home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



II

Wentzel Croy-D"ulmen od dzieci'nstwa byl panem swej woli i czyn'ow. Wprawdzie ojciec naznaczyl mu opiekuna, starego towarzysza broni i sasiada, majora Koop, i opiekunke, ciotke Dore, ale opieka to byla pozal sie Boze.

Ze fundusz nie zginal zawdzieczal to tylko swemu ogromowi; ze wyrostek sie nie zmarnowal zupelnie to bylo cudem opatrzno'sci niebieskiej.

Major Koop i ciotka Dora zjezdzali sie niekiedy, opowiadali sobie okropne wybryki wychowa'nca, wznosili oczy i rece do nieba, wzdychali, radzili i rozjezdzali sie do swych zaje'c: major do swych d'obr nad Renem, ciotka do modl'ow i ofiar naboznych. Rady nie bylo zadnej. Wentzel dbal o nich tyle, co o popi'ol z cygara. Od dziecka polozenie spoleczne popchnelo go w sfery arystokracji; kolegowal z synami najwyzszych rod'ow, bawil sie po salonach. Mlodzieniaszka, pieknego jak Apollo, porwaly kobiety zepsuly go do gruntu.

Nie byl nigdy dzieckiem, a mlodym dusza moze ledwie pare miesiecy.

Cudem olbrzymich zdolno'sci odbyl szkoly i uniwersytet, wstapil do wojska, z wojny francuskiej[29] wyni'osl zelazny krzyz i pare blizn i wystapil z czynnej sluzby.

Nudzilo go wszystko po pewnym czasie; kariery nie szukal, celu nie mial w zyciu, nie rozumial potrzeby pracy.

Byl hulaka wielko'swiatowym, pelnym form i delikatno'sci: pod maska kr'ola salon'ow kryl sie cynik bez zadnych zasad, nieszanujacy nikogo i niczego, lekcewazacy 'swiat caly, dumny swa potega i magnetycznym urokiem.

Nalezal do kilku klub'ow, mial przyjaci'ol, ile bylo mlodziezy w stolicy; kochaly go wszystkie kobiety.

Byl najzupelniej z losu zadowolony.

Major Koop i ciocia Dora byli dla'n nudna mikstura, jak sie wyrazal.

Sluchal ich rad i perswazji, jak sie slucha brzeku owad'ow podczas sjesty poobiedniej.

Majora Koop zagadywal pytaniem o owcach i winie[30], ciotce znosil cukierki i placil bez liku na misje jezuickie.

Staruszke jednak bylo trudniej ulagodzi'c. Zyjac w stolicy, slyszala wiecej niz major, widziala mn'ostwo podejrzanych os'ob i stosunk'ow; stare damy z arystokracji skladaly w jej laskawe uszy wszystkie plotki i skandale obiegajace Berlin z winy jej siostrze'nca. Ultramonta'nska jej dusza[31] wezbrala zgroza, patrzala na Wentzla jak na lokatora piekiel, mieszkanie jego obchodzila z daleka niby Sodome, suszyla piatki[32], odprawiala dewocje, skladala ofiary wszystko bezskutecznie.

Hrabia nie mialby nigdy spokoju w domu, gdyby nie to, ze ciotka, przy calym zgorszeniu i zgrozie, miala slabo's'c dla swego chlopaka, jak go zawsze zwala.

Za oczami byla silna, w oczy oburzenie jej topnialo, gniew niknal piekny panicz ogarnal i ja swym urokiem.

Zreszta Croy-D"ulmen w zyciu swym hulaszczym malo mial czasu i ochoty na stosunki z ciotka. Bytno's'c jego we frontowym domu nalezala do wypadk'ow nadzwyczajnych, witanych z zachwytem, wspominanych bardzo dlugo. Robil swa obecno'scia laske staruszce.

Byl to wiec dla niej radosny ranek, gdy lokaj oznajmil, ze hrabia zaprasza sie do niej na kawe. Zakrzatnela sie zywo, by go ugo'sci'c, rozpedzila cala sluzbe nie mogla dobra'c ciast i zakasek. Nie przeczuwala, ze jej chlopaka zbudzili tak wcze'snie dwaj sekundanci z warunkami pojedynku. Urban przygotowywal bro'n. Wentzel po odej'sciu koleg'ow co's pisal przy biurku, gwizdzac wojskowa pobudke. Czul sie w obowiazku pozegnania opiekunki.

