak zolnierz, kt'ory strawil zycie toczac wojne,

A na staro's'c w szpitalach spoczywa kaleki:

Skoro uslyszy trabe lub beben daleki,

Chwyta sie z loza, krzyczy przez sen: Bij Moskala!

I na drewnianej nodze skacze ze szpitala,

Tak predko, ze go ledwie moze zlowi'c mlodziez.

Protazy 'spieszyl wlozy'c swa wo'znie'nska odziez.

Przeciez zupana ani kontusza nie kladzie:

One sluza ku wielkiej sadowej paradzie;

Na podr'oz ma str'oj inny: szerokie rajtuzy

I kurtke, kt'orej poly podpiete na guzy[385]

Mozna zakasa'c albo spu'sci'c na kolana;

Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu zwiazana,

Wznosi sie na pogode, spuszcza sie przed slota.

Tak ubrany wzial palke i ruszyl piechota;

Bo wo'zni przed procesem, jak szpiegi przed bojem,

Musza kry'c sie pod r'ozna postacia i strojem.

Dobrze zrobil Protazy, ze w droge po'spieszyl,

Bo niedlugo by swoim pozwem sie nacieszyl:

W Soplicowie zmieniano kampanii[386]plany.

Do Sedziego wpadl nagle Robak zadumany,

I rzekl: Sedzio, to bieda nam z ta pania ciotka,

Z ta pania Telimena, kokietka i trzpiotka!

Kiedy Zosia zostala dzieckiem w biednym stanie,

Jacek ja Telimenie dal na wychowanie,

Slyszac, ze jest osoba dobra, 'swiat znajaca:

A postrzegam, ze ona co's tu nam zamaca,

Intryguje i pono Tadeuszka wabi:

'Sledze ja; albo moze bierze sie do Hrabi;

Moze do obu razem. Obmy'slmy wiec 'srodki,

Jak sie jej pozby'c: bo stad moga uro's'c[387]plotki,

Zly przyklad i pomiedzy mlokosami zwady,

Kt'ore moga pomiesza'c twe prawne uklady.

Uklady? krzyknal Sedzia z niezwyklym zapalem

Z uklad'ow kwita, juz je sko'nczylem, zerwalem.

A to co? przerwal Robak gdzie rozum, gdzie glowa?

Co tu mi wasze[388]bajesz, jaka burda nowa?

Nie z mej winy rzekl Sedzia proces to wyja'sni:

Hrabia pyszalek, glupiec, byl przyczyna wa'sni,

I Gerwazy lotr. Lecz to do sadu nalezy.

Szkoda, ze's nie byl, ksieze, w zamku na wieczerzy,

Po'swiadczylby's, jak Hrabia srodze mnie obrazil.

Po co's wa's'c krzyknal Robak do tych ruin lazil?

Wiesz, jak zamku nie cierpie; odtad moja noga

Tam nie postanie. Znowu kl'otnia! kara Boga!

Jakze tam bylo? powiedz; trzeba te rzecz zatrze'c.

Juz mie znudzilo wreszcie na tyle glupstw patrze'c:

Wazniejsze ja mam sprawy niz godzi'c pieniaczy;

Ale jeszcze raz zgodze. Zgodzi'c? C'oz to znaczy!

A id'zze mi wa's'c wreszcie z ta zgoda do licha!

Przerwal Sedzia, tupnawszy noga patrzcie mnicha!

Ze go przyjmuje grzecznie, chce mnie za nos wodzi'c!

Wiedz wasze, ze Soplice nie zwykli sie godzi'c:

Gdy pozwa, musza wygra'c; nieraz w ich imieniu

Trwal proces, az wygrali w sz'ostym pokoleniu.

Dosy'c zrobilem glupstwa z porady waszeci,

Zwolujac podkomorskie sady po raz trzeci.

Od dzisiaj nie ma zgody, nie ma, nie ma, nie ma!

I krzyczac chodzil, tupal nogami obiema

Pr'ocz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynek

Musi mnie deprekowa'c[389], albo pojedynek!

Ale Sedzio, c'oz bedzie, jak sie Jacek dowie?

Wszak on umrze z rozpaczy! Czyliz Soplicowie

Nie narobili jeszcze w tym zamku do's'c zlego?

