home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
À Á Â Ã Ä Å Æ Ç È É Ê Ë Ì Í Î Ï Ð Ñ Ò Ó Ô Õ Ö × Ø Ù Ý Þ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîðóì | collections | ÷èòàëêè | àâòîðàì | add

ðåêëàìà - advertisement



VII

Pewnego dnia, w'sr'od zimy, Jan Chrzastkowski wysiadl na berli'nskim dworcu i kazal sie wie'z'c do pierwszego lepszego hotelu; tam zjadl 'sniadanie, przebral sie i wyszedl na miasto.

Obyczajem wie'sniaka gapil sie w okna magazyn'ow, czytal afisze na rogach ulic, zabladzil pare razy, raz wpadl pod konie i nareszcie po wielu przygodach dobil Pod Lipy. Tu zaczal chodzi'c od bramy do bramy po informacje o wla'scicielach, jakby zbieral szczeg'oly do gotajskiego kalendarza[132]; az wreszcie po wielu trudno'sciach ze szwajcarami dozeglowal do palacu Wentzla Croy-D"ulmen. Odetchnal jak po sko'nczonej ciezkiej pracy i zadzwonil.

— Wer da[133]?

— Ich[134]! — odparl dumnie Jan, stajac u okienka.

Urzednik palacowy czytal dziennik i do's'c niechetnie przerwal polityke.

Wygladal uroczy'scie w pasowym plaszczu szamerowanym zlotem. Blyszczal jak slo'nce.

— Gdzie mieszka hrabia? — spytal Polak, po'spiesznie biorac za klamke dalszych podwoi.

Ale zatrzask odmykal sie tylko z lozy, a szwajcar nie spieszyl sie z poci'snieciem sprezyny.

— Pan hrabia nie przyjmuje o tej godzinie — oglosil jak dekret senatu, pokazujac na zegar nad okienkiem.

— To nie tw'oj klopot. Otw'orz, dam sobie rade.

Szwajcar popatrzal na niego jak na wariata, zazyl dyskretnie tabaki i podnoszac wskazujacy palec do wysoko'sci nosa wyrecytowal jak z ksiazki:

— Recepcyjne godziny u ja'snie wielmoznych hrabi'ow Croy-D"ulmen sa nastepujace: od jedenastej do pierwszej po poludniu, od trzeciej do czwartej wieczorem. We 'srody i piatki przyjmuje sie takze p'o'zniej zaproszonych go'sci. Stosuje sie to tylko do znajomych i krewnych przychodzacych z wizyta, kt'orzy winni sie oznajmi'c wizytowa karta, tu zlozona. Wizyty nieznajomych i interesant'ow przyjmuje plenipotent ja'snie wielmoznego hrabiego, pan Fryderyk Sperling, we wlasnym mieszkaniu: Ortweinstrasse nr 17.

— Oto bilet. Prosze oznajmi'c hrabiemu. Przyjmie niezawodnie — zawolal Jan niecierpliwie. — Zreszta zaledwie pierwsza.

— I pie'c minut. Karte raczy pan przedstawi'c o trzeciej.

— Bodaje's pekl, kufo browarna! — zaburczal Polak, w'sciekly, zawracajac z powrotem.

Ciezkie debowe podwoje zapadly za nim; znalazl sie na ulicy.

— Podle Niemcy! — klal, wodzac oczami po frontonie palacu. — Oj, dalbym ja, dal tej grubej poczwarze! Wracaj znowu po obiedzie.

Gdy tak medytowal, patrzac w okno, czy sie gdzie Wentzel nie pokaze, nagle otworzyly sie szybko male niepozorne drzwiczki lewego skrzydla i z nich wybiegla mloda dama, zegnajac kogo's kaskada 'smiechu; za nia zamknelo sie tajemnicze wej'scie.

Kobieta otarla sie prawie o Jana, kt'ory na nia wytrzeszczal oczy, zmieszala sie z tlumem i znikla.

— Oho, patrzcie… ta kursuje pie'c minut po pierwszej! No, no, akuratno's'c niemiecka toleruje ladne wyjatki bocznymi drzwiami! A zebym ja tam zakolatal? Wezma mnie za panienke i puszcza do sanktuarium! Ho, ho, ten paniczek, si correct[135], figluje na swoich 'smieciach! Na zdrowie mu, byle tylko otworzyl.

Zastukal raz i drugi do furtki, bez skutku — i dal za wygrana.

— Nie znam um'owionego znaku. Co robi'c? P'ojde na miasto popatrze'c, wr'oce o trzeciej.

Stawil sie punktualnie co do minuty. Gruby szwajcar protekcjonalnie kiwnal mu glowa, wzial bilet i pocisnal sprezyne zatrzasku i dzwonek elektryczny.

Drzwi sie otwarly, pasowo-zloty lokaj powital go'scia uklonem, wzial karte i cicho jak widmo poprowadzil oszolomionego po marmurowych schodach, przykrytych dywanami, na pierwsze pietro.

Na zalomach rycerze z brazu 'swiecili gazowymi pochodniami, a na ko'ncu schod'ow wiotka brazowa Psyche wyciagala w g'ore 'sliczne ramiona z alabastrowa lampa.

Magnacki przepych bil ze 'scian malowanych al fresco[136], z marmur'ow — przepelnial caly dom. Lokaj, zawsze milczacy, wprowadzil go'scia do salonu obwieszonego gobelinami i zniknal, niosac bilet na zloconej tacy.

Po do's'c dlugim oczekiwaniu skrzypnely drzwi. Jan sie porwal uradowany i struchlal.

