home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



XII

Turkot i palenie[319] z bata sploszyly nazajutrz pania Tekle ze snu. Zerwala sie przestraszona, sadzac, ze przespala ceremonie 'slubna.

Po chwili kto's zapukal do drzwi sypialni.

Co tam? zawolala, ubierajac sie spiesznie.

To ja! ozwal sie glos Wentzla. Przyjechalem po babcie. Czas jecha'c.

Powariowali'scie wszyscy! Zaledwie si'odma! To pewnie Jan cie zbudzil tak rano.

Wcale'smy sie nie kladli. Panienki poszly sie stroi'c, a mnie panna Jadwiga przyslala do Mariampola.

A do tej co znowu przystapilo! Skaranie boskie z ta goraczka. Kaz konie zaprzega'c.

Nie trzeba, babciu. Sa moje ze Strugi.

Pewnie narowiste. Gotowe nas pokaleczy'c.

Lagodne jak dzieci. Niech mi babcia zrobi to szcze'scie i nie odm'owi.

No, dobrze juz, dobrze. I ty co's dzi's w goraczce. Marszalek prosil, zeby go zabra'c po drodze. Moze maly pow'oz? Czeg'oz stoisz pode drzwiami i glowe mi durzysz! Niech daja 'sniadanie.

Wentzel odszedl i po chwili uslyszala go staruszka, jak rozbijal fortepian Jadzi, grajac bez ceremonii mazurka.

Wypadla na'n z krzykiem.

Co wyprawiasz? Struny popekaja!

A niech sobie pekaja! odparl, calujac jej rece.

Wystrojony, z bukietem mirtowym u klapy, promienial jak jutrzenka.

Tak rozradowanym nigdy nie byl jeszcze. Az sie pani Tekla musiala u'smiechna'c do jego uszcze'sliwionych oczu.

Istna epidemia ten szal weselny! Czeg'oz ty sie cieszysz? Chcialabym wiedzie'c.

Poczerwienial, jakby byl panna mloda.

Ja bym dzi's, babciu, caly 'swiat 'sciskal i calowal. Dusza mi sie w piersi nie mie'sci.

Osobliwo's'c! pokrecila glowa. Lepiej by's sie przespal i zjadl cokolwiek. Przeciez zaraz jecha'c nie trzeba.

Alez trzeba, natychmiast! Nim sie marszalek wybierze! Jan tam klnie pewnie i placze.

Ach, ten Jan! No, to jed'zmy, przy'spieszymy jego opamietanie. Jakze tam Jadzia? Wczoraj skarzyla sie na b'ol glowy.

Zdrowa, babciu, zdrowa i wesola! powtarzal z u'smiechem, pomagajac staruszce przykry'c szaty godowe popielatym pudermantlem[320].

Konie staly u drzwi, postrojone w peki wstazek i wisiadelek. Powozik 'swiecil jak cacko.

Pani Tekla umie'scila sie na safianowych poduszkach, hrabia wzial z rak furmana lejce i ruszyli jak wiatr.

Nawet zly humor mariampolskiej dziedziczki nie ostal sie wobec 'slicznej pogody, slo'nca i wesolych oczu Wentzla, kt'ory co chwila zwracal sie do niej z jakim's przelotnym sl'owkiem troskliwo'sci lub zapytania.

Na zawrocie do marszalka stangret o'smielil sie zrobi'c uwage:

Droga wypadnie przez dworek dawniejszego pana ze Strugi. Moze bramy zamkniete?

A to mu je wywalimy! odparl zuchwale pan.

Co on m'owi? spytala pani Tekla.

Ze nam Glebocki bram nie otworzy.

Fe! Nie wiedzie'c co! A zreszta, kto go wie! Furiat! Moze zawr'oci'c?

Ja sie nigdy z drogi nie wracam, babciu.

W tej chwili dworek wymieniony wyr'osl tuz przed nimi w parowie. Konie dopadly bramy i stanely. Byla szczelnie zamknieta. Na wolanie stangreta str'oz ukazal sie z budy i do's'c opieszale wyjrzal na przybylych.

Otwieraj, trutniu! krzyknal hrabia.

Oho! A jakze otworze, kaj[321] kluce u pana, a pon 'spia! odparl czlek z mazurska.

