home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Zamek

Polowanie z chartami na upatrzonego Go's'c w zamku Ostatni z dworzan opowiada historie ostatniego z Horeszk'ow Rzut oka w sad Dziewczyna w og'orkach 'Sniadanie Pani Telimeny anegdota petersburska Nowy wybuch spor'ow o Kusego i Sokola Interwencja Robaka Rzecz Wojskiego Zaklad Dalej w grzyby!

Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, mlode pachole,

Ze strzelba na ramieniu 'swiszczac szedl na pole,

Gdzie zaden wal, plot zaden nogi nie utrudza,

Gdzie, przestepujac miedze, nie poznasz, ze cudza!

Bo na Litwie my'sliwiec jak okret na morzu,

Gdzie chcesz, jaka chcesz droga, buja po przestworzu:

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obloku

Wiele jest znak'ow widnych strzeleckiemu oku;

Czy jak czarownik gada z ziemia, kt'ora, glucha

Dla mieszczan, mn'ostwem glos'ow szepce mu do ucha.

Tam derkacz wrzasnal z laki, szuka'c go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwal sie nad glowa ranny wiosny dzwonek,

R'owniez gleboko w niebie schowany skowronek;

'Owdzie orzel szerokim skrzydlem przez obszary

Zaszumial, straszac wr'oble, jak kometa cary;

Za's jastrzab, pod jasnymi wiszacy blekity,

Trzepie skrzydlem jak motyl na szpilce przybity,

Az ujrzawszy w'sr'od laki ptaka lub zajaca,

Runie na'n z g'ory jako gwiazda spadajaca.

Kiedyz nam Pan B'og wr'oci'c z wedr'owki dozwoli,

I znowu dom zamieszka'c na ojczystej roli,

I sluzy'c w je'zdzie, kt'ora wojuje szaraki,

Albo w piechocie, kt'ora nosi bro'n na ptaki,

Nie zna'c innych pr'ocz kosy i sierpa rynsztunk'ow[100],

I innych gazet, opr'ocz domowych rachunk'ow!

Nad Soplicowem slo'nce weszlo i juz padlo

Na strzechy i przez szpary w stodole sie wkradlo;

I po ciemnozielonym, 'swiezym, wonnym sianie,

Z kt'orego mlodziez sobie zrobila poslanie,

Rozplywaly sie zlote, migajace pregi

Z otworu czarnej strzechy jak z warkocza wstegi;

I slo'nce usta sennych promykiem poranka

Drazni jak dziewcze klosem budzace kochanka.

Juz wr'oble skaczac, 'swierka'c[101]zaczely pod strzecha;

Juz trzykro'c gegnal gasior, a za nim jak echo

Odezwaly sie ch'orem kaczki i indyki

I slycha'c bydla w pole idacego ryki.

Wstala mlodziez. Tadeusz jeszcze senny lezy;

Bo tez najp'o'zniej zasnal. Z wczorajszej wieczerzy

Wr'ocil tak niespokojny, ze o kur'ow pianiu

Jeszcze oczu nie zmruzyl, a na swym poslaniu

Tak krecil sie, ze w siano jak w wode utonal,

I spal twardo, az zimny wiatr w oczy mu wional,

Gdy skrzypiace stodoly drzwi otwarto z trzaskiem,

I bernardyn, ksiadz Robak, wszedl z wezlastym paskiem,

Surge puer[102]! wolajac i ponad barkami

Rubasznie wywijajac pasek z og'orkami[103].

Juz na dziedzi'ncu slycha'c my'sliwskie okrzyki;

Wyprowadzaja konie, zajezdzaja bryki,

Ledwie dziedziniec taka gromade ogarnie,

Odezwaly sie traby, otworzono psiarnie;

Zgraja chart'ow, wypadlszy, wesolo skowycze[104];

Widzac rumaki szczwacz'ow[105], dojezdzacz'ow[106]smycze,

Psy jak szalone cwalem 'smigaja po dworze,

Potem biegna i klada szyje na obroze:

Wszystko to bardzo dobre polowanie wr'ozy;

Nareszcie Podkomorzy dal rozkaz podr'ozy.

Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuz za drugim;

Ale za brama rzedem rozbiegli sie dlugim.

W 'srodku jechali obok Asesor z Rejentem;

A cho'c na siebie czasem patrzyli ze wstretem,

Rozmawiali przyja'znie, jak ludzie honoru

Idac na rozstrzygnienie 'smiertelnego sporu:

Nikt ze sl'ow zawzieto'sci ich pozna'c nie zdola;

Pan Rejent wi'odl Kusego, Asesor Sokola.

Z tylu damy w pojazdach; mlodzie'ncy, stronami

Cwalujac tuz przy kolach, gadali z damami.

Ksiadz Robak po dziedzi'ncu wolnym chodzil krokiem

Ko'nczac ranne pacierze; ale rzucal okiem

Na pana Tadeusza, marszczyl sie, u'smiechal,

Wreszcie kiwnal na'n palcem, Tadeusz podjechal;

Robak palcem po nosie dawal mu znak gro'zby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i pro'sby,

Azeby mu wyra'znie, co chce, wytlumaczyl,

Bernardyn odpowiedzie'c ni spojrze'c nie raczyl;

Kaptur tylko nasunal i pacierz sw'oj ko'nczyl,

Wiec Tadeusz odjechal i z go's'cmi sie zlaczyl.

Wla'snie wtenczas[107] my'sliwi smycze zatrzymali,

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu reka dawal znak milczenia,

A wszyscy obr'ocili oczy do kamienia,

Nad kt'orym stal pan Sedzia. On zwierza obaczyl

I rak skinieniem swoje rozkazy tlumaczyl.

Pojeli wszyscy: stoja, a 'srodkiem po roli

Asesor i pan Rejent klusuja powoli.

Tadeusz, bedac blizszy, obydwu wyprzedzil,

Stanal obok Sedziego i oczyma 'sledzil.

Dawno juz nie byl w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrze'c szaraka, zwlaszcza 'sr'od kamieni.

Pokazal mu pan Sedzia; siedzial biedny zajac,

Plaszczac sie pod kamieniem, uszy nadstawiajac,

Okiem czerwonym spotkal my'sliwc'ow wejrzenie

I jakby urzeczony, czujac przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie m'ogl zwr'oci'c oka,

I pod opoka[108]siedzial martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli ro'snie coraz bliz'ej;

Pedzi na smyczy Kusy, za nim Sok'ol chyzy[109],

Tuz Asesor z Rejentem razem wrza'sli z tylu:

Wyczha[110], wyczha! i z psami znikli w klebach pylu.

Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazal sie pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, ze ten pan nie moze

Nigdy nigdzie stawi'c sie w naznaczonej porze.

I dzi's zaspal poranek; wiec na slugi zrzedzil,

Widzac my'sliwc'ow w polu cwalem do nich pedzil.

Surdut sw'oj angielskiego kroju, bialy, dlugi,

Polami na wiatr pu'scil; z tylu konno slugi,

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, l'sniacych, malych,

W kurtkach, w butach stryflastych[111], w pantalonach[112]bialych:

Slugi, kt'ore pan Hrabia tym ksztaltem odzieje,

Nazywaja sie w jego palacu dzokeje[113].

Cwalujaca czereda zleciala na blonia,

Gdy Hrabia ujrzal zamek i zatrzymal konia.

Pierwszy raz widzial zamek z rana i nie wierzyl,

Ze to byly tez same mury; tak od'swiezyl

I upieknil poranek zarysy budowy:

Zadziwil sie pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieza zdala sie dwakro'c wyzsza, bo sterczaca

Nad mgla ranna; dach z blachy zlocil sie od slo'nca,

Pod nim blyszczala w kratach reszta szyb wybitych,

Lamiac promienie wschodu w teczach rozmaitych;

Nizsze pietra oblala tumanu powloka,

Rozpadliny i szczerby zakryla od oka;

Krzyk dalekich my'sliwc'ow wiatrami przygnany,

Odbijal sie kilkakro'c o zamkowe 'sciany:

Przysiaglby's, ze krzyk z zamku, ze pod mgly zaslona

Mury odbudowano i zn'ow zaludniono.

Hrabia lubil widoki niezwykle i nowe,

Zwal je romansowymi; mawial, ze ma glowe

Romansowa: w istocie byl wielkim dziwakiem.

Nieraz, pedzac za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawal i w niebo pogladal zalo'snie,

Jak kot, gdy ujrzy wr'oble na wysokiej so'snie;

Czesto bez psa, bez strzelby, blakal sie po gaju

Jak rekrut zbiegly; czesto siadal przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy glowe nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcaca pozrze'c[114]okiem:

Takie byly Hrabiego dziwne obyczaje.

Wszyscy m'owili, ze mu czego's nie dostaje;

Szanowano go przeciez, bo pan z prapradziad'ow,

Bogacz, dobry dla chlop'ow, ludzki dla sasiad'ow,

Nawet dla Zyd'ow.

Hrabski ko'n, zwr'ocony z drogi,

Prosto klusowal polem az pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychal, pogladal na mury,

Wyjal papier, ol'owek i kre'slil figury.

Wtem, spojrzawszy w bok ujrzal o dwadzie'scia krok'ow

Czlowieka, kt'ory, r'ownie milo'snik widok'ow,

Z glowa zadarta, rece wlozywszy w kieszenie,

Zdawalo sie, ze liczyl oczyma kamienie.

Poznal go zaraz, ale musial kilka razy

Krzykna'c, nim glos Hrabiego uslyszal Gerwazy.

Szlachcic to byl, sluzacy dawnych zamku pan'ow,

Pozostaly ostatni z Horeszki dworzan'ow;

Starzec wysoki, siwy, twarz mial czerstwa, zdrowa,

Zmarszczkami poorana, posepna, surowa.

Dawniej pomiedzy szlachta z wesolo'sci slynal;

Ale od bitwy, w kt'orej dziedzic zamku zginal,

Gerwazy sie odmienil i juz od lat wielu

Ani byl na kiermaszu, ani na weselu;

Odtad jego dowcipnych zart'ow nie slyszano,

I u'smiechu na jego twarzy nie widziano.

Zawsze nosil Horeszk'ow liberyja[115]dawna;

Kurte z polami z'olta, galonem oprawna,

Kt'ory dzi's z'olty, dawniej zapewne byl zloty,

Wkolo szyte jedwabiem herbowe klejnoty[116],

P'olkozice: i stad tez cala okolica

P'olkozicem przezwala starego szlachcica.

Czasem tez od przyslowia, kt'ore bez ustanku

Powtarzal, nazywano go takze Mopanku;

Czasem Szczerbcem, ze cala lysine mial w szczerbach;

Lecz on zwal sie Rebajlo, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem[117]siebie tytulowal,

Iz ten urzad na zamku przed laty piastowal.

I dotad nosil wielki pek kluczy za pasem,

Uwiazany na ta'smie ze srebrnym kutasem[118],

Cho'c nie mial co otwiera'c, bo zamku podwoje

Staly otworem. Przeciez, wynalazl drzwi dwoje;

Sam je wlasnym nakladem naprawil i wstawil,

I drzwi tych odmykaniem codziennie sie bawil.

W jednej z izb pustych, obral mieszkanie dla siebie;

Mogac zy'c u Hrabiego na laskawym chlebie,

Nie chcial, bo wszedzie tesknil i czul sie niezdrowym,

Jezeli nie oddychal powietrzem zamkowym.

Skoro ujrzal Hrabiego, czapke z glowy schwycil,

I krewnego swych pan'ow uklonem zaszczycil,

Chylac lysine wielka, 'swiecaca z daleka,

I nacieta od licznych kord'ow jak nasieka[119];

Gladzil ja reka, podszedl, i jeszcze raz nisko

Skloniwszy sie, rzekl smutnie: Mopanku, panisko,

Daruj mnie, ze tak m'owie, ja'snie grafie[120]panie,

To jest m'oj zwyczaj, nie za's nieuszanowanie:

mopanku powiadali wszyscy Horeszkowie,

Ostatni Stolnik, pan m'oj, mial takie przyslowie

Czyz to prawda, mopanku, ze pan grosza skapisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustapisz?

Nie wierzylem, lecz w calym powiecie tak slycha'c.

Tu, pogladajac w zamek, nie przestawal wzdycha'c.

C'oz dziwnego rzekl Hrabia koszt wielki, a nuda

Jeszcze wieksza; chce sko'nczy'c, lecz szlachcic maruda

Upiera sie; przewidzial, ze mie znudzi'c moze:

Dluzej tez nie wytrzymam i dzisiaj bro'n zloze,

Przyjme warunki zgody, jakie mi sad poda

Zgody? krzyknal Gerwazy z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, mopanku? To m'owiac wykrzywil

Usta, jakby nad wlasna mowa sie zadziwil.