Naprzeciw niego wyszla male'nka posta'c panny Doroty von Eschenbach i przywitala go staro'swieckim dygiem.

— Pan zapewne chcial sie widzie'c z Wentzlem? — zaczela uprzejmie, spostrzegajac jego zaklopotanie.

— Tak, laskawa pani!

— Jestem panna Dorota von Eschenbach, ciotka Wentzla — przedstawila sie dygajac powt'ornie. — Pan ma interes do niego? Moze dzierzawca? Jest pan Sperling.

Jan sie za'smial.

— Interes m'oj nie wymaga plenipotenta. Wystarczy mi godzina rozmowy z hrabia.

— Ach, panie! Godzina rozmowy! Ja od dw'och tygodni nie moge sie zdoby'c na minute! Teraz karnawal. Dzi's bal w ambasadzie austriackiej, jutro u ksiazat Ernest'ow, pojutrze u hrabiostwa Spangendorf, we czwartek przyjecie u dworu. Karnawal, okropno's'c! Bardzo bym chciala panu dopom'oc. Przed chwila poslalam do Wentzla; moze sie zjawi.

Pasowy lokaj ukazal sie w progu.

— Pan hrabia 'spi — oznajmil oficjalnie. — Urban kazal powiedzie'c, ze dla nikogo nie o'smieli sie go budzi'c!

— Biedaczysko! — westchnela ciocia Dora. — Byloby to niemilosierne przerwa'c mu spoczynek.

Jan sie zniecierpliwil. Biedaczysko nie byl przecie ani starcem, ani chorym, ani niemowleciem — nie czul dla'n zadnej lito'sci.

— Bardzo mi przykro, zem pania utrudzal. Zegnam.

Wstal i wyszedl, zyczac Wentzlowi diabl'ow i licha.

Dzie'n byl stracony. Poszedl wieczorem do teatru, ale darmo sie rozgladal. Wentzla nie bylo, sztuki malo pojal, znajomych nie mial, ziewal jak na niemieckim kazaniu.

Nastepnego dnia wl'oczyl sie po mie'scie, tam gdzie najwiecej bylo prywatnych ekwipazy, strojnych dam i okazalych magazyn'ow — i tam nie bylo Wentzla.

Zamiast niego los mu nadarzyl Urbana.

Factotum hrabiowskie widocznie bylo na urlopie. Mial na sobie kamerdyner angielskie palto, blyszczacy cylinder, lakierki i jasne rekawiczki. Z nosem zadartym i rekami w kieszeniach wygladal jak jego pan. Spod pachy wygladala laseczka o zlotej skuwce. Laseczka ta wydziobywal oczy przechodniom i gwizdal sobie aryjke Straussa.

Ujrzawszy Chrzastkowskiego nie zmieszal sie wcale, uchylil z wdziekiem kapelusza i mijal jak kolege.

— Czekaj no, czekaj — zatrzymal go Jan. — Gdzie tw'oj pan?

Urban zrobil gest nie'swiadomo'sci.

— Uwolnilem sie na tydzie'n, prosze pana. Wracam w tej chwili ze 'slizgawki — odparl z ujmujacym u'smiechem. — Teraz karnawal.

— Przecie moge sie zobaczy'c i spotka'c z hrabia cho'cby w karnawale.

— Spotka'c bardzo latwo. Nasze taranty zna caly Berlin. Ale zobaczy'c sie, to prawie niepodobna. Pan hrabia bardzo zajety.

— Mozesz mi ulatwi'c wizyte?

— Chyba za tydzie'n.

— Zwariowale's! Mam do niego polecenie od jego babki z Mariampola.

Tu Urban wyjal rece z kieszeni i przybral typowo lokajska poze.

— Die Wohlgeborene aus Mariampol? Das ist etwas anderes[137] Moge panu da'c bilecik polecajacy do mego zastepcy, Augusta.

— Tfu! Bede chodzil od fagasa do fagasa! Wole z niczym wr'oci'c. Sch"onen Dank[138]! Obejde sie bez twojej pomocy.

Urban nie zrozumial powodu gniewu. Uchylil na pozegnanie cylindra i wszedl do okazalej restauracji.

W Janie wzbieral gniew. Chcial wraca'c z niczym, ale zlakl sie pani Tekli. Wsiadl do dorozki i kazal sie wie'z'c za Brandenburska Brame.

Bylo to dobre natchnienie. W'sr'od setek powoz'ow i koni dwa przepyszne taranty mignely mu jak blyskawica. Kazal stangretowi je dopedzi'c. Stanal w dorozce i wygladal.

Taranty zwolnily biegu, dorozkarz 'cwiczyl swe szkapy — zr'ownali sie. Jan zajrzal do powozu i zaklal po mazursku.

Ujrzal wewnatrz szlify wojskowe i szubke chudej damy o bladych oczach.

Nie znal majora Koop i nadobnej jego Emilii, wiec sie nie przywital, tylko kazal zawr'oci'c, i zly jak piorun wysiadl na obiad w hotelu.

Dano mu sporo siekaniny i slodka zupe na pocieche — to mu wcale nie poprawilo humoru. Ruszyl jednak z wzorowa wytrwalo'scia na dalsze poszukiwania.

Wl'oczyl sie to tu, to tam, zapatrzony w przejezdzajace powozy, obrywajac treny damom, popychajacy i popychany; czesto lajany; raz go nawet wystrofowal policjant. Na pr'ozno — nie wida'c bylo ani tarant'ow, ani Wentzla, ani nawet Urbana. Zalowal bardzo Jan, ze sie nie wypytal lokaja o klub czy restauracje, gdzie hrabia obiadowal zwykle. Bylaby to ni'c Ariadny[139].