A to go obud'z, twego pana!

Oho! Jesce mie z pistoletu ustrzela!

Id'z, Pawel, do niego i popro's o klucze rozkazala pani Tekla stangretowi.

Poszli obydwaj ze str'ozem. Wentzel to bladl, to czerwienial. Gniew wzbieral w nim jak fala. Spojrzal na zegarek.

Dziesiata! zamruczal.

Pani Tekla, dla kt'orej Glebocki nie byl rywalem, traktowala te kwestie duzo spokojniej.

Podoba mi sie taki rygor, podoba! mruczala. Warto, zeby u ciebie w Strudze byl taki sam. Chociaz wariat, ale porzadniej u niego niz u ciebie.

W tej chwili wr'ocil stangret i str'oz z kluczami; otworzyl, uklonil sie i rzekl:

Pon prosa, zeby wiecej nie je'zdzi'c bez[322] folwark, ino[323] go'sci'ncem.

Wentzel sie obejrzal.

Powiedz twemu panu, ze wieczorem bede wracal: niech mi nie kaze czeka'c! okrzyknal.

Na ganku stal Glebocki i moze slyszal odpowied'z. Nie uklonil sie i Wentzel r'owniez nie uchylil kapelusza, tylko jechal z wolna, jakby wyzywajac przeciwnika.

Stadko golebi, sploszone, porwalo sie z dachu, mignelo nad glowa hrabiego. W tejze chwili Glebocki podni'osl pistolet i strzelil. Jeden z golebi zawirowal i padl na kola powozu; konie sploszone pomknely bez pamieci na ploty i rowy; pani Tekla krzyknela przera'zliwie.

Nic, babciu, nic uspokajal Wentzel borykajac sie z rozhukanym zaprzegiem. Ten pan strzela sobie golebie, przecie to nic zdroznego. Dobrze strzela nawet. Moze by'c kr'olem kurkowym. No, ot'oz jeste'smy znowu na drodze.

A m'owilam ci: zawr'o'c! Nigdy nie sluchasz! O cal ci kula przeleciala nad glowa! Boze, Boze! Niby to wasza idealna policja! Taki czlowiek swobodnie sie obraca! Gdziez porzadek! Ot, kryminal m'ogl by'c na gladkiej drodze, w jasny dzie'n! A m'owilam: zawr'o'c!

Czy widzi babcia? Marszalek jedzie przed nami. Sp'o'znili'smy sie.

A, prawda! Dzie'n dobry bratu! powitala nejtyczanke[324] i jowialna twarz ciotecznego.

Pi, pi! Siostrunie hrabiowie woza! Jakie cugi[325] 'smial sie staruszek i mrugal znaczaco.

Zaprzegi stanely. Obok pudermantla pani Tekli marszalek umie'scil siebie i sw'oj plaszcz z peleryna, dowcipkujac dyskretnie z hrabiowskiego szyku i przepychu.

Dajze brat spok'oj zawolala pani Tekla. Prosze lepiej poslucha'c, co sie tu u nas dzieje. Morduja ludzi po drogach!

A slyszalem, slyszalem potakiwal. Dwie ofiary spalone! Ale policja juz wpadla na trop.

Co brat bredzisz! Jakie dwie ofiary? Jak to spalone?

Ano ten Szwarc, co handluje wieprzami; zarznieto go z zona we wtorek.

Co mi brat plecie o jakim's tam Szwarcu?

A c'oz mi siostra m'owi o zamordowaniu?

Wentzel 'smial sie jak szalony z tego nieporozumienia.

M'owie, bo przed chwila Glebocki omal nie zabil mego wnuka.

Marszalek az podskoczyl.

By'c nie moze! zawolal, ogladajac Wentzla. A to wariat kompletny! Hrabia powinien oznajmi'c to policji, poda'c na sad.

Croy-D"ulmen spojrzal iskrzacymi oczami na m'owiacego. Twarz jego zabarwila sie krwia.

Ja moich honorowych spraw nie powierzam policji. Jest na to inny sad! rzekl z naciskiem.

Marszalek zatarl rece.

Pan m'owi po naszemu odparl, kiwajac glowa.

