home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Emigracja. Jacek.

Narada tyczaca sie zabezpieczenia losu zwyciezc'ow Uklady z Rykowem Pozegnanie Wazne odkrycie Nadzieja.

Owe obloki ranne, zrazu rozpierzchnione[512]

Jak czarne ptaki, lecac w wyzsza nieba strone,

Coraz sie zgromadzaly. Ledwie slo'nce zbieglo

Z poludnia, juz ich stado p'ol niebios obieglo

Ogromna chmura. Wiatr ja pedzil coraz chyzej,

Chmura coraz gestniala, zwieszala sie nizej:

Az, jedna strona na wp'ol od niebios oddarta,

Ku ziemi wychylona i wszerz rozpostarta,

Jak wielki zagiel, biorac wszystkie wiatry w siebie,

Od poludnia na zach'od leciala po niebie.

I byla chwila ciszy; i powietrze stalo

Gluche, milczace, jakby z trwogi oniemialo.

I lany zb'oz, co wprz'ody kladac sie na ziemi

I znowu w g'ore trzesac klosami zlotemi

Wrzaly jak fale, teraz stoja nieruchome

I pogladaja w niebo najezywszy slome.

I zielone przy drogach wierzby i topole,

Co pierwej, jako placzki przy grobowym dole,

Bily czolem, dlugimi krecily ramiony,

Rozpuszczajac na wiatry warkocz posrebrzony,

Teraz jak martwe, z niemej wyrazem zaloby,

Stoja na ksztalt posag'ow sypilskiej Nijoby[513].

Jedna osina drzaca, wstrzasa li'scie siwe.

Bydlo, zwykle do domu powraca'c leniwe,

Teraz zbiega sie tlumnie, pasterzy nie czeka

I opuszczajac strawe do domu ucieka.

Buhaj[514]racica ziemie kopie, orze rogiem,

I cala trzode straszy ryczeniem zlowrogiem;

Krowa coraz ku niebu wznosi wielkie oko,

Usta z dziwu otwiera i wzdycha gleboko;

A wieprz marudzi w tyle, dasa sie i zgrzyta,

I snopy zboza kradnie i na zapas chwyta.

Ptastwo skrylo sie w lasy, pod strzechy, w glab trawy;

Tylko wrony, stadami obstapiwszy stawy,

Przechadzaja sie sobie powaznymi kroki,

Czarne oczy kieruja na czarne obloki,

Wytknawszy jezyk z suchej szerokiej gardzieli

I skrzydla roztaczajac, czekaja kapieli;

Lecz i te, przewidujac nazbyt mocna burze,

Juz w las ciagna, podobne wznoszacej sie chmurze.

Ostatnia z ptak'ow, lotem nie'sciglym zuchwala

Jask'olka, czarny oblok przeszywa jak strzala,

Wreszcie spada jak kula.

Wla'snie w owej chwili

Szlachta z Moskwa okropna walke zako'nczyli

I chronia sie gromadnie w domy i stodoly,

Opuszczaja plac boju, gdzie wkr'otce zywioly

Stocza walke.

Na zach'od, jeszcze ozlocona

'Swieci ziemia ponuro, z'oltawo-czerwona:

Juz chmura, roztaczajac cienie na ksztalt sieci,

Wylawia resztki 'swiatla, a za slo'ncem leci,

Jak gdyby je pochwyci'c chciala przed zachodem.

Kilka wichr'ow raz po raz prze'swisnelo spodem,

Jeden za drugim leca, miecac krople dzdzyste,

Wielkie, jasne, okragle, jak grady ziarniste.

Nagle wichry zwarly sie, porwaly sie w poly,

Borykaja sie, kreca, 'swiszczacymi koly

Kraza po stawach, maca do dna wody w stawach,

Wpadly na laki, 'swiszcza po lozach i trawach.

Pryskaja l'oz galezie; leca traw przekosy

Na wiatr jako gar'sciami wyrywane wlosy,

Zmieszane z kedziorami snop'ow. Wiatry wyja,

Upadaja na role, tarzaja sie, ryja,

Rwa skiby, robia otw'or wichrowi trzeciemu,

Kt'ory wydarl sie z roli jak slup czarnoziemu,

Wznosi sie, jak ruchoma piramida toczy,

Lbem grunt wierci, z n'og piasek sypie gwiazdom w oczy,

Co krok wszerz wydyma sie, roztwiera ku g'orze,

I ogromna swa traba otrebuje burze.

Az z calym tym chaosem wody i kurzawy,

Slomy, li'scia, galezi, wydartej murawy,

Wichry w las uderzyly i po glebiach puszczy

Ryknely jak nied'zwiedzie.

A juz deszcz wciaz pluszczy

Jak z sita, w gestych kroplach.Wtem rykly pioruny,

Krople zlaly sie razem: to jak proste struny

Dlugim warkoczem wiaza niebiosa do ziemi,

To jak z wiader buchaja warstami calemi.

Juz zakryly sie calkiem niebiosa i ziemia;

Noc je z burza od nocy czarniejsza, zaciemia.

Czasem widnokrag peka od ko'nca do ko'nca,

I aniol burzy, na ksztalt niezmiernego slo'nca

Roz'swieci twarz, i znowu okryty calunem

Uciekl w niebo i drzwi chmur zatrzasnal piorunem.

Znowu wzmaga sie burza, ulewa nawalna

I ciemno's'c gruba, gesta, prawie dotykalna.

Znowu deszcz ciszej szumi, grom na chwile u'snie;

Znowu wzbudzi sie, ryknie i zn'ow woda chlu'snie.

Az sie uspokoilo wszystko; tylko drzewa

Szumia okolo domu i szemrze ulewa.

W takim dniu pozadany byl czas najburzliwszy:

Bo nawalnica, boju plac mrokiem okrywszy,

Zalala drogi, mosty zerwala na rzece,

Z folwarku niedostepna zrobila fortece.

O tym wiec, co sie dzialo w obozie Soplicy,

Dzi's nie mogla rozej's'c sie wie's'c po okolicy,

A wla'snie zawisl szlachty los od tajemnicy.

W izbie Sedziego wazne tocza sie narady.

Bernardyn lezal w l'ozku; zmordowany, blady

I skrwawiony, lecz calkiem zdrowy na umy'sle,

Daje rozkazy, Sedzia wypelnia je 'sci'sle.

Prosi Podkomorzego, przyzywa Klucznika,

Kaze przywie's'c Rykowa, potem drzwi zamyka.

Godzine cala trwaly tajemne rozmowy,

Az je przerwal kapitan Ryk'ow tymi slowy,

Rzucajac na st'ol kiese ciezka dukatami:

Pa'nstwo Lachy, juz jest ta gadka miedzy wami,

Ze kazdy Moskal zlodziej:powied'zciez, kto spyta,

Ze znali'scie Moskala, kt'ory zwan Nikita

Nikitycz Ryk'ow, rotny kapitan, mial osim

Medal'ow i trzy krzyze to pamieta'c prosim:

Ten medal za Oczak'ow, ten za Izmail'ow,

Ten za bitwe pod Nowi, ten za Prejsiz-Il'ow[515],

Tamten za Korsakowa slawna rejterade

Z pod Zurich; a mial takze i za mestwo szpade,

Takze od feldmarszalka trzy zadowolnienia,

Dwie pochwaly cesarskie i cztery wspomnienia,

Wszystko na pi'smie

Ale, ale kapitanie

Przerwal Robak i c'oz sie tedy z nami stanie,

Je'sli nie chcesz zgodzi'c sie? Wszakze dale's slowo

Zalatwi'c te rzecz.