— Zabawie do jutra i wr'oce, albo napisze. Pani Tekla zada mi pieprzu jak amen w pacierzu. C'ozem winien? Ten przeklety hrabia karnawaluje, a ja nie jestem panienka. Oto caly pow'od niepowodzenia. Alboz to moja wina? Ot, zajde na szklanke ponczu. Zimno!

Wszedl do kawiarni. Naprzeciw niego siedzialo trzech pan'ow, rozmawiajac wesolo.

Mimo woli zaczal p'oluchem nasluchiwa'c.

— Hrabina Aurora wyjechala do Poczdamu. Nie bedzie dzi's na balu u ministra.

— Szkoda. Obiecala mi walca.

— Slyszeli'scie, ze na maskaradzie wczoraj Sch"oneich przebral sie za dame i uwzial na Herberta?

— I c'oz?

— Ale, komedia! Herbert sie zapalil, nie odstapil na krok, przysiegal, ze poznaje Alme z baletu. Zaprosil na kolacje, poil szampanem i odwi'ozl swoja kareta. Dzi's wyzwal Sch"oneicha na szpady.

— Beda sie bili?

— Koledzy nie dopu'scili. Baron pozwolil Herbertowi na przyszly bal wzia'c swoje domino[140] i kok.

— No, juz trzeba przyzna'c, ze Wentzel i Sch"oneich broja bez pamieci w tym roku.

Jan az podskoczyl na krze'sle i wytezyl uwage.

— A zawsze sie im uda splata'c figla i wykreci'c sie sianem. My'slalem, ze bedzie 'zle, gdy wykradli stara guwernantke ksiezniczki Elizy!

— Co? Nie slyszalem! — spytal ciekawie jeden.

— Prawda, ze ty wczoraj przyjechale's z Wiednia. Jak wiesz, Wentzel ma zab na szambelana Astowa za jaka's plotke o nim i hrabinie Aurorze. Stary co's widzial, co's slyszal, co's dodal i wypaplal. To i dosy'c. Ot'oz obydwaj z „Papryka” urzadzaja farse. Guwernantka wracala z teatru, Wentzel sie do niej przysuwa, czuli, u'smiecha, wreszcie blaga o chwile rozmowy. Gdzie? — W hotelu. Babie podobal sie chlopak — zgoda! Tak ja lotr usidlil, ze nie patrzala, gdzie jedzie. Zawi'ozl ja prosto do szambelana, przekupil sluzbe, ulokowali guwernantke w gabinecie i niby wyszli na chwile, po to tylko, zeby zaprosi'c znajomych, jako od Astowa, na karty. Zebrali umy'slnie najplotliwszych radc'ow i gromada wpadli. Tymczasem szambelan mial fluksje i wcze'snie sie polozyl. Zbudzil go krzyk kobiecy. Guwernantka zaczela by'c niespokojna, wolala ratunku. Szambelan my'slal, ze to pozar, rozb'oj, awantura; narzucil szlafrok i wypadl bez peruki i zeb'ow — Adonis[141]. Guwernantka w krzyk, dostala spazm'ow. On do niej — ratowa'c — az tu lokaj otwiera drzwi i recytuje z tuzin nazwisk. Tableau[142]!

Mlodzi ludzie az sie pokladali od 'smiechu. Jan mial ochote im zawt'orowa'c.

— C'oz Wentzel i Sch"oneich?

— A c'oz, sprawa zaszla az do cesarza. Wyzwano obu. Skandal! Astow zachorowal. Guwernantke musiano schowa'c, bo ja palcem wytykano. My'sleli'smy, ze im obu kaza wyjecha'c co najmniej. Wr'ocili z gestymi minami. Hrabina Aurora zareczyla, ze byli u niej tego wieczora. Spadlo wszystko na Astowa.

— Zeby nie hrabina, toby sto dam za nimi reczylo.

— Wiesz, ze o Wentzla panna Annheim obila szpicruta Elle Schwan!

— Widzialem. Dzialo sie to przy stu 'swiadkach w manezu[143]. Kl'ocily sie jak przekupki.

— Sch"oneicha boja sie jak zlego ducha. Zna je do gruntu. A jak we'zmie na fundusz, to nie zostawi suchej nitki.

— A wiecie, z kim Wentzel teraz romansuje?

— Z dwudziestoma.

— To flirt, ale serio z jedna.

— Z hrabina Aurora.

— To urzedowo. A nieurzedowo… z zona swego plenipotenta. Znacie Sperlinga?

— Aha! Mloda, szczupla brunetka. Widzialem w teatrze. Ten Wentzel specjalista od mezatek.

— Bo sie zeni'c nie wybiera jak ty. Na twoja panne Herte ani spojrzy teraz, ale po 'slubie radze ci wyjecha'c.

— Co tez i uczynie. Te kobiety jak owce! Za jedna skoczy tysiac.

— Wczoraj byla znowu awantura u Lidii. Powybijano wszystkie okna, potluczono lustra i lampy, nie zostalo jednego calego sprzetu. Dzi's ich z dwudziestu wybiera sie do „Buff”.

— Chod'zmy i my!

„P'ojde i ja” — pomy'slal Jan.

Mlodzi ludzie zaplacili i wyszli z halasem, za nimi wymknal sie Jan u'smiechajac sie tryumfujaco. Wiedzial, gdzie szuka'c hrabiego. Kazal sie wie'z'c do „Buff” i po dlugim kreceniu sie w labiryncie ulic znalazl sie wreszcie przed o'swietlona brama trzeciorzednego teatrzyku. Sp'o'znil sie widocznie. Przed 'swiatynia wesolej sztuki pelno bylo powoz'ow i koni, roilo sie od liberii, jakby cala arystokracja pruska dala sobie tam rendez-vous[144].