Zgoda i Soplicowie! Mopanku, panisko,

Pan zartuje, co? Zamek, Horeszk'ow siedlisko,

Ma p'oj's'c w rece Soplic'ow? Niech pan tylko raczy

Zsia's'c z konia. P'ojd'zmy w zamek. Niech no pan obaczy.

Pan sam nie wie, co robi. Niech sie pan nie wzbrania,

Zsiadaj pan i przytrzymal strzemie do zsiadania.

Weszli w zamek; Gerwazy stanal w progu sieni:

Tu rzekl dawni panowie dworem otoczeni,

Czesto siadali w krzeslach w poobiedniej porze.

Pan godzil spory wlo'scian lub w dobrym humorze

Go'sciom r'ozne ciekawe historyje prawil,

Albo ich powie'sciami i zarty sie bawil,

A mlodziez na dziedzi'ncu bila sie w palcaty[121],

Lub ujezdzala pa'nskie tureckie bachmaty[122].

Weszli w sie'n. Rzekl Gerwazy: W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz pan tyle kamieni,

Ile tu peklo beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciagnela kufy[123]z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pa'nskie, lub na lowy.

Podczas uczty na chorze[124]tym kapela stala,

I w organ[125], i w rozliczne instrumenty grala[126];

A gdy wnoszono zdrowie, traby jak w dniu sadnym

Grzmialy z choru; wiwaty szly ciagiem porzadnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie Kr'ola Jegomo'sci,

Potem prymasa, potem Kr'olowej Jejmo'sci,

Potem szlachty i calej Rzeczypospolitej,

A na koniec po piatej szklanicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy sie. Wiwat bez przestanku,

Kt'ory dniem okrzykniony, brzmial az do poranku;

A juz gotowe staly cugi[127]i podwody,

Aby kazdego odwie'z'c do jego gospody.

Przeszli juz kilka komnat. Gerwazy w milczeniu,

Tu wzrok na 'scianie wstrzymal, 'owdzie na sklepieniu,

Przywolujac pamiatke tu smutna, tam mila;

Czasem, jakby chcial m'owi'c: Wszystko sie sko'nczylo,

Kiwnal zalo'snie glowa; czasem machnal reka:

Wida'c, ze mu wspomnienie samo bylo meka,

I ze je chcial odpedzi'c. Az sie zatrzymali

Na g'orze, w wielkiej, niegdy's zwierciadlanej sali.

Dzi's wydartych zwierciadel staly puste ramy,

Okna bez szyb, z kruzgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedlszy, starzec glowe zadumana sklonil

I twarz zakryl rekami; a gdy ja odslonil,

Miala wyraz zalo'sci wielkiej i rozpaczy.

Hrabia, chociaz nie wiedzial, co to wszystko znaczy,

Pogladajac w twarz starca czul jakie's wzruszenie,

Reke mu 'scisnal; chwile trwalo to milczenie,

Przerwal je starzec, trzesac wzniesiona prawica:

Nie masz zgody, mopanku, pomiedzy Soplica

I krwia Horeszk'ow; w panu krew Horeszk'ow plynie,

Jeste's krewnym Stolnika, po matce lowczynie,

Kt'ora sie rodzi z drugiej c'orki kasztelana,

Kt'ory byl, jak wiadomo, wujem mego pana.

Sluchaj pan historyi swej wlasnej rodzinnej,

Kt'ora sie stala wla'snie w tej izbie, nie innej.

Nieboszczyk pan m'oj, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familiant[128], mial jedyne dziecie,

C'orke piekna jak aniol; wiec sie zalecalo

Stolnik'ownie i szlachty, i paniat niemalo.

Miedzy szlachta byl jeden wielki paliwoda[129],

Kl'otnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda

Przez zart; w istocie wiele znaczyl w wojew'odztwie,

Bo rodzine Soplic'ow mial jakby w dow'odztwie,

I trzystu ich kreskami rzadzil wedle woli,

Cho'c sam nic nie posiadal pr'ocz kawalka roli,

Szabli i wielkich was'ow od ucha do ucha.

Owoz pan Stolnik nieraz wzywal tego zucha,

I ugaszczal w palacu, zwlaszcza w czas sejmik'ow,

Popularny dla jego krewnych i stronnik'ow.

Wasal tak wzbil sie w dume laskawym przyjeciem,

Ze mu sie uroilo zosta'c pa'nskim zieciem.

Do zamku nieproszony coraz cze'sciej je'zdzil,

W ko'ncu u nas jak w swoim domu sie zagnie'zdzil.

I juz mial sie o'swiadcza'c: lecz pomiarkowano,

I czarna mu polewke[130]do stolu podano.

Podobno Stolnik'ownie wpadl Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taila gleboko.

Bylo to za Ko'sciuszki czas'ow; pan popieral

Prawo trzeciego maja i juz szlachte zbieral,

Aby konfederatom ciagna'c ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasala w nocy.

Ledwie byl czas z mo'zdzierza na trwoge wypali'c,

Podwoje dolne zamkna'c i ryglem zawali'c.

W zamku calym byl tylko: pan Stolnik, ja, pani,

Kuchmistrz i dw'och kuchcik'ow, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie 'smiali.

Wiec za strzelby, do okien. Az tu tlum Moskali,

Krzyczac: Ura!, od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesieciu palneli A zasie.

Nic tam nie bylo wida'c; sludzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pieter, a ja i pan z ganku.

Wszystko szlo pieknym ladem, cho'c w tak wielkiej trwodze:

Dwadzie'scia strzelb lezalo tu na tej podlodze;

Wystrzelili'smy jedna, podawano druga.

Ksiadz proboszcz zatrudnial sie czynnie ta usluga,

I pani, i panienka, i nadworne panny:

Trzech bylo strzelc'ow, a szedl ogie'n nieustanny.

Grad kul sypaly z dolu moskiewskie piechury;

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z g'ory.

Trzy razy az pode drzwi to chlopstwo sie wparlo,

Ale za kazdym razem trzech nogi zadarlo,

Wiec uciekli pod lamus[131]; a juz byl poranek.

Pan Stolnik wes'ol wyszedl ze strzelba na ganek,

I skoro spod lamusa Moskal leb wychylil,

On dawal zaraz ognia, a nigdy nie mylil;

Za kazdym razem czarny kaszkiet w trawe padal

I juz sie rzadko kt'ory zza 'sciany wykradal.