Prawda, slowo dam na nowo

Rzecze Ryk'ow ot slowo!Co po waszej zgubie?

Ja czlek poczciwy, ja was pa'nstwo Lachy lubie,

Ze wy ludzie weseli, dobrzy do wypitki,

I takze ludzie 'smiali, dobrzy do wybitki.

U nas ruskie przyslowie: Kto na wozie jedzie,

Bywa czesto pod wozem; kto dzisiaj na przedzie,

Jutro w tyle; dzi's bijesz jutro ciebie bija;

Czy o to gniew? tak u nas po zolniersku zyja.

Skad by sie czlowiekowi tyle zlo'sci wzielo

Gniewa'c sie o przegrane! Oczakowskie dzielo

Bylo krwawe, pod Zurich zbili nam piechote,

Pod Austerlicem cala utracilem rote,

A pierwej wasz Ko'sciuszko pod Raclawicami

Bylem sierzantem wysiekl m'oj pluton kosami:

I c'oz stad? To ja znowu u Maciejowic'ow

Zabilem wlasnym sztykiem dw'och dzielnych szlachcic'ow:

Jeden byl Mokronowski, szedl z kosa przed frontem,

I kanonierowi ucial reke z lontem.

Oj! wy Lachy! Ojczyzna! ja to wszystko czuje,

Ja Ryk'ow, car tak kaze, a ja was zaluje.

Co nam do Lach'ow? Niechaj Moskwa dla Moskala,

Polska dla Lacha; ale c'oz? car nie pozwala!

Sedzia mu na to rzecze: Panie Kapitanie,

Ze's czlek poczciwy, wiedza tu wszyscy ziemianie,

U kt'orych na kwaterach stale's od lat wielu.

Za ten dar nie gniewaj sie, dobry przyjacielu:

Nie chcieli'smy cie skrzywdzi'c; te oto dukaty,

'Smieli'smy zlozy'c wiedzac, ze's czlek niebogaty.

Ach, jegry! wolal Ryk'ow cala rota skluta!

Moja rota! a wszystko z winy tego Pluta!

On komendant, on za to przed carem odpowie,

A wy te grosze sobie zabierzcie, panowie;

U mnie jest kapita'nski m'oj zold lada jaki,

A dosy'c mnie na ponczyk i lulke tabaki.

A was lubie, ze z wami sobie zjem, popije,

Pohulam, pogawedze, i tak sobie zyje.

Otoz ja was obronie, i jak bedzie 'sledztwo,

Slowo uczciwe, ze dam za wami 'swiadectwo.

Powiemy, ze my przyszli tu z wizyta, pili

Sobie, ta'nczyli, troche sobie podchmielili,

A Plut przypadkiem ognia zakomenderowal,

Bitwa! i batalijon tak jako's zmarnowal.

Wy, pany, tylko 'sledztwo pomazujcie zlotem,

Bedzie kreci'c sie. Ale teraz powiem o tem,

Co juz m'owilem temu szlachcicu, co dlugi

Ma rapier, ze Plut pierwszy komendant, ja drugi:

Plut zostal zywy, moze on wam zagia'c kruczka

Takiego, ze zginiecie, bo to chytra sztuczka;

Trzeba mu gebe zatka'c bankowym papierem.

No i c'oz, panie szlachcic, ty z dlugim rapierem,

Czy juz byle's u Pluta? czy's sie z nim naradzil?

Gerwazy obejrzal sie, lysine pogladzil,

Kiwnal niedbale reka, jak gdyby zna'c dawal,

Ze juz wszystko zalatwil. Lecz Ryk'ow nastawal:

C'oz, czy Plut bedzie milcze'c, czy slowem zareczyl?

Klucznik zly, ze go Ryk'ow pytaniami dreczyl,

Powaznie palec wielki ku ziemi naginal,

A potem machnal reka, jak gdyby przecinal

Dalsza rozmowe i rzekl: Klne sie Scyzorykiem,

Ze Plut nie wyda! gada'c juz nie bedzie z nikim!

Potem dlonie opu'scil i palcami chrzasnal,

Jak gdyby tajemnice cala z rak wytrzasnal.

Ten ciemny gest pojeli sluchacze i stali,

Patrzac z dziwem na siebie, wzajem sie badali

I posepne milczenie trwalo minut kilka.

Az Ryk'ow rzekl: Nosil wilk, ponie'sli i wilka!

Requiescat in pace[516]! dodal Podkomorzy;

Juz ci zako'nczyl Sedzia byl w tym palec Bozy!

Lecz ja tej krwi nie winien, jam o tym nie wiedzial.

Ksiadz porwal sie z poduszek i posepny siedzial.

Na koniec rzekl, spojrzawszy bystro na Klucznika:

Wielki grzech bezbronnego zabi'c niewolnika!

Chrystus zabrania m'sci'c sie nawet i nad wrogiem!

Oj Kluczniku! odpowiesz ty ciezko przed Bogiem.

Jedna jest restrykcyja: je'sli popelniono

Nie z zemsty glupiej, alepro publico bono.

Klucznik glowa i reka kiwal wyciagniona,

I mrugajac powtarzal: Pro publico bono!

Wiecej nie bylo mowy o Plucie Majorze;

Nazajutrz daremnie go szukano we dworze,

Daremnie wyznaczano za trupa nagrode:

Major zginal bez 'sladu, jak gdyby wpadl w wode.

Co sie z nim stalo, r'oznie powiadano o tem,

Lecz nikt pewnie nie wiedzial ni wtenczas, ni potem.

Daremnie pytaniami Klucznika dreczono;

Nic nie wyrzekl, pr'ocz tych sl'ow:pro publico bono.

Wojski byl w tajemnicy, lecz slowem ujety

Honorowym, staruszek milczal jak zaklety.

Po zawarciu uklad'ow wyszedl z izby Ryk'ow,

A Robak kazal wezwa'c szlachte wojownik'ow,

Do kt'orych Podkomorzy z powaga tak m'owi:

Bracia! B'og dzi's naszemu szcze'scil orezowi,

Ale musze Wa'c Pa'nstwu wyzna'c bez ogr'odki,

Ze z tych niewczesnych boj'ow zle wynikna skutki.

Zbladzili'smy i nikt tu z nas nie jest bez winy:

Ksiadz Robak, ze zbyt czynnie rozszerzal nowiny,

Klucznik i szlachta, ze je pojela opacznie.

Wojna z Rosyja jeszcze niepredko sie zacznie;

Tymczasem, kto mial udzial najczynniejszy w bitwie,

Ten nie moze bezpieczny zosta'c sie na Litwie:

Musicie wiec do Ksiestwa ucieka'c Panowie,

A mianowicie Maciej, co sie Chrzciciel zowie,

Tadeusz, Konew, Brzytew, niech unosza glowy

Za Niemen, gdzie ich czeka zastep narodowy.

My na was nieobecnych cala wine zwalim

I na Pluta: tak reszte rodze'nstwa ocalim.