Na odchodnym zawolal lokaja.

Id'z na Friedrichstrasse numer 5, kolo skweru, we'z liste lokator'ow, wywiedz sie u str'oza o mloda dame, kt'ora dzisiejszej nocy wychodzila na miasto. Rozumiesz? Kaz przy tym zalozy'c konie, a list ten oddaj hrabiemu Michalowi Sch"oneich. Jezeli kto sie zjawi, uwiadomisz mnie u pani. Verstanden[33]?

Zu Befehl, Herr Graf[34]!

Wentzel sie ubral i zszedl do ciotki. Pojedynek byl naznaczony na poobiedzie, w lasku o pare stacji za stolica. Bylo zaledwie czasu na 'sniadanie i pare wizyt.

Ciotka Dorota przyjela swego jawnogrzesznika w swym saloniku, ucalowala go w glowe i oczy, posadzila u zastawionego stolu.

Polozyl przed nia list.

Przez pomylke znalazl sie u mnie. Poznaje pismo majora. Ta czesta korespondencja, ciociu, mocno sie wydaje podejrzana! rzekl 'smiejac sie.

Zartuj zdr'ow! Pisujemy o tobie, chlopaku! Jedz tymczasem. Bardzom ci rada[35].

Co to ciocia haftuje tak zawziecie? Oczy trzeba straci'c nad taka dlubanina.

To Panu Bogu na chwale stula na tw'oj 'slub, chlopaku.

Po c'oz ten po'spiech goraczkowy? Zbutwieje cioci robota. Szkoda!

Panna Dora von Eschenbach wzniosla do sufitu spiczasty nos i szkla okular'ow i westchnela zalo'snie.

Wentzel popil ten srogi wyrok na stule lykiem kawy i za'smial sie.

To westchnienie, ciociu, bylo brzemienne krytyka i potepieniem. Czego cioci sie chce? Towarzystwa jakiej ksiazecej peroneli[36] niby mojej zony? Niech ciocia sobie wypisze tuzin dam pr'ozniaczek do kompanii. A moze ciocia lubi dzieci? Mozemy z misji sprowadzi'c pare chi'nskich bachor'ow. Obejdzie sie to wszystko bez wsp'oludzialu mej osoby!

Wentzel, Wentzel! Zartujesz ze 'swietych rzeczy. Kazdy porzadny czlowiek musi sie ozeni'c!

Kazdy porzadny czlowiek powinien unika'c poufalo'sci z kobietami! Nieprawdaz, ciociu?

No, tak, zapewne sa grzechy

Z tego wynikajace. Slyszalem o tym. Ot'oz ja nie chce mie'c grzesznych stosunk'ow. Nie chce sie stara'c, o'swiadcza'c, bo to, widzi ciocia, doprowadza do u'scisku dloni, do goracych spojrze'n, do pocalunk'ow. Ergo[37], ja sie boje zeni'c, bo to niemoralne!

Mial mine mistyczno-zgorszona.

Ciotka Dorota pokrecila glowa.

Ach! Boze! westchnela znowu.

Zamiast wzdycha'c, prosze zajrze'c do listu majora. O zeniaczce nie warto my'sle'c, bo ja sie pojedynkuje za pare godzin i moze by'c caput[38]!

Co ty?! Jezusie, Mario! Znowu?! Co miesiac sie bijesz Ach, ja nieszcze'sliwa! Co to bedzie, co to bedzie!

Nic nie bedzie! Na co ciocia wzywa imienia boskiego nadaremno! Wszakzem nie baran na rze'z. Czy moge zapali'c papierosa?

Nic nie odrzekla, bo zanosila sie od placzu, lamentujac przerywanym glosem.

Hrabia pokiwal glowa.

Ot'oz macie kobiety! I ciocia chce, zebym jeszcze druga sprowadzil do duetu! Jedna po siostrze'ncu, druga po mezu ladny koncert!

Staruszka z zalo'sci rozgniewala sie.

Tak, tak, kobiety! Gadaj to komu innemu. Masz mnie za tak naiwna! Wiem wszystko! Moze to nie o jedna z tych bezecnic stawiasz zycie na karte! Gdzie gromy niebieskie na te szkaradnice, Magdaleny, Samarytanki! Czemu ich nie plawia i nie pala, nie pietnuja zelazem! Sodoma, Gomora!