Stolnik, widzac strwozone swe nieprzyjaciele,

My'slil zrobi'c wycieczke, porwal karabele[132]

I z ganku krzyczac slugom wydawal rozkazy;

Obr'ociwszy sie do mnie, rzekl: Za mna Gerwazy!

Wtem strzelono spod bramy Stolnik sie zajaknal,

Zaczerwienil sie, zbladnal, chcial m'owi'c, krwia chrzaknal:

Postrzeglem wtenczas kule, wpadla w piersi same.

Pan slaniajac sie, palcem ukazal na brame:

Poznalem tego lotra Soplice! poznalem!

Po wzro'scie i po wasach! Jego to postrzalem

Zginal Stolnik, widzialem! Lotr jeszcze do g'ory

Wzniesiona trzymal strzelbe, jeszcze dym szedl z rury!

Wzialem go na cel; zb'ojca stal jak skamienialy!

Dwa razy dalem ognia, i oba wystrzaly

Chybily: czym ze zlo'sci, czy z zalu 'zle mierzyl

Uslyszalem wrzask kobiet, spojrzalem pan nie zyl.

Tu Gerwazy umilknal i lzami sie zalal,

Potem rzekl ko'nczac: Moskal juz wrota wywalal:

Bo po 'smierci Stolnika stalem bezprzytomnie,

I nie widzialem, co sie dzialo wokolo mnie.

Szcze'sciem, na odsiecz przyszedl nam Parafianowicz,

Przywi'odlszy Mickiewicz'ow dwiestu[133]z Horbatowicz,

Kt'orzy sa szlachta liczna i dzielna, czlek w czleka,

A nienawidza rodu Soplic'ow od wieka.

Tak zginal pan potezny, pobozny i prawy,

Kt'ory mial w domu krzesla, wstegi i bulawy,

Ojciec wlo'scian, brat szlachty; i nie mial po sobie

Syna, kt'ory by zemste poprzysiagl na grobie!

Ale mial slugi wierne. Ja w krew jego rany

Obmoczylem m'oj rapier Scyzorykiem zwany

(Zapewne pan o moim slyszal Scyzoryku,

Slawnym na kazdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiaglem wyszczerbi'c go na Soplic'ow karkach,

'Scigalem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach.

Dw'och zarabalem w kl'otni, dw'och na pojedynku;

Jednego podpalilem w drewnianym budynku,

Kiedy'smy zajezdzali z Rymsza Korelicze:

Upiekl sie tam jak piskorz; a tych nie policze,

Kt'orym uszy obcialem. Jeden tylko zostal,

Kt'ory dotad ode mnie pamiatki nie dostal:

Rodzoniutki braciszek owego wasala!

Zyje dotad i z swoich bogactw sie przechwala,

Zamku Horeszk'ow tyka swych kopc'ow krawedzia,

Szanowany w powiecie, ma urzad, jest Sedzia!

I pan mu zamek oddasz? Niecne jego nogi

Maja krew pana mego zetrze'c z tej podlogi?

O nie! P'oki Gerwazy ma cho'c za grosz duszy,

I tyle sil, ze jednym malym palcem ruszy

Scyzoryk sw'oj wiszacy dotychczas na 'scianie,

P'oty Soplica tego zamku nie dostanie!

O! krzyknal Hrabia, rece podnoszac do g'ory

Dobre mialem przeczucie, zem lubil te mury!

Cho'c nie wiedzialem, ze w nich taki skarb sie mie'sci,

Tyle scen dramatycznych i tyle powie'sci!

Skoro zamek mych przodk'ow Soplicom zagrabie,

Ciebie osadze w murach jak mego burgrabie[134].

Twoja powie's'c, Gerwazy, zajela mie mocno.

Szkoda, ze's mie nie przywi'odl tu w godzine nocna;

Udrapowany plaszczem, siadlbym na ruinach,

A ty by's mi o krwawych rozpowiadal czynach.

Szkoda, ze masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie slyszalem i czytam podania;

W Anglii[135]i w Szkocyi kazdy zamek lord'ow,

W Niemczech kazdy dw'or graf'ow byl teatrem mord'ow.

W kazdej dawnej, szlachetnej, poteznej rodzinie

Jest wie's'c o jakim's krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po kt'orym zemsta splywa na dziedzic'ow w spadku:

W Polsce pierwszy raz slysze o takim wypadku.

Czuje, ze we mnie meznych krew Horeszk'ow plynie!

Wiem, co winienem slawie i mojej rodzinie.

Tak, musze zerwa'c wszelkie z Soplica uklady,

Cho'cby do pistolet'ow przyszlo lub do szpady!

Honor kaze. Rzekl, ruszyl uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedl z tylu w milczeniu glebokiem.

Przed brama stanal Hrabia, sam do siebie gadal,

Pogladajac na zamek predko na ko'n wsiadal,

Tak samotna rozmowe ko'nczac roztargniony:

Szkoda, ze ten Soplica stary nie ma zony

Lub c'orki pieknej, kt'orej ub'ostwialbym wdzieki!

Kochajac i nie mogac otrzyma'c jej reki,

Nowa by sie w powie'sci zrobila zawilo's'c:

Tu serce, tam powinno's'c tu zemsta, tam milo's'c!

Tak szepcac spial ostrogi; ko'n lecial do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjezdzali z boru.

Hrabia lubil my'slistwo, ledwie strzelc'ow zoczyl[136],

Zapomniawszy o wszystkim, prosto ku nim skoczyl,

Mijajac brame, ogr'od, ploty: gdy w zawrocie

Obejrzal sie, i konia zatrzymal przy plocie.

Byl sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzedy,

Ocienialy szerokie pole; spodem grzedy.

Tu kapusta, sedziwe schylajac lysiny,

Siedzi i zda sie duma'c o losach jarzyny;

Tam, placzac stronki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukly b'ob obraca na nia tysiac oczu;

Owdzie podnosi zlota kite kukuruza[137];

Gdzieniegdzie otylego wida'c brzuch harbuza[138],

Kt'ory od swej lodygi az w daleka strone,

Wtoczyl sie jak go's'c miedzy buraki czerwone.

Grzedy rozciete miedza; na kazdym przykopie[139]

Stoja jakby na strazy w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn; ciche, proste i zielone,

Ich li'scie i wo'n sluza grzedom za obrone,

Bo przez ich li'scie nie 'smie przecisna'c sie zmija,

A ich wo'n gasienice i owad zabija.

