home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



X

Glucha cisza zalegla Mariampol. Hrabia wyjechal do Strugi, a stamtad w 'swiat. Jan go'sciem byl w domu i to juz nie dawnym, swawolnym chlopcem, co rozweselal puste salony. Osowial, znudnial; albo m'owil o Cesi, za kt'ora szalal coraz bardziej, albo siedzial milczac, targal wasiki i marzyl o niej.

Przez tydzie'n staruszka z Jadzia byly mocno zajete gospodarka i reperacjami w Olszance, zreszta odpoczywaly po karnawale. Po tygodniu lad sie ustalil, robotnicy zajeli sie domem dla nowoze'nc'ow, pani Tekla wziela sie znowu do welnianych kaftanik'ow, Jadzia do wieczornego czytania.

Dawniej to zycie wystarczalo im do szcze'scia: lubily cisze i samotno's'c, nie czekaly nikogo, nie pragnely zmiany a teraz, cho'c sie nie przyznawaly do tego, czego's im brakowalo.

Czego's! Pani Tekla zaczela wzdycha'c i niepokoi'c sie, gderala w dw'ojnas'ob, nawet Jadzia niekiedy nikt i nic zadowoli'c jej nie bylo w stanie. Najgorzej dostawalo sie Janowi.

Jeste's mazgaj! slyszal sto razy za kazda bytno'scia i zgadzal sie pokornie na to okre'slenie.

Nareszcie po dziesieciu dniach wylazlo szydlo z worka. Staruszka nie zdolala ukry'c powodu troski, tesknoty; po kilku westchnieniach ozwala sie do cichej towarzyszki:

Gdziez tez sie teraz Wacio obraca? Zeby nie chory czasem? Tyle czasu nie ma listu.

Moze do Jasia pisal odparla Jadzia.

Slowo to bylo lontem pod mine prochowa. Caly dzie'n staruszka chodzila od okna do okna, wygladajac wychowa'nca; gdy wr'ocil wieczorem, od progu pytala juz o list.

Mialem wczoraj oznajmil.

I c'oz? I c'oz? Czy zdr'ow?

Kiedym go jeszcze nie otworzyl[278].

Co? Czy's oszalal? Pokaz mnie, ty pewnie i czyta'c zapomniale's, mazgaju.

Tak dalece nie; odczytam i powiem, je'sli co bedzie ciekawego.

Gdziez list? Skad? Z Berlina?

Listu zapomnialem w Olszance.

To po'slij! Kara boska z ta mlodzieza!

Jan klamal: list odczytal, ale sie tre'scia nie m'ogl z babka podzieli'c. Za to gdy sie znalazl na chwile z Jadzia, oddal jej odezwe.

Przeczytaj sama szepnal, a tymczasem niby poslal kogo's do Olszanki i uspokoil staruszke, ze kiedy Wentzel pisze, to przecie zdr'ow i caly.

Jadzia odczytala list w samotno'sci swej izdebki. O ile ortografia byla haniebna, o tyle tre's'c szczera i serdeczna.

Kochany Jasiu! W zyciu swym calym nie pracowalem tyle, co przez te dni kilka. W Berlinie bylem dzie'n jeden tyle tylko, by popali'c wszystkie milosne bileciki, pamiatki, pukle wlos'ow itp. 'smiecie, a ich autorki i wla'scicielki wysla'c do wszystkich diabl'ow. Ciocia Dora okadza dom, a ja zemknalem od spazm'ow i rozpaczy. Nie zlapia mnie wiecej. Objechalem swe dobra i fabryki i z lekka zaczalem kontrole: kradziezy i niedbalstwa wiecej niz wlos'ow na glowie! Dam ja im pieprzu! Zeby babka to wiedziala! No, po paru latach pracy zaprosze ja na rewizje, teraz nie. Powiedz pannie Jadwidze, zem dzie'n i noc my'slal nad odnalezieniem czego's, czego by ona pragnela i jutro jade do Fr"oschweiler odszuka'c gr'ob waszego brata. Pomaga mi cale ministerium, wioze autentycznych 'swiadk'ow i grabarzy Spytaj sie, czym zgadl i czy zrobie jej tym smutne zadowolenie. Kocham ja z dnia na dzie'n coraz bardziej i tesknie, jakbym lata nie widzial. Nie rozumiem, jak potrafie wyzy'c tych pare miesiecy do twego 'slubu. I ty ich ko'nca pewnie wygladasz z utesknieniem.