Gwaltu! Z cioci bylby istny Torquemada[39]! Az mnie dreszcz chwyta!

Hrabia sie 'smial z calego serca, ale panna Dorota pu'scila wodze swej bole'sci i oburzenia.

Zginiesz przez nie, je'sli sie nie upamietasz[40], nie ozenisz, nie bedziesz domu pilnowal! Okropno's'c! Zabija cie!

Ciocia mnie ma za niepospolitego gamonia! Nie my'sle gina'c za byle co! Ale kiedy ciocia mi wymy'sla, to zmykam. Sadzilem, ze znajde pochwale i zachete, a tu lzy! Fe, ciociu, c'est mauvais genre[41]!

Wstal i pochylil sie nad jej reka.

No, zgoda! Prosze sie rozchmurzy'c. Bije sie nie o zadna Samarytanke, jak to ciocia nazywa, ale o to, ze Wilhelm Wertheim nazwal mnie Metysem i polskim warcholem! Co, jest racja? Za to go rozplatam jak szczupaka, daje slowo honoru! Niech ciocia spyta kapitana Assenberg, jak sie fechtuje! To zabawka dla mnie.

Staruszka otarla lzy i spojrzala mu w oczy.

Gdy tw'oj ojciec 'swie'c, Panie, jego duszy powzial ten szalony projekt, jam go blagala na kleczkach, by zaniechal. Nic nie pomoglo. Oczarowali go w Polsce. To kraj wp'ol dziki. Maja tam gusla, rzucaja uroki, daja pi'c ziola jakie's! Slyszalam o tym od powaznych ludzi. Czarna magia, szata'nskie sprawki! Szatan opetal biednego Ralfa! Przeczuwalam nieszcze'scie! Spelnilo sie! Ty pokutujesz! Ach, te Polki! Major Koop zawsze mi powtarza: Wentzlowi nikt nie ufa, boja sie sprzeniewierzenia i odstepstwa. Dlatego nie wzywaja go na zadna posade, obserwuja go i czekaja. Ach, zeby's sie ozenil z c'orka ksiecia H., nieufno's'c by znikla!

Ciocia Dora, jak zajac po wielu kluczach[42], wr'ocila do punktu, skad wyszla.

Nie boje sie polskich czar'ow! odparl hrabia, marszczac brwi. Nie p'ojde 'sladem ojca! Co za's do posad, je'sli mi przyjdzie ochota, nie ja, ale rzad bedzie mnie prosil. O to moze ciocia by'c spokojna.

Wiec pojedynek nieodwolalny? szepnela.

Obydwaj nie nalezymy do tch'orz'ow.

W tej chwili otworzyly sie drzwi salonu; zajrzala posepna twarz Urbana.

Konie podane!

Co, juz jedziesz? Ach, Boze, jakze mi straszno! We'z szkaplerzyk na piersi, chlopaku. Bede sie dzie'n caly modlila za ciebie.

Dziekuje! Nic mi nie bedzie. Dzi's wieczorem przyjde do cioci na herbate. Do widzenia!

Za drzwiami roze'smial sie jak szalony.

Co prawda, wole pozegnanie z Aurora; ta mi dopiero da szkaplerzyk!

Zamruczal, potem zbiegl szybko na d'ol, zatrzymal sie, zwr'ocil sie do lokaja i spytal lakonicznie:

Nun[43]?

Urban sie wyprostowal jak we froncie.

Kamienica przechodnia na dwie ulice, str'oz spal noc cala, nikogo nie widzial. Oto spis lokator'ow.

Zum Teufel[44]! Co dalej?

Baron Sch"oneich czeka na pana hrabiego.

We'z szpade i ruszaj na kolej; bierz bilety na stacje Kirschm"uhl i czekaj na mnie.

Slucham!

Baron Sch"oneich, kolega i przyjaciel Wentzla, przybyl do's'c zdziwiony naglym wezwaniem.

Pewnie sie bijesz? zawolal na wstepie.

Jakby's zgadl.

O co?

O moja piete achillesowa vel[45] polska.

Z kim?

Z Wilhelmem.

Glupstwo! Will pewnie byl pijany, a ty, wiadomo, szukasz wraze'n. Czemu's mnie ominal na sekundanta? Wiesz, to obraza!