Bracie! wspomina'c nie chce wypadku strasznego

Wiesz takze, ze cze's'c grunt'ow od zamku dziedzica

Zabrala i Soplicom dala Targowica

Jacek, za grzech zalujac, musial byl 'slubowa'c

Pod absolucja[390], dobra te restytuowa'c[391]:

Wzial wiec Zosie, Horeszk'ow dziedziczke uboga,

Hodowa'c, wychowanie jej oplacal drogo;

Chcial ja Tadeuszkowi swojemu wyswata'c

I tak dwa por'oznione domy znowu zbrata'c,

I dziedziczce bez wstydu ustapi'c grabiezy

Lecz c'oz to? krzyknal Sedzia co do mnie nalezy?

Ja sie nie znalem, nawet nie widzialem z Jackiem;

Ledwiem slyszal o jego zyciu hajdamackiem,

Siedzac wtenczas retorem[392]w jezuickiej szkole,

Potem u Wojewody sluzac za pachole.

Dano mi dobra, wzialem; kazal przyja'c Zosie,

Przyjalem, hodowalem, my'sle o jej losie:

Do's'c mnie nudzi ta cala historyja babia!

A potem, czeg'oz jeszcze wlazl mi tu ten Hrabia?

Z jakim prawem do zamku? Wszak wiesz przyjacielu,

On Horeszkom dziesiata woda na kisielu[393]!

I ma mnie lzy'c? a ja go zaprasza'c do zgody!

Bracie! rzekl ksiadz wazne sa do tego powody.

Pamietasz, ze Jacek chcial do wojska sla'c syna,

Potem w Litwie zostawil: c'oz w tym za przyczyna?

Oto w domu ojczy'znie potrzebniejszy bedzie.

Slyszale's pewnie, o czym juz gadaja wszedzie,

O czym ja wiadomostki przynosilem nieraz:

Teraz czas juz powiedzie'c wszystko, czas juz teraz!

Wazne rzeczy, m'oj bracie! Wojna tuz nad nami!

Wojna o Polske! bracie! Bedziem Polakami!

Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem

Tu bieglem, wojsk forpoczty juz staly nad Niemnem;

Napoleon juz zbiera armije ogromna,

Jakiej czlowiek nie widzial i dzieje nie pomna;

Obok Francuz'ow ciagnie polskie wojsko cale,

Nasz J'ozef, nasz Dabrowski, nasze orly biale!

Juz sa w drodze; na pierwszy znak Napoleona

Przejda Niemen i bracie! Ojczyzna wskrzeszona!

Sedzia, sluchajac, z wolna okulary skladal

I, wpatrujac sie mocno w ksiedza, nic nie gadal,

Westchnal gleboko, w oczach lzy sie zakrecily

Wreszcie porwal za szyje ksiedza z calej sily,

M'oj Robaku! wolajac czy to tylko prawda?

M'oj Robaku! powtarzal czy to tylko prawda?

Ilez razy zwodzono! Pamietasz? gadali:

Napoleon juz idzie! i my juz czekali!

Gadano: juz w Koronie, juz Prusaka pobil,

Wkracza do nas! A on! co? pok'oj w Tylzy[394]zrobil!

Czy tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie?

Prawda zawolal Robak jak Pan B'og na niebie!

Blogoslawionez niechaj beda usta, kt'ore

To zwiastuja! rzekl Sedzia wznoszac rece w g'ore.

Nie pozalujesz twego poselstwa Robaku,

Nie pozaluje klasztor: dwie'scie owiec z braku

Daje na klasztor. Ksieze, ty's sie wczoraj palil

Do mojego kasztanka i gniadosza chwalil:

Dzi's, zaraz w tym kwestarskim wozie p'ojda oba;

Dzi's pro's mnie, o co zechcesz, co ci sie podoba,

Nie odm'owie!Lecz o tym interesie calym

Z Hrabia, daj pok'oj: skrzywdzil mnie, juz zapozwalem;

Czyz wypada?

Zalamal rece ksiadz zdziwiony.

Wlepiwszy oczy w Sedzie, ruszywszy ramiony,

Rzekl : To gdy Napoleon wolno's'c Litwie niesie,

Gdy 'swiat drzy caly, to ty my'slisz o procesie?

I jeszczez po tym wszystkim, com tobie powiedzial,

Bedziesz spokojnie, rece zalozywszy, siedzial,

Gdy dziala'c trzeba! Dziala'c? C'oz? Sedzia zapytal.