Tw'oj brat i przyjaciel.

Dlugo, bardzo dlugo czytala Jadzia 'ow list. W duszy robilo sie jej rzewnie i slodko. Dlaczego? Wszak byla kochana tyle razy, slowa nie m'owily jej nic nowego; slyszala je czesto bez szczeg'olnego wrazenia.

A teraz te pierwsze poszly jej w dusze, az sie wzdrygnela pod nieznanym wrazeniem. Stalo sie tedy to, co przeczuwala i przed czym bronila sie cala moca.

Nie byl to dla niej juz obcy czlowiek Prusak. Zasady, rzeczywisto's'c, wszystko zgaslo, zbladlo przed wielka potega, co sie naigrawala z jej woli i tradycji: on ci nie wr'og, on ci najmilszy na calym 'swiecie, i cho'c moze niewart, ale on ci pierwszy z ludzi, i cho'c ci ani sw'oj mowa ani zyciem, cho'c on ciebie nie rozumie ty go kochasz i kocha'c bedziesz do 'smierci, i nie ostoi sie przed nim twa powaga ani duma, ani sila charakteru i skoro zechce, bedzie twym panem.

Jadzia spu'scila glowe. Glos w duszy m'owil prawde, nie pr'obowala sie nawet broni'c przed ta niedola. Byla pokonana, skladala bro'n. Przez te dni dziesie'c poznala juz, co to tesknota poznala, co nuda i pustka serdeczna, kt'orej nikt nie zapelni, tylko jeden jedyny! List dopelnil miary. I on tesknil, i on my'slal o niej, pracowal, zrywal stare nawyknienia i zgadl to, czego pragnela, cho'c o biednym bohaterze nigdy z nim nie m'owila. O, jakze mu byla wdzieczna.

Raz jeszcze odczytala pismo. Lzy jej sie cisnely do oczu, jaka's rado's'c napelniala dusze. Wstala, zblizyla sie do okna, przez kt'ore zagladaly do pokoju gwiazdy na wyiskrzonym tle nocy zimowej.

Gwiazdy mrugaly do niej: o, dziewczyno, i co warte twe zycie po ten dzie'n, i jaka's ty dzi's bogata masz niebo w duszy! Podziekuj!

I my'sl Jadzi poszla ku gwiazdom i szeptala modlitwe calej swej istoty przeistoczonej:

Bad'z pochwalony, Boze, moim szcze'sciem, bad'z pochwalony moim kochaniem! Niczego nie pragne, tylko by's go nauczyl uczciwie zy'c; szlachetnie my'sle'c, dobrze dziala'c. Zr'ob ze'n, Boze, czlowieka, kt'orego by 'swiat szanowal, i daj, Boze, by mnie kochal, jak kocha.

Potem milczala chwile i wyszeptala znowu z rzewna pro'sba:

A ty mi daruj, bracie, zem jemu oddala serce. Nie przeklinaj. Walczylam ile mocy. Teraz jestem slaba, zmeczona i pokonana. Daruj mi! Nie moglam inaczej

Nazajutrz rano Jan otrzymal od siostry kr'otka kartke w oficynie: Odpisz, ze zgadl i zem mu bardzo wdzieczna[279]. Zrozumial, ze nie chciala m'owi'c o tym, i nie wspominal wiecej. Babce listu nie pokazal.

Sa tam kawalerskie sekrety, nie dla babki uszu. Waclaw zdr'ow i raczki dam caluje.

Musiala na tym poprzesta'c, cho'c narzekala i gderala okropnie.

Zycie poszlo dalej swoim trybem. Monotonno's'c wielkopostna przerywaly wizyty Glebockiego, zmora pani Tekli.

Wyczytala widocznie co's strasznego na owych siedemdziesieciu dziewieciu kartach i nie odstepowala narzeczonych, obserwujac pana Adama w spos'ob obrazajacy. Biedny czlowiek!

Jadzia zmizerniala, zesmutniala, oniemiala do reszty. Czula, ze oszukuje go, a zebra'c sie nie mogla na zerwanie slowa. Nazywala to zdrada, podlo'scia, zwlekala z wyznaniem jak zbrodniarz. My'sl ta i wyrzuty toczyly ja jak robak, wstydzila sie sama siebie, nikla w oczach, ale milczala, znoszac wizyty Glebockiego jak ciezka pokute. Pani Tekla swa ciagla obecno'scia odbierala jej reszte odwagi.