Zegnam was nie na dlugo; sa pewne nadzieje,

Ze nam z wiosna swobody zorza zaja'snieje

I Litwa, co was teraz zegna jak tulaczy,

Wkr'otce jako zwycieskich swych zbawc'ow zobaczy.

Sedzia wszystko, co trzeba, zgotuje na droge

I ja pieniedzmi, ile zdolam, dopomoge.

Czula szlachta, ze madrze Podkomorzy radzil:

Wiadomo, ze kto z ruskim carem raz sie zwadzil,

Ten juz z nim na tej ziemi nie zgodzi sie szcz'erze,

I musi albo bi'c sie, albo gni'c w Sybirze.

Wiec nic nie m'owiac, smutnie po sobie sp'ojrzeli,

Westchneli; na znak zgody glowami skineli.

Polak, chociaz stad miedzy narodami slynny

Ze bardziej ni'zli zycie kocha kraj rodzinny,

Got'ow zawzdy rzuci'c go, pu'sci'c sie w kraj 'swiata,

W nedzy i poniewierce przezy'c dlugie lata,

Walczac z lud'zmi i z losem, p'oki mu 'sr'od burzy

Przy'swieca ta nadzieja, ze Ojczy'znie sluzy.

O'swiadczyli, ze zaraz wyjezdza'c gotowi;

Tylko sie to nie zdalo panu Buchmanowi.

Buchman, czlowiek rozsadny, w bitwe sie nie wmieszal,

Ale slyszac, ze radza, glosowa'c po'spieszal.

Znajdowal projekt dobrym, lecz chcial przeinaczy'c,

Dokladniej go rozwina'c, ja'sniej wytlumaczy'c,

A naprz'od komisyja legalnie wyznaczy'c,

Kt'ora by rozwazyla emigracji cele,

'Srodki, sposoby, tudziez innych wzgled'ow wiele.

Nieszcze'sciem, kr'otko's'c czasu byla na zawadzie,

Ze sie nie stalo zado's'c Buchmanowej radzie.

Szlachta zegna sie 'spiesznie i juz w droge rusza.

Ale Sedzia zatrzymal w izbie Tadeusza

I rzekl do ksiedza: Czas juz, zebym ci powiedzial

To, o czymem z pewno'scia wczoraj sie dowiedzial:

Ze nasz Tadeusz szczerze zakochany w Zosi.

Niechajze przed odjazdem o reke jej prosi.

M'owilem z Telimena, juz nam nie przeszkadza,

Zosia takze sie z wola opiekun'ow zgadza.

Je'sli dzi's 'slubem pary nie mozem uwie'nczy'c,

To'c by ich, panie bracie, przynajmniej zareczy'c

Przed odjazdem; bo serce mlode i podr'ozne,

Wiesz dobrze, jako miewa tentacyje[517]r'ozne;

A wszakze, kiedy okiem rzuci na pier'scionek

I przypomni mlodzieniec, ze juz jest malzonek,

Zaraz w nim obcych pokus ostyga goraczka.

Wierzaj mi, wielka sile ma 'slubna obraczka.

Ja sam przed lat trzydziestu wielki afekt mialem

Ku pannie Marcie, kt'orej serce pozyskalem.

Byli'smy zareczeni; B'og nie blogoslawil

Zwiazkowi temu i mnie sierota zostawil,

Wziawszy do chwaly swojej nadobna Wojszczanke,

Przyjaciela mojego c'ore Hreczeszanke.

Pozostala mi tylko pamiatka[518]jej cnoty,

Jej wdziek'ow, i ten oto 'slubny pier'scie'n zloty.

Ilekro'c na'n spojrzalem, zawsze ma nieboga

Stawala przed oczyma: i tak z laski Boga,

Dotad mej narzeczonej dochowalem wiary,

I nie bywszy malzonkiem, jestem wdowiec stary,

Chociaz Wojski ma druga c'ore do's'c nadobna,

I do mojej kochanej Marty do's'c podobna!

To m'owiac, na pier'scionek z czulo'scia spozieral

I odwr'ocona reka lzy z oczu ocieral.

Bracie ko'nczyl co my'slisz? zrobim zareczyny?

On kocha, a mam slowo ciotki i dziewczyny.

Lecz Tadeusz podbiega i z zywo'scia m'owi:

Czymze zdolam odwdzieczy'c dobremu stryjowi,

Kt'ory tak o me szcze'scie ustawnie sie trudzi!

Ach dobry stryju, bylbym najszcze'sliwszy z ludzi,

Gdyby mi Zosia byla dzisiaj zareczona,

Gdybym wiedzial ze to jest moja przyszla zona.

Przeciez powiem otwarcie: dzi's, te zareczyny

Do skutku przyj's'c nie moga; sa r'ozne przyczyny

Nie pytaj wiecej; je'sli Zosia czeka'c raczy,

Moze mnie wkr'otce lepszym, godniejszym obaczy,

Moze stalo'scia na jej wzajemno's'c zarobie,

Moze troszeczka slawy me imie ozdobie,

Moze wkr'otce w ojczyste wr'ocim okolice;

Wtenczas, stryju, wspomne ci twoje obietnice,

Wtenczas na kleczkach droga powitam Zosienke

I je'sli bedzie wolna, poprosze o reke.

Teraz porzucam Litwe moze na czas dlugi,

Moze Zosi tymczasem podoba'c sie drugi;

Wiezi'c jej woli nie chce; prosi'c o wzajemno's'c,

Na kt'oram nie zasluzyl, bylaby nikczemno's'c.

Gdy te slowa z uczuciem m'owil chlopiec mlody,

Za'swiecily mu, jako dwie wielkie jagody

Perel, dwie lzy na wielkich blekitnych 'zrenicach,

I stoczyly sie szybko po rumianych licach.

Ale Zosia ciekawa z glebiny alkowy

'Sledzila przez szczeline tajemne rozmowy;

Slyszala, jak Tadeusz po prostu i 'smialo

Opowiedzial swa milo's'c serce w niej zadrzalo

I widziala tych wielkich dwoje lez w 'zrenicach.

Cho'c doj's'c nie mogla watku w jego tajemnicach:

Dlaczego ja pokochal? dlaczego porzuca?

Gdzie odjezdza? przeciez ja ten odjazd zasmuca.

Pierwszy raz poslyszala w zyciu z ust mlodziana

Dziwna i wielka nowo's'c: ze byla kochana.

Biegla wiec, gdzie stal maly domowy oltarzyk,

Wyjela ze'n obrazek i relikwijarzyk;

Na obrazku tym byla 'swieta Genowefa,

A w relikwiji suknia 'swietego J'ozefa,

Oblubie'nca, patrona zareczonej mlodzi;

I z tymi 'swieto'sciami do pokoju wchodzi.

Pan odjezdzasz tak predko? Ja panu na droge

Dam podarunek maly i takze przestroge:

Niechaj pan zawsze z soba relikwije nosi

I ten obrazek, a niech pamieta o Zosi.

Niech pana Pan B'og w zdrowiu i szcze'sciu prowadzi,

I niech predko szcze'sliwie do nas odprowadzi.

Umilkla i spu'scila glowe; oczki modre

Ledwie stulila, z rzes'ow pobiegly lzy szczodre;

A Zosia z zamknietymi stojac powiekami,

Milczala, sypiac lzami jako brylantami.