Jeszcze's rzekl Robak z oczu moich nie wyczytal?

Jeszcze serce nic tobie nie gada? Ach bracie!

Je'sli Soplicowskiej krwi krople w zylach macie,

Uwaz tylko: Francuzi uderzaja z przodu

A gdyby z tylu zrobi'c powstanie narodu?

Co my'slisz? Niech no Pogo'n zarzy, niech na Zmudzi

Nied'zwied'z ryknie! Ach, gdyby jakie tysiac ludzi,

Gdyby cho'c pie'cset z tylu na Moskwe natarlo,

Powstanie jako pozar wkolo rozpostarlo,

Gdyby'smy my, nabrawszy Moskwie harmat[395], znak'ow,

Zwyciezcy szli powita'c wybawc'ow rodak'ow?

Ciagniemy! Napoleon, widzac nasze lance,

Pyta, co to za wojsko; my krzyczym: Powsta'nce,

Najja'sniejszy Cesarzu! Litwa ochotnicy!

Pyta: pod czyja wodza? Sedziego Soplicy!

Ach, kt'oz by potem pisna'c 'smial o Targowicy?

Bracie, p'oki Ponarom sta'c, Niemnowi plyna'c,

P'oty w Litwie Soplic'ow imieniowi slyna'c;

Wnuk'ow, prawnuk'ow bedzie Jagiell'ow stolica

Wskazywa'c palcem, m'owiac : oto jest Soplica,

Z tych Soplic'ow, co pierwsi zrobili powstanie!

A na to Sedzia: Mniejsza o ludzkie gadanie;

Nigdy nie dbalem bardzo o pochwaly 'swiata:

B'og 'swiadkiem, zem niewinien grzech'ow mego brata;

W polityke jam nigdy bardzo sie nie wdawal,

Urzedujac i orzac mojej ziemi kawal.

Lecz jestem szlachcic, rad bym plame domu zmaza'c;

Jestem Polak, dla kraju rad bym co's dokaza'c,

Cho'c dusze odda'c.W szable nie bylem zbyt tegi;

Wszakze, bierali ludzie i ode mnie ciegi,

Wie 'swiat, ze w czasie polskich ostatnich sejmik'ow

Wyzwalem i zranilem dw'och braci Buzwik'ow,

Kt'orzy Ale to mniejsza. Jakze wasze my'sli?

Czy potrzeba, zeby'smy zaraz w pole wyszli?

Strzelc'ow zebra'c, rzecz latwa; prochu mam dostatek;

W plebanii u ksiedza jest kilka armatek;

Przypominam, iz Jankiel m'owil, iz u siebie

Ma groty do lanc, ze je moge wzia'c w potrzebie;

Te groty przywi'ozl w pakach gotowych z Kr'olewca

Pod sekretem; we'zmiem je, zaraz zrobim drzewca;

Szabel nam nie zabraknie; szlachta na ko'n wsiedzie,

Ja z synowcem na czele, i jako's to bedzie!

O polska krwi! zawolal Bernardyn wzruszony,

Z otwartymi skoczywszy na Sedzie ramiony

Prawe dziecie Soplic'ow! Tobie B'og przeznacza

Oczy'sci'c grzechy brata twojego tulacza!

Zawszem ciebie szanowal; ale od tej chwili

Kocham cie, jak gdyby'smy bracia sobie byli!

Przygotujemy wszystko; lecz wyj's'c nie czas jeszcze:

Ja sam wyznacze miejsce i czas wam obwieszcze.

Wiem, ze car wysial go'nc'ow do Napoleona

Prosi'c o pok'oj; wojna nie jest ogloszona:

Lecz ksiaze J'ozef slyszal od pana Biniona,

Francuza, co nalezy do cesarskiej rady,

Ze sie na niczym sko'ncza wszystkie te uklady,

Ze bedzie wojna. Ksiaze wyslal mnie na zwiady,

Z rozkazem, zeby byli Litwini gotowi

Dowie's'c przychodzacemu Napoleonowi,

Ze chca zlaczy'c sie znowu z siostra swa, Korona,

I zadaja, azeby Polske przywr'ocono.

Tymczasem, bracie, z Hrabia trzeba przyj's'c do zgody.

Jest to dziwak, fantastyk troche, ale mlody,

Poczciwy, dobry Polak: potrzebny nam taki.