Smutne to byly odwiedziny dla nieszcze'sliwego po kazdej wizycie odjezdzal bardziej ponury i zrozpaczony, przysiegajac sobie, przy nastepnej wizycie albo zerwie, albo wymaga'c bedzie oznaczenia terminu 'slubu; po nocach nie spal tlukl sie jak Marek po piekle, po pustym domu, lamal rece, rwal wlosy, szalal.

Po paru dniach gniew opadal, porywala go milo's'c i tesknota; jechal do Mariampola i nic nie m'owil z tego, co przysiagl bal sie, ze zla jego gwiazda zawiedzie go jak zwykle bal sie, ze straci prawo pobytu pod dachem narzeczonej. Wolal znie's'c tortury, byleby na nia patrze'c.

Mijaly tygodnie przerywane czestymi listami Wentzla; pisywal do babki, cze'sciej do Jasia, ale chlopak nie dzielil sie wiadomo'sciami; m'owil czasem siostrze kr'otko: klania sie tobie i czekal, ze o co spyta, ale ona milczala, zadowalajac sie tym, co jej opowiadala pani Tekla.

Musimy doda'c, ze staruszka, cho'c pozornie rzucala niedbale otrzymana kartke, potem w sekrecie chowala ja skrzetnie do szufladki potajemnej w biurku, gdzie lezaly jej relikwie: listy matki, dukat z Matka Boska dar 'slubny, jakie's stare kwiatki z grob'ow, kawalek 'swietego chleba, legia honorowa meza i mirtowa galazka z wianka c'orki. Nie miala skrupul'ow, ze te listy sprofanuja 'swiete pamiatki. Raz nawet, nalozywszy po dlugim namy'sle okulary, odpisala swemu Prusakowi. Bylo tam wiele moral'ow, zlych posadze'n, a potem zlecenie, by sie szanowal, nie nadwerezal, i po co ma czas traci'c w zlym towarzystwie Szwab'ow, lepiej, zeby wracal do Mariampola, gdzie mu bedzie rada. Ko'nczyla blogoslawie'nstwem.

Ale on nie wracal, natomiast przyslal wiadomo's'c, ze pragnienie Jadzi spelnione.

Zwloki Waclawa Chrzastkowskiego wydobyto z og'olnej mogily. Mial biedak sw'oj gr'ob tymczasowy na cmentarzu miejscowym, czekajac az go stamtad zabiora.

Bylem sam przy tym smutnym obrzedzie pisal do Jana nie chcialem cie wzywa'c. Pojedziemy moze tam kiedy razem we troje, je'sli mnie wzia'c zechcecie za swego. Ludu zebralo sie sporo i asystowal pulk piechoty z okolicy. Pozegnano go wojskowymi honorami i dluga, dluga karabinowa salwa. Rzucilem mu gar's'c ziemi, jak to u was w zwyczaju, a gdy sie wszyscy rozeszli, zostalem sam jeden i zm'owilem pierwszy m'oj dobrowolny pacierz w zyciu, proszac tego bohatera, by mnie za brata uwazal.

Z listem tym przyszedl Jan do siostry wieczorem, gdy pani Tekla juz sie udala na spoczynek. Odczytali przez lzy poczciwe wyrazy i zaczeli wspomina'c brata, kt'ory, duzo starszy od nich, byl im jak ojciec i opiekun.

Wentzel istotnie odgadl ich najglebsze marzenie, dokonal trudnego zadania. Co go to musialo kosztowa'c czasu i zlota, ile protekcji musial uzy'c i gdzie sie nie stara'c.

Zacna dusza! szepnal Jan. Nasz Wacio pewnie mu z nieba blogoslawi! Jak my sie odwdzieczymy za tyle delikatno'sci i serca?

Co zechce, uczynimy dla niego odparla Jadzia.

Ba, tylko ze on teraz nic nie zechce i o nic nie poprosi. Wymusztrowala's go doskonale. Zmarnieje z troski, a bedzie milczal. Juz to wy dobre jeste'scie. Nie darmo Cesia twoja serdeczna przyjaci'olka. Zna'c na niej twoja nauke.

A jednak by's jej na inna nie zamienil?

Uchowaj Boze! Zebym milion mial do wyboru. Wy bo co's dajecie na milo's'c. Czary!

Wla'snie, nic nie dajemy nie w pore.

Bo nie umiecie kocha'c. Te ceregiele diabla warte!