Jan omal nie krzyknal z rado'sci. Taranty Wentzla staly u bramy. Spytal stangreta o hrabiego.

— Soeben angekommen[145] — odparl sluga.

— Ha, mam cie przecie! — zamruczal, biorac jeden bilet do krzesel.

W sali goraco i tlok nie do opisania. Podrzucany jak pilka, dobil do swego miejsca, odsapnal i rozejrzal sie po sali. Wentzla nigdzie nie bylo. Publiczno's'c skladala sie ze student'ow, mlodziezy rzemie'slniczej i handlowej i kilku oficer'ow. Afisz oglaszal Orfeusza w piekle.

Jan stracil na chwile przytomno's'c, odurzony 'smiechem, piskiem, tupaniem i przera'zliwa muzyka janczarska.

Widzowie wrzeszczeli jak stado dzikich; wywolywano aktorki po sto razy, rzucano na scene bukiety, miotano sie, machajac kapeluszami i chustkami.

„Czy do tych Szwab'ow zle przystapilo? — pomy'slal Jan, wytrzeszczajac oczy. — Ale dziewczeta ladne! Ani slowa. Tej czarnej i ja bym bukiet dal. No, no, co tez ten karnawal wyprawia. Ale gdzie Wentzel? Przecie nie wystepuje za aktora. Nie wysiedze tu nic: trzeba gdzie indziej zakolata'c”.

Przecisnal sie do przej'scia i wpadl na jakiego's sluzacego w liberii.

— Sluchaj no, a gdzie ci panowie, co ich nie ma? — krzyknal, porywajac czlowieka za kolnierz.

— Co ich nie ma… — wybelkotal lokaj zdyszany. — To oni sa… sa… ale ja biegne po szampana…

Obydwaj pletli trzy po trzy, ale rozumieli sie doskonale. Jan wetknal srebrniaka w reke draba.

— Znasz hrabiego Croy-D"ulmen?

— Jakiego? Mego pana? Toz przeciez lece po szampana.

— A gdzie tw'oj pan?

— A ot tam, w garderobie. Ale ja lece, prosze darowa'c!

Wyrwal sie i pobiegl, skaczac po trzy stopnie. Jan ruszyl, gdzie mu wskazal, 'zle o'swietlonym korytarzykiem az do drzwi, u kt'orych stala straz teatralnego sanktuarium, olbrzymi wo'zny.

— Prosze mnie wpu'sci'c za kulisy.

— Verboten[146] — byla lakoniczna odpowied'z.

— Masz talara.

— Verboten.

— No, to daj moja kartke hrabiemu Croy-D"ulmen.

— Verboten.

— Azeby's sie zadlawil swoim verboten! Puszczaj, bo strace cierpliwo's'c!

— Gehen Sie zum Kuckuck[147]

— Ty sam p'ojdziesz, szympansie! Mam interes bardzo pilny do hrabiego.

— To nie czas na interesy. Karnawal!

Sprzeczka stawala sie zywa. W Polaku zaczynala gra'c krew slowia'nska. Szwajcar[148] wojowal flegma.

— Du Haderlump[149] — huknal Chrzastkowski. — Ty mi jeszcze radzi'c bedziesz!

Porwal Niemca za ramie, odrzucil na bok.

— Mord! Skandal! — zaryczal olbrzym.

Na to haslo drzwi sie otwarly. Kilku liberyjnych lokaj'ow skoczylo z pomoca.

W mrocznym korytarzyku zakotlowalo sie jak w garnku. Jan jak odyniec poczal sie szamota'c i broni'c, klnac po polsku; lampka zgasla, mrok r'osl. Kto's pobiegl alarmowa'c policje. Gruby szwajcar wyl nieludzkim glosem:

— Mord! Mord! Mord!

Wtem drzwi zza kulis otwarly sie znowu, w glebi huczaly 'spiewy i 'smiechy — wychodzacy zajrzal w korytarz.

— O Je! O Je! O Je! — lamentowal szwajcar.

— Kogo tam morduja? — zawolal glos, na d'zwiek kt'orego Jan wykrzyknal rozpacznie[150]:

— Ratunku, hrabio! Te plugawe Szwaby zadusza mnie w tej norze!

Nim sko'nczyl, Croy-D"ulmen juz mu byl u boku i u'scisnal serdecznie. Napastnicy zmykali chylkiem, szwajcar uchylil kapelusza.

— Kreuz-Element[151]! — klal hrabia. — A to awantura. Skad sie pan tu wzial? Z drogi, holota! Aaa, to ty, Augu'scie! Jest szampan? Czemu's tego pana nie przyprowadzil? Dummes Tier[152]! Prosze, prosze, panie Janie! No, nie poturbowali cie zbytnio?

— No, nie. Zebym mial prawa reke, tobym sie ja im dal we znaki. Ha! Dobilem portu! Trzy dni szukam pana hrabiego.

— Co sie stalo? Przecie nie zadne nieszcze'scie u was? — spytal hrabia niespokojnie.

— Ej, nie! Mam tylko polecenie od babki, ale nic nie nagli. Nie bede tym hrabiemu przerywal zabawy. Rozm'owimy sie jutro, bylem tylko dostal audiencje!

— Alez jestem na rozkazy wszystkich z Mariampola. Co prawda, karnawal to goraczka.

— Wiem co's o tym i nie przeszkadzam. Jutro przyjde o poludniu do palacu.