Tadeusz, biorac dary i calujac reke,

Rzekl: Pani! juz ja musze pozegna'c panienke

Bad'z zdrowa, wspomnij o mnie i racz czasem zm'owi'c

Pacierz za mnie! Zofijo! Wiecej nie m'ogl m'owi'c.

Lecz Hrabia, z Telimena wszedlszy niespodzianie,

Uwazal mlodej pary czule pozegnanie,

Wzruszyl sie i rzuciwszy wzrok ku Telimenie:

Ilez rzekl jest piekno'sci cho'c w tej prostej scenie!

Kiedy dusza pasterki z wojownika dusza,

Jak l'od'z z okretem w burzy, rozlaczy'c sie musza!

Zaiste! nic tak uczu'c w sercu nie rozpala,

Jako kiedy sie serce od serca oddala.

Czas jest to wiatr, on tylko mala 'swiece zdmuchnie,

Wielki pozar od wiatru tym mocniej wybuchnie.

I moje serce zdolne mocniej kocha'c z dala.

Panie Soplico! mialem ciebie za rywala;

Ten blad byl jedna z przyczyn naszej smutnej zwady,

Kt'ora mie przymusila dosta'c na was szpady[519].

Postrzegam blad m'oj: bo's ty wzdychal ku pasterce,

Ja za's tej pieknej nimfie oddalem me serce.

Niech we krwi wrog'ow nasze utona urazy!

Nie bedziem sie zb'ojczymi rozpiera'c zelazy;

Niech sie inaczej sp'or nasz zalotny roztrzygnie:

Walczmy, kto kogo czuciem milo'sci wy'scignie!

Zostawim oba drogie serc naszych przedmioty,

Po'spieszymy obadwa na miecze, na groty;

Walczmy z soba stalo'scia, zalem i cierpieniem,

A wrog'ow naszych meznym 'scigajmy ramieniem.

Rzekl, na Telimene spojrzal, ale ona

Nic nie odpowiadala, strasznie zadziwiona.

M'oj Hrabio przerwal Sedzia po co chcesz koniecznie

Wyjezdza'c? Wierz mi, w twoich dobrach sied'z bezpiecznie

Szlachte biedna rzad m'oglby odrze'c i przechlosta'c,

Ale ty Hrabio pewien jeste's caly zosta'c;

Wiesz, w jakim rzadzie zyjesz, jeste's do's'c bogaty,

Wykupisz sie od wiezie'n polowa intraty[520].

To niezgodna rzekl Hrabia z moim charakterem!

Nie moge by'c kochankiem: bede bohaterem;

W milo'sci troskach, slawy zwe pocieszycielki,

Gdy jestem nedzarz sercem, bede reka wielki.

Telimena pytala: Kt'oz panu przeszkadza

Kocha'c i by'c szcze'sliwym! Mych przeznacze'n wladza

Rzekl Hrabia ciemno's'c przeczu'c, kt'ore ruchem tajnym

Rwa sie ku stronom obcym, dzielom nadzwyczajnym.

Wyznaje, ze dzi's chcialem na cze's'c Telimenie

U oltarz'ow Hymena[521]zapali'c plomienie,

Ale mi dal zbyt piekny przyklad ten mlodzieniec,

Sam dobrowolnie 'slubny sw'oj zrywajac wieniec,

I biegac serca swego do'swiadcza'c w przeszkodach

Zmiennych los'ow i w krwawych wojennych przygodach.

Dzi's otwiera sie nowa i dla mnie epoka!

Brzmiala odglosem broni mej Birbante-rokka:

Oby ten odglos r'ownie w Polszcze sie rozszerzyl!

Sko'nczyl i dumnie szpady rekoje's'c uderzyl.

Juzci rzekl Robak trudno gani'c te ochote,

Jed'z, we'z pieniadze, mozesz usztyftowa'c rote

Jak Wlodzimierz Potocki, co Francuz'ow zdziwil

Dajac na skarb milijon, jak ksiaze Radziwill

Dominik, co zastawil dobra swe i sprzety

I dwa uzbroil nowe konne regimenty.

Jed'z, jed'z, a we'z pieniadze: rak tam dosy'c mamy,

Ale grosza brak w Ksiestwie; jed'z wasze, zegnamy.

Telimena smutnymi rzuciwszy oczyma:

Niestety rzekla widze ze cie nic nie wstrzyma!

Rycerzu m'oj, w wojenne kiedy wstapisz szranki,

Obr'o'c czule spojrzenie na kolor kochanki

(Tu, wstazke oderwawszy od sukni, zrobila

Kokarde i na piersiach Hrabi przyszpilila).

Niech cie ten kolor wiedzie na dziala ogniste,

Na kopije blyszczace i deszcze siarczyste;

A kiedy sie rozslawisz walecznymi czyny,

I gdy nie'smiertelnymi przeslonisz wawrzyny

Skrwawiony szyszak i helm tw'oj zwyciestwem hardy:

I wtenczas jeszcze oko zwr'o'c do tej kokardy,

Wspomnij, czyja ten kolor przyszpilila reka!

Tu mu podala reke. Pan Hrabia przykleka,

Caluje; Telimena zblizyla do oka

Chustke, a drugim okiem poglada z wysoka

Na Hrabie, kt'ory zegnal ja mocno wzruszony.

Ona wzdychala, ale ruszyla ramiony[522].

Lecz Sedzia rzekl: M'oj Hrabio, 'spiesz sie, bo juz p'o'zno,

A ksiadz Robak Do's'c tego! wolal z mina gro'zna,

'Spiesz sie wasze! Tak rozkaz Sedziego i ksiedza

Rozdziela czula pare i z izby wypedza.

Tymczasem pan Tadeusz stryja obejmowal

Ze lzami i Robaka w reke pocalowal.

Robak, ku piersiom chlopca przycisnawszy skronie

I na glowie mu na krzyz polozywszy dlonie,

Spojrzal ku niebu i rzekl: Synu! z Panem Bogiem!

I zaplakal A juz byl Tadeusz za progiem.

Jak to? zapytal Sedzia nic mu brat nie powie

I teraz? Biedny chlopiec, jeszcze sie nie dowie

O niczym przed odjazdem? Nie rzekl ksiadz o niczym

(Placzac dlugo z zakrytym rekami obliczem).

I po c'oz by mial wiedzie'c biedny, ze ma ojca,

Kt'ory sie skryl przed 'swiatem jak lotr, jak zabojca?

B'og widzi, jak pragnalbym: ale z tej pociechy

Zrobie Bogu ofiare za me dawne grzechy.

Wiec rzecze Sedzia teraz czas my'sle'c o sobie.

Uwaz, ze czlowiek w twoim wieku i chorobie

Nie zdolalby z innymi razem emigrowa'c;

M'owile's, ze wiesz domek, gdzie sie masz przechowa'c:

Powiedz gdzie? 'Spieszmy, czeka zaprzezona bryka.

Czy nie najlepiej w puszcze, do chaty le'snika?

Robak kiwajac glowa rzekl: Do jutra rana

Mam czas. Teraz, m'oj bracie, po'slij do plebana,

Aby tu jak najrychlej[523]przybyl z wijatykiem[524];

Oddal stad wszystkich, zosta'n tylko sam z Klucznikiem,

Zamknij drzwi.