To Cesia cie nie kocha?

No, nie m'owie tego. Czasem zdaje mi sie, ze tak, ale to bardzo rzadko. Biedna nasza dola! Ot i Wentzel! Szukal biedy, jak na zlo's'c samemu sobie. Mial kogo wybra'c!

Jadzia nic nie odrzekla. Usiadla przy kominku i, zapatrzona w glownie, walczyla z wrodzona skryto'scia.

Jan obejrzal sie na nia, skrzywil sie, i jak zawsze, gdy go trapil namysl, skubal swe jasne wasiki, palac w przerwach papierosa.

Na koniec z nagla determinacja rzucil papierosa, wstal i zatrzymal sie przed siostra.

Serdeczne jego oczy prosily ja o szczere wyznanie.

Co ci jest, Jadziuniu? zaczal. Co cie trapi, ze's tak zmizerniala? No, wesola nigdy nie bywala's, ale przecie inna. Czy ty my'slisz, ze ja nie widze twej troski? Oj, widze, widze od dawna. Co ci jest?

Pochylil sie nad nia i, odgarniajac ciemne wlosy, pocalowal w czolo, potem osunal sie na krzeslo obok i spytal calym sercem:

Czy ty i mnie nie ufasz? Przeciem ci rad[280], zeby's chciala, krew oddam. Czy ty mnie nie kochasz?

Podniosla ku niemu glebokie oczy z okropnym zalem i przygarnela mu sie do piersi, kryjac twarz.

Ja bym cie chciala spyta'c o co's, Jasiu szepnela.

No, to powiedz, siostrzyczko.

Kiedy bo ty wiesz. Odpowiedz bez pytania, bo mnie tak trudno.

To dobrze. Jezelibym, Jadziuniu, ja, kochajac Cesie, byl zwiazany z inna slowem, to honor kaze mi zerwa'c slowo, bo inaczej bede klamca, oszustem i krzywoprzysiezca. To obowiazek czlowieka, przykry, lecz konieczny.

Zamilkl i ona milczala. Po chwili prawie sila podni'osl jej spuszczona glowe i zajrzal w twarz. Byla bardzo blada, a na rzesach jej blyszczaly brylanty z lez.

Zgadlem, Jadziu? spytal z cicha.

Kiwnela tylko glowa.

Czeg'oz ty placzesz, dziecko? perswadowal, nagle ur'oslszy z ucznia na mentora. Przecie ci serce zabilo! Chwala Bogu! Zobaczysz, jak to milo kocha'c! Nigdy's nie kochala pewnie?

Nigdy szepnela niewyra'znie opr'ocz ciebie i Wacia naszego.

Dobrze, ze's dodala, bobym pomieszal osoby. Dlaczego's przyjela Glebockiego bez milo'sci?

Kiedy ja nie wiedzialam, co to kocha'c.

A teraz? No, wym'owze to straszne slowo! u'smiechnal sie, odzyskujac humor figlarza.

Bedzie dosy'c raz je powiedzie'c w zyciu szepnela.

Slusznie. Chociaz watpie, czy nawet jemu wykrztusisz. No, ale to nie moja rzecz. Teraz oswobod'z sie od zmory Glebockiego. Wyznaj mu prawde, nie oszukuj, a potem wszystko dobrze p'ojdzie. Moze ci dopom'oc?

Nie. Powinnam sama odpokutowa'c. Dodale's mi otuchy. Dziekuje ci.

Ucalowal ja serdecznie.

A dla swata nie masz polecenia? zazartowal.

Czego sie 'smiejesz? rzekla z wyrzutem.

Bom rad[281]. Marzylem o tym. Teraze's[282] dopiero kompletny tw'or boski; dostepna dla 'smiertelnik'ow. No, przyznaj mi sie przynajmniej, kiedy sie to stalo, to straszne slowo, dawno?

Wstala i zarumienila sie jak wi'snia.

Nic nie powiem, bo's kpiarz. Zaluje mej szczero'sci. Rozpaplesz po calym 'swiecie.

Slowo honoru ci daje, ze ani pisne, nawet przed Cesia; tylko napisze do kogo's, by nie rozpaczal i nie sechl darmo.

Jak mnie kochasz, to tego nie zrobisz! zawolala zywo. Wzywa'c kogo? Moze jeszcze sie rozmy'sli, zapomni; czekajmy.