— Unsinn[153] Chod'z pan tam, zabawimy sie. Bedziesz pan wygladal istotnie jak Orfeusz w piekle. Es geht flott[154]

— Widze, widze. Istna wieza Babel! — 'smial sie Jan.

— Wentzel! Wentzel! — rozleglo sie wolanie i sarkastyczna twarz Sch"oneicha wychylila sie na korytarz — za nim mignely obnazone ramiona dw'och dam.

— Chod'z, Michel! — zawolal hrabia. — Przedstawiam ci nowego go'scia, mego znajomego z Poznania. Pan Chrzastkowski, baron Sch"oneich.

„Papryce” spadly z nosa binokle.

— Pan Zonzowski! — powt'orzyl przeciagle.

A potem, jakby zrozumial, za'smial sie impertynencko w oczy Wentzla.

— Pan nie zna pieknej Lidii?

— Nie, panie.

— Ani czarnookiej Esmeraldy?

— Niestety, nie — odparl Jan wesolo.

— Ani Elli Schwan?

— Nikogo.

— Zatem ja pana zaznajomie. Bo to, widzi pan, Wentzel zly na towarzysza i kolege. To zarlok!

— A pan apostolujesz wstrzemie'zliwo's'c?

— Uhm! Ja…

— Ty jeste's pijany, Michel! — przerwal Wentzel. — Prowad'z pana Chrzastkowskiego!

— Wypilem jeden tylko toast za zdrowie Herberta, kt'ory po ciemku zamiast Lidii pocalowal w reke maszyniste.

— Ejze, a moze to ty sam bez binokli! — 'smial sie Croy-D"ulmen.

— Ja, m'oj drogi, Lidii nie caluje w reke!

Sch"oneich, wyglosiwszy to zdanie, zatrzymal sie i kladac reke na klamce drzwi, spytal Jana:

— Czy pan byl kiedy na balu wariat'ow? Nie, no to niech pan patrzy i admiruje[155].

Weszli do duzej sali, pelnej zakamark'ow, nisz, drzwiczek, zawalonej dekoracyjnymi przyborami. W'sr'od tego bezladu kilkadziesiat os'ob udawalo dom oblakanych.

Piekne aktorki, w kostiumach i trykotach, snuly sie otoczone gronem mlodziezy[156]. Kazdy robil, co mu sie podobalo. Jedni pili szampana, inni 'spiewali kuplety; 'smiano sie, dowcipkowano, ta'nczono — halas panowal piekielny.

— A co? Wariaty! — za'smial sie Sch"oneich po minucie obserwacji. — Jak pan my'sli, co wieksze: czy zdolno's'c aktorek, co prosto stad biegna na scene, czy cierpliwo's'c i poblazanie publiki?

— Jedno i drugie monstrualne — odparl Jan.

— Wentzel — szepnal baron — widzisz Herberta przy Lidii? Przecie skombinowal, co maszynista, a co primadonna! Patrz, jak wetuje porazke. Oho, jaki do ciebie podobny! Wasy kreci, oczy mruzy jak kot. Ani sie obejrzysz, jak sie zupelnie przejmie twoja rola.

— Ja mu dam! — zamruczal gniewnie hrabia.

— Dajze spok'oj. Zrobisz awanture, a potem pojedynek. Chcesz zarzna'c barana. Wstyd! Id'z no w druga strone i zal'oz sie z kolegami, ze Herbert ucieknie za godzine. Bedzie farsa. Salut[157], piekna Esmeraldo!

Smagla dziewczyna wracala ze sceny, otarla sie o niego, za'smiala swawolnie, unikajac u'scisku. Wentzel zastapil jej droge, wywinela sie i jemu, rzucila w druga strone — spotkala oko w oko Jana.

— Sooo[158] — rzekl przeciagle Sch"oneich. — Wybieraj brame i zapla'c kopytkowe, piekna gazelo! Jeste'smy jak boginie z lasku Ida[159]. Wyb'or trudny! No, no, jak ci sie zdaje? Przecie jam piekny jak Wenus, ochrzczono mnie nawet: Sch"on bin ich[160]

Aktorka dala mu szczutka w nos, natarla na Jana.

— Mein Herr[161]! Prosze odstapi'c!

— Mein Fr"aulein[162]! Baron podal warunki! — odparl zartobliwie.

Nim sie obejrzal, wy'sliznela mu sie z rak i uciekla ze 'smiechem. Sch"oneich pogrozil jej palcem.

— Ho, ho! Patrz pan, mruga, prosze spr'obowa'c szcze'scia! Tylko w ciemno'sci ostroznie z maszynistami!

Aktorka istotnie kiwnela na Jana, niknac za jakimi's skrzyniami; po chwili wahania poszedl za nia w towarzystwie Wentzla. Sch"oneich popatrzal za nimi.

— Z tego Wentzla sko'nczony lotr! Ani sie pochwalil ze znajomo'scia tego ognistego kawalera. Sekret, hm, to co's podejrzanego; czuje opale w poblizu! Fe, chlop jeszcze splata figla i ugrze'znie w Polsce. Dziedziczne choroby bywaja najciezsze. Ho, ho, poczekaj, zadam ja ci antydotu[163]! niech no zaalarmuje hrabine Aurore albo Herberta.

Sch"oneich poczal skuba'c swe rudawe faworyty — byl to znak dyplomatycznego namyslu; potem wsunal sie w tlok rozbawionej mlodziezy i rzucajac po drodze 'smieszne zaczepki dozeglowal do kanapy, gdzie piekny Herbert, rozwalony obok rudowlosej Lidii, szeptal zaklecia i karmil cukierkami. Spojrzal zezem na intruza.