Ty, powazny dyplomata! Dostalby's jeszcze nosa od kanclerza. Zreszta, taki pojedynek Jakbym z ta szafa wojowal! Ech!

Sch"oneich pokrecil glowa.

Co prawda, tych pojedynk'ow troche za gesto. Jeste's strasznie drazliwy, Wentzel. Na twoim miejscu ja bym, dla zatkania geby natretom, wszedl do izby[46] i urzadzil co dzie'n rulade z Polak'ow. Masz porywajaca wymowe.

Ba, przy 'spiewie, winie i kobietach, ale nie w waszym sejmie. Brr! Co tam za nudy!

Ha, to urzad'z krucjate na Pozna'n.

Do diabla z konceptami! Powiedz cho'c raz co rozsadnego.

Wstap do sluzby.

Na przyklad do jakiej?

Do dyplomacji. Jeste's na to stworzony.

Skad ten pewnik? za'smial sie Croy-D"ulmen.

Wyznaje, ze to nie moje spostrzezenie, ale Herberta. Wczoraj byla mowa o ambasadorach u ministra W. Stary, jak go znasz, facecista[47]. Posel powiada powinien gra'c zawsze role kochanka. Kto sie zna na galanterii i milo'sci, ten bedzie doskonalym ambasadorem. A na to Herbert: Po'slijcie do Francji Wentzla Croy-D"ulmen: nie bedzie strachu o Alzacje i miliardy! On wam Galie w r'oze uwie'nczona przyprowadzi do st'op! Dacie mu za to, zamiast pensji i orderu, kotylion[48] z paryzanek. 'Smiano sie z tego caly wiecz'or.

Herbert rad by mnie sie pozby'c z Berlina.

No, sadze, iz przede wszystkim z jednego palacu Berlina. Biedaczysko schnie z zawi'sci.

Croy-D"ulmen ruszyl ramionami.

On zawsze ma gust na cudze. P'oki wolne i nieoglaskane, milczy; gdy kto wyr'ozni i zdobedzie, wydziera wlosy i szaleje. Z taka taktyka niedaleko zajedzie. On mnie ambasadorem, a ja jego zrobilbym wielkorzadca australijskich kolonii. Niech obdziera ludozerc'ow!

Spojrzal na zegarek i poruszyl sie niespokojnie.

Ot'oz, Michel, chcialem cie prosi'c, aby's na wypadek jakiej katastrofy ze mna popalil papiery w tym biurku co do jednego, bo widzisz

Widze, ze ci bardzo pilno mnie sie pozby'c! Zum Henker[49]! Te pamiatki nie zgina, i ty takze, bad'z spokojny! Cha! Cha! Krecisz sie jak fryga.

C'oz chcesz, boje sie sp'o'zni'c na pojedynek.

Uhm, pojedynek, ale bez sekundant'ow. No, no, ambasadorze, ruszaj, ruszaj! Przyjde wieczorem powita'c cie jako zwyciezce. Bywaj zdr'ow!

Po chwili slawne na caly Berlin taranty[50] hrabiego staly u bramy hrabiny Aurory.

Ciocia Dorota odprawiala koronke, a piekna pani m'owila cala wzburzona.

Wiesz, jezeli ten blazen cie zadra'snie, to ja mu zrobie co's okropnego ja, ja

Wypowiesz mu sw'oj dom! podchwycil hrabia.

Wypowiem! potwierdzila energicznie, jakby m'owila: po'cwiartuje go zywcem.

Szyderczy grymas przeszedl twarz Wentzla.

Za taka ofiare, m'oj skarbie, zachowam dla ciebie dozgonna wdzieczno's'c rzekl z calym przejeciem.

Dopiero w drodze do Kirschm"uhl pozwolil sobie w my'sli na krytyczna uwage:

Ciekawym, co by Lidia zrobila okropnego Wilhelmowi w razie mego zadra'sniecia. Pewnie pokazalaby mu jezyk. No, no, juz to te damy nie bywaja rozrzutne w pamieci o pokonanych! Trzeba imponowa'c albo nie istnie'c! Imponujmy!

Nie udalo mu sie tak, jak sobie tego zyczyl.

Obu przeciwnik'ow rannych odwieziono do domu. Baron mial przebite ramie i rozciety szpetnie prawy bok, Wentzel dostal ciecie przez glowe: bil sie jeszcze, ale krew mu zalala oczy, a przeciwnik omdlal. Obwolano hrabiego zwyciezca.