Je'sli on sie rozmy'sli, to ja sie powiesze. Tak to latwo was zapomnie'c! Bedziesz go miala, kiedy zechcesz. C'oz mam odpisa'c?

Ze jezeli dba o nasze braterstwo i wdzieczno's'c, to je posiada, i ze go jak swego powitamy.

Na folwarku pogasly juz ognie i rozlegaly sie tylko przeciagle gwizdania nocnych str'oz'ow, gdy Jan wracal do oficyny. Pomimo p'o'znej pory siadl przy biurku i, cho'c nie lubil bawi'c sie pi'orem, nie m'ogl sie powstrzyma'c od podzielenia sie z przyjacielem triumfem:

M'oj drogi Waclawie! Stal sie cud. Zakwitl 'snieg pisal po swojemu, telegraficznym stylem. Jeste's mi bratem, swatem, druzba, a moze wpredce czym's innym jeszcze. M'oj 'slub naznaczony na 25 maja; prosze cie, nie przyjed'z za p'o'zno. Jake'smy[283] ci oboje wdzieczni za usluge zmarlemu, to ci faktami dowiedziemy. Czego zadasz, otrzymasz.

List poszedl nazajutrz daleko na zach'od, niosac przezytemu paniczowi wieksze rozradowanie niz holdy p'ol 'swiata. Zdawalo mu sie, gdy go czytal, ze widzi nad soba ciemne oczy Polki, m'owiace mu bez sl'ow: jeste's dobry, dziekuje ci

A tymczasem w Mariampolu Jadzia byla blada i rozdenerwowana, wzdrygala sie na kazdy ruch i turkot, przewidujac wizyte Glebockiego. Cierpiala jej dusza, na my'sl o tym przej'sciu i, nie do's'c na tym, czula sie w obowiazku wtajemniczenia w swe postanowienie pani Tekli. I to takze nie moglo sie odby'c bez burzy. Staruszka dreptala po gospodarstwie i byla tak zajeta i poirytowana jaka's niedokladno'scia, ze straszno bylo zblizy'c sie do niej. Wygladala jak przeladowana maszyna elektryczna. Pod wiecz'or, gdy minela godzina przyjazdu konkurenta, Jadzi spadl ciezar z duszy skupila wszystkie sily do rozprawy z pania Tekla.

Czy bedziemy czyta'c, babciu? spytala.

Poczekaj, mam z toba do pogadania. Chod'z no, siadaj blizej. Ot tak! C'oz ty sobie my'slisz z Glebockim?

Jadzia oniemiala z podziwu. Pani Tekla miewala chyba jasnowidzenia.

Dlaczego, babciu? spytala.

No, tak. Trzymasz go przy sobie, zachecasz, tolerujesz, gadacie calymi godzinami Do czeg'oz to podobne! Czy ja mu mam da'c odprawe nareszcie?

To babcia nic nie ma przeciw zerwaniu slowa?

Ja? Ja? Ty od pewnego czasu zupelnie pamie'c stracila's. Przecie jeszcze w karnawale m'owilam, ze ciebie za wariata nie oddam. Nie na tom cie chowala. Czeg'oz chcesz? Powiedzialam: nie, i nie pozwole. Nawet nie pro's darmo. Jutro sama powiem Glebockiemu, zeby sobie szedl gdzie indziej. Chyba ze sie wykradniesz z nim!

Ja! za'smiala sie panienka mimo woli. Alboz mnie 'zle w Mariampolu? Gotowam na wieki zosta'c.

At, kto tam zbada twoje amory! Ale co Glebockiego, to sobie wyperswaduj. To wariat i basta! Niech tu nie je'zdzi, bo moze sta'c sie nieszcze'scie. Ja nie rozumiem twojej odwagi. Zeby's przeczytala w podreczniku lekarskim ale zreszta to nie dla ciebie te szczeg'oly. Wole tw'oj zaw'od i strapienie teraz niz potem. Niech mi kto wytlumaczy tw'oj gust do furiata. To istna anomalia. Z tego sie trzeba spowiada'c.

Skadze babcia wnosi, ze go kocham?

Jak to? Co to? Nie kochasz i dopiero m'owisz? Co ci jest? Opamietaj sie! Rok obcujesz z wariatem! My'slalam, ze za nim szalejesz. Awantura!

Istotnie, 'zle zrobilam, babciu. Jutro zwr'oce mu slowo.

Jezusie, Mario! Gotowy atak! Zadusi cie! Doigrala's sie biedy! Co to bedzie! Niech ja sie lepiej z nim rozm'owie.