Ale baron bez ceremonii ulokowal sie z drugiej strony aktorki, na jej falbanach, i flegmatycznie zapalil cygaro.

— Tak, moi pa'nstwo — zaczal z sarkastycznym grymasem — powiem wam bajeczke.

— Eh, nie przeszkadzaj! — burknal Herbert. — Ot, lepiej przekonaj Lidie, zem lepsza partia od Wentzla.

— Tego, m'oj drogi, uczyni'c nie moge, bo mam was obu za zle partie! Najlepsza jestem ja.

Aktorka parsknela 'smiechem, a Sch"oneich m'owil dalej, obserwujac spod oka Jana Chrzastkowskiego i Wentzla z Esmeralda.

— Tw'oj hrabia, piekna Lidio, zachowuje sie bez zadnych wzgled'ow dla ciebie. Widzisz, jak mu oczy sie blyszcza do Esmeraldy. To bedzie gwiazda sezonu!

Zielone oczy Lidii zamigotaly w'scieklo'scia.

— Bedzie to zatem sezon brunetek! — syknela.

— A tw'oj ksiaze Herbert, czarodziejko, zostawi cie jeszcze dzi's na koszu! — szydzil dalej niemilosierny Sch"oneich.

— To falsz! — zaperzyl sie Herbert. — Panny Lidii nie opuszcze, cho'cby sie 'swiat sko'nczyl! Jest moim b'ostwem! Nie boje sie Wentzla!

— To kwestia nie rozstrzygnieta, bo ci Wentzel zdobyczy nie odbiera. Zajety jest swoim przyjacielem, panem Zonzoskim.

— Co? — skoczyl Herbert. — A ten tu skad sie wzial?

— Przypadkiem. Bawi w Berlinie z siostra, ta w opalach. Wentzel sie nimi zajmuje.

— Teufel[164]!

— Czy oni ciebie zajmuja?

— Nie, ot, tak sobie! Mnie zajmuje tylko panna Lidia! — szepnal melancholijnie.

— Pamietajze sluzy'c rycersko damie, bo gdy sie zachwiejesz, ja ci staje za rywala.

— Zeby's lepiej poszedl sobie do diabla!

— Aha, prawda, przygniotlem falbanke, przepraszam, nie przeszkadzam.

Sch"oneich uklonil sie bardzo nisko i gdzie's sie zapodzial, bo go Herbert nigdzie nie spostrzegl. Przechylil sie poufale do Lidii i roztaczal obraz swych doskonalo'sci, a jej szcze'scia, gdy mu los powierzy.

Tak byl zatokowany[165] i zachwycony sam soba, ze nie dojrzal, jak tuz za kanapa w cieniu jakiej's kulisy wysunely sie binokle barona i ruda glowa teatralnego poslugacza.

Obydwaj szeptali co's tajemniczo, potem sluga glowa dal znak, ze pojal, i zniknal. Sch"oneich wynurzyl sie jak duch z przeciwnej strony i polaczyl sie z Wentzlem i z Polakiem. Wkolo nich zebrala sie zaraz gromadka, 'smiejac sie i gestykulujac.

Zielone, zazdrosne oczy Lidii nie schodzily z nich. Po chwili Wentzel spojrzal na nia, odlaczyl sie od grupy i poszedl, gryzac w zebach cygaro.

— No, Herbercie! — rzekl wesolo. — Do's'c sie bawi'c w klusownika, id'z na neutralne terytorium.

Aktorka rzucila sie niecierpliwie.

— Pan mi raczy oszczedzi'c swych impertynencji, bardzo prosze! Nie jestem niczyja zwierzyna; ksiaze jest moim go'sciem.

Wentzel wzruszyl lekko ramionami.

— Doprawdy? Przywiozlem tu pania mymi ko'nmi z mego mieszkania, mieli'smy po teatrze jecha'c razem na kolacje!

— Pojade z ksieciem. Moze pan sobie wzia'c Esmeralde do pary! — zawolala z furia.

— Zatem daje mi pani odprawe. Jak sie podoba. Zeby tylko pani nie zostala bez pary!

— To m'oj klopot — wyglosil Herbert, rozplywajac sie z powodzenia i triumfu.

Wentzel obojetnie rzucil cygaro przez glowe pyszalka w kat miedzy kulisy.

— Spalisz teatr! — zawolal Herbert, ogladajac sie.

— Wiec co?? To zaplace! Zycze pa'nstwu powodzenia.

Zawr'ocil sie na obcasie i odszedl.

Czula para zostala sama. Towarzystwo, jakby zam'owione, trzymalo sie z daleka; muzyka gluszyla gwar, aktorzy i aktorki snuli sie bezustannie ze sceny i na scene; publiczno's'c halasowala jak stado potepie'nc'ow, za kulisami szampan krazyl coraz ge'sciej, podniecajac humory.

Tylko Herbert gruchal i gruchal, nadymal sie jak indor, raczki Lidii trzymal w goracym u'scisku, wyfryzowana modnie glowe chylil nad nia coraz nizej, coraz poufalej.

Nie widzial, ze naprzeciw niego Sch"oneich, usadowiwszy sie na jakim's koszu, na'sladowal jego kazdy ruch, trzymajac w objeciach wypchanego z pakul bozka Bacchusa. Aktorki i mlodziez[166] pokladali sie ze 'smiechu. Jan Chrzastkowski z Wentzlem rechotali bez ceremonii, glo'sno.