Dalej mak'ow bialawe g'oruja badyle;

Na nich, my'slisz, iz rojem usiadly motyle

Trzepiotac skrzydelkami, na kt'orych sie mieni

Z rozmaito'scia teczy blask drogich kamieni:

Tyla farb zywych, r'oznych, mak 'zrenice mami.

W 'srodku kwiat'ow, jak pelnia pomiedzy gwiazdami,

Kragly slonecznik licem wielkim, gorejacem,

Od wschodu do zachodu kreci sie za slo'ncem.

Pod plotem waskie, dlugie, wypukle pag'orki,

Bez drzew, krzew'ow i kwiat'ow: ogr'od na og'orki.

Pieknie wyrosly; li'sciem wielkim, rozlozystym,

Okryly grzedy jakby kobiercem faldzistym.

Po'srodku szla dziewczyna w bielizne[140]ubrana,

W majowej zielono'sci tonac po kolana;

Z grzed znizajac sie w bruzdy, zdala sie nie stapa'c,

Ale plywa'c po li'sciach, w ich barwie sie kapa'c.

Slomianym kapeluszem oslonila glowe,

Od skroni powiewaly dwie wstazki r'ozowe

I kilka pukl'ow 'swiatlych, rozwitych warkoczy;

Na reku miala koszyk, w d'ol spu'scila oczy,

Prawa reke podniosla niby do chwytania,

Jako dziewcze, gdy rybki w kapieli ugania

Bawiace sie z jej n'ozka, tak ona co chwila

Z rekami i koszykiem po owoc sie schyla,

Kt'ory stopa nadtraci lub dostrzeze okiem.

Pan Hrabia zachwycony tak cudnym widokiem

Stal cicho. Slyszac tetent towarzysz'ow w dali,

Reka dal znak, azeby wstrzyma'c konie; stali.

On patrzyl z wyciagnieta szyja, jak dziobaty

Zuraw z dala od stada gdy odprawia czaty,

Stojac na jednej nodze, z czujnymi oczyma,

I by nie zasna'c, kamie'n w drugiej nodze trzyma.

Zbudzil Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Byl to bernardyn, kwestarz Robak, a mial w dloni

Podniesione do g'ory wezlowate sznurki:

Og'ork'ow chcesz Wa's'c krzyknal oto masz og'orki!

Wara, panie, od szkody; na tutejszej grzedzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie bedzie.

Potem palcem pogrozil, kaptura poprawil,

I odszedl. Hrabia jeszcze chwile w miejscu bawil,

'Smiejac sie i klnac razem tej naglej przeszkodzie.

Okiem powr'ocil w ogr'od, ale juz w ogrodzie

Nie bylo jej; mignela tylko 'sr'od okienka

Jej r'ozowa wstazeczka i biala sukienka.

Wida'c na grzedach, jaka przeleciala droga,

Bo li's'c zielony, w biegu potracony noga,

Podnosil sie, drzal chwile, az sie uspokoil,

Jak woda, kt'ora ptaszek skrzydlami rozkroil.

A na miejscu, gdzie stala, tylko porzucony

Koszyk maly z rokity[141], denkiem wywr'ocony,

Pogubiwszy owoce na li'sciach zawisal,

I w'sr'od fali zielonej jeszcze sie kolysal.

Po chwili wszedzie bylo samotnie i glucho.

Hrabia oczy w dom utkwil i natezyl ucho;

Zawsze dumal, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. Az w cichym i samotnym domie[142]

Wszczal sie naprz'od szmer, potem gwar i krzyk wesoly

Jak w ulu pustym, kiedy we'n wlatuja pszczoly.

Byl to znak, ze wracali go'scie z polowania,

I krzatala sie sluzba okolo 'sniadania.

Jakoz po wszystkich izbach panowal ruch wielki:

Roznoszono potrawy, sztu'cce i butelki.

Mezczy'zni tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami, chodzac po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach[143],

Rozprawiali o flintach[144], chartach i szarakach.

Podkomorstwo i Sedzia przy stole; a w katku

Panny szeptaly z soba. Nie bylo porzadku,

Jaki sie przy obiadach i wieczerzach chowa;

Byla to w staropolskim domu moda nowa:

Przy 'sniadaniach pan Sedzia, cho'c nierad, pozwalal

Na taki nieporzadek, lecz go nie pochwalal.

R'ozne tez byly dla dam i mezczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z cala sluzba kawy,

Tace ogromne, w kwiaty 'slicznie malowane,

Na nich kurzace wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej zlote filizanki;

Przy kazdej garnuszeczek maly do 'smietanki.

Takiej kawy, jak w Polszcze, nie ma w zadnym kraju:

W Polszcze, w domu porzadnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa sie kawiarka; ta sprowadza z miasta,

Lub z wicin[145]bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Kt'ory ma czarno's'c wegla, przejrzysto's'c bursztynu,

Zapach moki i gesto's'c miodowego plynu.

Wiadomo, czym dla kawy jest dobra 'smietana;

Na wsi nietrudno o nia: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko 'swiezy nabialu kwiat garnie

Do kazdej filizanki w osobny garnuszek,

Aby kazda z nich ubra'c w osobny kozuszek.

Panie starsze, juz wcze'sniej wstawszy, pily kawe;

Teraz druga dla siebie zrobily potrawe

Z goracego, 'smietana bielonego piwa,

W kt'orym twar'og gruzlami posiekany plywa.

Za's dla mezczyzn wedliny leza do wyboru:

P'olgeski[146]tluste, kumpie[147], skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwedzone w kominie dymem jalowcowym;

W ko'ncu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywalo w domu Sedziego 'sniadanie.

We dw'och izbach dwa r'ozne skupily sie grona:

Starszyzna przy stoliku malym zgromadzona

M'owila o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych coraz srozszych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krazace o wojnie pogloski

Ocenial i wyciagal polityczne wnioski.

Panna Wojska, wlozywszy okulary sine,

Zabawiala kabala[148]z kart Podkomorzyne.

W drugiej izbie toczyla mlodziez rzecz o lowach

W spokojniejszych i cichszych niz zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba m'owcy wielcy,

Pierwsi znawcy my'slistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni.

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwyciestwa swoich chart'ow: gdy po'sr'od r'owniny

Znalazl sie zagon chlopskiej niezzetej jarzyny.

Tam wpadl zajac; juz Kusy, juz go Sok'ol imal[149],

Gdy Sedzia dojezdzaczy na miedzy zatrzymal.