Sedzia spelnil Robaka rozkazy,

I usiada na l'ozko przy nim; a Gerwazy,

Stoi, lokie'c przytwierdza na glowni rapiera,

A czolo pochylone na dloniach opiera.

Robak, nim zaczal m'owi'c, w Klucznika oblicze

Wzrok utkwil i milczenie chowal tajemnicze.

A jako chirurg naprz'od miekka reke sklada

Na ciele chorujacym, nim ostrzem raz zada:

Tak Robak wyraz bystrych oczu swych zlagodzil,

Dlugo nimi po oczach Gerwazego wodzil,

Na koniec, jakby 'slepym chcial uderzy'c ciosem,

Zaslonil oczy reka i rzekl mocnym glosem:

Jam jest Jacek Soplica

Klucznik na to slowo

Pobladnal, pochylil sie, i ciala polowa

Wygiety naprz'od, stanal, zwisl na jednej nodze,

Jak glaz lecacy z g'ory zatrzymany w drodze.

Oczy roztwieral, usta szeroko rozszerzal,

Grozac bialymi zeby, a wasy najezal;

Rapier z rak upuszczony przy ziemi zatrzymal

Kolanami i glownie prawa reka imal,

Cisnac ja: rapier z tylu za nim wyciagniony,

Dlugim czarnym swym ko'ncem chwial sie w r'ozne strony;

I Klucznik byl podobny rysiowi rannemu,

Kt'ory z drzewa ma skoczy'c w oczy my'sliwemu,

Wydyma sie klebuszkiem, mruczy, krwawe 'slepie

Wyiskrza, wasy rusza i ogonem trzepie.

Panie Rebajlo rzekl ksiadz juz mie nie zatrwoza

Gniewy ludzkie, bo jestem juz pod reka Boza.

Zaklinam cie na imie Tego, co 'swiat zbawil

I na krzyzu zab'ojcom swoim blogoslawil,

I przyjal pro'sbe lotra: by's sie udobruchal

I to, co mam powiedzie'c, cierpliwie wysluchal.

Sam przyznalem sie: musze dla ulgi sumienia

Pozyska'c, a przynajmniej prosi'c przebaczenia:

Posluchaj mej spowiedzi; potem zrobisz sobie

Ze mna, co zechcesz. I tu zlozyl rece obie

Jak do pacierza. Klucznik cofnal sie zdumiony,

Uderzal reka w czolo i ruszal ramiony.

A ksiadz zaczal swa dawna z Horeszka zazylo's'c

Opowiada'c i swoja z jego c'orka milo's'c,

I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi.

Lecz m'owil nieporzadnie, czesto mieszal skargi

I zale we swa spowied'z, czesto rzecz przecinal,

Jak gdyby juz ja ko'nczyl, i znowu zaczynal.

Klucznik, dzieje Horeszk'ow znajacy dokladnie,

Cala te powie's'c, chociaz splatana bezladnie,

Porzadkowal w pamieci i dopelnia'c umial;

Lecz Sedzia wielu rzeczy zgola nie rozumial.

Oba pilnie sluchali pochyliwszy glowy,

A Jacek m'owil coraz wolniejszymi slowy

I czesto zarywal sie:

Wszak sam wiesz, Gerwaze'nku, jak Stolnik zapraszal

Czesto mnie na biesiady, zdrowie moje wnaszal,

Krzyczal nieraz, do g'ory podni'oslszy szklanice,

Ze nie mial przyjaciela nad Jacka Soplice,

Jak on mnie 'sciskal! Wszyscy, kt'orzy to widzieli,

My'slili, ze on ze mna dusza sie podzieli

On przyjaciel? On wiedzial, co sie wtenczas dzialo

W duszy mojej!

Tymczasem juz szeptala o tym okolica,

Jaki taki gadal mi: Ej, panie Soplica,

Daremnie konkurujesz: dygnitarskie progi

Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi.

Ja 'smialem sie, udajac ze drwilem z magnat'ow

I z c'orek ich, i nie dbam o arystokrat'ow;

Ze je'sli bywam u nich, z przyja'zni to robie,

A za zone nie pojme, tylko r'owna sobie.

Przeciez, bodly mi dusze do zywca te zarty:

Bylem mlody, odwazny, 'swiat byl mnie otwarty

W kraju, gdzie, jako wiecie, szlachcic urodzony

Jest zar'owno z panami kandydat korony!

Wszakze Teczy'nski niegdy's z kr'olewskiego domu

Zadal c'ory, a kr'ol mu oddal ja bez sromu.

Soplic'ow czyz nie r'owne Teczy'nskim zaszczyty

Krwia, herbem, wierna sluzba Rzeczypospolitej?

Jak latwo moze czlowiek popsu'c szcze'scie drugim

W jednej chwili, a zyciem nie naprawi dlugim!

Jedno slowo Stolnika: jakze by'smy byli

Szcze'sliwi! Kto wie, moze dotad by'smy zyli,

Moze i on przy swoim kochanym dziecieciu,

Przy swojej pieknej Ewie, przy swym wdziecznym zieciu,

Zestarzalby spokojny, moze wnuki swoje

Kolysalby! Teraz co? Nas zgubil oboje

I sam i to zab'ojstwo i wszystkie nastepstwa

Tej zbrodni, wszystkie moje biedy i przestepstwa!

Ja skarzy'c nie mam prawa: ja jego morderca,

Ja skarzy'c nie mam prawa: przebaczam mu z serca,

Ale i on

Zeby juz raz otwarcie byl mnie zrekuzowal!

Bo znal nasze uczucia Gdyby nie przyjmowal

Mych odwiedzin: to kto wie? moze bym odjechal,

Pogniewal sie, polajal, w ko'ncu go zaniechal;

Ale on, chytrze dumny, wpadl na koncept nowy:

Udawal, ze mu nawet nie przyszlo do glowy,

Zeby ja m'ogl sie stara'c o zwiazek takowy!

A bylem mu potrzebnym: mialem zachowanie

U szlachty i lubili mnie wszyscy ziemianie:

Wiec on niby milo'sci mojej nie dostrzegal,

Przyjmowal mnie jak dawniej, a nawet nalegal

Abym cze'sciej przyjezdzal; a ilekro'c sami

Byli'smy, widzac oczy me przy'cmione lzami

I pier's zbyt pelna i juz wybuchna'c gotowa,

Chytry starzec, wnet wrzucil obojetne slowo

O procesach, sejmikach, lowach

Ach, nieraz przy kieliszkach, gdy sie tak rozrzewnial,

Gdy mie tak 'sciskal i o przyja'zni zapewnial,

Potrzebujac mej szabli lub kreski na sejmie,

Gdy musialem nawzajem 'sciska'c go uprzejmie :

To tak we mnie zlo's'c wrzala, ze ja obracalem

'Sline w gebie, a dlonie rekoje's'c 'sciskalem,

Chcac pluna'c na te przyja'z'n i wnet szabli dosta'c;

Ale Ewa, zwazajac m'oj wzrok i ma posta'c,

Zgadywala, nie wiem jak, co sie we mnie dzialo,

Patrzyla blagajaca, lice jej blednialo;

A byl to taki piekny golabek lagodny

I wzrok miala uprzejmy taki! tak pogodny!