W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki:

Wiem z do'swiadczenia; nawet glupi sie przydadza,

Byle tylko poczciwi i pod madrych wladza.

Hrabia pan, ma u szlachty wielkie zachowanie,

Caly powiat ruszy sie, je'sli on powstanie;

Znajac jego majatek, kazdy szlachcic powie:

Musi to by'c rzecz pewna, gdy z nia sa panowie.

Biege do niego zaraz Niech sie pierwszy zglosi

Rzekl Sedzia niech przyjedzie tu, niech mnie przeprosi;

Wszak jestem starszy wiekiem, jestem na urzedzie!

Co sie tycze procesu, sad arbitr'ow bedzie

Bernardyn trzasnal drzwiami. No, szcze'sliwa droga!

Rzekl Sedzia.

Ksiadz wpadl w pow'oz stojacy u proga,

Tnie biczem konie, lechce lejcami po bokach;

Furknela kalamaszka, ginie w mgly oblokach;

Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha bury

Wznosi sie nad tumany jako sep nad chmury.

Wo'zny juz dawniej wyszedl ku domowi Hrabi.

Jak lis bywalec, gdy go wo'n sloniny wabi,

Biezy ku niej, a strzelc'ow zna fortele skryte,

Biezy, staje, przysiada coraz, wznosi kite

I wiatr nia jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,

Pyta wiatru, czy strzelcy jadla nie zatruli:

Protazy zeszedl z drogi i wzdluz sianozeci

Krazy okolo domu; palke w reku kreci,

Udaje, ze obaczyl kedy's bydlo w szkodzie.

Tak zrecznie lawirujac, stanal przy ogrodzie;

Schylil sie, biezy, rzeklby's iz derkacza tropi:

Az nagle skoczyl przez plot i wpadl do konopi.

W tej zielonej, pachnacej i gestej krzewinie

Kolo domu jest pewny przytulek 'zwierzynie

I ludziom. Nieraz zajac zdybany w kapu'scie

Skacze skry'c sie w konopiach bezpieczniej niz w chru'scie[396]:

Bo go dla gestwi ziela ani chart nie zgoni,

Ani ogar wywietrzy dla zbyt tegiej woni.

W konopiach czlowiek dworski, uchodzac ka'nczuka[397]

Lub pie'sci, siedzi cicho, az sie pan wyfuka.

I nawet czesto zbiegli od rekruta chlopi,

Gdy ich rzad 'sledzi w lasach, siedza 'sr'od konopi.

I stad to w czasie bitew, zajazd'ow, tradowa'n,

Obie strony nie szczedza wielkich usilowa'n,

Azeby stanowisko zaja'c konopiane,

Kt'ore z przodu ciagnie sie az pod dworska 'sciane,

A z tylu, pospolicie stykajac sie z chmielem,

Kryje atak i odwr'ot przed nieprzyjacielem.

Protazy, cho'c czlek 'smialy, uczul nieco strachu:

Bo przypomnial z samego ro'sliny zapachu

R'ozne swoje dawniejsze wo'znie'nskie przypadki,

Jedne po drugich, biorac konopie na 'swiadki:

Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz, Dzindolet,

Rozkazal mu, oparlszy o piersi pistolet,

Wle'z'c pod st'ol i 'ow pozew psim glosem odszczeka'c,

Ze Wo'zny musial co tchu w konopie ucieka'c.

Jak p'o'zniej Wolodkowicz, pan dumny, zuchwaly[398],

Co rozpedzal sejmiki, gwalcil trybunaly,

Przyjawszy urzedowy pozew, zdarl na sztuki,

I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,

Sam nad Wo'znego glowa trzymal goly rapier,

Krzyczac: Albo cie zetne, albo zjedz tw'oj papier!

Wo'zny niby je's'c zaczal, jak czlowiek roztropny,

Az skradlszy sie do okna, wpadl w ogr'od konopny.

Wprawdzie juz wtenczas w Litwie nie bylo zwyczajem

Opedza'c sie od pozw'ow szabla lub nahajem[399],

I ledwie Wo'zny czasem uslyszal lajanie:

Ale Protazy o tej obyczaj'ow zmianie

Wiedzie'c nie m'ogl, bo dawno juz pozw'ow nie naszal.