Nedzny to byl triumf. Szpada rozplatala mu glowe i czolo do czaszki. Sch"oneich zastal go w szponach trzech chirurg'ow. Kl'ocili sie po lacinie.

Musi by'c znak wolal jeden.

Nie bedzie przy zimnych okladach przeczyli dwaj drudzy.

Tu pacjent wmieszal sie do rozmowy.

Albo bedzie, albo nie bedzie. To sie zobaczy przy ko'ncu. Tymczasem r'obcie poczatek, panowie.

Rozsadne zdanie potwierdzil najstarszy medyk, przyjaciel domu hrabiego, zabierajac sie do roboty.

Sch"oneich powital bohatera u'smiechem.

Przyszedlem pali'c owe dokumenty rzekl wesolo. Czy ci nie wstyd da'c sie opietnowa'c?

Odbije sie na Assenbergu. Nie nauczyl mnie jednego pchniecia, osiol.

Przy twym amatorstwie ufam, ze sie z czasem wyksztalcisz! Hu! Co to za szczerba! Bedzie mial szrame na cale zycie.

Nie bedzie przy uzyciu zimnej wody! poczeli wola'c medycy.

Staremu doktorowi Voss drgnela reka z irytacji. Wentzel skrzywil sie z b'olu.

Czego sie gapisz! krzyknal na Urbana. Id'z i uspok'oj pania we frontowym domu.

Jaka pania? zagadnal udajac naiwnego Sch"oneich.

Ciocia Dora spedzila dzie'n we lzach i modlitwie. Gdy kareta wr'ocila z dworca i zatrzymala sie u lewego skrzydla, a do niej nikt nie przychodzil, przemogla wstret, jaki czula do tej cze'sci domu, i zbiegla sama po nowiny. Wszystkie drzwi zastala otworem. Sluzba byla w ruchu. Dotarla niepostrzezona az do sypialni. Ujrzala swego chlopaka w pokrwawionej koszuli, wokolo krwawe szmaty, nad nim trzech rze'znik'ow i Urbana bladego jak 'sciana. Tylko Sch"oneich rozparty w fotelu kiwal sie tu i tam, gwizdzac a sam ranny dowcipkowal po swojemu.

Staruszka juz miala wej's'c, juz podniosla noge, gdy ja przykul do podlogi zartobliwy glos barona.

Doktorze, zacerujcie gladko, zeby piekne usta nie obrazily sie na szramach.

Ciocia Dora zatulila uszy dlo'nmi i uciekla z tego piekla. W takiej chwili taka mowa! O, czasy! O, mlodziezy!

W chwile potem Urban ja uspokoil ze strony hrabiego, ale ona nie zdecydowala sie na powt'orne odwiedziny. Miala dosy'c pr'oby.

Stary doktor postawil na swoim. Szrama zostala pomimo zimnej wody i innych sposob'ow; rozcinala czolo wyra'zna poprzeczna bruzda.

Honor sw'oj niemiecki oplacil Wentzel, a moze piekne oczy nieznajomej dziewczyny odjely mu zreczno's'c i sile.

Mial pamiatke po owej burzliwej nocy. Klal ja w duchu, gdy wreszcie wygojony stroil sie pewnego wieczora do teatru.

Doktor Voss zjawil sie wla'snie na zly humor, a nie wiedzac o tym, poczal burcze'c na wybryki. W rezultacie pokl'ocili sie okropnie: medyk z cala flegma, Wentzel z ogniem wcale nie germa'nskim.

Voss potarl swa g'orna warge, co robil zawsze, gdy mial wyglosi'c wazne zdanie, i rzekl:

Pan hrabia jest niecierpliwy, nierozsadny, i nielogiczny Typowy Slowianin.

Tego bylo za wiele. Croy-D"ulmen skoczyl, jakby skorpiona nadeptal.

Kreutzdonnerwetter[51]! zaklal jak dragon. Jak mi pan jeszcze pi'sniesz slowo

To co? prawil spokojnie medyk. Ja sie bi'c nie umiem, a spostrzezenie fizjologiczne nie jest przeciez obraza. Pan hrabia rodzi sie z Polki, to pewnik; ze r'od matki wplywa bardzo silnie na dzieci, to drugi pewnik; a ze pan bardzo do matki podobny, to trzeci! Dixi[52].