Musieli by'c posluszni, chociaz w wielkim gniewie;

Psy powr'ocily same i nikt pewnie nie wie,

Czy zwierz uszedl, czy wziety; nikt zgadna'c nie zdola,

Czy wpadl w paszcze Kusego, czyli tez Sokola,

Czyli obydwu razem: r'oznie sadza strony,

I sp'or na dalsze czasy trwal nierozstrzygniony[150].

Wojski stary od izby do izby przechodzil,

Po obu stronach oczy roztargnione wodzil,

Nie mieszal sie w my'sliwych ni w starc'ow rozmowe

I wida'c, ze czym innym zajeta mial glowe.

Nosil sk'orzana placke: czasem w miejscu stanie,

Duma dlugo i muche zabije na 'scianie.

Tadeusz z Telimena, pomiedzy izbami

Stojac we drzwiach na progu, rozmawiali sami.

Niewielki oddzielal ich od sluchacz'ow przedzial,

Wiec szeptali. Tadeusz teraz sie dowiedzial:

Ze ciocia Telimena jest bogata pani,

Ze nie sa kanonicznie z soba powiazani

Zbyt bliskim pokrewie'nstwem; i nawet niepewno[151],

Czy ciocia Telimena jest synowca krewna,

Cho'c ja stryj zowie siostra, bo wsp'olni rodzice

Tak ich kiedy's nazwali mimo lat r'oznice;

Ze potem ona zyjac w stolicy czas dlugi

Wyrzadzila niezmierne Sedziemu uslugi;

Stad ja Sedzia szanowal bardzo i przed 'swiatem

Lubil, moze z pr'ozno'sci, nazywa'c sie bratem,

Czego mu Telimena przez przyja'z'n nie wzbrania.

Ulzyly Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele tez innych rzeczy sobie o'swiadczyli;

A wszystko to sie stalo w jednej kr'otkiej chwili.

Ale w izbie na prawo, kuszac Asesora,

Rzekl Rejent mimojazdem[152]: Ja m'owilem wczora,

Ze polowanie nasze uda'c sie nie moze:

Jeszcze zbyt wcze'snie, jeszcze na pniu stoi zboze

I mn'ostwo sznur'ow chlopskiej niezzetej jarzyny:

Stad i Hrabia nie przybyl mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna sie,

Nieraz gadal o low'ow i miejscu, i czasie;

Hrabia chowal sie w obcych krajach od dzieci'nstwa

I powiada, ze to jest znakiem barbarzy'nstwa

Polowa'c, tak jak u nas, bez zadnego wzgledu

Na artykuly ustaw, przepisy urzedu,

Nie szanujac niczyich kopc'ow ani miedzy,

Je'zdzi'c po cudzym gruncie, bez dziedzica wiedzy,

Wiosna r'ownie jak latem zbiega'c pola, knieje,

Zabija'c nieraz lisa, wla'snie gdy linieje,

Albo cierpie'c, iz kotna[153]samice zajecza

Charty w runi uszczuja, a raczej zamecza,

Z wielka szkoda zwierzyny. Stad sie Hrabia zali,

Ze cywilizacyja wieksza u Moskali;

Bo tam o polowaniu sa ukazy cara

I doz'or policyi, i na winnych kara.

Telimena ku lewej izbie obr'ocona

Wachlujac batystowa chusteczka ramiona:

Jak mame kocham rzekla Hrabia sie nie myli.

Znam ja dobrze Rosyja. Pa'nstwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz m'owilam, jak tam z wielu wzgled'ow

Godna pochwaly czujno's'c i srogo's'c urzed'ow.

Bylam ja w Petersburku, nie raz, nie dwa razy!

Mile wspomnienia! wdzieczne przeszlo'sci obrazy!

Co za miasto! Nikt z pan'ow nie byl w Petersburku?

Chcecie moze plan widzie'c? Mam plan miasta w biurku.

Latem 'swiat petersburski zwykl mieszka'c na daczy,

To jest w palacach wiejskich (dacza wioske znaczy).

Mieszkalam w palacyku, tuz nad Newa rzeka,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umy'slnie sypanym pag'orku:

Ach, co to byl za domek! Plan mam dotad w biurku.

Ot'oz, na me nieszcze'scie, najal dom w sasiedztwie

Jaki's maly czynownik[154]siedzacy na 'sledztwie;

Trzymal kilkoro chart'ow[155]: co to za meczarnie,

Gdy blisko mieszka maly czynownik i psiarnie!

Ilekro'c z ksiazka wyszlam sobie do ogrodu,

Uzy'c ksiezyca blasku, wieczornego chlodu

Zaraz i pies przylecial, i krecil ogonem,

I strzygl uszami, wla'snie jakby byl szalonym.

Nieraz sie nalekalam. Serce mi wr'ozylo

Z tych ps'ow jakie's nieszcze'scie: tak sie tez zdarzylo.

Bo gdym szla do ogrodu pewnego poranka,

Chart u n'og mych zadlawil mojego kochanka

Bono'nczyka! Ach, byla to rozkoszna psina,

Mialam ja w podarunku od ksiecia Sukina

Na pamiatke; rozumna, zywa jak wiewi'orka:

Mam jej portrecik, tylko nie chce i's'c do biurka.

Widzac ja zadlawiona[156], z wielkiej alteracji[157]

Dostalam mdlo'sci, spazm'ow, serca palpitacji.

Moze by gorzej jeszcze z moim zdrowiem bylo;

Szcze'sciem, nadjechal wla'snie z wizyta Kirylo

Gawrylicz Kozodusin, wielki lowczy dworu.

Pyta sie o przyczyne tak zlego humoru,

Kaze wnet urzednika przyciagna'c za uszy;

Staje pobladly, drzacy i prawie bez duszy.

Jak 'smiesz krzyknal Kirylo piorunowym glosem

Szczu'c wiosna lanie kotna tuz pod carskim nosem?

Oslupialy czynownik darmo sie zaklinal,

Ze polowania dotad jeszcze nie zaczynal,

Ze z wielkiego lowczego wielkim pozwoleniem,

Zwierz uszczuty zda mu sie by'c psem, nie jeleniem.

Jak to? krzyknal Kirylo to 'smialby's, hultaju,

Zna'c sie lepiej na lowach i zwierzat rodzaju

Ni'zli ja, Kozodusin, carski jegermajster[158]?

Niechajze nas rozsadzi zaraz policmajster[159]!

Wolaja policmajstra, kaza spisa'c 'sledztwo.