Prosze sie nie ba'c. Wszystko minie spokojnie. Przepraszam, babciu, za klopot i niepok'oj. My'slalam

Ze on przytomny a teraz widzisz jasno rzeczy. Tak, tak, starszych trzeba slucha'c. Twoja skryto's'c to co's okropnego! Niechby cho'c Ja's byl jutro przy waszej rozmowie.

Zbyteczne; zalatwie to sama. Dziekuje!

Pochylila sie do reki staruszki, a ta jej gl'owke przycisnela do piersi i pocalowala jasne czolo.

Nigdy Jadzia czula nie byla[284] z nikim. Teraz ogarnelo ja jakie's zalosne pragnienie pieszczot i slodyczy. Chcialo sie jej w ciszy przeby'c lata, ot tak, przytulonej do pani Tekli, i marzy'c. Kochanie rozrywalo jej serce.

Staruszka, troche zdziwiona i bardzo rada, gladzila jej ciemne wlosy i milczala. Kt'oz by m'ogl gdera'c w takiej chwili? A moze przyszlo na my'sl pani Tekli dawne wspomnienie takiej samej gl'owki dziewczecej, co przed trzydziestu laty garnela sie do matczynego serca i skarzyla sie zalo'snie, ze jej rzuci'c trzeba bedzie wszystko swoje i i's'c daleko? I poszla. Kochanie przemoglo zal i trwoge przed obczyzna, jak samob'ojce ciagnie wir rzeczny i poszla! Oczy matki nie zobaczyly jej wiecej, obczyzna pozarla wielkopolski blawatek, tesknota strawila watla ro'slinke; oczy matki plakaly lata, az wpadly, stracily blask, podkrazyly sie ciemno. B'og jeden widzial te lzy i B'og o nich pamietal.

Teraz ta Jadzia inna byla od tamtej. Nie skarzyla sie, nie m'owila nic, a jednak zdalo sie staruszce, ze dawne czasy wr'ocily i mimo woli zaczela m'owi'c jak do tamtej, o cudzym czlowieku.

Slyszalam, ze do Strugi Waclaw przyslal kilkana'scie traken'ow[285] i stado holenderek[286]. Pisal mi, ze i w swoich dobrach zmienia rzad. Okradali go haniebnie. Chwala Bogu, moze sie obejrzy i ustatkuje. Warto, zeby i o Struge sie dowiedzial. Pa'nskie oko konia tuczy!

Babcia sie juz za nim stesknila? szepnela Jadzia.

Moze i tak! westchnela pani Tekla. Kto wie, co sie z nim dzieje. Moze chory. Zly sen dzi's mialam.

Rece Jadzi zacisnely sie nerwowo.

C'oz sie babci 'snilo? spytala dziwnym glosem.

Ja, dziecko, zawsze z umarlymi gadam. Moja Jadwinia przychodzi do mnie czesto. Dawniej stawala nade mna blada i splakana, m'owila, ze jej ciezko leze'c w obcej ziemi, ze jej zimno i ciemno. Czasem skladala rece i prosila: Mamo, pamietajcie o moim sierocie. A gdy on do nas przyjechal, to po raz pierwszy u'smiechala sie do mnie i gdzie's z daleka posylala od ust pocalunki. A dzi's we dwoje przyszli z ojcem i wolali: Pilnuj go, strzez!. A potem Jadwinia nogi moje objela i prosila: Mamo, czego on smutny, ty wiesz. A jak on smutny, to mi w grobie jeszcze ciezej i dusza spokoju nie ma. Mamo, nie dajcie zmarnie'c memu sierocie. Przebudzilam sie i jeszcze slyszalam: Matusiu, m'oj sierota smutny!. Strach mnie zdjal. Chcialabym go zobaczy'c zdrowego. Czeg'oz mu smuci'c sie

Niechby przyjechal szepnela Jadzia ale pewnie do 'slubu Jasia nie zobaczymy go. Pracuje!

Ach, ten Ja's! wykrzyknela staruszka, odzyskujac werwe na wspomnienie swej obecnej zmory, ale nie gderala dalej, tylko sie zwr'ocila do panienki: Zatem jutro, Jadzieczko, ko'ncz z Glebockim. Niech go moje oczy nie widza. Nie uwierzysz, jak on mi niemily. Zdaje mi sie zawsze, ze on nam przyniesie jakie's nieszcze'scie.