Cho'c zawsze got'ow, cho'c sie Sedziemu sam wpraszal,

Sedzia dotad, przez winny wzglad na lata stare,

Odmawial jego pro'sbom; dzi's przyjal ofiare,

Dla naglacej potrzeby.

Wo'zny patrzy, czuwa:

Cicho wszedzie; w konopie z wolna rece wsuwa,

I rozchylajac gestwe badyl'ow, w jarzynie

Jako rybak pod woda nurkujacy plynie;

Wzni'osl glowe: cicho wszedzie; do okien sie skrada:

Cicho wszedzie; przez okna glab palacu bada:

Pusto wszedzie; na ganek wchodzi nie bez strachu,

Odmyka klamke i pusto jak w zakletym gmachu;

Dobywa pozew, czyta glo'sno o'swiadczenie.

A wtem uslyszal turkot, uczul serca drzenie,

Chcial uciec gdy ode drzwi zaszla mu osoba:

Szcze'sciem znajoma! Robak! Zdziwili sie oba.

Widno, ze Hrabia kedy's ruszyl z calym dworem,

I bardzo 'spieszyl, bo drzwi zostawil otworem.

Wida'c, ze sie uzbrajal: lezaly dwururki

I sztu'cce[400]na podlodze, dalej sztenfle, kurki,

I narzedzia 'slusarskie, kt'orymi rynsztunki

Poprawiano; proch, papier: robiono ladunki.

Czy Hrabia z calym dworem wyjechal na lowy?

Ale po c'oz bro'n reczna? Tu szabla bez glowy

Zardzewiala, tam lezy szpada bez temlaku[401]:

Zapewne wybierano orez z tego braku,

I poruszono nawet stare broni sklady.

Robak obejrzal pilnie rusznice i szpady,

A potem do folwarku wybral sie na zwiady,

Szukajac slug, zeby sie rozpyta'c o Hrabie.

W pustym folwarku ledwie wynalazl dwie babie[402],

Od kt'orych slyszy, ze pan i dworska druzyna

Ruszyli tlumnie, zbrojnie, droga do Dobrzyna.

Slynie szeroko w Litwie Dobrzy'nski za'scianek

Mestwem swoich szlachcic'ow, piekno'scia szlachcianek.

Niegdy's mozny i ludny: bo gdy kr'ol Jan Trzeci

Obwolal pospolite ruszenie przez wici[403],

Chorazy wojew'odztwa z samego Dobrzyna

Przywi'odl mu sze's'cset zbrojnej szlachty.Dzi's rodzina

Zmniejszona, zubozala. Dawniej w pa'nskich dworach

Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach,

Zwykli byli Dobrzy'nscy zy'c o latwym chlebie:

Teraz, zmuszeni sami pracowa'c na siebie

Jako zaciezne chlopstwo! tylko ze siermiegi

Nie nosza, lecz kapoty biale w czarne pregi,

A w niedziele kontusze. Str'oj takze szlachcianek

Najubozszych r'ozni sie od chlopskich katanek:

Zwykle chodza w drylichach[404]albo perkaliczkach[405],

Bydlo pasa nie w lapciach z kory, lecz w trzewiczkach,

I zna zboze, a nawet przedza[406]w rekawiczkach.

R'oznili sie Dobrzy'nscy miedzy Litwa bracia

Jezykiem swoim, tudziez wzrostem i postacia.

Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne wlosy,

Wysokie czola, czarne oczy, orle nosy;

Z Dobrzy'nskiej ziemi r'od sw'oj starozytny wiedli,

A cho'c od lat czterystu na Litwie osiedli,

Zachowali mazurska mowe i zwyczaje.

Je'sli kt'ory z nich dziecku imie na chrzcie daje,

Zawsze zwykl za patrona bra'c koronijasza[407];

'Swietego Bartlomieja albo Matyjasza :

Tak Syn Macieja zawzdy zwal sie Bartlomiejem,

A znowu Bartlomieja syn zwal sie Maciejem:

Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.

By rozezna'c sie wpo'sr'od takiej mieszaniny,

Brali r'ozne przydomki od jakiej zalety

Lub wady, tak mezczy'zni jako i kobiety.

Mezczyznom czasem kilka dawano przydomk'ow,

Na znak pogardy albo szacunku sp'olziomk'ow;

Czasem jedenze szlachcic inaczej w Dobrzynie,

A pod innym nazwiskiem u sasiad'ow slynie;

Dobrzy'nskich na'sladujac, inna szlachta bliska

Brala r'owniez przydomki, zwaneimioniska[408].