Taki anielski, ze juz nie wiem, juz nie mialem

Odwagi zagniewa'c jej, zatrwozy'c milczalem.

I ja, zawadyjaka slawny w Litwie cal'ej,

Co przede mna najwieksze pany niegdy's drzaly,

Com nie zyl dnia bez bitki, co, nie Stolnikowi,

Ale bym sie pokrzywdzi'c nie dal i kr'olowi,

Co we w'scieklo's'c najmniejsza wprawiala mnie sprzeczka:

Ja wtenczas, zly i pjany, milczal jak owieczka,

Jak gdybym Sanktissimum[525]ujrzal!

Ilez to razy chcialem serce me otworzy'c,

I juz sie nawet przed nim do pr'o'sb upokorzy'c,

Lecz spojrzawszy mu w oczy, spotkawszy wejrzenia

Zimne jak l'od, wstyd mi bylo mojego wzruszenia;

'Spieszylem znowu jak najzimniej dyskurowa'c

O sprawach, o sejmikach, a nawet zartowa'c!!

Wszystko to, prawda, z pychy: zeby nie ublizy'c

Imieniowi Soplic'ow, zeby sie nie znizy'c

Przed panem pro'sba pr'ozna, nie dosta'c odmowy,

Bo jakiez by to byly miedzy szlachta mowy,

Gdyby wiedziano, ze ja Jacek

Soplicy Horeszkowie odm'owili dziewke!

Ze mnie, Jackowi, czarna podano polewke!

W ko'ncu sam juz nie wiedzac, jak sobie poradzi'c,

Umy'slilem ze szlachty maly pulk zgromadzi'c

I opu'sci'c na zawsze powiat i ojczyzne,

Wynie's'c sie gdzie na Moskwe lub na Tatarszczyzne

I zacza'c wojne. Jade pozegna'c Stolnika,

W nadziei, ze gdy ujrzy wiernego stronnika,

Dawnego przyjaciela, prawie domownika,

Z kt'orym pil i wojowal przez tak dlugie lata,

Teraz zegnajacego i kedy's w kraj 'swiata

Jadacego ze moze starzec sie poruszy

I pokaze mi przeciez troche ludzkiej duszy

Jak 'slimak rog'ow!

Ach, kto cho'c na dnie serca ma dla przyjaciela

Cho'cby iskierke czucia, gdy sie z nim rozdziela,

Dobedzie sie iskierka ta przy pozegnaniu,

Jako ostatni plomyk zycia przy skonaniu!

Raz ostatni dotknawszy przyjaciela skroni,

Czestokro'c najzimniejsze oko lze uroni!

Biedna, slyszac o moim odje'zdzie, pobladla,

Bez przytomno'sci, ledwie ze trupem nie padla,

Nie mogla nic przem'owi'c: az sie jej rzucily

Strumieniem lzy poznalem, jak bylem jej mily!

Pomne, pierwszy raz w zyciu jam sie lzami zalal

Z rado'sci i z rozpaczy, zapomnial sie, szalal.

Juz chcialem znowu upa's'c ojcu jej pod nogi,

Wi'c sie jak waz u kolan, wola'c: Ojcze drogi,

We'z za syna lub zabij! Wtem Stolnik posepny,

Zimny jako slup soli, grzeczny, obojetny,

Wszczal dyskurs o czym ? o czym? o c'orki weselu!

W tej chwili! O Gerwazy! uwaz, przyjacielu,

Masz ludzkie serce!

Stolnik rzekl: Panie Soplica,

Wla'snie przyjechal do mnie swat kasztelanica;

Ty jeste's m'oj przyjaciel, c'oz ty m'owisz na to?

Wiesz wasze, ze mam c'orke piekna i bogata:

A kasztelan witebski! Wszakze to w senacie

Niskie, drazkowe krzeslo. C'oz mi radzisz, bracie?

Nie pamietam juz zgola co mu na to rzeklem,

Podobno nic na konia wsiadlem i ucieklem!

Jacku! zawolal Klucznik, madre ty przyczyny

Wynajdujesz: c'oz? one nie zmniejsza twej winy!

Bo wszakze zdarzalo sie juz nieraz na 'swiecie,

Ze kto pokochal pa'nskie lub kr'olewskie dziecie,

Staral sie gwaltem zdoby'c, przemy'slal wykrada'c,

M'scil sie otwarcie ale tak chytrze 'smier'c zada'c,

Panu polskiemu, w Polszcze i w zmowie z Moskalem!

Nie bylem w zmowie Jacek odpowiedzial z zalem.

Gwaltem porwa'c? Wszak m'oglbym: zza krat i zza klamek

Wydarlbym ja, rozbilbym w puch ten jego zamek!

Mialem za soba Dobrzyn i cztery za'scianki!

Ach, gdyby ona byla jak nasze szlachcianki

Silna i zdrowa! gdyby ucieczki, pogoni

Nie zlekla sie i mogla slucha'c szczeku broni!

Lecz ona biedna! tak ja, rodzice pie'scili,

Slaba, lekliwa! byl to robaczek motyli,

Wiosenna gasiennica! i tak ja zagrabi'c,

Dotkna'c ja zbrojna reka, byloby ja zabi'c;

Nie moglem, nie.

M'sci'c sie otwarcie? szturmem zamek zwali'c w gruzy?

Wstyd! bo by powiedziano, zem m'scil sie rekuzy!

Kluczniku, twoje serce poczciwe nie umie

Uczu'c, ile jest piekla w obrazonej dumie.

Szatan dumy zaczal mi lepsze plany rai'c:

Zem'sci'c sie krwawo, ale pow'od zemsty tai'c,

Nie bywa'c w zamku, milo's'c z serca wykorzeni'c,

Pu'sci'c w niepamie'c Ewe, z inna sie ozeni'c,

A potem, potem jaka wynale'z'c zaczepke,

Pom'sci'c sie

I zdalo mi sie zrazu, zem juz serce zmienil,

I rad bylem z wymyslu i jam sie ozenil;

Z pierwsza, kt'oram napotkal, dziewczyna uboga!

'Zlem zrobil jakze bylem ukarany srogo!

Nie kochalem jej. Biedna matka Tadeusza

Najprzywiaza'nsza do mnie, najpoczciwsza dusza

Ale jam dawna milo's'c i zlo's'c w sercu dusil.

Bylem jako szalony, darmom siebie musil

Zaja'c sie gospodarstwem albo interesem:

Wszystko na pr'ozno! Zemsty opetany biesem,

Zly, opryskliwy, znale'z'c nie moglem pociechy

W niczym na 'swiecie i tak z grzech'ow w nowe grzechy,

Zaczalem pi'c.

I tak niedlugo zona ma z zalu umarla,

Zostawiwszy to dziecie; a mnie rozpacz zarla!

Jakze mocno musialem kocha'c te nieboge,

Tyle lat! Gdziem ja nie byl: a dotad nie moge

Jej zapomnie'c i zawzdy jej posta'c kochana

Stoi mi przed oczyma jakby malowana!

Pilem, nie moglem zapi'c pamieci na chwile,

Ani pozby'c sie, chociaz przebieglem ziem tyle!

Teraz oto w habicie jestem Bozym sluga,

Na lozu, we krwi o niej m'owilem tak dlugo!