Jadzia wzdrygnela sie calym cialem. I ona lekala sie okropnie. Miedzy jej marzeniem stal on jak czarne widmo. Dlatego moze zwlekala z zerwaniem bala sie jego zemsty i wybuchu, ale nie dla siebie

Nazajutrz przyjechal. Dzie'n byl posepny, na dworze szalala marcowa, 'sniezna zawierucha.

Zostali sami w salonie. Jego bure, dzikie oczy objely z ponura namietno'scia szczupla posta'c dzieweczki. Takim wejrzeniem mierzy tygrys pogromce. Jadzia istotnie przez ostatnie tygodnie zmienila sie bardzo. Zeszczuplala, zbladla; w oczach zamiast dawnego chlodu lezala smetna zaduma, na dumne usta wybiegal niekiedy lagodny u'smiech. Urok jej spoteznial jeszcze ozlocilo go uczucie.

Poszla pierwsza 'smialo na ogie'n.

Panie Adamie zaczela mam pana prosi'c o co's.

Co pani rozkaze?

Niech pan nie zachowa do mnie urazy i daruje to, co powiem.

Glebocki cofnal sie o krok, zzielenial, usta mu drzaly.

Nie potrzebuje pani prosi'c ani przeprasza'c. Chce pani, bym zwr'ocil slowo i pier'scionek

Nieslychana sila woli hamowal sie. Nawet pani Tekla nic by mu nie miala do zarzucenia. Imponowal swa olbrzymia potega charakteru.

Powoli zdjal z palca pier'scionek, polozyl na stole.

To ja dziekuje pani za szczero's'c. Spodziewalem sie tego od dawna. Trzeba bylo uprzedzi'c. Wiekszy honor zrywa'c samemu. Bylem podly, kochalem. Ha, trudno! Gdzie mierzy'c sie o dziewczyne z tym pruskim szpiegiem! Na co innego moze mu sprostam! Czekajmy!

Zapomnijmy lepiej odparla Jadzia.

Ja nie zapominam!

To zem'scij sie pan na mnie. Przeciez ja zawinilam. Po c'oz ma cierpie'c niewinny za to, ze ja pana nie kocham tyle, by zosta'c zona? Gdziez sprawiedliwo's'c, panie Glebocki?

Sprawiedliwo's'c tam, gdzie b'ol! zamruczal.

Jam panu zadala b'ol. Gotowa jestem znosi'c pana zemste.

Ja tez i na pani sie zemszcze. A teraz zegnam. Zalatwili'smy interes. Zostaly rachunki, kt'ore podsumujemy p'o'zniej. Zycze pani pomy'slno'sci!

Wstal, sklonil sie przed nia. Podala mu pier'scionek, potem reke.

Podni'osl oczy, zawahal sie, nareszcie wzial raczke w obie dlonie i podni'osl do ust. Jakby jek wydzieral mu sie z gardla.

Pani niewinna, ja wiem m'owil niewyra'znie ale ja pania tak strasznie kochalem. Nikogo innego, nigdy, nigdy! Zeby lepiej wzial moje zycie, nie bolaloby, nie, darowalbym, ale to gorzej 'smierci, gorzej. Tego nie daruje! Jemu koniec albo mnie! Nie daruje, nie moge.

Zeby mu sie zacisnely na tym wyrazie. Wiecej nie m'ogl wym'owi'c. Jak pijany, zataczajac sie, przeszedl pok'oj i zniknal. Jadzia osunela sie na fotel, wyczerpana ostatecznie. Ukryla twarz w rekach i zaplakala. Tak ja zastala pani Tekla, kt'ora czatowala w wielkiej trwodze na przebieg awantury. Co chwila gotowa byla biec na pomoc. Gdy bryczka wytoczyla sie za brame, odetchnela biedna.

Wsunela glowe przez drzwi.

A co? spytala. Juz sko'nczone! Chwala Bogu! Co to? Placzesz? No, i prosze ja kogo! Mie'c taki szkaradny gust! Plaka'c po tym brzydalu! Wstyd'z sie, Jadziu! Czy ty oczu nie masz? Fe!

W tej chwili przeciwlegle drzwi rozwarly sie cicho. W szparze ukazala sie twarz Jasia.

Nie ma furiata? zagadnal. Nie zadusil cie? No, to i dobrze.

Aha, dobrze! rzekla frasobliwie pani Tekla. Ty's rad ze wszystkiego. A Jadzia placze po nim.