Teraz ich kazda prawie uzywa rodzina,

A rzadki wie, iz maja poczatek z Dobrzyna,

I byly tam potrzebne: kiedy w reszcie kraju

Glupim na'sladownictwem weszly do zwyczaju.

Wiec Matyjasz Dobrzy'nski, kt'ory stal na czele

Calej rodziny, zwan bylKurkiem na ko'sciele;

Potem, z siedemset dziewie'cdziesiat czwartym rokiem

Odmieniwszy przydomek, ochrzcil sieZabokiem;

TozKr'olikiemDobrzy'nscy mianuja go sami,

A Litwini nazwaliMa'ckiem nad Ma'ckami.

Jak on nad Dobrzy'nskimi, dom jego nad siolem

Panowal, stojac miedzy karczma i ko'sciolem.

Wida'c rzadko zwiedzany, mieszka w nim holota[409]:

Bo brama sterczy bez wr'ot, ogrody[410]bez plota,

Niezasiane, na grzedach juz porosly brzozki;

Przeciez ten folwark zdal sie by'c stolica wioski,

Iz ksztaltniejszy od innych chat, bardziej rozlegly,

I prawa strone, gdzie jest 'swietlica, mial z cegly.

Obok lamus, spichrz, gumno, obora i stajnie,

Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie;

Wszystko nadzwyczaj stare, zgnile. Domu dachy

'Swiecily sie, jak gdyby od zielonej blachy,

Od mchu i trawy, kt'ora buja jak na lace.

Po strzechach gumien niby ogrody wiszace

R'oznych ro'slin, pokrzywa i krokos czerwony,

Z'olta dziewanna, szczyru barwiste ogony.

Gniazda ptastwa r'oznego, w strychach golebniki,

W oknach gniazda jask'olcze, u progu kr'oliki

Biale skacza i ryja w niedeptanej darni.

Slowem: dw'or na ksztalt klatki albo kr'olikarni.

A dawniej byl obronny! Pelno wszedzie 'slad'ow,

Ze wielkich i ze czestych doznawal napad'ow.

Pod brama dotad w trawie, jak dziecieca glowa,

Wielka lezala kula zelazna dzialowa

Od czas'ow szwedzkich; niegdy's skrzydlo wr'ot otwarte

Bywalo o te kule jak o glaz oparte.

Na dziedzi'ncu, spomiedzy piolunu i chwastu,

Wznosza sie stare szczety[411]krzyz'ow kilkunastu

Na ziemi nie'swieconej: zna'c, ze tu chowano

Poleglych 'smiercia nagla i niespodziewana.

Kto by uwazal z bliska lamus, spichrz i chate,

Ujrzy 'sciany od ziemi do szczytu pstrokate

Niby rojem owad'ow czarnych: w kazdej plamie

Siedzi we 'srodku kula jak trzmiel w ziemnej jamie.

U drzwi domostwa wszystkie klamki, 'cwieki, haki

Albo uciete, albo nosza szabel znaki:

Pewnie tu probowano hartu zygmunt'owek[412],

Kt'orymi mozna 'smialo 'cwieki obcia'c z gl'owek,

Lub hak przerzna'c, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.

Nade drzwiami, Dobrzy'nskich widne byly herby;

Lecz armature ser'ow zaslonily p'olki

I zasklepily gesto gniazdami jask'olki.

Wewnatrz samego domu, w stajni i wozowni,

Pelno znajdziesz rynsztunk'ow, jak w starej zbrojowni.

Pod dachem wisza cztery ogromne szyszaki,

Ozdoby cz'ol marsowych: dzi's Wenery ptaki,

Golebie, w nich gruchajac karmia swe piskleta.

W stajni kolczuga wielka nad zlobem rozpieta

I pier'scieniasty pancerz sluza za drabine,

W kt'ora chlopiec zarzuca 'zrebcom dziecieline.

W kuchni kilka rapier'ow kucharka bezbozna

Odhartowala, kladac je w piec zamiast rozna;

Bu'nczukiem, lupem z Wiednia, otrzepywa zarna:

Slowem, wygnala Marsa Ceres gospodarna

I panuje z Pomona, Flora i Wertumnem[413]

Nad Dobrzy'nskiego domem, stodola i gumnem.