A ja dixi, ze wasze fizjologie to brednie, a wy sami stado wariat'ow! Jestem Niemiec i basta!

Po ojcu prawdopodobnie!

Jak to prawdopodobnie? krzyknal mlody czlowiek, czerwieniejac z pasji. 'Smiesz o mojej matce m'owi'c podobny frazes!

M'owie: prawdopodobnie, bo pani hrabina byla Polka, a tamte kobiety sa do prawdy podobne. Nasze damy to co innego. Zeby na przyklad hrabina Carolath miala syna, powiedzialbym

Daj mi spok'oj z hrabina Carolath! Nie ciekawym tego, co powiesz! przerwal niecierpliwie hrabia. Ide do teatru. Zeszpecile's mnie na wieki, a teraz prawisz brednie, kt'ore ci tylko dlatego darowuje, ze's stary! Niech pieklo pochlonie chirurgie! Z wami razem, naturalnie! Urban, konie!

W teatrze piekny panicz w krzeslach i piekna pani w lozy zamienili kr'otkie, ale wymowne spojrzenia. Nie bylo na nic wiecej czasu; ale koledzy wzieli w sw'oj 'srodek Wentzla; ukladano kolacje z aktorkami.

Dopiero w antrakcie hrabina Aurora zwr'ocila sw'oj 'sliczny profil do drzwi lozy i powitala wchodzacego u'smiechem syreny.

Tysiace oczu patrzylo na nich, wiec on sie uklonil gleboko i usiadl naprzeciw niej.

Wygladamy tak niewinnie jak stary radca z sedziwa ochmistrzynia dworu zrobil p'olglosem uwage Wentzel.

Mauvais sujet[53]! upomniala go za koncept. Czy wiesz, ze ci ladnie z ta blizna, heros balafr'e[54]. Ale bi'c sie nie bylo o co, doprawdy! Wiesz, ja bardzo lubie Polak'ow.

Jakby's znala cho'c jednego.

No, chociazby ty, przez p'ol.

Rzucil sie niecierpliwie.

Znowu! Ja sie dzi's w'sciekne chyba! Ja nie jestem, nie bede, nie chce by'c Polakiem! Co sie ludziom dzieje! Sprzysiegli sie mnie torturowa'c!

A to sie nie bro'n, je'sli chcesz, zeby ci dali pok'oj! Le grand malheur[55]! Pogadaja i ucichna. A jak bedziesz sie afiszowal niemczyzna, to ci na zlo's'c beda dowodzili, ze's Polak z krwi i ko'sci.

Pierwszy raz i zapewne jedyny zrobila hrabina Aurora tak trafna uwage, ale to nie rozmarszczylo czola mlodego czlowieka.

Nie znalazl dla niej u'smiechu, gryzl niecierpliwie wasy i krecil brode.

Tracila go nieznacznie pantofelkiem.

Powiem ci co's niemilego, je'sli mnie nie bedziesz bawil. Patrz, ty specjalisto od ladnych twarzyczek, kto to nowy w lozy naprzeciw? Co za pyszne opale! M'owia, ze to kamienie, qui portent malheur[56]! Znasz te dame?

Hrabia machinalnie podni'osl oczy, spojrzal we wskazanym kierunku i az sie cofnal z podziwu. Dama w opalach nie byl to nikt inny, tylko jego nieznajoma.

Ruch nie uszedl oka hrabiny.

Ach, comme tu prends feu[57]! rzekla z dasem.

Nie wiedziala's o tym? spytal z lekka ironia.

Monstre[58]! tracila go znowu pantofelkiem. Znasz te dame? Skad ona?

Z San Marino.

Gdzie to jest? Na prowincji? We Wloszech?

A gdzie's tam blisko! Nie pamietam.

Opedzal sie od pyta'n, a oczu nie spuszczal z lozy naprzeciw.

Nieznajoma nie byla sama. Towarzyszylo jej dw'och mezczyzn; jeden stary, siwy drugi mlody, blondynek, z jezowata czupryna i swawola w oczach. Rozmawiali z soba poufale i, o dziwo, obywatelka sparta'nskiej republiki u'smiechala sie lekko niekiedy, a chlopcu iskrzyly sie do niej 'zrenice i co chwila blyskaly biale zeby w serdecznej, ochoczej wesolo'sci.