Ja rzecze Kozodusin wydaje 'swiadectwo,

Ze to lania; on plecie, ze to pies domowy:

Rozsad'z nas, kto zna lepiej zwierzyne i lowy!

Policmajster powinno's'c sluzby swej rozumial:

Bardzo sie nad zuchwalstwem czynownika zdumial

I odwi'odlszy na strone po bratersku radzil,

By przyznal sie do winy i tym grzech sw'oj zgladzil.

Lowczy udobruchany przyrzekl, ze sie wstawi

Do cesarza i wyrok nieco ulaskawi.

Sko'nczylo sie, ze charty poszly na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawila nas caly wiecz'or ta pustota;

Zrobila sie nazajutrz z tego anegdota,

Ze w sady o mym piesku wielki lowczy wdal sie:

I nawet wiem z pewno'scia, ze sam cesarz 'smial sie.

'Smiech powstal w obu izbach. Sedzia z bernardynem

Gral w mariasza[160]i wla'snie z wy'swieconym winem

Mial co's waznego zada'c: juz ksiadz ledwo dyszal,

Kiedy Sedzia poczatek powie'sci poslyszal

I tak nia byl zajety, ze z zadarta glowa,

I z karta podniesiona, do bicia gotowa,

Siedzial cicho i tylko bernardyna trwozyl.

Az gdy sko'nczono powie's'c, pamfila[161]polozyl,

I rzekl 'smiejac sie: Niech tam sobie kto chce chwali

Niemc'ow cywilizcja, porzadek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie ucza sie od Szwab'ow

Prawowa'c sie o lisa i przyzywa'c drab'ow,

By wzia'c w areszt ogara, ze wpadl w cudze gaje:

Na Litwie, chwala Bogu, stare obyczaje.

Mamy dosy'c zwierzyny dla nas i sasiedztwa,

I nie bedziemy nigdy o to robi'c 'sledztwa;

I zboza mamy dosy'c, psy nas nie oglodza,

Ze po jarzynach albo po zycie pochodza:

Na morgach chlopskich bronie robi'c polowanie.

Ekonom z lewej izby rzekl: Nie dziw, mospanie,

Bo tez pan tak drogo placi za taka zwierzyne.

Chlopy i radzi temu, kiedy w ich jarzyne

Wskoczy chart; niech otrza'snie dziesie'c klos'ow zyta:

To pan mu kope oddasz i jeszcze nie kwita:

Czesto chlopi talara w przydatku dostali.

Wierz mi pan, ze sie chlopstwo bardzo rozzuchwali,

Je'sli Reszty dowod'ow pana Ekonoma

Nie m'ogl uslysze'c Sedzia; bo pomiedzy dwoma

Rozprawami, wszczelo sie dziesie'c rozgowor'ow,

Anegdot, opowiada'n i na koniec spor'ow.

Tadeusz z Telimena, calkiem zapomniani,

Pamietali o sobie. Rada byla pani,

Ze jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawil;

Mlodzieniec jej nawzajem komplementy prawil.

Telimena m'owila coraz wolniej, cisz'ej,

I Tadeusz udawal, ze jej nie doslyszy

W tlumie rozm'ow: wiec szepcac tak zblizyl sie do ni'ej,

Ze uczul twarza luba goraco's'c[162]jej skroni;

Wstrzymujac oddech, usty chwytal jej westchnienie

I okiem lowil wszystkie jej wzroku promienie.

Wtem pomiedzy ich usta mignela znienacka

Naprz'od mucha, a za nia tuz Wojskiego placka.

Na Litwie much dostatek. Jest pomiedzy nimi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckimi.

Barwa i ksztaltem calkiem podobne do innych,

Ale pier's maja szersza, brzuch wiekszy od gminnych,

Latajac bardzo hucza i niezno'snie brzecza,

A tak silne, ze tkanke przebija pajecza[163],

Lub je'sli kt'ora wpadnie, trzy dni bedzie bzyka'c,

Bo z pajakiem sam na sam moze sie boryka'c.

Wszystko to Wojski zbadal i jeszcze dowodzil,

Ze sie z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodzil,

Ze one tym sa muchom, czym dla roju matki,

Ze z ich wybiciem zgina owad'ow ostatki.

Prawda, ze ochmistrzyni ani pleban wioski,

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali[164]inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstapil dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegl takowa muche, wnet ja gonil.

Wla'snie mu teraz szlachcic nad uchem zadzwonil;

Po dwakro'c Wojski machnal, zdziwil sie, ze chybil,

Trzeci raz machnal, tylko co okna nie wybil[165];

Az mucha, odurzona od tyla loskotu,

Widzac dw'och ludzi w progu broniacych odwrotu,

Rzucila sie z rozpacza pomiedzy ich lica;

I tam za nia mignela Wojskiego prawica.

Raz tak byl tegi, ze dwie odskoczyly glowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa polowy;

Uderzyly sie mocno oboje w uszaki[166],

Tak, ze obojgu sine zostaly sie znaki.

Szcze'sciem, nikt nie uwazal; bo dotychczasowa

Zywa, glo'sna, lecz dosy'c porzadna rozmowa

Zako'nczyla sie naglym wybuchem halasu.

Jak strzelcy, gdy na lisa zaciagna do lasu,

Slycha'c gdzieniegdzie trzask drzew, strzaly, psiarni granie,

A wtem dojezdzacz dzika ruszyl niespodzianie,

Dal znak i wrzask powstaje w strzelc'ow i ps'ow tluszczy,

Jak gdyby sie ozwaly wszystkie drzewa puszczy:

Tak dzieje sie z rozmowa. Z wolna sie pomyka:

Az natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozm'ow strzeleckich, byl 'ow sp'or zazarty

Rejenta z Asesorem o slawne ich charty.

Kr'otko trwal, lecz zrobili wiele w jedna chwile;

Bo razem wyrzucili sl'ow i obelg tyle,

Ze wyczerpneli sporu zwyczajne trzy cze'sci,

Przycinki, gniew, wyzwanie i szlo juz do pie'sci.

Wiec ku nim z drugiej izby wszyscy sie porwali,

I toczac sie przeze drzwi na ksztalt bystrej fali,

Unie'sli mloda pare stojaca na progu,

Podobna Janusowi[167], dwulicemu bogu.

Tadeusz z Telimena nim na skroniach wlosy

Poprawili, juz gro'zne ucichly odglosy.

Szmer zmieszany ze 'smiechem 'sr'od cizby sie szerzyl;

Nastapil rozejm kl'otni, kwestarz ja u'smierzyl:

Czlowiek stary, lecz krepy i bardzo pleczysty[168].