W tej chwili, o tych rzeczach m'owi'c? B'og wybaczy!

Musicie wiedzie'c, w jakim zalu i rozpaczy

Popelnilem

Bylo to wla'snie wkr'otce po jej zareczynach.

Wszedzie gadano tylko o tych zareczynach;

Powiadano, ze Ewa, gdy brala obraczke

Z rak Wojewody, mdlala, ze wpadla w goraczke,

Ze ma poczatki suchot, ze ustawnie szlocha;

Zgadywano, ze kogo's potajemnie kocha.

Ale Stolnik, jak zawsze spokojny, wesoly,

Dawal na zamku bale, zbieral przyjacioly.

Mnie juz nie prosil: na c'oz bylem mu potrzebny?

M'oj bezlad w domu, bieda, m'oj nal'og haniebny,

Podaly mnie na wzgarde i na 'smiech przed 'swiatem!

Mnie, com niegdy's, rzec moge, trzasl calym powiatem!

Mnie, kt'orego Radziwill nazywal: kochanku!

Mnie, com kiedy wyjezdzal z mojego za'scianku,

To liczniejszy dw'or mialem nizeli ksiazecy,

Kiedym szable dostawal, to kilka tysiecy

Szabel blyszczalo wkolo, straszac zamki pa'nskie!

A potem ze mnie 'smialy sie dzieci wlo'scia'nskie[526]!

Tak zrobilem sie nagle w oczach ludzkich lichy!

Jacek Soplica! Kto zna co jest czucie pychy

Tu bernardyn oslabial i upadl na loze;

A Klucznik rzekl wzruszony: Wielkie sady Boze!

Prawda! prawda! Wiec to ty? i tyze's to Jacku

Soplico? pod kapturem? zyle's po zebracku!

Ty, kt'orego pamietam, gdy zdrowy, rumiany,

Piekny szlachcic, gdy tobie pochlebialy pany,

Gdy za toba, kobiety szalaly! Wasalu!

Nie tak dawno! take's zestarzal sie z zalu!

Jakzem ciebie nie poznal po owym wystrzale,

Kiedy's tak do nied'zwiedzia trafil doskonale?

Bo nad ciebie nie miala strzelca Litwa nasza,

Byle's takze po Ma'cku pierwszy do palasza!

Prawda! o tobie niegdy's 'spiewaly szlachcianki:

Oto Jacek was kreci, trzesa sie za'scianki,

A komu na swym wasie wezelek zawiaze,

Ten zadrzy, cho'cby to byl sam Radziwill ksiaze.

Zawiazale's ty wezel i mojemu Panu!

Nieszcze'sniku! I tyze's? do takiego stanu?

Jacek Wasal kwestarzem? Wielkie sady Boze!

I teraz, ha! bezkarnie uj's'c tobie nie moze,

Przysiegam: kto Horeszk'ow krwi krople wysaczyl

Tymczasem ksiadz na lozu usiadl i tak ko'nczyl:

Je'zdzilem kolo zamku. Ile bies'ow w glowie

I w sercu mialem: kto ich imiona wypowie!

Stolnik zabija dziecie wlasne! Mnie juz zabil,

Zniszczyl! Jade pod brame: szatan mnie tam wabil.

Patrz, jak on hula! Co dzie'n w zamku pijatyka,

Ile 'swiec w oknach, jaka brzmi w salach muzyka!

I ten zamek na lysa glowe mu nie runie?

Pomy'sl o zem'scie, to wnet szatan bro'n podsunie.

Ledwiem pomy'slil: szatan nasyla Moskali.

Stalem patrzac; wiesz, jak wasz zamek szturmowali.

Bo falsz, zebym byl w jakiej z Moskalami zmowie

Patrzylem. R'ozne my'sli snuly sie po glowie.

Zrazu z u'smiechem glupim, jak na pozar dziecko,

Patrzylem; potem rado's'c uczulem zb'ojecka,

Czekajac rychlo zacznie pali'c sie i wali'c;

Czasem my'sl przychodzila skoczy'c, ja ocali'c,

Nawet Stolnika

Bronili'scie sie, ty wiesz, dzielnie i przytomnie.

Zdziwilem sie. Moskale padali wkolo mnie.

Bydleta, 'zle strzelaja! Na widok ich kleski

Zlo's'c mie znowu porwala. Ten Stolnik zwycieski!

I takze mu na 'swiecie wszystko sie powodzi?

I z tej strasznej napa'sci z tryumfem wychodzi?

Odjezdzalem ze wstydem. Wla'snie byl poranek.

Wtem ujrzalem, poznalem. Wystapil na ganek,

I brylantowa szpinka ku slo'ncu migotal,

I was pokrecal dumnie, i wzrok dumny miotal

I zdalo mi sie, ze mnie szczeg'olniej uragal,

Ze mnie poznal i ku mnie reke tak wyciagal,

Szydzac i grozac Chwytam karabin Moskala,

Ledwiem przylozyl, prawie nie mierzyl wypala!

Wiesz!

Przekleta bro'n ognista! Kto mieczem zabija,

Musi sklada'c sie, natrze'c, odbija, wywija,

Moze rozbroi'c wroga, miecz wp'ol drogi wstrzyma'c;

Ale ta bro'n ognista dosy'c zamek ima'c,

Chwila, jedna iskierka

Czyz uciekalem, kiedy's mierzyl do mnie z g'ory?

Utkwilem oczy we dwie twojej broni rury;

Rozpacz jaka's, zal dziwny do ziemi mnie przybil!

Czemuz? ach m'oj Gerwazy, czemu's wtenczas chybil?

Laske by's zrobil! Wida'c, za pokute grzechu

Trzeba bylo

Tu znowu braklo mu oddechu.

B'og widzi rzecze Klucznik szczerze trafi'c chcialem!

Ilez ty krwi wylale's twoim jednym strzalem,

Ilez klesk spadlo na nas i na twa rodzine,

A wszystko to przez wasza, panie Jacku, wine!

A wszakze, gdy dzi's jegry Hrabie na cel wzieli,

Ostatniego z Horeszk'ow chociaz po kadzieli,

Ty's go zaslonil, i gdy Moskal do mnie palil,

Ty's mnie rzucil o ziemie: tak nas dw'och ocalil.

Je'sli prawda, ze jeste's ksiedzem zakonnikiem,

Juzci sukienka broni cie przed Scyzorykiem.

Bad'z zdr'ow, wiecej na waszym nie postane progu

Z nami kwita, zostawmy reszte Panu Bogu.

Jacek reke wyciagnal, cofnal sie Gerwazy,

Nie moge rzekl bez mego szlachectwa obrazy

Dotyka'c reke, takim morderstwem skrwawiona

Z prywatnej zemsty, nie za'spro publico bono!

Ale Jacek z poduszek na loze upadlszy,

Zwr'ocil sie ku Sedziemu, a byl coraz bladszy,

I niespokojnie pytal o ksiedza plebana,

I wolal na Klucznika: Zaklinam wa'cpana

Aby's zostal. Wnet sko'ncze. Ledwie mam do's'c mocy

Zako'nczy'c Panie Klucznik, ja umre tej nocy!

Co bracie? krzyknal Sedzia widzialem, wszak rana

Niewielka, co ty m'owisz? po ksiedza plebana?