Jam juz dawno wasz, panie marszalku! u'smiechnal sie mlody czlowiek.

Chwala Bogu! Bardzom rad! A siostrunia az ro'snie z dumy. Jakze to bylo z tym strzelaniem? Tak sobie, bez zadnej dobrej racji?

Racja to by sie znalazla rzekl wesolo Wentzel.

Aha, znalazlaby sie! Rozumiem! Co's tam stoi zapisanego miedzy wami in libris amoris[326]!

A brata zawsze zarty sie trzymaja. Co za jakie's libris! Nie libris, ale Glebocki jest furiat, i je'sli go nie zamkna do oblakanych, to ja sama zaskarze go do medycznego wydzialu!

Ho, ho, ho! Jaka z siostry goraczka! Zalatwi sie z nim hrabia bez naszej pomocy! Po co kla's'c palce miedzy drzwi? Nieprawda, kawalerze?

Niezawodnie, panie marszalku. Ale oto i Braniszcze. Wszystkie powozy juz przed ko'sciolem. Slowo daje! Jan juz piechota idzie naprzeciw.

Niecierpliwy oblubieniec istotnie, bez wzgledu na sw'oj str'oj weselny, kroczyl na spotkanie.

Ty mnie w chorobe wpedzisz swym marudztwem! krzyczal juz z daleka.

Chi va piano, va sano[327] pocieszal go Wentzel, zajezdzajac przed ko'sci'ol.

Pani Tekla triumfalnym pochodem, pod eskorta wnuka i wychowa'nca, zajela swe miejsce. Wszyscy na nia czekali i natychmiast rozpoczela sie ceremonia.

U oltarza przyklekli pa'nstwo mlodzi, powtarzali za ksiedzem przysiege powoli, wyra'znie, dobitnie. Mimo woli za nimi szeptal ja Wentzel, stojac naprzeciw Jadzi i nie spuszczajac wzroku z jej bladej, powaznej twarzyczki.

Spotkali sie oczami. On spojrzeniem m'owil, ze ja ub'ostwia; ona u'smiechnela sie lekko, lagodnie i zarumienila sie nieco. U oltarza bylo czworo szcze'sliwych.

Jadzi od wczoraj bylo jako's dziwnie. Ostatecznie oddala mu serce i dusze i nie zalowala wcale, tylko ja strach zdejmowal przed szcze'sciem.

I ona zamy'slona powtarzala machinalnie slowa przysiegi i tak sie zadumala, ze ja jak ze snu zbudzil dobrze znany glos:

Sluze pani.

Nie patrzac, wsunela reke pod jego ramie i poszla za nowoze'ncami. Marszalek z pania Zdzarska dreptal tuz za nimi.

Jadziu ozwal sie, ledwie przestapili pr'og ko'sciola czy wiesz, ze zarzneli Szwaba Szwarca?

Wiem.

A wiesz, ze strzelali do hrabiego?

Raczka panienki drgnela.

Do jakiego hrabiego? spytala jednak spokojnie.

Nie udawaj naiwnej, figlarko! Znam, znam twoje sztuki! Do jakiego hrabiego! Dobra sobie!

Jak to? Strzelano do pana? zawolala pani Zdzarska przerazona.

Marszalek zartuje odparl.

Jadzia nie pytala slowem tylko oczami. Oczom tym nie umial klama'c, spojrzal w inna strone.

Czy widzi pani? zawolal. Ja's z zona juz sie sprzeczaja u drzwiczek powozu.

A kawaler by sie nie sprzeczal zartowal marszalek. Bedziesz pod pantoflem, mlody czlowieku. Co? Moze chcesz tabaczki?

'Slicznie dziekuje za proroctwo i propozycje. Z kim pani jedzie?

Z pania Ostrowska. Wzywa nas.

Pani Tekli widocznie podobaly sie safiany. Juz sie w nich rozsiadla i kiwala na Jadzie.

Wentzel, uszcze'sliwiony z zaszczytu, gnal zaprzag z kopyta, wyprzedzajac wszystkich. Staruszka daremnie wzywala do opamietania.

Apopleksja razi konie w taki upal. Popadaja na drodze! Czy's oszalal?

Niech padaja! Co mi tam! odpowiadal.