Ale dzi's musza znowu ustapi'c boginie:

Mars powraca.

O 'swicie zjawil sie w Dobrzynie

Konny poslaniec; biega od chaty do chaty,

Budzi jak na pa'nszczyzne. Wstaja szlachta braty,

Napelniaja sie cizba za'scianku ulice,

Slycha'c krzyk w karczmie, wida'c w plebanii 'swi'ece.

Biega; jeden drugiego pyta co to znaczy,

Starzy skladaja rade, ml'od'z konie kulbaczy,

Kobiety zatrzymuja, chlopcy sie szamoca,

Rwa sie biec, bi'c sie, ale nie wiedza z kim, o co?

Musza chcac nie chcac zosta'c. W mieszkaniu plebana

Trwa rada dluga, tlumna, strasznie zamieszana;

Az nie mogac zda'n zgodzi'c, na koniec stanowi

Przelozy'c cala sprawe ojcu Maciejowi.

Siedemdziesiat dwa lat liczyl Maciej, starzec dziarski

Niskiego wzrostu, dawny konfederat barski.

Pamietaja i swoi, i nieprzyjaciele

Jego damaskowana krzywa karabele,

Kt'ora piki i sztyki rzezal na ksztalt sieczki,

I kt'orej zartem skromne dal imieR'ozeczki.

Z konfederata stal sie stronnikiem kr'olewskim,

I trzymal z Tyzenhauzem, podskarbim litewskim;

Lecz gdy kr'ol w Targowicy przyjal uczestnictwo,

Maciej opu'scil znowu kr'olewskie stronnictwo.

I stad to, ze przechodzil partyi tak wiele,

Nazywany byl dawniejKurkiem na ko'sciele:

Ze jak kurek za wiatrem choragiewke zwracal.

Przyczyne zmian tak czestych na pr'ozno by's macal:

Moze Maciej zbyt wojne lubil; zwyciezony

W jednej stronie, zn'ow bitwy szukal z drugiej strony?

Moze, bystry polityk, duch czasu zbadywal,

I tam szedl, gdzie ojczyzny dobro upatrywal?

Kto wie! To pewna, ze go nigdy nie uwiodly

Ani che'c osobistej chwaly, ni zysk podly,

I ze nigdy z moskiewska partyja nie trzymal;

Na sam widok Moskala pienil sie i zzymal.

By nie spotka'c Moskala, po kraju zaborze

Siedzial w domu jak nied'zwied'z, gdy ssie lape w borze.

Ostatni raz wojowal, poszedlszy z Ogi'nskim

Do Wilna, gdzie sluzyli oba pod Jasi'nskim,

I tam zR'ozeczkacud'ow dokazal odwagi.

Wiadomo, ze sam jeden skoczyl z wal'ow Pragi

Broni'c pana Pocieja[414], kt'ory odbiezany[415]

Na placu boju, dostal dwadzie'scia trzy rany.

My'slano dlugo w Litwie, ze obu zabito:

Wr'ocili oba, kazdy pokluty jak sito.

Pan Pociej, zacny czlowiek, chcial zaraz po wojnie

Obro'nce Dobrzy'nskiego wynagrodzi'c hojnie;

Dawal mu folwark pieciu dym'ow w dozywocie

I wyznaczyl mu rocznie tysiac zlotych w zlocie.

Lecz Dobrzy'nski odpisal: Niech Pociej Macieja

A nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja.

Odm'owil wiec folwarku i nie przyjal placy;

Sam wr'ociwszy do domu, zyl z wlasnej rak pracy,

Sprawujac ule dla pszcz'ol, lekarstwa dla bydla,

Szlac[416]na targ kuropatwy, kt'ore lowil w sidla

I polujac na 'zwierza.

Bylo do's'c w Dobrzynie

Starych ludzi roztropnych, kt'orzy po lacinie

Umieli i w palestrze 'cwiczyli sie z mlodu;

Bylo do's'c majetniejszych: a z calego rodu

Maciek prostak ubogi byl najwiecej czczony,

Nie tylko jako rebaczR'ozeczkawslawiony,

Lecz jako czlek madrego i pewnego zdania,

Znajacy dzieje kraju, rodziny podania.

Zar'owno 'swiadom prawa jak i gospodarstwa,

Wiedzial takze sekreta strzelc'ow i lekarstwa;

Przyznawano mu nawet (czemu pleban przeczy)

Wiadomo's'c nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.