Nareszcie ramie zdobywcy objelo wiotka kibi'c Lidii, usta jego wyciagnely sie do pocalunku… Wtem trzask, loskot — i dym buchnal klebami zza kanapy.

— Feuer[167]! — wrzasnelo sto glos'ow jak na komende.

Herbert skoczyl na r'owne nogi, zaplatal sie w koronki Lidii, potknal sie — upadl, porwal sie i jak wariat rzucil sie do drzwi.

— Wasser! Es brennt[168]! — wrzeszczal nieludzkim glosem.

Kleby dymu tymczasem rosly, rosly, stawaly sie coraz czerwie'nsze, az wreszcie luna pasowego bengalskiego ognia oblala kanape, Lidie, plecy bohatera i pokrzywione od szalonego 'smiechu twarze obecnych.

— Es brennt! Es brennt! — rozleglo sie po korytarzach.

Zrobil sie zamet. Policja, strazacy, dyrektor, sluzba, biegli ze wszech stron, widzowie zaczeli z wrzaskiem ucieka'c.

— Was gibt's[169]? Was gibt's? Was brennt[170]?

— Bengalisches Feuer[171] — obja'snil Wentzel prosto w ucho naczelnika strazy.

Policjant starszy podni'osl glos Stentora[172]:

— Za ten zart, moi panowie, bedziecie odpowiadali przed sadem. W stolicy, w miejscu publicznym, taki zamach na spok'oj obywateli, trwoga, alarm, to pachnie wieza[173]! Kto sie tego dopu'scil?

Nagle przed srogim pruskim urzednikiem wyr'osl z tlumu Sch"oneich, ciagnac za soba nieszczesny manekin Bacchusa.

Wzial go za ramiona, postawil frontem i, przykladajac jego reke do piersi wypchanej sloma, rzekl z przejeciem:

— Der da hat's gemacht[174]! Der Schurke[175]! Niech wyzna! Zlapalem go na uczynku! So ein Halunke[176]

Tu zamilkl, biorac za ucho straszydlo, ale natomiast z gardla Bacchusa wyszedl zalosny, piskliwy glosik:

— Ich bin's! Es ist eben Karneval[177]! Odsiedze wieze w post!

Twarz policjanta skurczyl 'smiech — na to haslo wybuchneli wszyscy: strazacy, sluzba, dyrektor — tylko Sch"oneich zachowal spok'oj i zaczal targa'c Bacchusa, az go rzucil do n'og policjanta, i w'sr'od niepohamowanej wesolo'sci otaczajacych biedny bozek jakal, lkajac:

— Juz nigdy nie narusze spokoju obywatelskiego, darujcie mi ten jeden raz! Bylem pijany! To Sylen winien, to nie ja! Ach, nie zamykajcie do wiezy!

Policjant ocieral oczy czerwonym fularem[178], kopiac nogami niewinny manekin, cofnal sie do drzwi i uciekl, widzac, ze na karnawal nie bylo lekarstwa; za nim wycofali sie podwladni.

Ogie'n bengalski zgasl od dawna. Lidia sama siedziala na kanapie, szarpiac koronki i placzac ze zlo'sci. Nie zapomnial i o niej Sch"oneich. Podjal balwana, majestatycznie podszedl do niej i posadzil u jej n'og.

— Jest to jedyny zbywajacy kawaler. Wolny i niepodlegly jak pani! — rzekl w glebokim uklonie.

Wentzel nie widzial tej sceny, bo klepal protekcjonalnie po ramieniu dyrektora, druga reka tkajac mu gar's'c przekonywajacych argument'ow. Muzyka ucichla, damy ubieraly sie 'spiesznie, ruszano do odwrotu.

— Na kolacje! Na kolacje! — wolano.

Powoli opr'ozniala sie sala. Zostal hrabia, Jan, Esmeralda, Ella Schwan, Sch"oneich i Lidia zemdlona na kanapie. Ostatni zart dobil ja. Pierwszy aktor calej farsy, Bacchus, lezal na ziemi z rozkrzyzowanymi ramionami, z u'smiechem pijanego zadowolenia na tekturowej twarzy. Baron wezwal przyjaciela.

— Ocu'c ja, slyszysz, Wentzel! Obiecaj jej riwiere diamentowa[179] czy co's r'ownie ozywczego. Niech otworzy oczy, bo ci zostanie balwan za dame. Ja sluze Elli, pan Zonzoski Esmeraldzie. Chyba we'zmiesz maszyniste w braku towarzyszki.

— Id'zcie naprz'od, panowie. Dopedze was na dole — uspokajal Croy-D"ulmen.

Nie wiadomo, jakich uzyl argument'ow, ale nim siedli do powoz'ow, zjawil sie, prowadzac pod reke Lidie, u'smiechnieta, r'ozowa, z blyszczacymi oczami.

Taki byl wstep Jana na berli'nski karnawal.

Co dalej nastapilo, pozostalo mu mglistym wspomnieniem 'smiechu, hulanki, toast'ow, 'spiew'ow; zdawalo mu sie nawet, ze kogo's pocalowal, ale poniewaz byl niezupelnie trze'zwy, wiec nie m'ogl zareczy'c, kto to byl: Esmeralda, Sch"oneich czy maszynista. W rezultacie zbudzil sie nazajutrz po poludniu w gabinecie Wentzla.

Hrabia juz sie ubieral, a raczej ubieralo go trzech lokaj'ow i fryzjer.

Zaczeli przypomina'c farsy wieczorne i 'smiali sie jak szaleni, az nagle hrabia uderzyl sie w czolo.

— Aha, a interes babki! — zawolal.