Jan wszedl i za'smial sie.

Po nim! Et, dziewczynie za maz pora, wiec spazmuje. Sluchaj Jadziu, powiem ci nowine. Stefan Zdzarski chce sie o ciebie stara'c.

Niech mi dadza 'swiety spok'oj! zamruczala.

A czemuz? Niech sie stara pochwycila pani Tekla ale moze i nie, nie, nie. Powiedz, ze nie! Nie lubie ko'nskich handlarzy!

Babunia nikogo nie lubi, opr'ocz Wentzla zazartowal Jan. Ale, ale! Byl dzi's u mnie rzadca ze Strugi z okropnym lamentem.

Moze jakie's nieszcze'scie z Waciem! krzyknela staruszka, zapominajac wobec tego o Glebockim, Zdzarskim i calym 'swiecie.

Istotnie, olbrzymie! Wentzel przyslal wystawowe egzemplarze koni i bydla, a do obslugi tej arystokracji masztalerza Anglika i dw'och Szwajcar'ow, pasterzy. W Strudze wynikla z tego wieza Babel. Nikt sie nie moze porozumie'c. Nasze Mazury oszczekuja jak wilk'ow przybyszy. Anglik kaze sobie rzadcy buty czy'sci'c, dopomina sie rodowitego burgunda i krwawych befsztyk'ow. Szwajcarzy chca kaloryfer'ow po oborach i 'swiezej lucerny na karm[287]. Rumaki potrzebuja do zycia jeczmiennej kaszy i pasztet'ow. Slowem, rewolucja! Biedny rzadca przyjechal po ratunek do babki! Moze sie przejedziemy na miejsce?

A jakze, koniecznie! Ta halastra zgubi biedaka. Potrzebne te Angliki i Szwajcary! Przepedzi'c ich! Zaraz, zaraz, kaz zaprzega'c! Pojedziemy.

Taka zadymka ozwala sie Jadzia moze jutro.

Ale pani Tekla podreptala w glab domu.

Jan ucalowal siostre i siadl obok niej.

C'oz Glebocki? zagadnal.

Grozi zemsta.

Tobie?

Nie, hrabiemu. Wolalabym, zeby nie przyjezdzal na tw'oj 'slub.

Takze koncept! Zeby caly pulk Glebockich, to go nie powstrzyma, a ja pewnie nie napisze. Ciekawym, co by z ciebie zostalo, zeby go rok nie bylo. Wyschlaby's jak rodzynek. Jed'zmy jutro razem do Zdzarskich. Cesia bardzo teskni za toba. Rozerwiesz sie.

Tu pani Tekla ukazala sie w progu, odziana do drogi. Jan zerwal sie jak oparzony i pobiegl po konie, nie czekajac, az go wygderze.

Mazgaju! poslyszal tylko.

Wieczorem nie bylo juz w Strudze innoplemie'nc'ow. Mariampolska dziedziczka przepedzila ich gdzie pieprz ro'snie. Mazury objeli w swe rece pyszne trakeny i bydlo. Rzadca odetchnal.

Pani Tekla wr'ocila dumna jak Napoleon po Austerlitz. Odtad rzadca przyjezdzal do niej co tydzie'n z raportem. Objela Struge w swa wladze, uwazala ja za jeden ze swych folwark'ow.

Byla mocno z tego dumna i zadowolona.

A tymczasem w pustym dworze Glebockiego my'slano takze o Wentzlu. Co dzie'n rano pan Adam wydobywal ze szkatulki pare pistolet'ow, nabijal je powoli, prawidlowo, rozkoszowal sie szelestem prochu w lufie i dudnieniem kulki. Potem raz po raz, nigdy nie chybiajac, wybijal tymi kulami treflowe asy na trzydzie'sci krok'ow.

Byla to jedyna jego przyjemno's'c i zatrudnienie. Gospodarstwo zaniedbal, nawet ukochanych koni nie odwiedzal. Czasem i w nocy stary sluga, mieszkajacy obok niego, slyszal huk wystrzal'ow i niespokojne kroki nieszcze'sliwego. Gdy wiosna nadeszla, bil z pistoletu skowronki i jask'olki doszedl do nieslychanej wprawy. Prawie nie potrzebowal mierzy'c. Bro'n sluchala jego my'sli, a on sluchal swego b'olu i rozpaczy i czekal


| Między ustami a brzegiem pucharu | c