To pewna, ze powietrza zmiany zna dokladnie,

I cze'sciej niz kalendarz gospodarski zgadnie.

Nie dziw tedy, ze czy to siejbe rozpoczyna'c,

Czy wiciny wyprawia'c, czy zboze zazyna'c,

Czy procesowa'c, czyli zawiera'c uklady:

Nie dzialo sie w Dobrzynie nic bez Ma'cka rady.

Wplywu takiego starzec bynajmniej nie szukal;

Owszem, chcial sie go pozby'c, klient'ow swych fukal,

I najcze'sciej wypychal milczkiem za drzwi domu.

Rady rzadko udzielal i nie lada komu;

Ledwie w niezmiernie waznych sporach lub umowach

Pytany, wyrzekl zdanie i w niewielu slowach.

My'slano, ze dzisiejszej podejmie sie sprawy

I stanie swa osoba na czele wyprawy;

Bo bijatyke lubil niezmiernie za mlodu

I byl nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.

Wla'snie staruszek chodzil po samotnym dworze,

Nucac piosenke:Kiedy ranne wstaja zorze,

Rad, ze sie wypogadza.Mgla nie szla do g'ory,

Jak sie dzia'c zwyklo, kiedy zbieraja sie chmury,

Ale coraz spadala. Wiatr rozwinal dlonie

I mgle muskal, wygladzal, roz'scielal na blonie;

Tymczasem slonko z g'ory tysiacem promieni

Tlo przetyka, po'srebrza[417], wyzlaca, rumieni.

Jak para mistrz'ow w Slucku lity pas wyrabia:

Dziewica siedzac w dole kro'sny ujedwabia

I tlo reka wygladza, tymczasem tkacz z g'ory

Zrzuca jej nitki srebra, zlota i purpury,

Tworzac barwy i kwiaty: tak dzi's ziemie cala

Wiatr tumanami osnul, a slo'nce dzierzgalo.

Maciej ogrzal sie slo'ncem, zako'nczyl pacierze,

I juz sie do swojego gospodarstwa bierze.

Wyni'osl traw, li'scia; usiadl przed domem i 'swisnal:

Na ten 'swist r'oj kr'olik'ow spod ziemi wytrysnal.

Jako narcyzy nagle wykwitle nad trawe,

Biela sie dlugie sluchy[418]; pod nimi jaskrawe

Prze'swiecaja sie oczki jak krwawe rubiny,

Gesto wszyte w aksamit zielonej darniny.

Juz kr'oliki na lapkach staja; kazdy slucha,

Patrzy; na koniec cala trz'odka bialopucha

Biezy do starca li's'cmi kapusty znecona,

Do n'og mu, na kolana skacze, na ramiona.

On, sam bialy jak kr'olik, lubi ich gromadzi'c

Wkolo siebie i reka cieply ich puch gladzi'c;

A druga reka z czapki proso w trawe miota

Dla wr'obl'ow: spada z dach'ow krzykliwa holota[419].

Gdy sie staruszek bawil widokiem biesiady,

Nagle kr'oliki znikly w ziemi, a gromady

Wr'obl'ow na dach uciekly przed go's'cmi nowymi,

Kt'orzy szli do folwarku krokami predkiemi.

Byli to z plebanii[420]przez szlachty gromade

Poslowie wyprawieni do Ma'cka po rade.

Z dala witajac starca niskimi uklony

Rzekli: Niech bedzie Jezus Chrystus pochwalony

Na wieki wiek'ow, amen starzec odpowiedzial,

A gdy sie o wazno'sci poselstwa dowiedzial,

Prosi do chaty. Weszli, zasiadaja lawe;

Pierwszy z posl'ow stal w 'srodku i jal zdawa'c sprawe.

Tymczasem szlachty coraz ge'sciej przybywalo:

Dobrzy'nscy prawie wszyscy, sasiad'ow niemalo

Z okolicznych za'sciank'ow, zbrojni i bezbronni,

W kalamaszkach i bryczkach, i piesi, i konni.

Stawia wozy, podjezdki do brzezinek wiaza,

Ciekawi skutku narad kolo domu kraza;

Juz izbe napelnili, kupia sie do sieni,

Inni sluchaja, w okna glowami wci'snieni[421].


K l\otnia | Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie | c