home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Bitwa

O niebezpiecze'nstwach wynikajacych z nieporzadnego obozowania Odsiecz niespodziana Smutne polozenie szlachty Odwiedziny kwestarskie sa wr'ozba ratunku Major Plut zbytnia zalotno'scia 'sciaga na siebie burze Wystrzal z kr'ocicy, haslo boju Czyny Kropiciela, czyny i niebezpiecze'nstwa Ma'cka Konewka zasadzka ocala Soplicowo Posilki jezdne, atak na piechote Czyny Tadeusza Pojedynek dow'odc'ow przerwany zdrada Wojski stanowczym manewrem przechyla szale boju Czyny krwawe Gerwazego Podkomorzy zwyciezca wspanialomy'slny.

A chrapali tak twardym snem, ze ich nie budzi

Blask latarek i wni'scie[474]kilkudziesiat[475]ludzi,

Kt'orzy wpadli na szlachte jak pajaki 'scienne,

Nazwanekosarzami, na muchy wp'olsenne:

Zaledwie kt'ora bzyknie, juz dlugimi nogi

Obejmuje ja wkolo i dusi mistrz srogi.

Sen szlachecki byl jeszcze twardszy niz sen muszy:

Zaden nie bzyka, leza wszyscy jak bez duszy,

Chociaz byli chwytani silnymi rekoma

I przewracani jako na przewiaslach[476]sloma.

Tylko jeden Konewka, kt'oremu w powiecie

Nie znajdziesz r'ownie mocnej glowy przy bankiecie,

Konewka, co m'ogl wypi'c lipcu dwa antaly

Nim mu splatal sie jezyk i nogi zachwialy:

Ten, cho'c dlugo ucztowal i usnal gleboko,

Dawal przecie znak zycia.Przemknal jedno oko

I widzi istne zmory! Dwie okropne twarze

Tuz nad soba, a kazda ma was'ow po parze,

Dysza nad nim, ust jego tykaja wasami,

I czworgiem rak wokolo wija jak skrzydlami.

Zlakl sie, chcial przezegna'c sie: darmo reke chwyta,

Reka prawa jak gdyby do boku przybita;

Ruszyl lewa: niestety! czuje, ze go duchy

Spowily ciasno jako niemowle w pieluchy.

Zlakl sie jeszcze okropniej, wnet oko zawiera,

Lezy nie dyszac, stygnie, ledwie nie umiera!

Lecz Kropiciel zerwal sie broni'c sie: po czasie!

Bo juz byl skrepowany we swym wlasnym pasie.

Przeciez zwinal sie i tak sprezy'scie podskoczyl,

Ze padl na piersi sennych, po glowach sie toczyl,

Miotal sie jako szczupak, gdy sie w piasku rzuca,

A ryczal jako nied'zwied'z, bo mial silne pluca.

Ryczal: Zdrada! Wnet cala zbudzona gromada

Ch'orem odpowiedziala: Zdrada! gwaltu! zdrada!

Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali,

Kedy Hrabia, Gerwazy i dzokeje spali.

Przebudza sie Gerwazy: darmo sie wydziera,

Zwiazany w kij do swego wlasnego rapiera;

Patrzy: widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,

W czarnych kr'otkich kaszkietach, w mundurach zielonych.

Jeden z nich, opasany szarfa, trzymal szpade

I ostrzem jej kierowal swych drab'ow gromade,

Szepcac: Wiaz! wiaz! Dokola leza jak barany

Dzokeje w petach; Hrabia siedzi niezwiazany

Lecz bezbronny; przy nim dwaj z golymi bagnety

Stoja drabi. Poznal ich Gerwazy, niestety!

Moskale!!!

Nieraz Klucznik byl w podobnych trwogach,

Nieraz miewal powrozy na reku i nogach,

A przeciez sie uwalnial;wiedzial o sposobie

Rwania wiez'ow, byl silny bardzo, ufal sobie.

Przemy'slal ratowa'c sie milczkiem. Oczy zmruzyl,

Niby 'spi; z wolna rece i nogi przedluzyl,

Dech wciagnal, brzuch i piersi 'scisnal co najwez'ej:

Az jednym razem kurczy, wydyma sie, prezy;

Jak waz glowe i ogon gdy chowa w przeguby,

Tak Gerwazy z dlugiego stal sie kr'otki, gruby;

Rozciagnely sie, nawet skrzypnely powrozy,

Ale nie pekly!Klucznik ze wstydu i zgrozy

Przewr'ocil sie i w ziemie schowawszy twarz gniewna,

Zamknawszy oczy, lezal nieczuly jak drewno.

Wtem ozwaly sie bebny; naprz'od z rzadka, potem

Coraz gestszym i coraz glo'sniejszym loskotem.

Na ten apel rozkazal oficer Moskali,

Dzokej'ow z Hrabia zamkna'c pod straza na sali,

Szlachte wie's'c na dw'or, kedy stala druga rota.

Nadaremnie Kropiciel dasa sie i miota.

Sztab stal we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele:

Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele,

Wszyscy Sedziego krewni albo przyjaciele;

Na odsiecz mu przybiegli slyszac o napadzie,

Zwlaszcza, ze z Dobrzy'nskimi byli z dawna w zwadzie.

Kto z wiosek batalijon Moskal'ow sprowadzil?

Kto tak predko sasiedztwo z za'sciank'ow zgromadzil?

Asesor li, czy Jankiel? R'oznie slycha'c o tem,

Lecz nikt pewnie nie wiedzial ni wtenczas, ni potem.

Juz tez i slo'nce wschodzi, krwawo sie czerwieni;

Brzegiem tepym, jak gdyby odartym z promieni,

Na wp'ol widne, na poly w czerni chmur sie chowa,

Jak rozzarzona w weglach kowalskich podkowa.

Wiatr wzmagal sie i pedzil obloki ze wschodu,

Geste i poszarpane jako bryly lodu;

Kazdy oblok w przelocie deszczem zimnym pr'oszy,

Z tylu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,

Za wiatrem znowu oblok nadbiega wilgotny:

I tak dzie'n na przemiany byl chlodny i slotny.

Tymczasem Major belki schnace pode dworem

Kaze wlec, w kazdej belce wysieka'c toporem

P'olokragle otwory, w te otwory wtyka

Nogi wie'zni'ow i druga belka je zamyka:

Oba drewna, gwo'zdziami przebite po rogach,

'Scisnely sie jako psie paszczeki na nogach;

Za's powrozami mocniej sznurowano rece

Na plecach szlachty.Major ku wiekszej ich mece

Kazal pierwej pozdziera'c z gl'ow konfederatki,

Z plec'ow plaszcze, kontusze, nawet taratatki,

Nawet zupany. I tak szlachta skuta w klodzie

Siedziala rzedem, dzwoniac zebami na chlodzie

I na deszczu, bo coraz wzmagala sie slota.

Nadaremnie Kropiciel dasa sie i miota.

Darmo Sedzia za szlachta instancje wnosi,

I Telimena laczy pro'sby do lez Zosi,

Azeby miano wiekszy wzglad na niewolnik'ow.

Wprawdzie oficer rotny, pan Nikita Ryk'ow,

Moskal, lecz dobry czlowiek, dal sie udobrucha'c:

C'oz, kiedy sam majora Pluta musial slucha'c.

Ten Major, Polak rodem z miasteczka Dzierowicz,

Nazywal sie (jak slycha'c) po polsku Plutowicz,

Lecz przechrzcil sie; lotr wielki, jak sie zwykle dzieje

Z Polakiem, kt'ory w carskiej sluzbie zmoskwicieje.

Plut stal z fajka przed frontem, w boki sie podpieral

I gdy mu klaniano sie, nos w g'ore zadzieral,

A za odpowied'z, na znak gniewnego humoru

Wypu'scil z ust klab dymu i poszedl do dworu.

A tymczasem Rykowa Sedzia ulagadza,

I Asesora takze na bok odprowadza;

Przemy'slaja, jak by rzecz zako'nczy'c bez sadu,

A co jeszcze wazniejsza, bez miesza'n sie rzadu.

Wiec do majora Pluta rzekl kapitan Ryk'ow:

Panie Major! co nam z tych wszystkich niewolnik'ow?

Oddamy pod sad? bedzie szlachcie wielka bieda,

A panu Majorowi nikt za to nic nie da.

Wiesz co Major? ot lepiej te sprawe zagodzi'c,

Pan Sedzia Majorowi musi trud nagrodzi'c,

My powiemy, ze my tu przyszli dla wizyty,

A tak i kozy cale i wilk bedzie syty.

Przyslowie ruskie: wszystko mozna, lecz ostroznie;

I to przyslowie: sobie piecz na carskim roznie;

I to przyslowie: lepsza zgoda od niezgody,

Zaplataj dobrze wezel, ko'nce wsad'z do wody.

Raportu nie podamy, tak sie nikt nie dowie.

B'og dal rece zeby bra'c: to ruskie przyslowie.

Slyszac to Major wstaje i od gniewu parska:

Czy ty oszalal, Ryk'ow? To sluzba cesarska:

A sluzba nie jest druzba, stary, glupi Ryk'ow!

Czy ty oszalal? Ja mam puszcza'c buntownik'ow!

W takim wojennym czasie! Ha, pany Polaki,

Ja was naucze buntu! Ha, szlachta lajdaki,

Dobrzy'nscy, oj ja znam was, niech lajdaki mokna!

(I za'smial sie na cale gardlo, patrzac w okno)

Wszakze ten sam Dobrzy'nski, co siedzi w surducie,

Hej zdja'c mu surdut! w roku przeszlym na reducie[477]

Zaczal ze mna te kl'otnie; kto zaczal? on, nie ja.

On, gdy ta'nczylem, krzyknal: Precz za drzwi zlodzieja!

Ze wtenczas za pulkowej okradzenie kasy

Bylem pod 'sledztwem, mialem wielkie ambarasy:

A jemu co do tego? Ja ta'ncze mazura,

On krzyczy z tylu: Zlodziej! szlachta za nim: Ura!

Skrzywdzili mnie a co? wpadl w me szpony szlachciura!

M'owilem: Ej Dobrzy'nski! ej, przyjdzie do woza

Koza a co, Dobrzy'nski? widzisz: bedzie loza[478]!

Potem Sedziemu szepnal, schyliwszy sie w ucho:

Je'sli chcesz Sedzio, zeby to uszlo na sucho,

Za kazda glowe tysiac rubelk'ow got'owka:

Tysiac rubelk'ow Sedzio, to ostatnie sl'owko.

Sedzia chcial targowa'c sie; lecz Major nie sluchal,

Znowu biegal po izbie, dymem gesto buchal,

Podobny do szmermelu[479]albo do rakiety.

Chodzily za nim proszac i placzac kobiety.

Majorze m'owil Sedzia cho'c pozwiesz do prawa;

C'oz wygrasz? Tu nie zaszla zadna bitwa krwawa,

Nie bylo ran; ze zjedli kury i p'olgaski,

Za to wedle statutu zaplaca nawiazki.

Ja na pana Hrabiego nie zanosze skargi;

To tylko byly zwykle sasiedzkie zatargi.

A czy Sedzia rzekl Major z'olta ksiege czytal[480]?

Co to za z'olta ksiega? pan Sedzia zapytal.

Ksiega rzekl Major lepsza niz wasze statuty,

A w niej pisze co slowo: stryczek, Sybir, knuty;

Ksiega ustaw wojennych, teraz w Litwie cal'ej

Ogloszonych: juz pod st'ol wasze trybunaly!

Podlug ustaw wojennych, za takowa psote,

P'ojdziecie juz to najmniej w sybirna robote.

Apeluje rzekl Sedzia do gubernatora.

Apeluj rzekl Plut cho'cby do Imperatora.

Wiesz, ze gdy imperator zatwierdza ukazy,

Z laski swej czesto kare powieksza dwa razy.

Apelujcie, ja moze wynajde w potrzebie,

Mospanie Sedzio, dobry kruczek i na ciebie.

Wszak Jankiel, szpieg, kt'orego juz rzad dawno 'sledzi,

Jest twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.

Moge teraz was wszystkich wzia'c w areszt od razu.

Mnie rzekl Sedzia bra'c w areszt? jak 'smiesz bez rozkazu?

I przychodzilo coraz do zywszego sporu:

Gdy nowy go's'c zajechal na dziedziniec dworu.

Wjazd tlumny, dziwny. Przodem, niby laufer[481], biezy

Ogromny czarny baran, a leb mu sie jezy

Czterema rogami, z kt'orych dwa jako kablaki

Kreca sie kolo uszu, ubrane we dzwonki,

A dwa od czola na bok wysuwajac ko'nce,

Wstrzasaja kulki kragle, mosiezne, brzeczace.

Za baranem szly woly, trzoda owiec, kozy,

Za bydlem cztery ciezko pakowane wozy.

Wszyscy odgadli, ze to wjazd ksiedza kwestarza.

Wiec pan Sedzia, powinno's'c znajac gospodarza,

Stal w progu wita'c go'scia. Ksiadz na pierwszej bryce

Jechal, kapturem na wp'ol zasloniwszy lice,

Ale go wnet poznano: bo gdy wie'zni'ow minal,

Zwr'ocil sie ku nim twarza, palcem na znak skinal.

I drugiej bryki furman r'ownie byl poznany:

Stary Maciek-R'ozeczka, za chlopa przebrany.

Szlachta zaczela krzycze'c, skoro sie pokazal,

On rzekl: Glupi! i reka milczenie nakazal.

Na trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym,

A pan Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym.

A tymczasem, Podhajscy i Isajewicze,

Birbasze, Wilbikowie, Biergiele, Kotwicze,

Widzac szlachte Dobrzy'nskich w tej ciezkiej niewoli,

Zaczeli z dawnych gniew'ow ostyga'c powoli:

Bo szlachta polska, chociaz niezmiernie kl'otliwa

I porywcza do bitew, przeciez nie jest m'sciwa.

Biega wiec do Macieja starego po rade.

On kolo woz'ow cala ustawia gromade,

Kaze czeka'c.

Bernardyn wstapil do pokoju.

Zaledwie go poznano, cho'c nie zmienil stroju:

Tak przybral inna posta'c. Zwyczajnie ponury,

Zamy'slony: a teraz glowe wzni'osl do g'ory,

I z mina rozja'sniona, jak kwestarz rubacha[482],

Nim zaczal gada'c, dlugo 'smial sie:

Cha, cha, cha, cha,

Klaniam, klaniam! Cha, cha, cha, wy'smienicie, przednie!

Panowie oficery, kto poluje we dnie,

Wy w nocy! Dobry pol'ow: widzialem zwierzyne;

Oj skuba'c, skuba'c szlachte, oj drze'c z nich lupine!

Oj we'zciez ich na munsztuk, bo tez szlachta bryka!

Winszuje ci Majorze, ze's zlowil Hrabika:

To tlu'scioszek, to bogacz, panicz z antenat'ow;

Nie wypuszczaj go z klatki bez trzysta dukat'ow.

A jak we'zmiesz, na klasztor daj jakie trzy grosze,

I dla mnie! bo ja zawzdy za twa dusze prosze.

Jakem bernardyn, bardzo my'sle o twej duszy!

'Smier'c i sztabsoficer'ow[483]porywa za uszy!

Dobrze napisal Baka[484], ze 'smier'c dzga[485]za katy

W szkarlaty, i po suknie nieraz dobrze stuknie,

I po pl'otnie tak utnie jak i po kapturze,

I po fryzurze r'ownie jak i po mundurze.

'Smier'c matula, powiada Baka, jak cebula,

Lzy wyciska, gdy 'sciska, a r'ownie przytula

I dziecko co sie lula, i zucha co hula!

Ach! ach! Majorze, dzisiaj zyjem, jutro gnijem,

To tylko nasze, co dzi's zjemy i wypijem!

Panie Sedzio, wszakze to czas podobno 'sniada'c?

Siadam za st'ol, i prosze wszystkich za mna siada'c

Majorze, gdyby zraz'ow? panie poruczniku,

Co my'slisz? gdyby waze dobrego ponczyku?

To prawda ojcze rzekli dwaj oficerowie

Czas by juz zje's'c i wypi'c pana Sedzi zdrowie!

Zdziwili sie domowi, patrzac na Robaka,

Skad mu sie wziela mina i wesolo's'c taka.

Sedzia wnet kucharzowi powt'orzyl rozkazy:

Wniesiono waze, cukier, butelki i zrazy.

Plut i Ryk'ow tak czynnie zaczeli sie zwija'c,

Tak lakomie polyka'c i gesto zapija'c,

Ze w p'ol godziny zjedli dwadzie'scia trzy zrazy

I wychylili ponczu ogromne p'ol wazy.

Wiec Major syt i wes'ol w krze'sle sie rozwalil,

Dobyl fajke, biletem bankowym[486]zapalil,

I otarlszy 'sniadanie z ust ko'ncem serwety,

Obr'ocil 'smiejace sie oczy na kobiety,

I rzekl: Ja, piekne panie, lubie was jak wety!

Na me szlify majorskie: gdy czlek zjadl 'sniadanie,

Najlepsza jest po zrazach zakaska gadanie

Z paniami tak pieknymi jak wy, piekne panie!

Wiecie co? grajmy w karty? w welba-cwelba[487]? w wista?

Albo p'ojd'zmy mazurka? he! do diabl'ow trzysta!

Wszak ja w jegerskim pulku pierwszy mazurzysta!

Za czym ku damom blizej chylil sie wygiety,

I puszczal na przemiany dym i komplementy.

Ta'nczy'c! zawolal Robak gdy wychyle flasze,

To i ja, cho'c ksiadz, habit czasami podkasze

I pota'ncze mazurka!Ale wiesz, Majorze,

My tu pijem, a jegry tam zmarzna na dworze?

Hula'c to hula'c! Sedzio, daj beczke siwuchy:

Major pozwoli, niechaj pija jegry zuchy!

Prosilbym rzecze Major lecz w tym nie ma musu.

Daj Sedzio szepnal Robak beczke spirytusu.

I tak, kiedy we dworze sztab wesoly lyka,

Za domem zaczela sie w wojsku pijatyka.

Ryk'ow kapitan milczkiem kielichy wychylal,

Lecz Major pil i razem[488]damom sie przymilal.

A wzmagal sie w nim coraz ta'ncowania zapal.

Rzucil fajke i reke Telimeny zlapal:

Chcial ta'nczy'c, lecz uciekla; wiec podszedl do Zosi,

Klaniajac sie, slaniajac, do mazurka prosi:

Hej ty, Ryk'ow, przesta'nze tam trabi'c na fajce;

Precz fajka, wszak ty dobrze grasz na balabajce.

Widzisz no tam gitare, p'od'z no, we'z gitare

I mazurka! Ja, Major, ide w pierwsza pare.

Kapitan wzial gitare i struny przykrecal,

Plut znowu Telimene do ta'nca zachecal.

Slowo majorskie, panno: nie Rosyjaninem

Jestem, jezeli klamie; chce by'c sukinsynem,

Jezeli klamie: spytaj, a oficerowie

Wszyscy po'swiadcza, cala armija to powie:

Ze w tej drugiej armiji, w korpusie dziewiatym,

W drugiej pieszej dywizji, w pulku pie'cdziesiatym

Jegerskim, major Plut jest pierwszy mazurzysta.

P'od'zze panienko! nie bad'z taka narowista!

Bo ja po oficersku ukarze panienke

To m'owiac skoczyl, chwycil Telimeny reke,

I szerokim calusem w blade ramie klasnal;

Gdy Tadeusz, przypadlszy z boku, w twarz mu trzasnal.

I calus, i policzek ozwaly sie razem,

Jeden za drugim, jako wyraz za wyrazem.

Major oslupial, oczy przetarl, z gniewu blady

Zawolal: Bunt! buntownik! i dobywszy szpady,

Biegl przebi'c. Wtem ksiadz dostal z rekawa kr'ocice:

Pal, Tadeuszku! krzyknal pal jak w jasna 'swi'ece!

Tadeusz wnet pochwycil, wymierzyl, wypalil,

Chybil, ale Majora zgluszyl i osmalil.

Porywa sie z gitara Ryk'ow: Bunt! bunt! wola,

Wpada na Tadeusza; lecz Wojski zza stola

Machnal reka na odlew; n'oz w powietrzu 'swisnal

Miedzy glowy i pierwej uderzyl, niz blysnal;

Uderza w dno gitary, na wylot ja wierci,

Schylil sie na bok Ryk'ow i tak uszedl 'smierci,

Lecz strwozyl sie. Krzyknawszy: Jegry! bunt! Jej Bogu!

Dobyl szpady, broniac sie, zblizal sie do progu.

Wtem, z drugiej strony izby wpada szlachty wiele

Przez okna, z rapierami, R'ozeczka na czele.

Plut w sieni, Ryk'ow za nim, wolaja zolnierzy.

Juz trzech najblizszych domu na pomoc im biezy,

Juz przeze drzwi wlaza trzy blyszczace bagnety,

A za nimi trzy czarne schylone kaszkiety.

Maciek stal u drzwi z R'ozga wzniesiona do g'ory,

Lgnac do 'sciany, czatowal jako kot na szczury,

Az cial okropnie: moze glowy by trzy zwalil;

Lecz stary czy nie dojrzal, czy zbyt sie zapalil:

Bo nim szyje wytkneli, rabnal po kaszkietach,

Zdarl je; R'ozga spadajac brzekla po bagnetach.

Moskale cofaja sie, Maciek ich wygania

Na dziedziniec.

Tam jeszcze wiecej zamieszania.

Tam stronnicy Soplic'ow pracuja w zawody

Nad rozkuciem Dobrzy'nskich, rozrywaja klody.

Widzac to, jegry za bro'n porywaja, biega.

Sierzant wpadlszy bagnetem przebil Podhajskiego,

Dw'och drugich szlachty zranil, do trzeciego strzela:

Uciekaja. Bylo to przy klodzie Chrzciciela.

Ten juz mial rece wolne, gotowe ku walce;

Wstal, podni'osl dlo'n i zwinal w klebek dlugie palce,

I z g'ory tak uderzyl w grzbiet Rosyjanina,

Ze twarz jego i skro'n wbil w zamek karabina;

Trzasl zamek: lecz zalany krwia proch juz nie spalil;

Sierzant u n'og Chrzciciela na swa bro'n sie zwalil.

Chrzciciel schyla sie, chwyta karabin za rure

I wijac jak kropidlem podnosi go w g'ore,

Robi mlynka, dw'och zaraz szeregowych zwala

Po ramionach i w glowe ugadza kaprala.

Reszta zlekla od klody cofa sie z przestrachem:

Tak Kropiciel ruchomym nakryl szlachte dachem.

Za czym rozbito klode, rozcieto powrozy.

Szlachta, juz wolna, wpada na kwestarskie wozy;

Z nich dobywa rapiery, palasze, tasaki,

Kosy, strzelby; Konewka znalazl dwa szturmaki

I worek kul; wsypal je do swego szturmaka,

Drugi, r'ownie nabiwszy, ustapil dla Saka.

Jegr'ow wiecej przybywa. Mieszaja sie, tluka;

Szlachta w zgielku nie moze cia'c krzyzowa sztuka,

Jegry nie moga strzela'c; juz walcza wrecz z bliska,

Juz stal zab za zab o stal porwawszy sie pryska,

Bagnet o szable, kosa o gifes sie lamie,

Pie's'c spotyka sie z pie'scia i z ramieniem ramie.

Lecz Ryk'ow z cze'scia jegr'ow pobiegl, gdzie stodola

Tyka plot'ow; tam staje, na zolnierzy wola,

Azeby zaprzestali bitwe tak bezladna,

Gdzie, nie uzywszy broni, pod pie'sciami padna.

Gniewny, ze sam nie moze da'c ognia, bo w tlumie

Moskal'ow od Polak'ow rozr'ozni'c nie umie,

Wola: Stroj sie! (co znaczy: formuj sie do szyku)

Ale komendy jego nie slycha'c 'sr'od krzyku.

Stary Maciek, do recznych zapas'ow niezdolny,

Rejterowal sie, czyniac przed soba plac wolny

Na prawo i na lewo. Tu, ko'ncem szablicy

Uciera bagnet z rury jako knot ze 'swi'ecy;

Tam, machnawszy na odlew, 'scina albo kole:

I tak ostr'ozny Maciek ustepuje w pole.

Lecz z najwiekszym na niego naciera uporem

Stary Gifrejter, co byl pulku instruktorem,

Wielki mistrz na bagnety. Zebral sie sam w sobie,

Skurczyl sie, a karabin porwal w rece obie,

Prawa u zamka, lewa w p'ol rury porywa,

Kreci sie, podskakuje, czasem przysiadywa,

Lewa reke opuszcza, a bro'n z prawej reki

Suwa naprz'od jak zadlo z wezowej paszczeki

I znowu ja w tyl cofa, na kolanie wspiera:

I tak krecac sie, skaczac, na Ma'cka naciera.

Ocenil przeciwnika zreczno's'c Maciek stary

I lewa reka wlozyl na nos okulary,

Prawa, rekoje's'c R'ozgi tuz przy piersiach trzyma,

Cofa sie, Gifrejtera ruch 'sledzac oczyma;

Sam slania sie na nogach, jakoby byl pijany.

Gifrejter biezy predzej i pewny wygranej;

Zeby uchodzacego tym lacniej dosiagnal,

Powstal i cala prawa reke wzdluz wyciagnal,

Popychajac karabin, a tak sie wysilil

Pchnieciem i waga broni, ze sie, az pochylil:

Maciek, tam kedy bagnet wklada sie na rure,

Podstawia swa rekoje's'c, podbija bro'n w g'ore

I wnet spuszczajac R'ozge, tnie Moskala w reke

Raz, i znowu na odlew przecina mu szczeke.

Tak padl Gifrejter, fechmistrz najpierwszy z Moskal'ow,

Kawaler trzech krzyzyk'ow i czterech medal'ow.

Tymczasem kolo klodek lewe szlachty skrzydlo

Juz jest bliskie zwyciestwa. Tam walczyl Kropidlo

Widny z dala, tam Brzytwa wil sie 'sr'od Moskali:

Ten ich w p'ol ciala rzeza, tamten w glowy wali.

Jako machina, kt'ora niemieccy majstrowie

Wymy'slili i kt'ora mlockarnia sie zowie,

A jest razem sieczkarnia, ma cepy i noze,

Razem i slome kraje, i wybija zboze:

Tak pracuja Kropiciel i Brzytwa pospolu,

Mordujac nieprzyjaci'ol, ten z g'ory, ten z dolu.

Lecz Kropiciel juz pewne porzuca zwyciestwo;

Biezy na prawe skrzydlo, gdzie niebezpiecze'nstwo

Nowe grozi Ma'ckowi. 'Smierci Gifrejtera[489]

Mszczac sie, Proporszczyk[490]z dlugim szpontonem naciera

(Szponton, jest to zarazem dzida i siekiera;

Teraz juz zaniedbany i tylko na flocie

Uzywaja go; w'owczas sluzyl i piechocie).

Proporszczyk, czlowiek mlody, zrecznie sie uwijal;

Ilekro'c mu przeciwnik bro'n na bok odbijal,

On cofal sie: mlodego nie m'ogl Maciek zgoni'c,

I tak nie raniac, musial tylko siebie broni'c.

Juz mu Proporszczyk dzida lekka rane zadal,

Juz wznoszac w g'ore berdysz do ciecia sie skladal,

Chrzciciel nie zdola dobiec, lecz staje wp'ol drogi,

Okreca bro'n i ciska wrogowi pod nogi.

Skruszyl ko's'c; juz Proporszczyk szponton z rak upuszcza,

Slania sie: wpada Chrzciciel, za nim szlachty tluszcza,

A za szlachta Moskale od lewego skrzydla

Biega zmieszani. Wszczal sie b'oj kolo Kropidla.

Chrzciciel, kt'ory w obronie Ma'cka orez stracil,

Ledwie ze tej przyslugi zyciem nie przyplacil:

Bo przypadlo na'n z tylu dw'och silnych Moskali,

I czworo rak zarazem we wlos mu wplatali;

Upiawszy sie nogami ciagna jako liny

Sprezyste, uwiazane do masztu wiciny[491].

Daremnie w tyl Kropiciel ciska 'slepe razy;

Chwieje sie: a wtem postrzegl, ze blisko Gerwazy

Walczy; zawolal: Jezus Maryja! Scyzoryku!

Klucznik, trwoge Chrzciciela poznawszy po krzyku,

Odwr'ocil sie, i spu'scil ostrze plytkiej stali

Miedzy glowe Chrzciciela i rece Moskali.

Cofneli sie, wydawszy przera'zliwe glosy;

Lecz jedna reka, mocniej wplatana we wlosy,

Zostala sie wiszaca i krwia buchajaca.

Tak orlik, jedna szpone gdy wbije w zajaca,

Druga, by wstrzyma'c zwierza, o drzewo uczepi,

A zajac, targnawszy sie, orla wp'ol rozsczepi;

Prawa szpona u drzewa zostaje sie w lesie,

A lewa zakrwawiona 'zwierz na pola niesie.

Kropiciel wolny, oczy obraca dokola,

Rece wyciaga, broni szuka, broni wola;

Tymczasem grzmi pie'sciami, stojac; mocno w kroku,

I pilnujac sie z bliska Gerwazego boku,

Az Saka, syna swego, postrzega w natloku.

Sak prawa reka szturmak wymierza, a lewa

Ciagnie za soba dlugie sazniowate drzewo,

Uzbrojone w krzemienie i guzy, i seki[492]

(Nikt by go nie pod'zwignal pr'ocz Chrzciciela reki).

Chrzciciel, gdy mila bro'n swa, swe Kropidlo zoczyl,

Chwycil je, ucalowal, z rado'sci podskoczyl,

Zakrecil je nad glowa i zaraz ubroczyl.

Co potem dokazywal, jakie kleski szerzyl,

Daremnie 'spiewa'c: nikt by muzie nie uwierzyl;

Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobi'ecie,

Kt'ora stojac na 'swietej Ostrej Bramy szczycie,

Widziala, jako Dej'ow, moskiewski jeneral,

Wchodzac z pulkiem kozak'ow, juz brame otwieral,

I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,

Zabil Dejowa i zni'osl caly pulk kozacki[493].

Dosy'c, ze sie tak stalo, jak przewidzial Ryk'ow:

Jegry w tlumie ulegli mocy przeciwnik'ow.

Dwudziestu trzech na ziemi wala sie zabitych,

Trzydziestu kilku jeczy ranami okrytych,

Wielu pierzchlo, skrylo sie w sad, w chmiele, nad rzeke,

Kilku wpadlo do domu pod kobiet opieke.

Zwycieska szlachta biega z okrzykiem wesela:

Ci do beczek, ci lupy rwa z nieprzyjaciela;

Jeden Robak tryumf'ow szlachty nie podziela.

On dotad sam nie walczyl (bo bronia kanony

Ksiedzu bi'c sie), lecz jako czlowiek do'swiadczony

Dawal rady, plac boju z r'oznych stron obchodzil,

Wzrokiem, reka, walczacych zachecal, przywodzil.

I teraz wola, aby do niego sie laczy'c,

Uderzy'c na Rykowa, zwyciestwo doko'nczy'c.

Tymczasem przez posla'nca wskazal do Rykowa,

Ze jezeli bro'n zlozy, zycie swe zachowa;

Jezeli za's oddanie broni bedzie zwleka'c,

Robak kaze otoczy'c reszte i wysieka'c.

Kapitan Ryk'ow wcale nie prosil pardonu;

Zebrawszy kolo siebie p'ol batalijonu,

Krzyknal: Za bro'n! wnet szereg karabiny chwyta;

Chrzasnela bro'n, a byla juz dawno nabita;

Krzyknal: Cel! rury rzedem zablysnely dlugim;

Krzyknal: Ognia koleja! grzmia jeden po drugim.

Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do reki,

Slycha'c 'swisty kul, zamk'ow chrzesty, sztenfl'ow d'zwieki:

Caly szereg zdaje sie by'c ruchomym plazem,

Kt'ory tysiac blyszczacych n'og wywija razem.

Prawda, ze jegry byli mocnym trunkiem pjani,

'Zle mierza i chybiaja, rzadko kt'ory rani,

Ledwie kt'ory zabije: przeciez dw'och Maciej'ow

Juz zraniono i polegl jeden z Bartlomiej'ow.

Szlachta z niewiela[494]rusznic z rzadka sie odstrzela;

Chce szablami uderzy'c na nieprzyjaciela,

Ale starsi wstrzymuja; kule gesto 'swiszcza,

Raza, spedzaja, wkr'otce dziedziniec oczyszcza,

Juz az po szybach dworu zaczynaja dzwoni'c.

Tadeusz, kt'ory zostal w domu, kobiet, broni'c

Z rozkazu stryja, slyszac ze coraz to gorz'ej

Wre bitwa, wybiegl, za nim wybiegl Podkomorzy,

Kt'oremu Tomasz wreszcie przyni'osl karabele;

'Spieszy, laczy sie z szlachta i staje na czele.

Biezy, bro'n wzni'oslszy, szlachta rusza jego 'sladem:

Jegry przypu'sciwszy ich, sypneli kul gradem:

Legl Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;

Za czym wstrzymuja szlachte Robak z jednej strony

A z drugiej Maciej. Szlachta ostyga w zapale,

Oglada sie, cofa sie; widza to Moskale:

Kapitan Ryk'ow my'sli ostatni cios zada'c,

Spedzi'c szlachte z dziedzi'nca i dworem owlada'c[495].

Formuj sie do ataku! zawolal na sztyki!

Naprz'od! Wnet szereg rury wytknawszy jak tyki,

Schyla glowy, zrusza sie i przy'spiesza kroku.

Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku:

Szereg juz p'ol dziedzi'nca przeszedl bez oporu;

Kapitan pokazujac szpada na drzwi dworu,

Krzyczy: Sedzio! poddaj sie, bo dw'or spali'c kaze!

Pal wola Sedzia ja cie w tym ogniu usmaze.

O dworze Soplicowski! Je'sli dotad cale

'Swieca sie pod lipami twoje 'sciany biale,

Je'sli tam dotad szlachty sasiedzkiej gromada

Za go'scinnymi stoly Sedziego zasiada:

Pewnie tam pija czesto za Konewki zdrowie;

Bez niego juz by bylo dzi's po Soplicowie!

Konewka dotad male dal mestwa dowody.

Cho'c najpierwszy ze szlachty uwolniony z klody,

Cho'c zaraz znalazl w wozie swa mila konewke,

Sw'oj szturmak faworytny i z nim kul sakiewke:

Nie chcial bi'c sie; powiadal, ze sobie nie ufa

Na czczo. Szedl wiec, gdzie stala spirytusu kufa:

Reka jak lyzka strumie'n do ust sobie chylil.

Dopiero, gdy sie dobrze rozgrzal i posilil,

Poprawil czapke, z kolan wzial do rak konewke,

Zmacal sztenflem naboju, podsypal panewke,

I spojrzal na plac boju.Widzi, ze blyszczaca

Fala bagnet'ow szlachte bije i roztraca:

Przeciw tej fali plynie; schyla sie do ziemi

I nurkuje pomiedzy trawami gestemi,

'Srodkiem dziedzi'nca; az tam, gdzie rosla pokrzywa,

Zasadza sie, a Saka gestami przyzywa.

Sak, broniac dworu, stanal z szturmakiem u proga:

Bo w tym dworze mieszkala jego Zosia droga,

Od kt'orej cho'c w zalotach zostal pogardzony,

Kochal ja zawsze, zgina'c rad dla jej obrony.

Juz szereg jegr'ow w marszu na pokrzywe wkracza:

Gdy Konew ruszyl cyngla i z paszczy garlacza

Tuzin kul rozsiekanych puszcza 'sr'od Moskali,

Sak puszcza drugi tuzin. Jegry sie zmieszali.

Przerazony zasadzka szereg w klab sie zwija,

Cofa sie, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.

Stodola juz daleko; bojac sie odwodu

Dlugiego, Ryk'ow skoczyl pod parkan ogrodu;

Tam, pierzchajaca rote zatrzymuje w biegu.

Szykuje, lecz szyk zmienia: z jednego szeregu

Robi tr'ojkat, klin ostry wystawujac[496]z przodu,

A dwa boki opiera o parkan ogrodu.

Dobrze zrobil, bo jazda na'n od zamku wali.

Hrabia, kt'ory byl w zamku pod straza Moskali,

Gdy pierzchla straz zlekniona, dworzan na ko'n wsadzil,

I slyszac strzaly, w ogie'n jazde swa prowadzil,

Sam na czele z zelazem nad glowe wzniesionem.

Wtem Ryk'ow krzyknal: Ognia p'ol batalijonem!

Przeleciala po zamkach wzdluz nitka ognista,

I z czarnych rur wytknietych 'swisnelo kul trzysta.

Trzech jezdnych padlo rannych, jeden trupem lezy.

Padl ko'n Hrabi, spadl Hrabia; Klucznik krzyczac biezy

Na ratunek, bo widzi: jegry na cel wzieli

Ostatniego z Horeszk'ow, chociaz po kadzieli.

Robak byl blizszy; Hrabie cialem swym zakrywa,

Dostal za niego postrzal, spod konia dobywa,

Uprowadza; a szlachcie kaze sie rozstapi'c,

Lepiej mierzy'c, postrzal'ow nadaremnych skapi'c,

Kry'c sie za ploty, studnie, za 'sciany obory;

Hrabia z jazda ma czeka'c sposobniejszej pory.

Plany Robaka pojal i wykonal cudnie

Tadeusz. Stal ukryty za drewniana studnie;

A ze trze'zwy i dobrze strzelal z dubelt'owki

(M'ogl trafi'c do rzuconej w powietrze zlot'owki),

Okropnie razi Moskwe. Starszyzne wybiera;

Za pierwszym zaraz strzalem ubil feldfebera,

Potem z dw'och rur raz po raz dw'och sierzant'ow sprzata,

Mierzy to po galonach, to w 'srodek tr'ojkata,

Gdzie stal sztab; za czym Ryk'ow gniewa sie i dasa,

Tupa[497]nogami, szpady swej rekoje's'c kasa:

Majorze Plucie wola co to z tego bedzie?

Wkr'otce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!

Wiec Plut na Tadeusza krzyknal z wielkim gniewem:

Panie Polak, wstyd'z sie pan, chowa'c sie za drzewem;

Nie bad'z tch'orz, wyjd'z na 'srodek, bij sie honorowie[498],

Po zolniersku. A na to Tadeusz odpowie:

Majorze! je'sli jeste's tak 'smialym rycerzem,

A czegoz ty sie chowasz za jegr'ow kolnierzem?

Nie tch'orze ja przed toba: wynid'z[499]no zza plot'ow;

Dostale's w twarz, jam przecie bi'c sie z toba got'ow!

Po co krwi rozlew? Miedzy nami byla zwada:

Niechajze ja rozstrzygnie pistolet lub szpada.

Daje ci bro'n na wyb'or, od dziala do szpilki;

A nie, to was wystrzelam jako w jamie wilki.

I to m'owiac wystrzelil, a tak dobrze mierzyl,

Ze porucznika obok Rykowa uderzyl.

Majorze szepnal Ryk'ow wyjd'z na pojedynek,

I pom'scij sie za jego raniejszy[500]uczynek.

Je'sli tego szlachcica kto inny zabije,

To Major widzi, Major ha'nby swej nie zmyje.

Trzeba tego szlachcica na pole wywabi'c;

Nie mozna z karabina, to cho'c szpada zabi'c.

Co puka, to nie sztuka, to wole co kole:

M'owil stary Suwor'ow; wyjd'z Majorze w pole,

Bo on nas powystrzela; patrz, bierze do celu.

Na to rzekl Major: Ryk'ow! mily przyjacielu!

Ty jeste's zuch na szpady: wyjd'z ty bracie Ryk'ow.

Lub wiesz co, wyszlem[501]kogo z naszych porucznik'ow.

Ja, major, ja nie moge odstapi'c zolnierzy,

Do mnie batalijonu komenda nalezy.

Slyszac to Ryk'ow, szpade podni'osl, wyszedl 'smialo,

Kazal ognia zaprzesta'c, machnal chustka biala.

Pyta sie Tadeusza, jaka bro'n podoba;

Po ukladach, na szpady zgodzili sie oba.

Tadeusz broni nie mial: gdy szukano szpady,

Wyskoczyl Hrabia zbrojny i zerwal uklady.

Panie Soplico! wolal z przeproszeniem pana,

Pan wyzwale's Majora! Ja do Kapitana

Mam dawniejsza uraze: on do zamku mego

(M'ow pan przerwal Protazy do zamku naszego)

On wpadl rzekl ko'nczac Hrabia na czele zlodziej'ow,

On, poznalem Rykowa, wiazal mych dzokej'ow.

Skarze, go, jakom zb'ojc'ow skaral pod opoka,

Kt'ora Sycylijanie zwa Birbante-rokko.

Uciszyli sie wszyscy, ustalo strzelanie;

Wojska ciekawe patrza na wodz'ow spotkanie.

Hrabia i Ryk'ow ida, obr'oceni bokiem,

Prawa reka i prawym grozac sobie okiem;

Wtem lewymi rekami odkrywaja glowy

I klaniaja sie grzecznie (zwyczaj honorowy,

Nim przyjdzie do zab'ojstwa, naprz'od sie przywita'c).

Juz spotkaly sie szpady i zaczely zgrzyta'c;

Rycerze wznoszac nogi, prawymi kolany

Przyklekaja, w prz'od i w tyl skaczac na przemiany.

Ale Plut, Tadeusza widzac przed swym frontem,

Naradzal sie po cichu z gifrejterem Gontem,

Kt'ory w rocie uchodzil za pierwszego strzelca.

Gonto rzekl Major widzisz ty tego wisielca?

Je'sli mu wsadzisz kule, tam pod piatym zebrem.

To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem.

Gont odwodzi karabin, do zamka sie chyli,

Wierni go towarzysze plaszczami okryli;

Mierzy, nie w zebro, ale w glowe Tadeusza:

Strzelil i trafil blisko, w 'srodek kapelusza.

Okrecil sie Tadeusz: az Kropiciel wpada

Na Rykowa, a za nim szlachta krzyczac: Zdrada!

Tadeusz go zaslania. Ledwie zdolal Ryk'ow

Zrejterowa'c sie i wpa's'c we 'srodek swych szyk'ow.

Znowu Dobrzy'nscy z Litwa natarli w zawody,

I pomimo dawniejsze dw'och stronnictw niezgody

Walcza jak bracia, jeden drugiego zacheca.

Dobrzy'nscy, widzac, jak sie Podhajski wykreca

Tuz przed szeregiem jegr'ow i kosa ich kraje,

Zawolali z rado'scia: Niech zyja Podhaje!

Naprz'od bracia Litwini, g'ora, g'ora Litwa!

Skolubowie za's, widzac, jak waleczny Brzytwa,

Cho'c ranny, leci z szabla wzniesiona do g'ory,

Krzykneli: G'ora Ma'cki, niech zyja Mazury!

Dodawszy wzajem serca biegna na Moskali:

Nadaremnie ich Robak z Ma'ckiem wstrzymywali.

Gdy tak na rote jegr'ow uderzano z przodu,

Wojski rzuca plac boju, idzie do ogrodu;

Przy boku jego stapal ostrozny Protazy,

A Wojski mu po cichu wydawal rozkazy.

Stala w ogrodzie, prawie pod samym parkanem,

O kt'ory sie opieral Ryk'ow swym tr'ojgranem[502],

Wielka stara sernica, budowana w kratki

Z belek na krzyz wiazanych, podobna do klatki.

W niej 'swiecily sie bialych ser'ow mnogie kopy;

Wkolo za's wahaly sie suszace sie snopy

Szalwi, benedykty, kardy, macierzanki:

Cala zielna domowa apteka Wojszczanki.

Sernica w g'orze miala wszerz sazni[503]p'olczwarta[504],

A u dolu na jednym wielkim slupie wsparta

Niby gniazdo bocianie. Stary slup debowy

Pochylil sie, bo juz byl wygnil do polowy,

Grozil upadkiem. Nieraz Sedziemu radzono,

Aby zrzucil budowe wiekiem nadwatlona;

Ale Sedzia powiadal, ze woli poprawia'c

Anizeli rozrzuca'c, albo tez przestawia'c:

Odkladal budowanie do sposobnej pory,

Tymczasem pod slup kazal wetkna'c dwie podpory.

Tak pokrzepiona ale nietrwala budowa

Wygladala za parkan nad tr'ojkat Rykowa.

Ku tej sernicy Wojski z Wo'znym milczkiem ida,

Kazdy zbrojny ogromnym dragiem jakby dzida;

Za nimi ochmistrzyni dazy przez konopie

I kuchcik, male, ale bardzo silne chlopie.

Przyszedlszy, dragi wparli w wierzch slupa nadgnily,

Sami u ko'nc'ow wiszac pchaja z calej sily:

Jako flisy[505]uwiezla na rapach[506]wicine[507]

Dlugimi dragi[508]z brzegu pedza na glebine.

Trzasnal slup: juz sernica chwieje sie i wali

Z brzemieniem drzew i ser'ow na tr'ojkat Moskali.

Gniecie, rani, zabija; gdzie staly szeregi,

Leza drwa, trupy, sery biale jako 'sniegi,

Krwia i m'ozgiem splamione.Tr'ojkat w sztuki pryska,

A juz w 'srodku Kropidlo grzmi, juz Brzytwa blyska,

Siecze R'ozga, od dworu wpada szlachty tluszcza,

A Hrabia od bram jazde na rozpierzchlych puszcza.

Juz tylko o'smiu jegr'ow z sierzantem na czele

Bronia sie; biezy Klucznik, oni stoja 'smiele,

Dziewie'c rur wymierzyli prosto w leb Klucznika;

On leci na strzal, krecac ostrze Scyzoryka.

Widzi to ksiadz: zabiega Klucznikowi droge,

Sam pada i podbija Gerwazemu noge:

Upadli, wla'snie kiedy pluton ognia dawal.

Ledwie ol'ow prze'swisnal, juz Gerwazy wstawal,

Juz wskoczyl w dym, dw'om jegrom zaraz glowy zmiata

Uciekaja strwozeni; Klucznik goni, plata;

Oni biegna dziedzi'ncem, Gerwazy ich torem;

Wpadaja we drzwi gumna[509]stojace otworem,

I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechal,

Zniknal w ciemno'sci, ale bitwy nie zaniechal:

Bo przeze drzwi jek slycha'c, wrzask i geste razy.

Wkr'otce ucichlo wszystko. Wyszedl sam Gerwazy

Z mieczem krwawym.

Juz szlachta odzierzyla pole,

Porozpedzanych jegr'ow 'sciga, rabie, kole.

Ryk'ow sam zostal; krzyczy, ze broni nie zlozy,

Bije sie; gdy ku niemu podszedl Podkomorzy,

I wznoszac karabele, rzekl powaznym tonem:

Kapitanie! nie splamisz czci twojej pardonem.

Dale's pr'oby, rycerzu nieszczesny, lecz mezny,

Twojej odwagi: porzu'c op'or niedolezny,

Zl'oz bro'n, nim cie naszymi szablami rozbroim;

Zachowasz zycie i cze's'c, jeste's wie'zniem moim!

Ryk'ow, Podkomorzego zwalczony powaga,

Sklonil sie i oddal mu swoje szpade naga,

Skrwawiona po rekoje's'c, i rzekl: Lachy braty!

Oj biada mnie, zem nie mial cho'c jednej armaty!

Dobrze m'owil Suwor'ow: pomnij Ryk'ow kamrat,

Zeby's nigdy na Lach'ow nie chodzil bez armat!

C'oz! jegry byli pjani, Major pi'c pozwolil!

Och major Plut, on dzisiaj bardzo poswywolil!

On odpowie przed carem, bo on mial komende.

Ja, panie Podkomorzy, wasz przyjaciel bede.

Ruskie przyslowie m'owi: kto sie mocno lubi,

Ten, panie Podkomorzy, i mocno sie czubi.

Wy dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,

Ale przesta'ncie robi'c nad jegrami zbytki.

Podkomorzy, slyszac to, karabele wznasza[510]

I przez Wo'znego pardon powszechny oglasza;

Kaze rannych opatrzy'c, z trup'ow czy'sci'c pole,

A jegr'ow rozbrojonych prowadzi'c w niewole.

Dlugo szukano Pluta. On, w krzaku pokrzywy

Zarywszy sie gleboko, lezal jak niezywy;

Wyszedl wreszcie ujrzawszy, ze bylo po bitwie.

Taki mial koniec zajazd ostatni na Litwie[511].


Zajazd | Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie | Emigracja. Jacek.