— Wcale nie karnawalowej tre'sci — odparl Jan markotnie. — Az mnie ochota odchodzi wyluszcza'c go. Moze pan juz zapomnial o Mariampolu!

— Chcialbym! — mruknal Croy-D"ulmen niewyra'znie. — Jest moze list do mnie? — dodal glo'sniej.

— Pani Tekla powiedziala, ze predzej jej reka uschnie, niz do Niemca napisze. Zna ja pan. Przy tym byla okropnie gniewna.

— C'oz sie stalo?

— At, tegom sie dawno spodziewal. Glebocki sprzedaje majatek. Wie pan, ten pan, co to byl.

— Wiem, narzeczony pa'nskiej siostry.

— Wla'snie. Zrujnowaly go konie i zbytkowne budowle. Pan tego nie rozumie, jak w gospodarstwie trzeba by'c wyrachowanym, nie pozwala'c sobie na zadne fantazje. Adam handlowal ko'nmi, zawsze ze strata, i murowal do ko'nca: tak przyszlo i do zguby. Do tego nasze nieszczesne warunki… At, co tam opowiada'c! Bieda — i koniec!

— Przecie mi pan m'owil, ze posag panny Jadwigi mial ratowa'c fundusz.

— Et! Tej Jadzi nikt nie rozumie… Zreszta ten glupi Glebocki stracil reszte otuchy i energii. Zachorowal ze zgryzoty. Odwiedzilem go. Azem sie zlakl, tak sie zestarzal. — „Co ci?” — pytam. — „Zabiora Niemcy Struge!” — jeczy. — „To nie daj zabra'c, czy's baba?” — „Ba, kiedy nie spos'ob ratowa'c: dlugi prywatne i bankowe, i procesy!”.

Jan az sie zzymnal, potarl desperacko swa najezona czupryne; hrabia usiadl obok niego i sluchal uwaznie.

— Ot'oz — m'owil dalej Chrzastkowski — wr'ociwszy napadlem na Jadzie: „Sluchaj, dziewczyno, ratuj ukochanego, bierzcie sie, 'slubujcie piekne rzeczy i pla'ccie dlugi!”. My'sli pan, co sie stalo?

— Rozgniewala sie!

— Zebyz! Wiedzialbym przecie, co my'sli; ale ona popatrzyla na mnie jak na idiote i wyszla z pokoju. Ani slowa! Ot, jak to drewno! Desperacja! Uderzylem po ratunek do babki. Aj, aj, aj! Szatan mi to doradzil, bom podobnej awantury, jakem zyw, nie widzial. Furia pani Tekli nie da sie opisa'c. Poslalem po Glebockiego pieciu posla'nc'ow, a nim przybyl, cierpialem najniewinniej za wszystkich Niemc'ow na ziemi! Dostalo sie tego Glebockiemu, ale ratunku i pani Tekla nie umiala znale'z'c. Nawymy'slala mu i wypedzila. W nocy przyszlo jej szczeg'olne natchnienie: kazala mnie zbudzi'c o 'swicie: my'slalem, ze sie rozchorowala ze zlo'sci, i oto com uslyszal: „Ruszaj mi zaraz do Berlina i przywie'z ze soba hrabiego Croy-D"ulmen. Powiedz mu ode mnie, ze je'sli nie poslucha, to popamieta Tekle Ostrowska!”.

Wentzel sie 'smial z calego serca. Widocznie polecenie zrobilo mu ogromna przyjemno's'c.

— C'oz pan na to? — zagadnal Jan.

— Jade dzisiaj, za godzine! Boje sie strasznie babki!

— A karnawal! Zanudzi sie pan u nas.

— No, przeciez i u was sie bawia. Pan mnie zapozna z sasiadami, a moze panna Jadwiga ofiaruje walca.

— Oj, nasze bale! Po wczorajszym nie zachwyca nikogo.

— Widze, ze pan polknal haczyk Esmeraldy. No, ta nam nie uciecze.

— A bura pani Tekli nie minie! — westchnal Jan. — Stracilem pie'c dni zamiast dw'och! Oj, ten karnawal!

— Pokusa! — za'smial sie Wentzel. — Tymczasem dwie godziny czasu do wyjazdu. Ciekawym, gdzie to Urban…

— Na 'slizgawce — obja'snil Jan i opowiedzial spotkanie z lokajem.

— Malpa — zdecydowal chlebodawca lyzwiarza. — Ja go naucze moresu! Hej, August! Dostawi'c mi tu Urbana, skad chcesz, predko!

W p'ol godziny factotum zjawilo sie pokornie, milczace, sztywne, w swym czarnym fraku.

Westchnal w duchu na rozkaz pakowania, ale sie ze zdaniem nie o'smielil i ruszyl na kolej. Po godzinie nie bylo Wentzla w stolicy. Sch"oneich zaspal tego dnia — po 'sniadaniu kazal sie wie'z'c do przyjaciela. Widmo Polski nie dawalo mu spokoju.

— Pan hrabia wyjechal — oznajmil mu szwajcar.

— Co? Gdzie? Z kim?

— Z jakim's mlodym, nieznajomym panem. Do Poznania, z kuframi.

Sch"oneich zagwizdal przeciagle.

— Entwischt[180]! 'Zle! Trzeba wzia'c hrabine do pomocy! Es wird zu arg[181]!

Po chwili meldowal sie w palacu hrabiny Aurory. Na glowe Wentzla zbieraly sie gromy najsrozsze, bo z rak kobiecych. A on ich ani przeczuwal!


ïðåäûäóùàÿ ãëàâà | Między ustami a brzegiem pucharu | cëåäóþùàÿ ãëàâà