Na to monstrualne lekcewazenie inwentarza pani Tekla miala juz zacza'c piorunujace kazanie, gdy Jadzia spytala nagle:

Marszalek mi m'owil, jakoby strzelano do hrabiego? Nie m'owil nic babci?

Jak to m'owil? Na co mial m'owi'c? Przeciez to sie dzialo w moich oczach. Kula o cal przeszla od glowy.

Tu nastapila detaliczna opowie's'c wypadku i trwala cala droge. Jadzia nie ozwala sie wiecej. Oparla glowe w glebi powozu, przymknela oczy i slyszala tylko sw'oj b'ol w duszy.

Przyszla tedy nieunikniona katastrofa; juz jej nic nie odwr'oci; ona juz nie ma prawa go powstrzyma'c przed honorowa rozprawa. Unikal jej wzroku, bal sie pro'sby, kt'orej bedzie musial odm'owi'c, lub bal sie swej slabo'sci wzgledem niej. Nie, ona go nie bedzie prosi'c, nie zatrzyma. Niech sie dzieje, co sadzone!

Czytala gdzie's, ze szcze'scie to grzech, za kt'ory sie 'smiercia placi. Aksjomat ten kolowal w jej glowie, wbijal sie w jej m'ozg jak 'cwiek, bolal, szarpal, rozdzieral.

Miala ochote komu's sie poskarzy'c, pozali'c, jemu samemu najpredzej. Czy tez jemu nie szkoda bedzie gina'c? Czy nie jeczy w nim dusza jak w niej?

Spojrzala ku niemu. Jego cienki, piekny profil widziala tylko: u'smiechal sie do swych my'sli. Pojedynek dla niego to zabawka! Wczoraj w altanie m'owil, ze rad umrze'c, je'sli 'smiercia dowiedzie swej milo'sci. Ha, ot'oz i dowiedzie! Potem pytal: czy go lubi cho'c troche? Pytal, prosil, zaklinal o odpowied'z, a ona milczala. Slowo nie moglo sie wydrze'c ze skrytego serca; jej sie zdawalo, ze on i bez tego wiedzie'c powinien. A moze on nic nie wie? Dreczyla go tyle czasu moze rad sko'nczy'c meke? Moze stracil nadzieje? Reke jej, odchodzac, przycisnal do serca kolatalo szalenie. A ona nie pocieszyla go jednym slowem. A teraz go jej kula we'zmie.

Przybyli na miejsce i wpadli w wesole, rozbawione grono rodziny. Jan odzyskal humor i werwe. Marszalek prawil dowcipy, wszyscy sie 'smiali. Wentzel byl tez w podnieconym usposobieniu zartowal, bawil cale towarzystwo. Malo jadl, ale pil bez ustanku. Siedzieli obok siebie. Marszalek mrugal, Jan wznosil zdrowie druzek, pani Tekla nawet u'smiechala sie laskawie. Jedna Cesia spostrzegla troske na twarzy Jadzi i po obiedzie spytala ja serdecznie:

Co ci, Jadziu? Glowa boli?

Boli odparla niewyra'znie.

Oj, bo tez ja bolalo okropnie! Widziala, jak po obiedzie Wentzel co's szeptal ze Stefanem, posylali jakie's kartki, umawiali sie tajemniczo, potem jakby nic wr'ocili do salonu.

Pod wiecz'or nowoze'ncy pozegnali rodzic'ow i go'sci. Rozjezdzali sie wszyscy. Pani Tekli nie bylo juz; miala Jasia i Cesie przyja'c w Olszance chlebem i sola. Konie mariampolskie czekaly na Jadzie. Dla Wentzla i Stefana staly posiodlane wierzchowce.

Hrabia ja przeprowadzil do powozu. Zdobyla sie wreszcie na zapytanie:

Pan dzi's bedzie u babki?

Nie, pani, nie moge.

A jutro?

Nie wiem, co bedzie jutro.

Zapewne, moze lepiej nie zegna'c sie zamruczala raczej do siebie niz do niego.

Kto ma z kim zegna'c sie, to szcze'sliwy odparl, patrzac na nia blagalnie.

I znowu czarodziejskie slowo ugrzezlo w gardle pokrecila glowa. Lez miala pelne oczy.