Moze 'zle opatrzono zaraz po doktora,

W apteczce jest Ksiadz przerwal: Bracie, juz nie pora!

Mialem tam strzal dawniejszy, dostalem pod Jena,

'Zle zgojony, a teraz dra'sniono: gangrena

Juz tu Znam sie na ranach, patrz, jaka krew czarna,

Jak sadza. Co tu doktor? Ale to rzecz marna.

Raz umieramy: jutro czy dzi's odda'c dusze

Panie Klucznik, przebaczysz mnie, ja sko'nczy'c musze!

Jest w tym zasluga nie chcie'c zosta'c winowajca

Narodowym, cho'c nar'od okrzyczy cie zdrajca!

Zwlaszcza, w kim taka, jaka byla we mnie duma!

Imie zdrajcy przylgnelo do mnie jako dzuma.

Odwracali ode mnie twarz obywatele,

Uciekali ode mnie dawni przyjaciele;

Kto byl lekliwy, z dala wital sie i stronil:

Nawet lada chlop, lada Zyd, cho'c sie poklonil,

To mie zboku szyderskim przebijal u'smiechem.

Wyraz zdrajca brzmial w uszach, odbijal sie echem

W domu, w polu. Ten wyraz od rana do zmroku

Wil sie przede mna, jako plama w chorym oku.

Przeciez nie bylem zdrajca kraju.

Moskwa mnie uwazala gwaltem za stronnika.

Dano Soplicom znaczna cze's'c d'obr nieboszczyka;

Targowiczanie potem chcieli mnie zaszczyci'c[527]

Urzedem. Gdybym wtenczas chcial sie przemoskwici'c!

Szatan radzil Juz bylem mozny i bogaty;

Gdybym zostal Moskalem, najpierwsze magnaty

Szukalyby mych wzgled'ow; nawet szlachta braty,

Nawet gmin, kt'ory swoim tak lacnie uwlacza,

Tym kt'orzy Moskwie sluza, szcze'sliwszym, przebacza!

Wiedzialem to, a przeciez nie moglem.

Ucieklem z kraju !

Gdziem nie byl! com nie cierpial!

Az B'og raczyl lekarstwo jedyne objawi'c:

Poprawi'c sie potrzeba bylo i naprawi'c

Ile mozno'sci to

C'orka Stolnika ze swym mezem wojewoda,

Gdzie's w Sybir wywieziona, tam umarla mlodo;

Zostawila te w kraju c'orke, mala Zosie;

Kazalem ja hodowa'c

Bardziej ni'zli z milo'sci, moze z glupiej pychy,

Zabilem; wiec pokora wszedlem miedzy mnichy.

Ja, niegdy's dumny z rodu, ja, com byl junakiem,

Spu'scilem glowe, kwestarz, zwalem sie Robakiem,

Ze jako robak w prochu

Zly przyklad dla ojczyzny, zachete do zdrady

Trzeba bylo okupi'c dobrymi przyklady,

Krwia, po'swieceniem sie

Bilem sie za kraj; gdzie? jak? zmilcze; nie dla chwaly

Ziemskiej bieglem tylekro'c na miecze, na strzaly.

Milej sobie wspominam nie dziela waleczne

I glo'sne, ale czyny ciche, uzyteczne,

I cierpienia, kt'orych nikt

Udalo mi sie nieraz do kraju przedziera'c,

Rozkazy wodz'ow nosi'c, wiadomo'sci zbiera'c,

Uklada'c zmowy znaja i Galicyjanie

Ten kaptur mnisi znaja i Wielkopolanie!

Pracowalem przy taczkach rok w pruskiej fortecy;

Trzy razy Moskwa kijmi zranila me plecy,

Raz juz wiedli na Sybir; potem Austryjacy,

W Szpilbergu zakopali mnie w lochach do pracy,

Wcarcer durum a Pan B'og wybawil mnie cudem,

I pozwolil umiera'c miedzy swoim ludem

Z sakramentami

Moze i teraz, kto wie? mozem znowu zgrzeszyl!

Mozem nad rozkaz wodz'ow powstanie przy'spieszyl!

Ta my'sl, ze dom Soplic'ow pierwszy sie uzbroi,

Ze pierwsza Pogo'n[528]w Litwie zatkna krewni moi!

Ta my'sl zdaje sie czysta

Chciale's zemsty? masz! Bo's ty byl narzedziem kary

Bozej, twoim B'og mieczem rozcial me zamiary:

Ty's watek spisku tyle lat snowany splatal!

Cel wielki, kt'ory cale zycie me zaprzatal,

Ostatnie moje ziemskie uczucie na 'swiecie,

Kt'orem tulil, hodowal jak najmilsze dziecie,

Ty's zabil w oczach ojca a jam ci przebaczyl!

Ty!

Oby tylko r'ownie B'og przebaczy'c raczyl!

Przerwal Klucznik jezeli masz przyja'c wijatyk,

Ksieze Jacku: to'c ja nie luter, nie syzmatyk!

Kto umierajacego smuci, wiem, ze grzeszy.

Powiem tobie co's, pewnie to ciebie pocieszy.

Kiedy nieboszczyk Pan m'oj upadal zraniony,

A ja kleczac nad jego piersia pochylony

I miecz maczajac w rane, zemste zaprzysiagnal,

Pan glowe wstrzasnal, reke ku bramie wyciagnal

W strone, gdzie stale's, i krzyz w powietrzu naznaczyl;

M'owi'c nie m'ogl, lecz dal znak, ze zb'ojcy przebaczyl.

Ja tez pojalem: ale tak sie z gniewu w'scieklem,

Ze o tym krzyzu nigdy i slowa nie rzeklem.

Tu rozmowe przerwaly chorego cierpienia,

I nastapila dluga godzina milczenia.

Oczekuja plebana. Podkowy zagrzmialy,

Zastukal do komnaty arendarz zdyszaly:

List ma wazny, samemu Jackowi pokaze.

Jacek bratu oddaje, glo'sno czyta'c kaze.

List od Fiszera, kt'ory byl natenczas szefem

Sztabu armii polskiej pod Ksieciem J'ozefem.

Donosi, ze w cesarskim tajnym gabinecie

Stanela wojna; cesarz juz po calym 'swiecie

Oglasza ja, sejm walny w Warszawie zwolany,

I skonfederowane mazowieckie stany

Wyrzekna uroczy'scie przylaczenie Litwy.

Jacek, sluchajac, cicho odm'owil modlitwy;

Przycisnawszy do piersi 'swiecona gromnice,

Podni'osl w niebo zatlone nadzieja 'zrenice,

I zalal sie ostatnich lez rozkosznych zdrojem:

Teraz rzekl, Panie, sluge twego pu's'c z pokojem!

Wszyscy uklekli; a wtem ozwal sie pod progiem

Dzwonek: znak, ze przyjechal pleban z Panem Bogiem.

Wla'snie juz noc schodzila i przez niebo mleczne,

R'ozowe, biega pierwsze promyki sloneczne.

Wpadly przez szyby jako strzaly brylantowe,

Odbily sie na lozu o chorego glowe

I ubraly mu zlotem oblicze i skronie,

Ze blyszczal jako 'swiety w ognistej koronie.


Bitwa | Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie | Rok 1812