Wla'snie kiedy Asesor podbiegl do jurysty[169],

Gdy juz sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwal obu z tylu za kolnierze

I dwakro'c uderzywszy glowy obie mocne

Jedna o druga, jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyzowal ramiona na ksztalt drogowskazu

I we dwa katy izby rzucil ich od razu.

Chwile z rozciagnionymi stal w miejscu rekami,

I Pax, pax, pax vobiscum krzyczal pok'oj z wami!

Zdziwily sie, za'smialy nawet strony obie.

Przez szacunek, nalezny duchownej osobie,

Nie 'smiano laja'c mnicha; a po takiej probie,

Nikt tez nie mial ochoty zaczyna'c z nim zwade,

Za's kwestarz Robak, skoro uciszyl gromade,

Wida'c bylo, ze wcale tryumfu nie szukal,

Ani grozil kl'otnikom wiecej, ani fukal;

Tylko poprawil kaptur, i rece za pasem

Zatknawszy, wyszedl cicho z pokoju.

Tymczasem

Podkomorzy i Sedzia miedzy dwiema strony

Plac zajeli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z glebokiego dumania, w 'srodku sie postawil,

Wasy siwe pokrecil, kapoty poprawil,

Iskrzyly mu sie oczy (zawzdy postrzegano

Ten blask niezwykly, kiedy o lowach gadano),

Obiegal zgromadzenie ognista 'zrenica

I gdzie szmer jeszcze slyszal, jak ksiadz kropielnica,

Tam uciszajac machal swa placka ze sk'ory;

Wreszcie podni'oslszy trzonek z powaga do g'ory,

Jak laske marszalkowska, nakazal milczenie.

Uciszcie sie! powtarzal miejcie tez baczenie,

Wy, co jeste'scie pierwsi my'sliwi w powiecie,

Z gorszacej kl'otni waszej co bedzie? czy wiecie?

Oto mlodziez, na kt'orej Ojczyzny nadzieje,

Kt'ora ma wslawia'c nasze ostepy i knieje,

Kt'ora niestety, i tak zaniedbuje lowy,

Moze do ich wzgardzenia we'zmie pochop nowy.

Widzac, ze ci, co innym maja da'c przyklady,

Z low'ow przynosza tylko poswarki i zwady!

Miejcie tez wzglad powinny dla mych wlos'ow siwych;

Bo znalem wiekszych dawniej ni'zli wy my'sliwych,

A sadzilem ich nieraz sadem polubownym.

Kt'oz byl w lasach litewskich Rejtanowi r'ownym?

Czy oblawe zaciagna'c, czy spotka'c sie z zwierzem,

Kto z Bialopiotrowiczem por'owna sie Jerzym?

Gdzie jest dzi's taki strzelec jak szlachcic Zegota,

Co kula z pistoletu w biegu trafial kota[170]?

Terajewicza znalem, co idac na dziki,

Nie bral nigdy innego oreza pr'ocz piki[171];

Budrewicza, co chodzil z nied'zwiedziem w zapasy:

Takich mez'ow widzialy niegdy's nasze lasy!

Je'sli do sporu przyszlo, jakze sp'or godzili?

Oto obrali sedzi'ow i zaklad stawili.

Ogi'nski sto wl'ok[172]lasu raz przegral o wilka;

Niesiolowskiemu borsuk kosztowal wsi kilka!

I wy, panowie, p'ojd'zcie za starych przykladem.

I rozstrzygnijcie sp'or wasz cho'c mniejszym zakladem.

Slowo wiatr, w sporach slownych nigdy nie masz ko'nca

Szkoda ust dluzej suszy'c kl'otnia o zajaca.

Wiec polubownych sedzi'ow najpierwej obierzcie,

A co wyrzekna, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uprosze Sedziego, azeby nie bronil

Dojezdzaczowi, cho'cby po pszenicy gonil;

I tusze, ze te laske otrzymam od pana.

To wyrzeklszy, Sedziego 'scisnal za kolana.

Konia zawolal Rejent stawie konia z rzedem,

I opisze sie jeszcze przed ziemskim urzedem,

Iz ten pier'scie'n Sedziemu w salarijum zloze.

Ja rzekl Asesor stawie me zlote obroze,

Jaszczurem wykladane, z k'olkami ze zlota,

I smycz tkany jedwabny, kt'orego robota

R'ownie cudna jak kamie'n, co sie na nim 'swieci.

Chcialem ten sprzet zostawi'c w dziedzictwie dla dzieci,

Je'slibym sie ozenil: ten sprzet mnie darowal

Ksiaze Dominik[173], kiedym z nim razem polowal

I z marszalkiem Sanguszka ksieciem, z jeneralem

Mejenem[174], i gdy wszystkich na charty wyzwalem.

Tam, bezprzykladna w dziejach polowania sztuka,

Uszczulem sze's'c zajecy pojedyncza suka.

Polowali'smy wtenczas na Kupiskim bloniu;

Ksiaze Radziwill nie m'ogl dosiedzie'c na koniu:

Zsiadl i, objawszy slawna ma charcice Kanie,

Trzykro'c jej w sama glowe dal pocalowanie,

A potem trzykro'c reka klasnawszy po pysku,

Rzekl: Mianuje cie odtad ksiezna na Kupisku.

Tak Napoleon daje wodzom swoim ksiestwa

Od miejsc, na kt'orych wielkie odnie'sli zwyciestwa.

Telimena, znudzona zbyt dlugimi swary,

Chciala wyj's'c na dziedziniec, lecz szukala pary;

Wziela koszyczek z kolka: Panowie, jak widze,

Chcecie zosta'c w pokoju, ja ide na rydze;

Kto laska, prosze za mna rzekla, kolo glowy

Obwijajac czerwony szal kaszemirowy[175];

C'oreczke Podkomorstwa wziela w jedna reke,

A druga podchylila do kostek sukienke.

Tadeusz milczkiem za nia na grzyby po'spieszyl.

Zamiar przechadzki bardzo Sedziego ucieszyl;

Widzial spos'ob rozjecia krzykliwego sporu,

A wiec krzyknal: Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiekniejszym rydzem do stolu przybedzie,

Ten obok najpiekniejszej panienki usiedzie:

Sam ja sobie wybierze. Je'sli znajdzie dama,

Najpiekniejszego chlopca we'zmie sobie sama.


Gospodarstwo | Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie | Umizgi