Niech pan bedzie jutro wyszeptala.

Uklonil sie, bo Stefan sie zblizyl, pow'oz ruszyl.

No, to jedziemy? spytal Zdzarski.

Jedziemy! zawolal z determinacja hrabia.

Skoczyli na konie i pognali w druga strone. Na trakcie spotkali Wolickiego i Jasienieckiego, zamienili pare sl'ow i pojechali razem do dworku Glebockiego. Brama byla tym razem na wp'ol otwarta i nigdzie str'oza.

Lotr, umy'slnie urzadzil szykane ozwal sie jeden.

Wentzel zatrzymal jakiego's parobka.

Gdzie wasz pan?

W domu. Slysza panowie? Strzela.

Istotnie rozlegal sie glo'sny huk w miarowych odstepach czasu.

Powiedz panu, oto masz moja kartke, ze ten pan chce sie z nim widzie'c.

Chlop wzial bilet i poszedl. Mlodzi ludzie zsiedli z koni i weszli na ganek.

W tejze chwili stary sluga otworzyl im drzwi i uklonil sie.

Pan prosi do siebie.

Weszli do pokoju dziwnie przystrojonego. Cale 'sciany obite byly kartami, na kt'orych zamiast znak'ow 'swiecily dziurki od kul. Na drzwiach podobniez strzalami wypisany byl rok i dwie daty, kilka obraz'ow po 'scianach mialo na sobie arabeski olowiem kre'slone. Zaduch prochu panowal niezno'sny. Glebocki stal u okna bez surduta, oczerniony sadza, ohydny. Brode zahodowal[328] po pas, wlosy zapu'scil jak mnich, wychudl jak trzaska. Nie zwazajac na go'sci, nabijal pistolet.

Po minucie oczekiwania Wentzel wystapil naprz'od.

Czy moge prosi'c pana o chwilke uwagi? spytal.

Glebocki sie obejrzal.

Uwazam odparl.

Przyjechalem tu spyta'c pana: z jakiego powodu strzelale's pan dzi's rano do mnie? Bylem bezbronny i moglem odpowiedzie'c panu tylko biczem.

Ja wcale do pana nie strzelalem, ale do golebia. A ze pan mi wlazl pod strzal, to nie moja wina. Wolno'c Tomku w swoim domku.

Ach, tak! Nie strzelal pan do mnie Przyjmuje tlumaczenie za sluszne. Zrobie tylko panu jedna jeszcze uwage: ze czlowiek dobrze wychowany i przy zdrowych zmyslach nie strzela na swoim dziedzi'ncu w chwili, gdy przejezdza osoba starsza i szanowana. Sa to obyczaje nieprzyjete w Europie.

Glebocki stanal frontem, pistolet trzymal w reku.

Pol'oz pan bro'n na stole rzekl zimno Wentzel.

Gdzie jest czterech na jednego, tam bro'n powinna by'c blisko.

Wszyscy poruszyli sie z oburzeniem.

C'oz to! Masz pan nas za zb'oj'ow? zawolal Stefan porywczo.

Kto z kim przestaje, takim sie staje. Wstyd wam kolegowa'c z podlym Szwabem, z pruskim szpiegiem!

Nie doko'nczyl. Rekawiczka Wentzla uderzyla go po twarzy. Zaryczal, podni'osl pistolet i wystrzelil. Kula 'swisnela kolo ucha hrabiego, zerwala mu troche wlos'ow i ogluszyla zupelnie. Croy-D"ulmen pierwszy oprzytomnial.

Dwa razy strzelale's pan do bezbronnego; moze i o tym znajdziesz jakie przyslowie.

I owszem! za'smial sie dziko Glebocki. Kto pod kim dolki kopie, sam w nie wpada. Kaz pan sobie zawczasu d'ol wykopa'c!

Nie omieszkam z rady skorzysta'c. Czekam pana sekundant'ow, bo wojowa'c obelgami nie zwyklem. Chod'zmy, panowie!

Wyszli bez pozegnania. Gdy wsiadali na ko'n, slyszeli znowu raz po raz huk strzal'ow. Byly to grzmoty przed burza.


| Między ustami a brzegiem pucharu | c