Wentzel Croy-D"ulmen wciaz patrzyl, znoszac obojetnie impertynencje obrazonej hrabiny. Tupala n'ozkami z w'scieklo'sci.

Tu es d'une grossi`eret'e horrible[59]! Id'z, przynie's mi cukierk'ow! Nie polykaj jej oczami. Nie puszcze cie! Nie masz prawa tam i's'c, rozumiesz? Nie pozwalam! Tam nie ma miejsca dla ciebie. Ten blondynek

Auroro! szepnal z wyrzutem.

Gdzie's ja poznal? M'ow! Ze tez tobie zadna nie ujdzie! Ach, wpakowalabym cie z przyjemno'scia na statek admiralski z zakazem odwiedzania port'ow! Co to za jedna?

Obywatelka rzeczypospolitej San Marino.

Tu es stupide[60] z ta twoja rzeczapospolita!

C'oz robi'c! Nie moge cie lepiej obja'sni'c, bo sam wiecej nie wiem!

A ja ci m'owie, ze to nie zadne San Marino. To jest niezawodnie kto's z Polski. Ces Slaves ont leur type `a part[61]. Wiesz, ze ona nawet do ciebie podobna.

Nareszcie znalazla hrabina spos'ob na swego kochanka.

Spojrzal na nia piorunujacym wzrokiem, wzial kapelusz, uklonil sie i wyszedl. Byla pewna, ze juz nie spojrzy na loze.

Po chwili ujrzala go w krzeslach. Istotnie, nie patrzyl ani na prawo, ani na lewo, ale na scene. Zdawal sie zajety jedynie sztuka. W drugim antrakcie przyslal jej stosy cukr'ow, sam poszedl na cygaro z kolegami. Nie wspomnial o damie w opalach, ale inni juz ja spostrzegli.

Alzatka! zdecydowal Herbert.

Mniejsza skad, ale piekna. Co za szyk kr'olewski!

Wertheima nie bylo. Leczyl sie jeszcze. Wiec Wentzel ze swa znajomo'scia sie nie pochwalil. Co prawda, nie bylo tak bardzo czym.

Przypuszczenie Herberta uderzylo go.

Byle's w Alzacji? zagadnal.

Dwa miesiace, z komisja rewizyjna.

Uhm, rewidowale's! wtracil po swojemu p'olgebkiem Michel von Sch"oneich.

W glowie Wentzla tworzyl sie awanturniczy projekt. Odszuka'c ja, pozna'c sie i rzuci'c w oczy koleg'ow Cezarowym: veni, vidi, vici![62]! Znad Renu do Alzacji byl krok jeden, a reszta fraszki!

Za p'ol roku ona bedzie moja! rzekl lekcewazaco.

Herbert natychmiast nadstawil uszu. Chwytal w lot kazda inicjatywe.

Albo moja! zawolal.

Nie! poprawil Wentzel. Moja albo niczyja!

Pari[63]?

Zgoda! O co?

O twego Scherza!

I o twego Fingala!

A ja trzymam, ze obydwaj zjecie po mydelku ozwal sie Sch"oneich. Stawiam swoja czw'orke, zabiore waszego Scherza i Osjanowego bohatera[64]; kaze jutro zacza'c rozszerza'c stajnie.

Skad ta pewno's'c, Michel?

Popatrzcie jej w oczy, to sie dowiecie! No, ide do hrabiny Aurory z wizyta. Bede pocieszal.

Albo jej trzeba pociechy? zagadnal lakomie Herbert, jak zawsze got'ow korzysta'c z cudzego projektu.

I bardzo. Wielka burza opadla fregate admiralska kolo Ziemi Ognistej.

To i ja p'ojde z toba!

Po sko'nczonej sztuce Wentzel z Herbertem spotkali sie na chodniku przed teatrem.

Widziale's dokad pojechala? zagadnal Croy-D"ulmen.

Wiesz, nie; bylem zajety. Nie uwazalem.

Obydwaj oklamywali sie bezczelnie. 'Sledzili piekna nieznajoma, ale im uszla w tlumie i znikla. Byla to dla Herberta pierwsza, dla naszego bohatera druga porazka. Nie zwatpil jednak o sobie, ruszajac z dobra mina do restauracji.

Bankiet przeciagnal sie do rana.


| Między ustami a brzegiem pucharu | c